poniedziałek, 31 maja 2021

Rozdział XX

Rozdział XX

Rozmowy nocą

Piotr powoli obudził się i spojrzał przed siebie. Zobaczył leżącą obok niego nagą Gabrysię, która spała słodko wtulona głową w jego tors i trzymającą na jego ramieniu lewą dłoń. Uśmiechnął się wówczas delikatnie i pogłaskał z miłością oraz czułością jej włosy, ale w taki sposób, aby jej nie obudzić. Westchnął głęboko, gdy poczuł pod opuszkami palców miękkość włosów ukochanej. Poczuł się wówczas naprawdę szczęśliwy, serce mu zabiło mocniej, zaś w swojej pamięci przywołał obraz tego, co oboje robili, zanim zasnęli w takiej oto pozie, w jakiej dotąd leżeli.
Było ciemno, ale księżyc świecił jasno na niebie, zaś jego promienie wpadały przez niezasłonięte roletami okno do pokoju i Piotr widział wyraźnie tę cudowną postać Gabrysi, tak rozkosznie w niego wtuloną. Patrzył na ten cudowny widok, rozczulony do granic możliwości. Gładził powoli jej włosy, masował je z miłością, rozkoszował się ich miękkością, serce bardzo przyjemnie i delikatnie biło w jego piersi, wprawiając go w uczucie spełnienia, szczęścia i poczucia tego, że wreszcie jego największe życzenie stało się rzeczywistością. Miał oto nareszcie w swoich ramionach swoją ukochaną, całkiem nagą i bezbronną, słodko i ufnie tulącą się do niego w trakcie snu. Czując jej nagość, tak piękną i zmysłową, której bynajmniej wcale nie zepsuło nieudane małżeństwo oraz wydanie na świat dziecka, łączącą się tak cudownie z jego nagością, nie czuł tylko spełnienie w wymiarze fizycznym. Przede wszystkim czuł spełnienie w wymiarze uczuciowym, duchowym, a także i psychicznym. Nigdy wcześniej nie czuł on tak cudownego uczucia, rozpalającego jego ciało od stóp do głów, od czubka palców u nóg po sam czubek głowy. Było to uczucie ciepła, takiego przyjemnego, ani nazbyt gorącego, ani nazbyt letniego, lecz idealnego, które czuć może jedynie ktoś, kto szczerze kocha i kto odnajduje w swojej miłości prawdziwe spełnienie jako człowiek, a także jako istota czująca. To właśnie cudowne i wspaniałe uczucie towarzyszyło Piotrowi, kiedy przytulał do siebie Gabrysię.
Od dawna marzył o tej chwili. Marzył o tym, aby móc ją wziąć w ramiona, a potem bardzo namiętnie całować, rozebrać i okrywać pocałunkami każdy słodki milimetr jej ciała. Marzył o tym od dawna, ale nie było to jego jedyne marzenie. Jego uczucia do niej bynajmniej nie były wcale tylko i wyłącznie skupione na tej cielesności, choć skłamałby mówiąc, że nie zawierały w sobie takiego elementu. O nie, Piotr pożądał Gabrysi. Pragnął jej jako kobiety, pragnął jej od dawna, odkąd tylko ją zobaczył w stroju do koszykówki. Miała wtedy co prawda piętnaście lat, ale była nad wyraz rozwinięta fizycznie i wyglądała na kilka lat starszą. Wiedział o tym Piotr, jednak nie posunął się do niczego, gdyż nie chciał być posądzony o zbyt bliskie relacje z nieletnią. Poza tym jego uczucie do Gabrysi, które rosło z czasem, gdy lepiej poznawał dziewczyn, nabierało więcej doniosłości i tego, co sprawiało, że uczucie zasługuje na miano prawdziwej miłości. Nabierało stopniowo coraz więcej szlachetności, coraz bardziej też utwierdzało Piotra w przekonaniu, że ją bardzo kocha. Bo jak tu można było jej nie kochać? Przecież najstarsza z panien Borejkówień zyskiwała w oczach, gdy tylko się lepiej ją poznało, a jeszcze więcej zyskiwała, kiedy się z nią spędzało dużo czasu. Dlatego z czasem uczucie Piotra rosło, najpierw w podziw i zachwyt, potem w prawdziwe uczucie, które łączyło ze sobą w subtelny sposób pożądanie i platoniczny zachwyt. Bo jak można było się nie zachwycać tak wspaniałą dziewczyną? Mądrą, wrażliwą, dobrą, serdeczną oraz życzliwą, a do tego też inteligentną. Nawet jej ubiór, który faktycznie pozostawiał wiele do życzenia, nie odbierał w żaden sposób jej uroku. No, może nieco go gasił, ale nie odbierał. Piotr co prawda wmawiał sobie, że Gabrysia w tych spodniach workowatych typu dzwony lub dżinsach wygląda po prostu okropnie, ale to było tylko gadanie, którym sam siebie próbował przekonać, że dziewczyna mu się nie podoba. W rzeczywiście podobała mu się ona niesamowicie, ale przecież bardzo dobrze wiedział, że z tego nic nie wyjdzie.
Oczywiście nigdy nie powiedział Gabrysi, jak bardzo ją kocha. Jak przez to, że bliżej się mogli jako sąsiedzi poznawać sprawiło, iż najpierw był nią po prostu zauroczony, a z czasem poznawał ją bliżej i pokochał ją całym sercem, jak tylko prawdziwy mężczyzna może kochać prawdziwą kobietę. Nigdy jej jednak tego nie powiedział, ponieważ doskonale wiedział o tym, że nie ma szans u niej, zwłaszcza wtedy, gdy w pobliżu był Janusz Pyziak, najprzystojniejszy chłopak w szkole, jak również w całej okolicy. Wiedział, że nie ma z nim najmniejszych szans, bo żaden facet by nie miał szans z Pyziakiem, dlatego musiał sobie darować i nie próbował jej zdobyć. Potem wyjechał, rzucił się w wir zajęć, zaangażował też w działalność Solidarności, a kiedy zdradzony został przez dziewczynę i wyrzucony z pracy, wrócił do Poznania i zajął się młodszym bratem, gdyż ich rodziców aresztowano. I znowu spotkał swoją pierwszą miłość, Gabrysię Borejko, teraz już Pyziak. I nic nie straciła na swoim uroku, wciąż była piękna i wyjątkowa. Uczucie do niej odżyło, ale o ile wcześniej nie miał najmniejszych szans, kiedy Gabrysia była wolna, to teraz, jak miała męża, owe zmalały jeszcze mocniej, o ile było to w ogóle możliwe. Z tego więc powodu musiał sobie odpuścić, a aby mniej myśleć o niej, wmawiał sam sobie, że jest strasznie brzydka, a już zwłaszcza wtedy, gdy nosiła te swoje workowane spodnie dzwony lub dżinsy. Ale nawet wtedy nie umiał powiedzieć sobie tego wszystkiego całkowicie szczerze. Prawdę mówiąc, okłamywał wtedy sam siebie. Tak naprawdę kochał Gabrysie, teraz jeszcze bardziej dojrzałą i szczerą miłością niż kiedykolwiek przedtem. Dodatkowo jeszcze doszło do tego uczucie poczucie nienawiści do jej męża. Nienawidził go z całej siły, a im więcej smutku widział na twarzy Gabrysi, tym bardziej nienawidził tego bydlaka i miał ochotę zrobić mu krzywdę. Gdyby tylko znalazł się on w jego zasięgu, a jeszcze lepiej w zasięgu jego pięści... Wtedy... Oj, wtedy on by mu pokazał, gdzie raki zimują. Miał drań szczęście, że przebywał w Australii, daleko od niego, bo inaczej by dostał za swoje.
Z zamyślenia wyrwał Piotra ruch jego słodkiej Gabrysi, która przekręciła się na drugi bok, plecami do niego i słodko zamruczała. Popatrzył na nią wówczas czule i pocałował delikatnie jej prawe ramię.
- Moja słodka Gabrysiu. Jaka ty jesteś piękna.
Dziewczyna poruszyła się lekko przez sen, a on pogłaskał palcem jej ramię i szepnął czule:
- Kocham cię.
Potem wstał i naciągnął na siebie majtki i koszulę, po czym podszedł do okna, spojrzał przez nie, uśmiechnął się lekko, ale zaraz posmutniał.
- Stary idioto. Co ty sobie wmawiasz? Przecież ona na rano odejdzie i pewnie już nigdy do ciebie nie wróci.
Pogłaskał sobie bardzo gwałtownie twarz obiema dłońmi, po czym warknął ze złością na samego siebie.
- Prawda jest taka, że po prostu oszukujesz sam siebie. Ona ma męża i go nie zostawi ani dla ciebie, ani dla nikogo. Nawet jeśli go nie kocha, to nie zostawi go, chociażby z poczucia obowiązku, którego zawsze uczyła ją Melania, jej matka. Z tego powodu nie opuści ona Janusza, a tobie pozostaną najwyżej tzw. ochłapy z pańskiego stołu, w tym wypadku ze stoły Pyziaka. Nie mam na to ochoty. O nie, nic z tego! Piotr Ogorzałko nie będzie wyłącznie zabawką, jaką żałosną nagrodą pocieszenia lub kimś, kto będzie podnosił swoją ukochaną na duchu m.in. poprzez łóżko, ale nie dostając nic więcej.
Z takimi myślami Piotr odwrócił się i spojrzał na łóżko, na którym spała jego słodka Gabrysia. Uśmiechnął się smutno.
- Nie chcę być tylko twoim kochankiem. Chcę czegoś więcej. Dużo więcej. Ale tego nie możesz mi dać. Chyba, że zmienisz swoje zasady. Ale prędzej chyba Bałtyk przestanie być słony.
Po tych słowach odwrócił się w kierunku okna i zaczął z uwagą przypatrywać się widokowi, jaki był za nim. Nie zauważył wtedy, że Gabrysia obudziła się i nie zobaczyła go w łóżku, co ją zasmuciło. Szybko jednak zauważyła go przy oknie, więc odzyskała dobry humor, powoli wstała z uśmiechem na twarzy, owinęła się prześcieradłem i delikatnie stawiając kroki, podeszła do niego.
- Piotrusiu... - powiedziała czułym tonem.
Ogorzałko spojrzał na nią z uwagą i uśmiechnął się czule. Musiał przyznać, że w jego prześcieradle wyglądała naprawdę przesłodko i nad wyraz pociągająco. Zwłaszcza, kiedy sobie wyobraził, co ma pod nim.
- Gabusiu, nie śpisz? - zapytał.
- Jak widzisz - odpowiedziała mu słodkim głosem Gabriela - Co tak patrzysz przez okno?
- Jakoś tak... Po prostu myślę sobie.
- A o czym myślisz?
- O czym? O tym, co będzie jutro.
Gabrysia posmutniała, kiedy to usłyszała. Dotąd też nie zastanawiała się nad tym, co będzie na rano. Nie myślała o tym, ponieważ za bardzo była skupiona na tej boskiej rozkoszy, jakiej zaznała z Piotrem. Teraz jednak, gdy o tym wspomniał, naszły ją przykre myśli i wróciła do niej świadomość tego, kim jest i co robi.
- Tak, rzeczywiście. Trzeba o tym pomyśleć - powiedziała ponuro - Ale kiedy to robię, źle się czuję.
- Ja również. Nie chcę się z tobą rozstawać - rzekł czułym głosem Piotr.
- Ale wiesz, że tak trzeba - dodała ponuro Gabrysia, przyciskając do siebie mocniej prześcieradło - Nie powinnam była zostawać. Źle mi z tym.
Piotr, choć rozsądek mu mówił, że ma ona rację i czuje właściwe uczucia w tej sytuacji, to nie był w stanie zaakceptować poglądu, iż źle jej z tym, że spędziła z nim tę noc.
- Dlaczego źle, Gabusiu? Było ci źle?
- Przeciwnie. Jeszcze nigdy nie było mi tak cudownie.
- Więc w czym problem? Masz wyrzuty sumienia?
- W tym jest właśnie problem. Nie czuję żadnych wyrzutów sumienia. Czuję tylko zadowolenie i przyjemność. Zdradziłam mojego męża, co jest wbrew moim zasadom. Dodatkowo jeszcze czuję z tego powodu ogromna przyjemność, co jest jeszcze gorsze. Nie czuję ani trochę wyrzutów sumienia i źle mi z tym. Chcę czuć, ale nie umiem. Jestem bardzo złą osobą.
Piotr uśmiechnął się zadowolony i podszedł do Gabrysi.
- Nie powinnaś myśleć o sobie źle. Mąż cię zaniedbuje. Zasługuje na to, abyś go zdradzała. Nie jest wart wierności.
- Nie mów tak. On jest taki porządny, pracuje dla mnie i dla naszej córki. Nie mogę tak po prostu...
- Rozumiem... Ale naprawdę przykro mi, że źle się przeze mnie czujesz.
Piotr odwrócił smutno głowę i po chwili dodał ponuro:
- Powiedz wprost. Było ci źle i dlatego tak gadasz, bo jesteś zbyt taktowna i nie umiesz mi tego powiedzieć, aby nie zranić moich uczuć.
Gabrysia, choć nie miała nastroju do śmiechu, teraz parsknęła śmiechem.
- Co ty opowiadasz? Przecież było mi cudownie. Nie czułeś tego? Zwłaszcza wtedy, gdy niechcący ugryzłam cię w ucho, a na koniec krzyknęłam głucho twoje imię?
Mówiąc to, zarumieniła się mocno. Nigdy nie mówiła tak bezwstydnych oraz zarazem podniecających rzeczy. Nie przywykła do tego, dlatego spłonęła wielkim rumieńcem, ale oczywiście jednocześnie słodko się uśmiechnęła.
- Wybacz, nigdy o takich rzeczach nie rozmawiałam. Nie w taki sposób.
- A w jaki? - spytał zaciekawiony Piotr.
- No wiesz... W taki dosyć zwyczajny, bez większych emocji - odpowiedziała Gabrysia - Mama mi wyjaśniała, co i jak i to była chyba jedyna sytuacja, kiedy o tym rozmawiałam z kimkolwiek, a potem było... No wiesz, trzymanie się zasady, że to się robi, ale o tym się nie mówi i tyle. Tak po prostu.
- Może powinnaś móc swobodnie o tym mówić?
- Może... Ale nieważne. To teraz bez znaczenia.
- Zgadza się. Bez znaczenia - powiedział Piotr i posmutniał.
Gabrysia delikatnie dotknęła jego ramienia, jednocześnie wciąż przyciskając do siebie prześcieradło.
- Spokojnie. Będzie dobrze. Przecież nikt nie musi o tym wiedzieć - rzekła, aby pocieszyć mężczyznę.
Nieświadomie jednak, w ten sposób jeszcze bardziej go przygnębiła.
- Tak, właśnie to mnie uświadamia w tym, że nie będzie dobrze.
- Dlaczego?
- Bo nie chcę się ukrywać. Chcę żyć spokojnie ze świadomością, że nie mam potrzeby ukrywania swoich uczuć przed nikim.
- Przecież ty cały czas nic innego nie robisz, tylko ukrywasz swoje uczucia przed wszystkimi, a zwłaszcza przede mną.
- Tak i mam już tego dość.
- A wiesz, czego ja mam dość? Tego, że jestem kobietą, a nie czują się nią wcale a wcale.
Po tych słowach, Gabrysia zaczęła przechadzać się po pokoju, po czym lekko westchnęła i oparła się o ścianę plecami, mówiąc:
- Jestem wciąż młoda, mam córeczkę, mam męża, a nie czuję się jak kobieta. Zamiast tego czuję się tak, jakbym była jakąś zgrzybiałą staruszką. Wszystko na mojej głowie. Matka się użala nad sobą, córka i moje młodsze siostry głównie są pod moją opieką. Ida mi niby pomaga, ale co niby za pomoc? Na Janusza nie mogę liczyć. Nie tak, jakbym tego chciała. Jestem więc córką, matką i starszą siostrą na cały etat i co? Czuję się przez to tak, jakby miała siedemdziesiąt lat.
Piotr zmierzył ją ironicznym wzrokiem i powiedział:
- No, powiem ci, że jak na siedemdziesiąt lat, to naprawdę nieźle wyglądasz.
Gabrysia parsknęła śmiechem i rzuciła:
- Przestań, ja mówię poważnie.
- Ja również mówię poważnie. Uwierz mi, niejeden łysy emeryt po siódmym krzyżyku chciałby tak super wyglądać jak ty.
Gabrysia ponownie się uśmiechnęła i odparła:
- Słodki jesteś.
Rozejrzała się z uwagą po pokoju Piotra, z uwagą obserwując jego plakaty, wśród których dostrzegła nagą Bridget Bardott w filmie „I Bóg stworzył kobietę”, leżącą na brzuchu nagą Michelle Mercier w roli markizy Angeliki w serii słynnych francuskich filmów, Sylvię Kristel w seksownym stroju jako Emmanuelle, Sophie Lauren w bikini, a także jeszcze kilka innych naprawdę seksownych panien, rzecz jasna ubranych skąpo lub wcale nieubranych.
- Czuję się przy nich bardzo brzydka - powiedziała.
- Daj spokój - parsknął śmiechem Piotr - One przy tobie wyglądają jak sroki przy gołębicy.
Gabrysia zachichotała, podchodząc do Piotra i mówiąc:
- Wiesz, słodki jesteś. Umiesz prawić komplementy kobietom.
- Dziękuję. Prawię je tylko tym, które na to zasługują.
- Oj tak, te panie tutaj zasługują na komplementy.
- Ale ty zasługujesz na nie bardziej.
- Wiesz co? Wzrok ci szwankuje albo po prostu jest ciemno i nie możesz tego dostrzec. Bo ja nie mam tyle uroku i urody, co one.
- Masz tego wszystkiego dużo więcej niż myślisz.
Gabrysia dotknęła czule jego policzka i powiedziała:
- Wiesz, nawet jeśli masz problemy ze wzrokiem, to muszę ci jedno przyznać. Masz dobry gust. Względem kobiet i filmów.
- Dziękuję, Gabrysiu - odpowiedział Piotr i pocałował jej usta.
Pani Pyziak oddała mu pocałunek, po czym spojrzała głęboko w oczy swemu rozmówcy i powiedziała:
- Najmilszy mój... Słodki Piotrusiu...
- Tak, słodka Gabusiu?
- Czuję, że powoli wraca we mnie rozum i chęć bycia porządną kobietą. Nie chcę, aby mnie opanowała. Nie teraz. Zanim więc mnie ona dopadnie, to proszę, zabierz mnie jeszcze raz do gwiazd.
Piotr z rozkoszą pocałował ją ponownie, tym razem namiętnie. Gabrysia zaś objęła go zachłannie za szyję, a prześcieradło opadło na podłogę, odsłaniając przed Ogorzałką ten najpiękniejszy dla niego widok na świecie. Chwilę później złapał on ją mocno w ramiona i spełnił jej prośbę.
Już po chwili oboje zatracili się w tym cudownym szaleństwie, któremu się poddali kilka godzin wcześniej, a które sprawiło, że cały świat przestał dla nich, choć na chwilę istnieć. Wszystko straciło dla nich teraz całkowicie znaczenie. Już nic nie miało znaczenia, tylko oni oraz ta boska jedność ich duszy i ciał. Zuchwała chwila pożądania. A słowo stało się ciałem, a nawet dwoma ciałami, zbliżonymi do siebie tak ściśle, tak idealnie do siebie dopasowanymi, że można było chwilami odnieść wrażenie, że są jednością. Dzięki temu, zanim ponownie zasnęli, nadzy i spoceni, słodko w siebie wtuleni, kilkakrotnie osiągnęli pełną harmonię zmysłów.

niedziela, 30 maja 2021

Rozdział XIX

Rozdział XIX

Przyjaźń czy kochanie?

Obiad nasi bohaterowie spędzili w bardzo przyjemnej atmosferze, nie tylko jedząc przesmaczne frytki z kotletami, ale również wesoło rozmawiając o różnych sprawach, które wprawiały ich w niesamowicie dobry nastrój. Szczególnie zaś dopisywał on małej Aurelii, wyraźnie zadowolonej z tego, co się wokół niej działo. Z ustami pełnymi frytek uśmiechała się rozkosznie zarówno do Maćka i Kreski, jak i do Piotra i Gabrysi, zagadując ich oboje co jakiś czas i rozmawiając z nimi na różne wesołe tematy, a szczególnie ciekawiło ją to, kiedy będzie mogła zjawić się na ślubie i na czyim, czy jednej, czy też drugiej pary? Gabrysia chichotała, mocno tym ubawiona, z kolei Piotr lekko się zmieszał i wydawało mu się, że Aurelia już bierze wzrokiem miarę na ich stroje ślubne i dlatego wciąż patrzy na nich z uwagą. Nie wiedział, czy powinien się z tego powodu cieszyć, czy raczej nie. Ostatecznie Gabrysia była mu bliska, ale kto wie, jakie plany miała wobec nich obojga mała Jedwabińska? Może od razu chciała, aby się pobrali i mieli tuzin dzieci? Nie, żeby nie chciał kiedyś mieć podobnej przyszłości, jednak Aurelia mogłaby wszystko chcieć przyspieszyć, gdyż w jej niezwykle prostym systemie myślenia to, co dla niego lub Gabrysi wymagałoby dużo czasu, dla niej było czymś niezwykle łatwym i prostym do zrealizowania. Ale oczywiście w uroczej, dziecięcej główce małej to wszystko było takie proste. Dla dorosłych świat już nie był taki czarno-biały.
- Bardzo smaczny obiad - powiedział po chwili Maciek, gdy skończył jeść.
- Oj tak, był naprawdę smakowity - dodała Kreska, również kończąc posiłek.
- Musisz częściej wpadać do nas z wizytą i robić nam obiady - rzekł Maciek z uśmiechem na twarzy, patrząc na Gabrysię.
- Tak, musisz częściej to robić. A najlepiej wyjść za Piotrusia i zapraszać nas codziennie na obiadki - dodała słodkim tonem Aurelia.
Piotr lekko się zmieszał i nie wiedział, co ma powiedzieć, z kolei Gabrysia uśmiechnęła się życzliwie i powiedziała:
- Wiesz, kochanie, to nie jest wcale takie proste. Na wszystko potrzeba czasu. Niekiedy dużo czasu.
- A dlaczego? - zapytała Aurelia - Tak trudno jest kochać Piotrusia?
- Nie, skądże. Wcale nie tak trudno - odparła Gabrysia, lekko chichocząc.
Śmiechem chciała ukryć fakt, że jej twarz spłonęła słodkim rumieńcem, a ona sama była mocno zawstydzona.
- A tobie trudno pokochać Gabrysię? - zapytała Aurelia Piotra.
Teraz to Piotr spłonął delikatnym rumieńcem, zmieszał się, gardło mu nagle wyschło, a serce zabiło mu mocno w piersi. Spojrzał z uwagą na panią Pyziak i powiedział czułym tonem:
- Myślę, że trudno by ją było nie pokochać, Aurelio.
- No właśnie. To się pobierzcie i róbcie codziennie takie obiadki - stwierdziła prostodusznie dziewczynka.
Wszyscy zachichotali, ubawieni tymi słowami, a najbardziej to chyba Maciek i Kreska. Oboje zerkali na starszego z Ogorzałków i panią Pyziak, rzucając w ich kierunku dość dowcipne spojrzenia.
- Właśnie, braciszku. Aurelka ma rację. Co stoi na przeszkodzie, żebyście ją mieli posłuchać? - spytał po chwili Maciek.
Piotr lekko zgromił go wzrokiem i rzucił:
- Młody, skoro już przestałeś jeść, to może łaskawie pozmywasz naczynia?
- Racja, trzeba po sobie pozmywać - zgodziła się Kreska, wstając od stołu i zbierając ze stolika talerze.
- Pomogę ci - zaoferował się Maciek, również wstając od stołu.
Oboje zebrali wszystkie naczynia i poszli do kuchni, aby je umyć. Potem zaś ułożyli je wszystkie na suszarce, gdy zaś to zrobili, powrócili do salonu.
- Naczynia są już wszystkie umyte - zameldował Maciek.
- To dobrze - odparł Piotr.
- A więc możemy już iść.
- Iść?
- No tak. Idziemy do Janki. Aurelia, idziesz z nami?
- Tak, chętnie - odpowiedziała wesoło dziewczynka, wstając od stołu - Chyba sobie dadzą radę sami.
- Kto sobie niby da radę? - zdziwił się Piotr, patrząc zdumiony na Aurelię, a potem na młodszego brata.
- Wy - odpowiedziała mu słodko Aurelia - Idziemy?
- A z czym mamy sobie dać radę?
- Z pokochaniem się.
Piotra zamurowało i nie wiedział, co ma powiedzieć. Gabrysia też była lekko zmieszana, ale uznała słowa dziewczynki za żart, a przynajmniej próbowała sobie wmówić, że tak właśnie jest. Dlatego też uśmiechała się i zachowała spokój, a ten spokój częściowo udzielił się także i Piotrkowi.
- Doskonale, to my idziemy - powiedział Maciek, kierując się ku wyjściu.
- Tylko wróć łaskawie nie później niż po dziesiątej - rzucił w jego kierunku Piotr - Nie chcę, żebyś się włóczył po ciemku po korytarzu. Mogą znowu ukraść nam korki i wtedy zabijesz się na schodach.
- Po dziesiątej, tak? Chyba rano - zachichotał młodszy Ogorzałko.
Piotr popatrzył na niego zdziwiony.
- Słucham? Co to niby ma znaczyć?
- To, że zostaję u Janki na noc.
- A niby dlaczego?
- Bo ty zostajesz w mieszkaniu na noc.
- No tak.
- Z Gabrysią.
Piotr lekko zakrztusił się własną śliną, aż Gabrysia musiała go zdzielić dłonią przez plecy, aby się opanował. W końcu mężczyzna zapanował nad sobą, po czym spojrzał zdumiony na Maćka, który uśmiechał się ironicznie i rzekł, choć przez chwilę dość słabym głosem:
- Młody, ja sobie nie życzę podobnych insynuacji, jakoby ja...
- Nie chcemy wam przeszkadzać - powiedziała Kreska słodkim tonem - Więc dlatego zaprosiłam Maćka i Aurelię do siebie.
- Będziecie mieli czas się pokochać - dodała słodko Aurelia.
- Tylko nie przesadźcie, ja tam wujkiem jeszcze nie chcę zostać - rzucił nieco złośliwym tonem Maciek.
- Młody, a ty w dziób chcesz dostać? - zapytał ze złością Piotr, odzyskując już głos i panowanie nad nim - To ty mi lepiej nie nabrój z Janeczką, bo ja tam jeszcze nie chcę zostać wujkiem.
- Spokojnie, Piotrek. Wszystko już w tej sprawie wiem, żeby nie stało się tym twoim, nieuzasadnionym zresztą obawom, zadość.
- Wszystko wiesz, tak?
- A tak, wszystko wiem, bo dawno już nam o tym opowiadali w szkole i ja już to wszystko umiem.
- On już wszystko umie! - zawołał z kpiną w głosie Piotr, po czym spojrzał na Gabrysię - Słyszałaś go? On już wszystko umie! Wszystko wie! Wszystkie rozumy pozjadał!
- Nie wszystkie, braciszku. Twój sobie darowałem, bo wiesz... Raczej bym się nim nie najadł - odpowiedział złośliwie Maciek.
Piotr zdjął szybko z nogi laczek, po czym rzucił nim w kierunku młodszego brata, który w ostatniej chwili się uchylił i laczek zamiast w jego głowę, uderzył w ścianę. Maciek zachichotał zadziornie, po czym złapał Kreskę za rękę i powiedział:
- To życzę miłej zabawy.
I wyszli oboje z mieszkania, a Aurelia wyszła wraz z nimi.
- Słyszałaś, co on wygadywał? - zapytał ze złością w głosie Piotr, wskazując dłonią na Macka - Myśli, mądrala jeden, że jest najmądrzejszy na świecie.
- Daj spokój, to przecież były tylko żarty - stwierdziła Gabrysia.
- Żarty? Może i tak, ale mimo wszystko w bardzo niedobrym smaku - rzekł na to Piotrek, wstając i nakładając sobie na nogę rzucony laczek - On myśli sobie, że niby ty i ja... Że niby ja spróbuję cię tutaj uwieść, gdy ich nie będzie.
- Tak, to naprawdę niedorzeczne - powiedziała Gabrysia i nagle posmutniała.
Z jakiegoś powodu słowa Piotra bardzo ją zasmuciły. Nie, żeby chciała, aby ją próbował uwieść, ale też widać było, iż fakt, że Ogorzałko nie widział w niej wcale atrakcyjnej kobiety, którą mógłby uwodzić, sprawiła jej wielką przykrość.
- Spokojnie, przecież to nic takiego - powiedziała na głos - Oni przecież nie chcą nas zranić.
- Ale wyraźnie chcą nas ze sobą zeswatać.
Gabrysia uśmiechnęła się ironicznie, gdy to usłyszała. W wiele rzeczy była w stanie uwierzyć, ale nie w takie coś. Piotr na pewno przesadzał.
- Piotrek, daj spokój. Aurelia może i owszem, ma jakieś swoje plany. No, ale twój brat i Kreska, znaczy Janka? Oni mieliby nas celowo swatać? Nie wierzę, że byliby do tego zdolni.
- Uwierz mi, oni są do tego zdolni - stwierdził Piotr i uśmiechnął się - Ale to jest przecież niedorzeczne.
- Tak, rzeczywiście niedorzeczne - pokiwała smutno głową Gabrysia.
To mówiąc, wstała od stolika i powiedziała:
- Chyba już sobie pójdę.
- Pójdziesz? Dlaczego? - zdziwił się jej zachowaniem Piotr - Maciek uraził cię swoim zachowaniem?
- Nie, ja się nie obraziłam za jego słowa - odparła wymijająco kobieta.
- A za co się obraziłaś?
- Za nic.
- Więc czemu chcesz iść?
- Mam swoje sprawy u siebie.
- Nie możesz ich przełożyć na później?
- Nie mogę.
Młoda kobieta skierowała się ku wyjściu, ale Piotr ścisnął ją za rękę i rzekł:
- Zostań, proszę. Radio Wolna Europa ma nadawać ładne słuchowisko. Nie chciałabyś go ze mną posłuchać?
Piotr skarcił siebie w duchu za tak głupi argument, jaki właśnie wymyślił. Co on najlepszego wygadywał? Naprawdę nie umiał nic lepszego powiedzieć? Ale z drugiej strony, co miał niby powiedzieć? Że ją kocha od pierwszej chwili, kiedy ją zobaczył na boisku, gdy grała w jednej drużynie z jego młodszą kuzynką? Że od tego czasu często wracał do niej wspomnieniami i nie umiał o niej zapomnieć, a już zwłaszcza wtedy, gdy znowu zobaczył ją jako dorosłą i gdy ich rodziny się ze sobą zaprzyjaźniły i spędzały ze sobą coraz więcej czasu? Że nienawidził Janusza Pyziaka nie tylko za to, iż prawdopodobnie był on nędznym kapusiem, ale także i za to, że się z nią ożenił i ją skrzywdził? Że kłócił się z nią tyle razy tylko dlatego, aby ukryć przed nią i przed samym sobą swoje prawdziwe uczucie, jakie do niej żywi od dawna? Miał jej to powiedzieć? Nie umiał jej tego powiedzieć wtedy, gdy była wolna, więc czemu miałby to robić teraz?
Gabrysia oczywiście nie znała jego myśli, dlatego uwierzyła w to, że chciałby posłuchać w jej towarzystwie słuchowiska nadawanego przez Radio Wolna Europa i dlatego zgodziła się zostać.
- Dobrze, ale po słuchowisku wracam do siebie - powiedziała.
- No dobrze, oczywiście - zgodził się z nią Piotr.
- A przy okazji, jakie to słuchowisko?
- „Folwark Zwierzęcy”. Jak pierwszy raz je nadawali, to nie miałem okazji go posłuchać. Chciałbym teraz posłuchać i pomyślałem, że ciebie też zainteresuje.
- Oczywiście. Tata bardzo lubił Orwella.
- Super. A więc chodźmy, niedługo mają podobno zacząć.
Oczywiście to niedługo trwało całe pół godziny, ale w końcu nadeszło i gdy to nastąpiło, z radością oboje zaczęli wsłuchiwać się w radiową opowieść powstałą na podstawie znakomitej powieści George’a Orwella. Słuchali jej z wielką uwagą, od czasu do czasu zerkając na siebie i uśmiechając się do siebie serdecznie. Całe słuchowisko było niezwykle ciekawe, dosyć wierne powieści, a kilka wydarzeń w tej historii zostało przedstawione w formie reporterskiej relacji, którą rzekomo dla słuchaczy przedstawiał tajemniczy, wszędobylski reporter, co nadawało całej tej opowieści znacznie ciekawszego charakteru. Oczywiście, podobnie jak i w książce Orwella, także opowieść zakończyła się smutną sceną zmuszającą do ogromnych refleksji. Gdy słuchowisko dobiegło końca, Piotr powoli wyłączyć radio i spojrzał na Gabrysię, mówiąc:
- Świetne słuchowisko. Cieszę się, że mogliśmy je wysłuchać oboje.
- Ja też się z tego cieszę, Piotrze - powiedziała do niego życzliwie Gabrysia - Naprawdę rewelacyjna historia. Musimy ją kiedyś znowu posłuchać.
- Będę pilnować i jeśli będą znowu je nadawać, dam ci znać.
- Dziękuję, Piotrze. Jesteś naprawdę w porządku.
- Ty też jesteś w porządku - powiedział Piotr.
W duchu zaś dodał:
- Boże, jaka ona piękna. Nigdy nie była równie piękna jak teraz.
- Wiesz, chyba muszę już iść - rzekła po chwili Gabrysia.
Piotr wyrwał się ze swoich myśli i przywołał sam siebie do rozsądku.
- Tak, masz rację. No cóż... Bajka się skończyła, pora wracać do swego życia, nudnego i ponurego.
- Czyje życie jest nudne i ponure? - zdziwiła się Gabrysia i lekko zmarszczyła brwi - Chyba twoje, bo moje na pewno nie. Ja mam dość zajęć w domu, aby się nie nudzić. A czy jest ponuro... Tu się z tobą zgodzę, ale w jakiej rodzinie teraz nie jest ponuro? Przecież teraz wszyscy mamy pod górkę.
- Nie wszyscy. Jedwabińskim dobrze się powodzi, odkąd wstąpili do partii. Tak samo jak Stągiewkom. No i jeszcze twojemu mężusiowi.
- On nie jest w partii.
- Ale bawi się doskonale w Australii, gdy ty musisz się tutaj męczyć.
- Ja się męczę? Ja się nie męczę. Kto niby powiedział, że ja się męczę? Ja na pewno nie.
Gabrysia była lekko poirytowana tym gadaniem, ale nie chciała dawać swemu rozmówcy satysfakcji, że rzeczywiście męczy się w tej taniej parodii małżeństwa, w jakie się wpakowała i to jeszcze z własnej woli. Co prawda, mogła powiedzieć o sobie, że nie miała wyboru, gdyż zaszła w ciążę z Januszem podczas wspólnego wypadu pod namioty, ale czy rzeczywiście nie miała wyboru? Jej ojciec przecież nie naciskał na nią. Znaczy oczekiwał, że jego wnuk lub też wnuczka będzie miało oboje rodziców, ale nie zmusiłby jej do niczego i nie robiłby jej wyrzutów, gdyby odmówiła. To matka, tak przywykła do wszelkiego rodzaju form i zasad, na jakich ją wychowano, domagała się tego, aby dziecko miało oboje rodziców, nawet jeśli całkiem niedobranych, bo co by ludzie powiedzieli, gdyby było inaczej? Nie dość, że to niemoralne, to do tego jeszcze niezgodne z Boskimi nakazami.
- Dziecko zawsze musi mieć oboje rodziców - powtarzała Melania Borejko swojej najstarszej córce - Nie ma to znaczenia, czy są oni dobrani, czy też nie. Czy się szczerze kochają, czy też nie. Dziecko musi mieć oboje rodziców, tak zawsze było w naszej rodzinie i tak zawsze będzie. A miłość? Cóż to znaczy, miłość? To jest zupełnie niepotrzebne. Jesteście oboje jeszcze bardzo młodzi. Co wy niby tam wiecie o miłości? Ona zawsze pojawia się z czasem, jak się jest długo ze sobą. A nawet jeśli się nie pojawi, to nie ma to znaczenia w małżeństwa. Przed wojną, jak ja się narodziłam, mało kto żenił się z miłości. Większość ludzi żeniła się wtedy z rozsądku i jakoś umieli ze sobą być na dobre i złe. A czy się kochali, czy nie, jakie to miało znaczenie? Ważne, że umieli zawsze wychować dziecko na porządnego człowieka. A jak chcesz wychować dziecko na przykładnego obywatela, kiedy już od samego początku dajesz mu zły przykład, nie będąc z jego ojcem? Poza tym, ty chyba kochasz Janusza, prawda?
Gabrysia nie wiedziała wtedy, co ma jej odpowiedzieć. Miała wobec Janusza Pyziaka mieszane uczucia. Z jednej strony na pewno była nim zauroczona, bo i jak miała nie być? Był męski, silny, umięśniony, zaradny i pomysłowy, imponował jej rodzicom tym, jak umiał się wysławiać i jak wiele rzeczy potrafił zrobić w domu i wokół siebie. Z drugiej wszakże strony nie miał w sobie za wiele romantyzmu. Od samego początku nie krył, że Gabrysia go pociąga fizycznie i pragnie jej. W sumie nie było w tym nic złego, byłoby dziwne, gdyby tego nie chciał. Odnosiła jednak chwilami wrażenie, że pragnie jej tylko w sposób fizyczny i o duchowym sposobie nie było tu w ogóle mowy. Za mało bowiem mówił o sprawach psychologicznych, za dużo o fizycznych. Za dużo było w rozmowach z nim pokarmu dla ciała, a za mało dla ducha. Gabrysia jednak, wówczas całkowicie niedoświadczona w kwestii miłości, brała to wszystko za dowód zaradności i praktycznego podejścia do życia, które tak wiele dziewczyn sobie ceniło w życiu i które ceniła także ona. Tylko, że ona nie wyrzekała się sfery duchowej. Janusz z kolei sprawiał wrażenie, jakby ta sfera nic dla niego nie znaczyła. Ale to były tylko chwile, bo szybko one mijały, gdy ją przytulał, całował, dotykał, komplementował i robił wszystko wokół niej. Dlatego w końcu mu uległa. Miała wtedy zaledwie dwadzieścia trzy lata i tyle o miłości pojęcia, co mucha o tym świecie, czyli niewielkie. Janusz z kolei, o półtora roku od niej starszy, bardziej doświadczony, pracujący zaraz po zakończeniu budy, jak ją pogardliwie nazywał, wiedział więcej o życiu i uważał, że nie można w tym życiu marnować okazji, aby zaznać wszelkich przyjemności, bo nie wiadomo, jak to będzie w kolejnym życiu, jeśli w ogóle ono istnieje. Dlatego też bardzo chciał, aby Gabrysia była jego całkowicie. Więc mu ulegała, ale początkowo pozwalała mu jedynie na pocałunki i dotyk. Na więcej nie mogli sobie pozwolić, bo raz, że on pracował i nie miał na to za bardzo czasu, a dwa, że albo u niego byli jego rodzice, albo u niej jej i wszelka słodka intymność istniała na tyle, na ile ją skradli w ciągu paru minut, gdy nikt nie patrzył na nich. Ta sytuacja trwała dość długi czas, potem Janusz pojechał z ojcem do NRD, aby sobie nieco dorobić. Nie było go długi czas. Gabrysia podejrzewała, że musiał ją tam nieźle zdradzać, on jednak zarzekał się, że tego nie robił. Wierzyła mu, a raczej po prostu chciała w to wierzyć, bo był jej miłością i wolała wierzyć w to, co jej o sobie mówił, aniżeli snuć teorie spiskowe dziejów. Przyjmowała jego listy, jego krótkie powroty do Polski jako dobrą monetę i marzyła o nim, dojrzewała powoli do myśli, aby oddać mu się w pełni. I w końcu to zrobiła. Udało się, gdy wrócił już z NRD na stałe i pojechał z nią pod namioty, fundując wycieczkę im obojgu. No i stało się. Zaszła wówczas w ciążę. Janusz nie był zachwycony, jednak zachował się całkiem w porządku, prosząc rodziców o jej rękę. Gabrysia powinna się cieszyć, ale w głębi serca czuła, że są to oświadczyny wystosowane wyłącznie dlatego, że inaczej nie wolno było postąpić. Dodatkowo jego matka była przeciwna ich związkowi i marzyła się jej bogata i wpływowa synowa, a kilka panien z tej właśnie kategorii kręciło się koło Janusza i łatwo mógł się on wokół takiej zakręcić, gdyby tylko chciał. Ale on wolał Gabrysię, dlatego ją poślubił. Ile w tym było jednak miłości, a ile chęci zrobienia apodyktycznej matce na złość, nie wiedziała. Nie wiedziała tego również w tej chwili, gdy przyjmowała jego oświadczyny. Dlatego nie umiała udzielić matce na jej pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Odpowiedziała jednak:
- Oczywiście, że go kocham, mamo.
Powiedziała tak, ponieważ Janusz wciąż był jej w sercu. Czuła, że go kocha. Ale czuła, że jego miłość nie jest już tym, czym była kiedyś, gdy zabiegał o nią i jej niewinność. Gdy już dostał, co chciał, rozkoszował się tym, cieszył, a gdy nagle przyszły komplikacje w postaci ciąży, zaakceptował to, jednak... W jego stosunku do Gabrysi wiele się zmieniło. Nie były to wielkie zmiany, ale drobiazgi, a one są przecież ważne i tylko głupiec tego nie dostrzega. Z tego powodu miłość jej do męża powoli zaczęła zadawać jej ból i cierpienie, a gdy mąż wyjechał, poczuła się bardzo samotna. I czuła, że nie tylko Janusz się zmienił, ona również zaczęła się powoli zmieniać. Zaczęła czuć w sobie ogromne pokłady złości oraz niechęci do niego, w jej głowie rozkwitały coraz częściej wyrzuty w stosunku do niego, które tylko przez wrodzoną dobroć Gabrysia zwalczała i karciła w sobie. W głębi serca jednak wiedziała, że mąż do niej nie wróci. A jeśli nawet i wróci, to tylko dlatego, że nie miałby innego miejsca, do którego miałby wracać. Ale ten głos rozsądku jej natura romantyczna próbowała zwalczyć, ale ta część natury, która kierowała się przede wszystkim pragmatyzmem, mówiła jej, że po prostu Janusz przywykł już do wygodnego trybu życia, do żony gotującej mu pierogi i robiącej wszystko w domu, do trybu życia, w którym on pracuje i zarabia pieniądze, wraca do domu na wieczór, je posiłek, popieści kilka krótkich minut swoją „Pyzunię”, jak ją nazywał (Gabrysia nie cierpiała tego głupiego przydomku ich córeczki), popieści potem żonkę i idą spać, a rano to samo. A w niedzielę odpoczywa, unikając wszelkich obowiązków, twierdząc z ironią, że nie po to haruje jak wół dzień w dzień, aby w niedzielę nie móc sobie odpocząć. Gabrysia długo się z nim zgadzała, obecnie zaś miała poczucie, że Janusz uciekał w pracę, aby nie musieć z nimi siedzieć w dzień, bo wtedy musiałby coś robić przy córce lub w domu, a tego nie chciał. A zwłaszcza dotyczyło to opieki nad „jego słodką Pyzunią”.
Czy zatem teraz, gdyby chciała poślubić Janusza, mając za sobą cały bagaż swojej obecnej wiedzy i swego doświadczenia na barkach, to powiedziałaby matce i to z taką pewnością, że go kocha? Nie wiadomo. Miłość do jej męża nie mogła minąć całkowicie tak po prostu, choć bardzo osłabła z powodu jego zachowania. Ale czy minęła? Gabrysia nie umiała tego zrobić. Nie umiała przestać kochać na zawołanie. Było to wbrew jej woli. Gdyby jednak teraz cofnęła czas i miała znowu możliwość przyjąć jego oświadczyny, odmówiłaby. Chociaż... Co by to zmieniło? Jej matka i jej niekiedy zaściankowe podejście do życia, z pewnością nie dałyby jej żyć, gdyby odmówiła. W głębi duszy słyszała już wykład na ten temat:
- Nie rozumiesz, że masz obowiązek dać dziecku ojca? Nie rozumiesz, jakie to jest ważne? Pan Bóg tak ustanowił na tym świecie, że dziecko musi mieć oboje rodziców. To twój obowiązek wobec ciebie, wobec rodziny i wobec twego dziecka. Dzieci wychowuje zawsze oboje rodziców. Tak zawsze było, jest i będzie. A co do twego Januszka, to spokojnie. Jeśli ma jakiekolwiek wątpliwości, to my mu już je wybijemy z głowy.
Słyszała niemalże takie same słowa, gdy matka z nią rozmawiała na temat jej ciąży i przyszłego małżeństwa. A gdyby odrzuciła oświadczyny Janusza, matka by na pewno takie słowa jej rzuciła i powtarzałaby jej tak często, że nie dałaby jej żyć i musiałaby jej Gabrysia ustąpić, albo by zwariowała. Ojciec na pewno oczywiście by jej nie przymuszał, może nawet broniłby ją przed mamą, ale też uważał, że co jak co, ale dziecko musi mieć oboje rodziców. Tyle tylko, że miał tyle taktu, aby nie wyskakiwać jej z takimi tekstami jak powoływanie się na poczucie obowiązku lub zasłanianie się Bogiem i Jego wolą. Jako ateista z wyboru, który wierzył w to, że znajduje się na tym świecie jakaś siła wpływająca na nasze losy (ale czy była ona Bogiem, czy też nie, za to ręczyć nie mógł), nie uważał, żeby mieszanie do takich spraw wyżej nieokreślonego Stwórcę, o którym przecież nikt nic pewnego powiedzieć nie mógł, było normalne. Ale i tak oczekiwał, że Gabrysia wyjdzie za Janusza i da swojemu dziecku pełną rodzinę. Oczywiście, gdyby jego najstarsza córeczka przyszła do niego i powiedziała mu, że nie kocha Janusza i nie nadaje się on na męża, nie naciskałby na nią i zmusił matkę, aby odpuściła jej. A więc, jeśli Gabrysia mogła kogoś winić za to, że ma teraz tak nieudane małżeństwo, to tylko siebie samą. Dobrze to wiedziała, jednak nie chciała, aby wiedział o tym Piotr.
Wracając do rzeczywistości, Gabrysia spojrzała uważnie na starszego z braci Ogorzałków i powiedziała:
- Słuchaj, mój mąż jest jaki jest, możesz mu wiele zarzucić, ale nie mów, że on się dobrze bawi. On ciężko pracuje na naszą rodzinę, aby nam się żyło lepiej.
- Naprawdę? A czy jesteś tego całkowicie pewna? - spytał ironicznie Piotr.
Gabrysia chciała już odpowiedzieć, że tak, ale dobrze wiedziała, że to będzie kłamstwo i że Piotr to odkryje, dlatego nie zamierzała tego robić. Nie chciała, aby jej rozmówca miał satysfakcję i stwierdził, że ona kłamie i musi to robić, żeby się przed nim, swoim przyjacielem, nie przyznać, jak cierpi.
- A widzisz... Nie masz takiej pewności. Nikt jej nie może mieć.
Piotr nie ukrywał swojej satysfakcji. Gabrysię drażniła ona i czuła, że jeżeli dłużej tu zostanie, to nie wytrzyma i znowu rozpocznie z nim kłótnię, a nie chciała kolejnych sprzeczek pomiędzy nimi. Dlatego powoli wstała i powiedziała:
- Muszę już iść.
W innej sytuacji Piotr pozwoliłby jej odejść, ale nie tym razem. Wstał także i powiedział stanowczo:
- Boisz się prawdy i nie chcesz jej słuchać? Dlatego odchodzisz?
- Nie, bo nie mam ochoty słuchać głupot na temat mojego małżeństwa. I to nie wiadomo, po co wymówionych. Po co mi to wszystko mówisz? Czy zadawanie mi bólu sprawia ci przyjemność?
Piotr nieco ochłonął, spuścił nieco wzrok i powiedział:
- Wiesz dobrze, że tak nie jest.
- Nie wiem. Właśnie nie wiem, jak jest! - teraz to Gabrysia przeszła do ataku - Skąd mam wiedzieć, co ty czujesz i czego chcesz, skoro mi nic nie mówisz? Jesteś jak ślimak! Zamknąłeś się w skorupie i nie zamierzasz pozwolić na to, żeby ktoś miał wgląd w twoje myśli!
Słysząc jej podniesiony głos, Piotr spojrzał jej w oczy i powiedział ze złością, ale wciąż spokojnym tonem:
- Nikomu nie pozwalam zaglądać w moje myśli. Są one tylko moją prywatną sprawą i nic nikomu do nich.
- Pozwól zatem, aby moje myśli pozostały moją tajemnicą.
- Przecież ty nie masz tajemnic. Czytam w tobie jak w otwartej księdze. Nic, co bym nie chciał się dowiedzieć od ciebie, nie umiałabyś przede mną ukryć.
- Jaki zarozumialec z ciebie.
- Może i tak, ale przynajmniej nie zgrywam kogoś, kim nie jestem.
- A ja zgrywam?
- Owszem. Jesteś piękną i zmysłową kobietą, która budzi szacunek we mnie i w każdym, kto cię bliżej pozna. Po co ukrywasz swoją urodę w tych paskudnych dżinsach?
- To moja sprawa.
- Kryjesz w ten sposób swoje piękno.
- Kobiety w dżinsach też wyglądają pięknie.
- Jak strachy na wróble.
Gabrysia spojrzała na niego z żądzą mordu w oczach i syknęła:
- Ja jestem strachem na wróble? JA?! Słuchaj mnie, ty... Ty szowinisto! Ja już wiem, o co ci chodzi! Tobie przeszkadzają zaradne i samodzielne kobiety! Dlatego cię denerwują kobiety w spodniach! Wolisz mieć tradycyjną służącą piorącą ci w domu skarpetki i zawsze czekającą na ciebie z obiadem! Boisz się silnych kobiet, które same sobie radzą, bo byłbyś takim niepotrzebny!
- Kobieta powinna być kobietą! Prawdziwą kobietą! Może być zaradna i dość samodzielna, ale niech będzie prawdziwą kobietą!
- Ty byś nawet nie wiedział, co zrobić z prawdziwą kobietą!
Piotr nie wytrzymał. Gabrysia poruszyła czuły punkt jego osoby. Złapał więc ją w ramiona i dziko pocałował w usta. Młoda kobieta zdziwiła się, co on robi, ale nie protestowała, a gdy oderwał się od niej, aby złapać oddech, spytała:
- Co ty wyprawiasz?
- Pokazuję ci, jak traktuję prawdziwe kobiety.
- Więc czemu przestałeś?
- Bo nie wiem, co prawdziwa kobieta na to.
Gabrysia prychnęła z kpiną. Była wściekła, że przerwał pocałunek. Diabeł ją jakiś opętał i zapomniała o tym, że jest porządną mężatką. Nie chciała o tym teraz sobie przypominać. Dlatego zawołała:
- Prawdziwa kobieta woli stanowczego faceta, który dobrze wie, czego chce! A ty czego chcesz, co?
- Chcę, żebyś była szczęśliwa. Chcę naszej przyjaźni, chcę cię szanować cały czas i szanować i pomagać ci, tylko...
- Tylko co? Tylko co?! - naskakiwała na niego Gabrysia - No, tylko co, no?! O ci chodzi?! Wyduś to z siebie!
Piotr ponownie złapał ją w ramiona i zaczął dziko całować. Tym razem wszak Gabrysia złapała go za szyję i oddała mu pocałunek, choć po chwili, kiedy straciła dech w płucach, oderwała się od niego i spytała:
- Co to miało być?
- Pocałunek.
- Ale nie tak całuje przyjaciel.
- A jak powinien całować?
- W ogóle nie powinien całować. Zdecyduj się już, czego ty chcesz? Przyjaźni czy kochania?
- Jednego i drugiego.
Stanowczość w głosie Piotra było naprawdę ogromnie podniecająca. Diabeł, który opanował duszę Gabrysi i obudził w niej prawdziwą kobietę, nie zamierzał marnować okazji i rozpalił jej ciało i zmysły do tego stopnia, że młoda kobieta z lekką złością zacisnęła palce na ramionach Piotra, po czym spytała gwałtownie:
- To na co jeszcze czekasz?
Piotr ponownie ją pocałował. Obejmował ją, dotykał po biodrach i zachłannie wysysał z jej warg największą rozkosz, o jakiej zawsze marzył. Jego duszę jednak diabeł jeszcze nie opanował. Rozsądek nakazywał mu jeszcze na chwilę przerwać i rzec:
- Ale wiesz, że nie zrobię niczego wbrew twojej woli.
- Wiem. Nie jesteś taki - odpowiedziała Gabrysia.
- To dobrze, bo nie chciałbym, abyś tak myślała. Ja nie jestem taki. Ja jestem inny. Mam swoje zasady. Po prostu teraz... Ty... Coś ze mną zrobiłaś. Zaczarowałaś mnie chyba. Nie wiem, co mam zrobić. Po prostu szaleję. Gdybyś tylko wiedziała, od jak dawna...
- Piotrze.
- Tak?
- Przestań mówić.
Piotr uśmiechnął się i pocałował jej usta, porwał w swoje ramiona i chwilę później diabeł również i jego duszę opętał. Cały świat przestał wówczas istnieć, a w ich głowach wirowały jedynie rozkosz, pragnienie, bliskość ich dusz i ciał, jak również dobrze im znane, cudowne słowa Mickiewicza, które oboje dobrze znali, a które doskonale teraz oddawały ich uczucia:

Tęskniąc sobie zadaję pytanie,
Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

piątek, 28 maja 2021

Rozdział XVIII

Rozdział XVIII

Przygotowania do obiadu

Gabrysia powróciła do swojego mieszkania, po czym z miejsca zajrzała do lodówki, poszukując tam mięsa, które niedawno kupiła. Dość szybko je znalazła, a gdy to zrobiła, sprawdziła dokładnie, ile go zostało. Zobaczyła wówczas, że jest tego jeszcze bardzo dużo, a więc wystarczy, aby nakarmić jej rodzinę i przyjaciół. Oczywiście Piotr nie oczekiwał wcale wdzięczności za to, że jej pomógł, a już na pewno nie tego rodzaju wdzięczności. Zapewne zakładał, iż nie po to Gabrysia kupowała dla siebie i swoich bliskich mięso, aby się nim dzielić z sąsiadem, który nieraz doprowadzał ją do szału. Ale mimo wszystko jej propozycja sprawiła mu wielką przyjemność i pośrednio też wywołała radość u samej Gabrysi, która czuła, że z prawdziwą rozkoszą wprowadzi małą zmianę w swoje zwyczaje i zje tego dnia obiad z kimś innym niż jej matka i siostry. Z tą oto myślą, wzięła z zebranych przez siebie zapasów część mięsa, zapakowała je w papier, resztę zaś schowała do lodówki i zamknęła ją.
- Tyle wystarczy nawet na kilka porcji - powiedziała sama do siebie - I na pewno będzie im smakować, tylko trzeba dobrze to przygotować. Ale to raczej nie będzie problem.
Po tych słowach zajrzała jeszcze na chwilę do pokoju, w którym leżała jej córeczka. Tym razem nie spała, tylko słodko szczebiotała. Gabrysia z radością oraz czułością wzięła ją na ręce i delikatnie przytuliła. Pocałowała ją potem z miłością w czoło, dając jej w ten sposób do zrozumienie, jak wiele ona dla niej znaczy.
- Moja mała księżniczka. Mój słodki skarb. Tak bardzo cię kocham.
Przytuliła ją do siebie ponownie, ukołysała i położyła ponownie w łóżeczku, gdy Różyczka powoli zamknęła oczy i pogrążyła się we śnie.
- Śpij dobrze, kochanie. Mamusia idzie na obiad i wróci później.
Upewniwszy się, że jej dziecko już śpi, Gabrysia zajrzała do szafy, szukając w niej odpowiedniego stroju na wspólny obiad. Uznała, iż nie może założyć na tak wyjątkową chwilę coś pospolitego, co nosi na co dzień. To w końcu nie był jakiś zwykły wypad na miasto, tylko wspólny obiad z jej przyjaciółmi. Chciała więc ich w jakiś sposób uhonorować, pokazać im, że wiele dla niej znaczą, a wiadomo, iż nie można było tego zrobić w zwyczajny sposób. Trzeba było założyć jakiś ładny strój, pokazujący przyjaciołom, że ich lubi, że ceni i że są dla niej wyjątkowi. I z tego też powodu Gabrysia, po przemyśleniu tego jeszcze raz bardzo dokładniej, wydobyła z szafy lekką, letnią sukienkę w białym kolorze i zdobioną w kwiatki. To był idealny strój, pokazujący Piotrowi i reszcie, że uwielbia ich towarzystwo. Przy okazji wciąż pamiętała, że starszy z braci Ogorzałków uważał ją za zwariowaną feministkę, a zatem nie widział w niej pięknej kobiety. Z jakiegoś powodu, chociaż wcześniej było jej to raczej obojętne, Gabrysia zapragnęła mu teraz pokazać, jak bardzo się myli w swojej ocenie.
- Zobaczysz, panie mizantropie. Ja ci jeszcze pokażę.
W kilka minut przebrała się, uczesała swoje włosy, pomalowała sobie usta błyszczącą pomadką, po czym zadowolona cmoknęła w kierunku swego odbicia w lustrze i powiedziała:
- Gabrielo Borejko-Pyziak... Nigdy nie wyglądałaś piękniej. Temu gamoniowi oczy zbieleją.
Po tych słowach wzięła uszykowane przez siebie mięso i poszła w kierunku drzwi, gdy nagle się one otworzyły i weszła przez do mieszkania nie Ida Borejko, najstarsza z młodszych sióstr naszej bohaterki, dziewiętnastolatka, posiadaczka oczu barwy młodych listków, gęstych włosów o kolorze dojrzałego kasztana, jak i również niesamowicie szczupłej sylwetki, którą swego czasu Gabrysia mogła się także poszczycić, zanim urodziła córeczkę i przybyło jej kilka kilo, niezbyt dużo, ale dość, aby nie móc już szczycić się talią osy, którą wciąż posiadała Idalia, zwana pieszczotliwie przez wszystkich w rodzinie Idą.
- Cześć, siostra. Wybierasz się gdzieś? Ładna sukienka. Idziesz na podryw? - zapytała Gabrysię Ida.
- Owszem, idę gdzieś, ale nie na żaden podryw. Chcę po prostu miło sobie z kimś dzisiaj spędzić czas - odpowiedziała jej Gabrysia.
- Pewnie z jakimś facetem, mam rację?
- I tak i nie. Bo to będzie kilka osób i jedna z nich jest facetem.
- Super. Zaczynasz się wreszcie z kimś umawiać. Ja ci zawsze mówiłam, że ten twój Januszek diabła jest wart i już dawno powinnaś go kopnąć w tyłek.
- Nikogo nie zamierzam kopać w tyłek.
- Może właśnie w tym błąd? - zapytała złośliwie Ida, mierząc starszą siostrę wzrokiem od stóp do głów - Czyli to nie jest wcale randka?
- Nie, ja chcę po prostu miło spędzić czas.
- Z facetem? Nieźle. Jak mówiłam, oby tak dalej. Moja porządna siostrzyczka robi wreszcie postępy w relacjach z facetami. Tylko tak dalej.
Po tych słowach, Ida uściskała wesoło Gabrysię, pocałowała ją w policzek i nie czekając na żadne wyjaśnienia, ruszyła prędko do kuchni, aby przygotować dla siebie coś do jedzenia. Gabrysia początkowo chciała wyjaśnić siostrze, że myli się co do charakteru jej relacji z Piotrem, jednak dobrze wiedziała, że to bezcelowe i ostatecznie to sobie darowała.
Tymczasem w mieszkaniu Ogorzałków, Piotr zagonił dzieciaki do pomocy w kuchni, w której zamierzał rozpocząć przygotowania do obiadu. Wiedział, że nie może czekać z tym na Gabrysię, ponieważ nie było pewności, kiedy ona przyjdzie, a ponadto wychodził z założenia, że na pewno strasznie długo jej to zajmie.
- Mówię wam, każda kobieta długo się przebiera, zwłaszcza, jeśli szykuje się na ważne dla siebie spotkanie, dlatego musimy dać naszej drogiej pani Pyziak dużo czasu. A właściwie bardzo dużo czasu. Bo zanim ułoży sobie fryzurę i dobierze do niej strój, to my już zdążymy skończyć.
- Nie sądzisz, Piotrze, że to nieco stereotypowe spojrzenie na świat? - spytała zadziornie Kreska - W końcu nie każda kobieta poświęca mnóstwo czasu na to, jaką kieckę założyć do jakiej fryzury.
- Jak już mówiłem, Janeczko, ty jesteś wyjątkiem potwierdzającym regułę - rzekł z uśmiechem na twarzy Piotr - Ale pomijając ciebie, baby potrafią naprawdę całą masę czasu poświęcać na dobieranie sobie fryzur, makijażu i strojów. Już ja wiem, co mówię.
- On to mówi z autopsji - zażartował sobie Maciek.
- A tak, to prawda - potwierdził jego starszy brat - Moja ex była prawdziwą strojnisią. Z pół godziny praktycznie musiała poświęcić na to, aby sobie dobrać do fryzury jakąś kieckę. I nie robiła tego po to, aby podobać się mnie. Gdyby o to jej chodziło, to by było pół biedy. Ale ona to robiła po to, aby się podobać innym, a także po to, żeby innym babom zbielały oczy z zazdrości.
- Poważnie? - zachichotała Kreska, wyraźnie ubawiona tymi słowami, które uznała za jojczenie starego kawalera, podobnie zresztą jak Maciek.
- Serio mówię. Możesz się śmiać, Janeczko, ale prawda jest taka, że baby się stroją nie po to, aby się podobać facetom, tylko żeby inne były zazdrosne. Wiesz, jak to się fachowo nazywa? Wyścig zbrojeń.
- Poważnie? - Kreska wręcz dusiła się ze śmiechu, słysząc te słowa.
- Oczywiście, że tak - mówił dalej Piotr - To wyścig zbrojeń w postaci kiecek, nowych strojów, makijażu, dobrej fryzury et cetera.
- Czy ty aby nieco nie przesadzasz? - spytała rozbawiona do łez dziewczyna.
- Nie, Janeczko. Ja mówię śmiertelnie poważnie i zgodnie z tym, co się dzieje naprawdę na tym świecie - odparł na to starszy Ogorzałko ze śmiertelną powagą w głosie - Ty jesteś jeszcze na tyle młoda i niezepsuta, że jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale kobiety tak po prostu mają. A zwłaszcza bogate. Tym na punkcie tego strojenia się po prostu już odbija. Nowe kiecki z Paryża, z Nowego Jorku, z Barcelony...
- Z Mediolanu - dodał złośliwie Maciek, przypominając sobie Matyldę.
- No właśnie - zgodził się z nim Piotr - Bogaczkom już po prostu odbija. Ja nie mówię, że nie mają się stroić, ale tak na serio, czy w Polsce nie ma już dobrych strojów? Trzeba im kupować stroje z zagranicy? Nie mają gdzie kupować kiecek?
- Mama kupuje w polskich sklepach, bo tata mówi, że kupowanie czegoś zza granicy jest okradaniem Polski Ludowej, a więc wielkim przestępstwem, które nie wolno robić, jeśli się kocha kraj - zauważyła Aurelia poważnym tonem.
Maciek pomyślał wówczas, że bardzo współczuje dziewczynce, iż musi na co dzień wysłuchać tak idiotycznej indoktrynacji. Piotr z kolei poczuł, że Eugeniusz Jedwabiński, którego dobrze swego czasu znał, zgłupiał już chyba do reszty, żeby wkładać do głowy dziecka ideologię komunistyczną. Nie powiedział jednak tego na głos, tylko uśmiechnął się ironicznie i powiedział:
- Nie wiem, czy nazwałbym to okradaniem, jednak mimo wszystko uważam, że to bardzo źle wpływa na Polskę, to inwestowanie w zagraniczne rzeczy. No, ale cóż... To już jest efekt bogacenia się tych, którzy byli biedni i nagle stali się bogaci. Odbija im poważnie z powodu niespodziewanego zdobycia majątku. A kobietom to już szczególnie. Nagle dostają hyzia na punkcie kupowania kiecek, nowoczesnych dżinsów z Peweksów i innych takich... Po prostu głowa mała.
- No, a Gabrysia? - zapytała Kreska - Jej chyba nie odbiło, prawda?
- Ona nie jest bogata, więc nie mogło jej odbić na punkcie pieniędzy - rzekł na to Piotr - No, biedna też nie jest, ale nigdy nie była na tyle bogata, aby szastać kasą na prawo i lewo. Ale spokojnie, jak tylko jej mąż powróci z Australii ze sporą kasą, to jej zaraz odbije. Wtedy to się dopiero zacznie, mówię wam. Kupowanie dżinsów, nowych spodni dzwonów i innych takich.
- Dżinsów? A nie kiecek?
- Nie, bo Gabrysia to jest feministka, a feministki nie umieją nosić kiecek ani nie umieją w nich dobrze wyglądać.
- Tak, poza wizytą w operze - rzucił złośliwie Maciek.
Piotr przypomniał sobie, że rzeczywiście Gabrysia nosiła sukienkę w operze i wyglądała w niej rzeczywiście bardzo ładnie.
- No tak, racja. Ale to był wyjątek. Żadna kobieta, która chce być podziwiana z powodu swojej urody, nie pójdzie do opery w dżinsach.
- Przecież ona nie chce być podziwiania - zauważył Maciek.
- A już na pewno nie z powodu swojej urody - dodała Kreska.
- Uwierzcie mi, każda chce - powiedział Piotr tonem prawdziwego znawcy, który dobrze wie, co mówi, bo z niejednego pieca chleb jadł - Ciebie to też spotka, Janeczko. To jest tylko kwestia czasu. Podrośniesz trochę i staniesz się prawdziwą kobietą, ze wszystkimi wadami, które tej płci towarzyszą.
- Jaki z ciebie znawca - rzuciła nieco złośliwie Kreska i spojrzała na Maćka - Wiedziałeś, że twój brat jest takim szowinistą?
- Oj tam, on tylko tak gada, bo lubi sobie ponarzekać - stwierdził Maciek z uśmiechem na twarzy - Odkąd doznał zawodu miłosnego, bardzo lubi wyszukiwać wady w płci pięknej. Ale w głębi serca to wciąż wrażliwy facet, który swoją dobrą i wrażliwą naturę, ukrywa pod maską cynika i mizantropa.
- Młody, może lepiej obieraj te ziemniaki, co? Miały być frytki, a ty się ciągle wleczesz - powiedział ze złością Piotr - A ty, Janka, go nie zagaduj, tylko pomagaj mu, bo inaczej on nigdy nie skończy.
Ale Kreska wciąż chciała drążyć temat i spytała:
- Jesteś pewien, że ten jego niemiły charakter to tylko maska? Bo wiesz, mnie to wygląda jak jego prawdziwa natura.
- Uwierz mi, Janka, jak lepiej go poznasz, to się przekonasz, że mam rację - powiedział Maciek - A zresztą, jak nie wierzysz, to powinnaś zobaczyć jego pokój. Ma tam naprawdę sporo plakatów, które pokazują, jak bardzo ceni sobie piękno.
- Tak, takie nieubrane panie ma tam Piotr - zauważyła dowcipnie Aurelia.
Kreska parsknęła śmiechem, gdy to usłyszała.
- Rozumiem. To rzeczywiście ciekawe. On musi naprawdę bardzo doceniać prawdziwe piękno.
- Oj tak. Ceni je sobie i to jak. Chcesz je zobaczyć? - spytał Maciek.
- Młody, a w dziób ci ktoś ostatnio dał?! - zawołał ze złością Piotrek - Rób już te frytki z Kreską, bo mieliśmy zrobić obiad, a ten obiad jeszcze w lesie.
- I to w takim lesie, gdzie dwa jeszcze nie zaczęli rąbać - zauważyła Kreska.
- Mogę go porąbać. Gdzie to drzewo? - spytała Aurelia, która nie zrozumiała, o co im chodzi.
- Drzewem to się zajmą prawdziwi mężczyźni - powiedział Piotr - Ty myj te pyrki, które obrali Maciek i Janka.
- Pyrki? - zdziwiła się dziewczynka.
W jej domu nie używało się gwary poznańskiej, uważając ją za zbyt prostacką i niegodną ludzi wykształconych.
- Znaczy ziemniaki - poprawił się Piotr - Chodziło mi o ziemniaki.
- Jak pyrki, znaczy ziemniaki, to mięsko będzie do niego w sam raz.
Ostatnie słowa wypowiedziała Gabrysia, która właśnie weszła do mieszkania. W dłoni trzymała zawiniątko owinięte w papier. Na sobie miała prześliczną letnią, biała sukienkę w zielone kwiatki. Na jej widok Piotra wręcz zamurowało i stanął w miejscu, jego serce mocniej zabiło, a w gardle nagle gwałtownie mu zaschło, jakby nagle pojawiła się tam Sahara.
- Już przyszłaś? - zapytała Kreska złośliwym tonem - To ciekawe, bo pewien ekspert twierdził tu, że zajmie ci to tyle czasu, że kiedy przyjmiesz, to już dawno obiad będzie gotowy.
- Naprawdę? To ciekawe. Wiesz, chętnie poznam tego eksperta - powiedziała Gabrysia - Może pomogę mu zweryfikować poglądy.
- Nie trzeba. Prawdziwy ekspert sam dokonuje weryfikacji swoich poglądów na życie - odpowiedział Piotr, odzyskując głos.
- Ale nie zaszkodzi, żeby miał pewien bodziec do działania.
- A i owszem, ale te bodźce muszą być odpowiednio dobrane.
- Tak jak składniki na obiad? - zapytał Maciek.
- Właśnie - zachichotała Gabrysia - Dobra, młodzieży. Rozstąpić się, bo teraz ekspertka od mięsa wkroczy do akcji.
Maciek i Kreska, którzy wciąż obierali ziemniaki, odsunęli się nieco, robiąc miejsce Gabrysi, kontynuując jednocześnie swoją pracę. Aurelia dzielnie im w tym pomagała, myjąc dokładnie obrane przez nich pyrki, jak je nazwał Piotr. Gabrysia zaś położyła swoje zawiniątko na blacie, rozwinęła je i wydobyła kawałki mięsa, które z miejsca zaczęła oporządzać, aby pasowały na kotlety.
- Piotrek, może tak pomożesz Gabrysi? - spytała Aurelia.
- Właśnie, mam sama pracować, a ty będziesz tu tylko nadzorować? - dodała ironicznie Gabrysia.
Piotr wciąż był pod wrażeniem wyglądu Gabrysi i przez chwilę nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Dotąd sądził, że tylko do opery lub na jakieś imprezy pani Pyziak nosi sukienki i tylko w tych balowych kreacjach potrafi ładnie wyglądać. Teraz zaś przekonał się, w jak wielkim tkwił błędzie, dlatego zdziwiony i mocno zaszokowany patrzył na nią, aż w końcu, słysząc ironiczne pytanie Gabrysi, ocknął się i powiedział:
- No wiesz, nadzorca jest potrzebny na każdym miejscu pracy.
- Ale nie tutaj i nie ty nim będziesz. Rusz się! - zawołała Gabrysia.
Piotr westchnął pod nosem coś w rodzaju: „Żeby mi baba rozkazywała”, po czym zabrał się za pomaganie przy obiedzie. Dzięki temu cała piątka dość szybko się uwinęła z resztą przygotowań i gdy już je ukończyła, przeszła do ostatniej fazy, czyli smażenia obiadu. Podczas tej czynności Maciek zbliżył się do brata, aby mu pomóc i szepnął:
- Rzeczywiście, feministka bez wdzięku. Nawet w sukience nie wygląda zbyt atrakcyjnie.
- Młody, jeszcze jedno słowo... - syknął ze złością w jego kierunku Piotr.
- O czym tak szepczecie? - spytała Gabrysia.
- O względności piękna - odpowiedział Maciek.
- Pewnie o tych nieubranych paniach w pokoju Piotra - dodała Aurelia.
- Aha, to ciekawe - zachichotała Gabrysia - To bardzo interesujący temat.
- Tak, Piotr bardzo lubi ładne kobiety na plakatach - rzekł Maciek.
- A jakie ty lubisz? - zapytała go Kreska z wyraźnym zainteresowaniem.
- A czemu pytasz?
- Bo chcę wiedzieć. Znam już gust Piotra Ogorzałki. Chciałabym poznać też gust Maćka Ogorzałki.
- Powiem ci tak: moje panie na plakatach są przynajmniej ubrane.
- A pokażesz mi je?
- Idź, Maciek. Pokaż jej - powiedziała życzliwie Gabrysia - My tu sami sobie poradzimy z obiadem.
Maciek zabrał więc Kreskę do swego pokoju i pokazał go jej. Kreska nigdy w nim jeszcze nie była, zawsze podczas odwiedzin u młodego Ogorzałki siedziała z nim w salonie i tam prowadzili swoje rozmowy i lekcje, teraz jednak z prawdziwą przyjemnością zobaczył pokój chłopaka, który był jej niesamowicie bliski, choć co do jego uczuć do siebie, tych nie była jeszcze całkiem pewna. Oglądając ów pokój, z zainteresowaniem zauważyła plakat z „Gwiezdnych Wojen”, które bardzo lubiła, a także z serialu Disneya „Zorro”, który swego czasu oglądała wraz z dziadkiem w ramach tzw. Teleranka. Plakatów oczywiście było nieco więcej w pokoju, ale jakoś te dwa szczególnie przykuły jej uwagę.
- Annette Funicello to fajna dziewczyna. Jako Anitka była przeurocza - rzekła Kreska z uśmiechem - Szkoda tylko, że nie pojawiała się ona częściej w serialu, bo bardzo ją polubiłam. Byłaby super dziewczyną dla Zorro.
- A nie sądzisz, że jest dla niego za smarkata? - zapytał Maciek.
- Może trochę? Ale kiedyś dorośnie.
Po tych słowach dziewczyna spojrzała na plakat z „Gwiezdnych Wojen”.
- Carrie Fisher była super jako księżniczka Leia.
- Oj tak, niesamowita. I ta jej miłość do Hana Solo - dodał Maciek, lekko się uśmiechając.
- Han Solo był świetny, ale ja jakoś chyba bardziej lubię Luka Skywalkera.
- Dlaczego?
- Bo jest rycerzem Jedi i broni sprawiedliwości. Poza tym denerwuje mnie ten babiarz.
- Han Solo?
- Tak. Nie powiem, fajny chłopak, ale strasznie zarozumiały i pewny siebie. Jest odważny i dzielny, to prawda. Jest też przystojny, jednak nie umiałabym z nim za długo wytrzymać.
- No wiesz, ale to, że jest uparty pokazuje, że można na nim polegać, bo jak się w coś zaangażuje, to traktuje to poważnie.
- Może i tak? Ale jakoś bardziej lubię Luke’a. Wiesz, przypominasz mi go.
- Naprawdę?
- Tak. Obaj jesteście idealistami i takimi szarmanckimi. A Piotrek strasznie mi przypomina Hana Solo.
- Poważnie? Też jest taki przystojny?
- Też jest taki zarozumiały.
- To ciekawe. Powiem mu przy okazji, że jest podobny do Harrisona Forda.
- I nie zapomnij dodać, że Gabrysia przypomina Carrie Fisher.
- Poważnie? - Maciek spojrzał z zainteresowaniem na plakat - Moim zdaniem Gabrysia jest od niej dużo ładniejsza.
- To miłe. Powiem jej to.
- Lepiej, żeby Piotrek jej to powiedział.
- W sumie racja. Niech oni sami to między sobą rozstrzygną.
- A co rozstrzygną?
- Na pewno wiesz.
Maciek uśmiechnął się delikatnie na znak, że doskonale wie, o co jej chodzi. Powoli wyciągnął rękę w jej stronę i dotknął jej opuszkami palców. Kreska czule spojrzała mu w oczy i oboje poczuli, jak ich serca mocniej biją. Ustawili się tak, aby stać naprzeciwko siebie i móc swobodniej patrzeć sobie w oczy.
- Wiesz... W Ameryce była już premiera trzeciej części „Gwiezdnych Wojen”.
- Wiem. Odkładam pieniądze na bilety, jak już będą wyświetlać ją w Polsce. Chociaż obawiam się, że będziemy długo na to czekać.
- Niekoniecznie.
- Jak to?
Maciek uśmiechnął się tajemniczo i powiedział:
- Wiesz, mój brat zna paru ludzi, którzy umieją załatwić parę filmów z USA i innych krajów na kasetach wideo.
- Takich pirackich?
- Tak, bo póki co, to tylko takie są dostępne. Jak pogadam z Piotrem, to może coś się uda załatwić. Niczego nie obiecuję, ale...
Kreska bardzo się ucieszyła, gdy to usłyszała.
- Ale fajnie! Zobaczymy ten film przed wszystkimi, którzy pójdą do kina! Ale będzie super! Już się tego nie mogę doczekać. Bardzo chcę się dowiedzieć, co było dalej z Lukiem. Czy zostanie Jedi i pokona Vadera?
- Na pewno, w końcu film się nazywa: „Gwiezdne Wojny: Powrót Jedi”.
- Racja. No i chciałabym wiedzieć, jak to będzie z Hanem Solo? Czy uwolnią go z pałacu Jabby? Czy on i księżniczka Leia będą razem?
- Jestem pewien, że tak.
- Pogadasz z Piotrem? Najlepiej jeszcze dzisiaj? Bo wiesz, bardzo chciałabym zobaczyć ten film.
Maćka bardzo ucieszyło to, że Kreska tak bardzo lubi filmy, które również i on z całego serca pokochał i dziwiło go to, iż nigdy wcześniej na ten temat ze sobą nie rozmawiali. Widocznie nie przyszło im nigdy do głowy, aby to zrobić. Aby się z nią podzielić swoimi pasjami. Wiedział, że oboje uwielbiają klasykę literatury i historię, że mają słabość do teatru, również radiowego, ale nigdy nie podejrzał jej o to, aby podobnie jak on uwielbiała ona przygody Zorro czy Luke’a Skywalkera. To było dla niego coś nowego i zarazem fascynującego. Czuł, że dowiedział się teraz o dziewczynie kolejnej ciekawej informacji, która sprawiła, iż jeszcze bardziej był nią zachwycony i zainteresowany.
- Słuchaj, Janeczko...
- Tak, Maciusiu?
- Chciałem zapytać, czy... Czy jak już będziemy mogli obejrzeć ten film, to czy... To pójdziesz ze mną na seans? Obejrzymy go we dwoje?
- Tak, bardzo chętnie.
Maciek uśmiechnął się szczęśliwy, gdy to usłyszał.
- To... To cudownie.
- Tak, cudownie.
Maciek powoli dotknął policzka Kreski i powiedział czule:
- Wiesz co?
- Co takiego?
- Cieszę się, że przestałaś być Kreską, a zostałaś Janeczką.
- Ja też się cieszę. Wiesz, głupia byłam, że ją przed tobą ukrywałam.
- Nigdy już tego nie rób, dobrze?
- Dobrze.
Oboje przysunęli się bliżej do siebie i złączyli ze sobą swoje usta. Pocałunek nie trwał długo, był krótki i niesamowicie delikatny, dość niewinny, ale jednak też był kolejnym krokiem ku czemuś nowemu.
- Dzieciarnia, obiad! - doniosłą chwilę przerwał głośny okrzyk Piotra.
Maciek i Kreska zachichotali wesoło.
- Dzieciarnia. Dobre sobie - powiedział młodszy Ogorzałko.
- Dorosły się odezwał - dodała zabawnie Kreska.
- To co? Idziemy?
- Idziemy. Jestem głodna.
Oboje ścisnęli się lekko za ręce, po czym wyszli z pokoju i ruszyli do salonu.

czwartek, 27 maja 2021

Rozdział XVII

Rozdział XVII

Czy musimy się wiecznie kłócić?

Piotr usiadł koło radia i nastawił odbiornik na właściwą stację, upewniwszy się wcześniej, że głośnik nie jest ustawiony na najwyższą rozdzielczość głosu. Nie chciał ryzykować, że ktoś usłyszy, jak słucha tej stacji, której zamierzał wysłuchać. Nikt nie powinien o tym wiedzieć, gdyż owa stacja nie była stacją legalną. To była stacja Solidarności, która przekazywała pewne i niezniszczone przez poprawność polityczną wiadomości. Piotr co prawda w ogóle już nie wierzył w Solidarność ani głoszone przez nią idee, ale wiedział, że stacja niejeden raz przekazywała bardzo ważne informacje, zwłaszcza na temat więźniów politycznych, o których losie się dowiadywali, aby przekazywać potem te wieści ich bliskim i to właśnie za pomocą tej stacji. Piotr co prawda uważał, że to za mało i że o wiele lepiej by Solidarność i jej zwolennicy wyszli na tym, gdyby tak szefowie tej grupy politycznej w jakiś sposób starali się uwolnić swoich ludzi i może nawet umożliwili im ucieczkę z kraju w bezpieczne miejsce. Wiedział, że na pewno mogli tego dokonać, w końcu przywódcy Solidarności nie byli wcale biednymi ludźmi, mieli swoje dojścia i możliwości. Dlaczego więc tego nie robili? Jakoś Piotr nie wierzył w to, że nie mieli oni takiej możliwości. Uważał, że na pewno byli w stanie tego dokonać, lecz celowo porzucali swoich zwolenników na pastwę losu, aby w ten sposób pozyskać sobie męczenników ich jedynej słusznej sprawy. A im więcej ich mieli, tym lepiej dla nich. Tym większą nienawiścią darzono na świecie i w Polsce komuchów i tym więcej ludzi odwracało się od nich. Dlatego bez wahania poświęcano jednostki, które uznano za nic nie warte, aby osiągnąć upragniony przez siebie cel. Tak było zawsze i Piotr był pewien, że nadal tak jest. Dlatego jego serce już dawno przestało być z Solidarności oraz jakimkolwiek ugrupowaniem politycznym, jednak zawsze było z rodzicami, dlatego jeżeli istniała jakakolwiek szansa na to, aby czegoś się o nich dowiedzieć, on zamierzał z niej skorzystać. Nastawił więc radio i z dużą dozą uwagi zaczął słuchać.
Niestety, pomimo bardzo uważnego nasłuchiwania, nie usłyszał żadnych, ani wprost wypowiedzianych, ani też zakamuflowanych wiadomości na temat swoich rodziców, czyli państwa Ogorzałków. Słuchał jednak dalej, aby mieć pewność, że nie przegapi niczego, co mogłoby mieć jakiekolwiek dla niego znaczenie. Jednak było to zajęcie bezproduktywne, gdyż usłyszał wiele wieści z świata i o tym, jak to dzielni obrońcy demokracji cierpią i walczą za swoją sprawę i jak to ich bojowy duch wciąż pozostaje niezłomny, a także, że wierzą, iż walka ta przyniesie w końcu jakiś pozytywny skutek, ale poza tym nic na temat jego rodziców.
- Wszystko bardzo pięknie, ale co z tego? - zapytał nieco poirytowany z tego powodu Piotr - Może zamiast ogólników opowiecie mi coś sensownego? Jakieś dla mnie istotne szczegóły?
Wtem usłyszał pukanie do drzwi. Ściszył więc radio, po czym bardzo powoli podszedł do wyjścia i zapytał:
- Kto tam?
- Swoi - odpowiedział mu znajomy, kobiecy głos.
Rozpoznał po tym głosie Gabrysię. Uśmiechnął się i z ulgą otworzył drzwi. Zobaczył przed sobą uśmiechniętą i jak zwykle uroczą postać swojej serdecznej przyjaciółki, która wielokrotnie działała mu na nerwy, ale mimo to wciąż jakoś nie umiał pozbyć się swojej słabości do niej. Pomimo tego, że znowu była w dżinach i koszuli na guziki, wciąż wyglądała całkiem uroczo.
- Szanowny pan udziela audiencji? - zapytała dowcipnie dziewczyna.
- A i owszem. Szanowny pan jej udziela, a zwłaszcza miłym paniom - odparł na to dowcipnym tonem Piotr i wpuścił dziewczynę do środka.
Ta weszła, a gdy to zrobiła, zamknął za nią drzwi i spytał:
- Co cię sprowadza w moje skromne progi, moja droga?
- Moja obietnica - odpowiedziała mu przyjaźnie Gabrysia - W końcu wczoraj obiecałam ci, że przyjdę i jakoś ci się odwdzięczę za wczorajszą pomoc.
- Ale wiesz, naprawdę nie musisz. To przecież nie było nic wielkiego.
- Przeciwnie, Piotrze. To było coś naprawdę wielkiego. W każdym razie dla mnie. I chcę, żebyś to wiedział. Żaden facet nie zrobił dla mnie tyle, ile ty zrobiłeś.
- Oj, chyba przesadzasz - zaśmiał się Piotr.
- Mówię całkiem serio - odpowiedziała mu Gabriela.
Patrzyli sobie przez chwilę w oczy, nie wiedząc, co powiedzieć. Czuli się w tej chwili bardzo dziwnie. Gabrysia dlatego, że powiedziała tak ważne słowa do Piotra, który na zmianę działał jej na nerwy i poprawiał humor, do którego miała dość mieszane uczucia. Piotr z kolei dlatego, że jeszcze nigdy nie słyszał od żadnej kobiety tak pięknych i miłych słów, jak właśnie te. Dzięki nim zrobiło mu się nagle ciepło na sercu, a całe jego ciało przeszły przyjemne dreszcze. Chciał już coś na to, co rzekła Gabrysia odpowiedzieć, gdy wtem radio nagle zatrzeszczało i złapało jakieś nowe dźwięki. Przypomniał sobie wówczas, że nie wyłączył tego ustrojstwa i przerażony zrozumiał, co mogło mu teraz grozić. Szybko więc podbiegł do radia i chciał już je wyłączyć, gdy Gabrysia, która podeszła do niego, złapała go lekko za rękę i powiedziała:
- Zwariowałeś? Sami swoi.
Piotr uśmiechnął się wówczas przepraszająco, dopiero teraz przypominając sobie, że przecież Gabrysia również należała, a przynajmniej duchem, do opozycji, a już zwłaszcza od chwili, w której jej ojciec został aresztowany i internowany. Z tego więc powodu nie musiał się przed nią bać słuchać nielegalnych audycji.
- Wybacz, czasami zapominam, że oboje jedziemy na tym samym wózku.
Była to prawda, w końcu jego rodzice zostali internowani wraz z jej ojcem i kto jak kto, ale Gabrysia na pewno doskonale wiedziała, co on musi czuć. Dlatego też oboje usiedli przy radiu i zaczęli słuchać.
Tymczasem w stacji przekazali jeszcze kilka ciekawych informacji, a potem, aby pokrzepić wszystkich członków opozycji i więźniów politycznych, rozpoczęli nadawanie nieformalnego hymnu Solidarności, który Piotr bardzo dobrze znał. Hymn idący w taki oto sposób:

On natchniony i młody był, ich nie policzyłby nikt.
On im dodawał pieśnią sił. Śpiewał, że blisko już świt.
Świec tysiące palili mu, znad głów unosił się dym.
Śpiewał, że czas, by runął mur, a oni śpiewali wraz z nim.

Wyrwij murom zęby krat.
Zerwij kajdany, połam bat.
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!

Wkrótce na pamięć znali pieśń i sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść, dreszcze na wskroś serc i dusz.
Śpiewali więc, klaskali w rytm, jak wystrzał poklask ich brzmiał.
I ciążył łańcuch, zwlekał świt, a on wciąż śpiewał i grał.

Wyrwij murom zęby krat.
Zerwij kajdany, połam bat.
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat.

Po tych słowach miał miejsce długi fragment muzyczny, jakby próbował on zastępować brakującą zwrotkę, a potem padły takie oto słowa:

Wyrwali murom zęby krat.
Zerwali kajdany, złamali bat.
A murów nie ma, nie ma, nie ma.
Pogrzebały stary świat.

Ten refren wzbudził wielkie oburzenie Piotra. Ku zdumieniu Gabrysi, z dużą dozą złości wyłączył on radio i powiedział:
- Parszywi kłamcy. Nawet tutaj muszą kłamać.
- O czym ty mówisz? O co ci chodzi? - spytała Gabrysia - Nie podoba ci się ta piosenka?
- Przeciwnie, bardzo mi się podoba. Więcej ci powiem, mój ojciec przyjaźnił się z jej autorem, Kaczmarskim. Mówił mi, że Kaczmarski przewidywał, iż kiedyś ta piosenka przestanie być jego własnością i stanie się narzędziem politycznym w ręku tych, co uważają, że tylko rewolucją można obalić reżim.
- Może czasami nie ma innego wyjścia?
- Może, ale tak czy siak Kaczmarski podobno przeczuwał, że jego piosenkę czeka taki los. No i oczywiście miał rację.
- A co spotkało jego piosenkę?
- Usunięto z niej trzecią zwrotkę i prawdziwe zakończenie.
- Naprawdę? - Gabrysia nie posiadała się ze zdumienia, gdy to usłyszała - To jak ta piosenka idzie naprawdę?
- Pierwsza i druga zwrotka tak, jak słyszałaś. Ale trzecia, której tu w ogóle nie zaśpiewali, idzie tak...
To mówiąc, Piotr wziął do ręki gitarę, uderzył dłonią w jej stronę z czymś, co można było nazwać natchnieniem i zaczął grać, a potem zaśpiewał:

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas.
I z pieśnią, że już blisko świt, szli ulicami miast.
Zwalali pomniki i rwali bruk. „Ten z nami! Ten przeciw nam!
Kto sam, ten nasz największy wróg!”. A śpiewak także był sam.

Patrzył na równy tłumów marsz.
Milczał wsłuchany w kroków huk.
A mury rosły, rosły, rosły.
Łańcuch kołysał się u nóg...

Patrzy na równy tłumów marsz.
Milczy wsłuchany w kroków huk.
A mury rosną, rosną, rosną.
Łańcuch kołysze się u nóg...

Po zaśpiewaniu tych słów, Piotr odłożył gitarę i powiedział:
- Ot, tak właśnie to szło.
- Rozumiem. Czyli to nie jest piosenka zachęcająca do buntu, co raczej taka antyrewolucyjna pieśń, zachęcają do zmian, ale w sposób pozytywistyczny - rzekła Gabrysia z uwagą - A przynajmniej ja tak to interpretuję, bo nie wiem, jak ty.
- Ja mam dokładnie takie samo zdanie w tej sprawie - odrzekł na to Piotr - Teraz już chyba rozumiesz, dlaczego tak bardzo się zezłościłem, gdy usłyszałem na własne uszy to, co wcześniej było dla mnie jedynie plotką.
- Czyli słyszałeś, że przerobioną tę piosenkę tak, aby była wygodna dla tych, co są z opozycji?
- Tak, a Kaczmarski pewnie jest załamany. Przecież nie chciał tworzyć nigdy hymnu dla Solidarności, tylko pieśń ponadczasową, dla każdego człowieka i dla każdego narodu, dla każdego pokolenia. A tymczasem stała się ona jeszcze jednym z elementów propagandy. Miałem nadzieję, że to radio jako jedyne, oprócz Radia Wolna Europa, nadaje tylko prawdę. Jak widać, nawet oni kłamią jak z nut, kiedy jest im to wygodne.
- Wiesz, ja tam bym tego nie nazwała kłamstwem. Raczej po prostu taką lekką przeróbką stworzoną po to, aby nie dobijać ludzi siedzących w więzieniu i tych, co czekają na ich wypuszczenie. Bo przyznasz, że oryginał nie jest specjalnie dla nich optymistyczny.
- Ale jest pozytywnym zimnym prysznicem, ostrzegającym przed tym, że jeśli nawet wywołają rewolucję, nic na tym nie zyskają. A jeśli nawet, to bardzo szybko jeden reżim zostanie zastąpiony kolejnym, bo rewolucja przemienia ludzi w bestie, a zwłaszcza oszalały z nienawiści tłum.
Gabrysia musiała przyznać, że Piotr miał rację w tym, co mówi. Teraz o wiele lepiej mogła zrozumieć go niż wtedy, gdy się sprzeczali na temat jego dziennika. Mimo wszystko wciąż uważała, że nazbyt pesymistycznie on patrzy na te sprawy i dlatego powiedziała:
- Ale może nie musi tak być? Może jedna wielka rewolucja jest w stanie w sposób skuteczny pokazać władzy, że opozycja walczy i trzeba się z nią liczyć?
Piotr popatrzył na nią uważnie i nastawił radio na głośniejszy odbiór, mówiąc:
- Lepiej dmuchać na zimne. Nie wiemy, kto jeszcze słucha.
- Daj spokój, chyba przesadzasz. Przecież praktycznie wszyscy w kamienicy na ulicy Roosevelta 5, w której mieszkamy, należą do opozycji albo przynajmniej do krytyków władzy - zauważyła Gabrysia.
- Mimo wszystko wolę nie toczyć takich rozmów przy wyłączonym radiu - odparł na to Piotr, nastawiając nieco głośniej utwór Czajkowskiego, który zaczął właśnie lecieć na jakieś stacji - A wracając do rozmowy, to powiedz mi, czy już nie raz i nie dwa historia nie pokazała nam, czym się kończą rewolucje? Przypomnieć ci rewolucję we Francji na końcu XVIII wieku?
- To była skrajność, która do tego wymknęła się spod kontroli.
- A uważasz, że rewolucję da się w jakikolwiek sposób kontrolować? Przecież rewolucja to jest bestia, która zerwie się ze smyczy, na co czekała bardzo wiele lat i teraz ma do tego możliwość, a gdy raz zostanie uwolniona lub sama się uwolni, nie daruje już nikomu, kto w ten czy też inny sposób jej się naraził. Aż w końcu zacznie ona, niczym jakiś pokręcony Saturn, zżerać własne dzieci.
- Mimo wszystko uważam, że tym ludziom, którzy siedzą za sprawę, przyda się bardzo taka otucha jak przerobiona piosenka Kaczmarskiego. Powinni wiedzieć o tym, że ich cierpienie nie idzie na marne.
- A skąd wiesz, że nie idzie na marne? Przecież nie masz żadnej pewności, że jak te mury runą i pogrzebią stary świat, nagle wszystko odmieni się na lepsze.
- Wszystko może nie, ale większość... A potem stopniowo...
- Może i tak, ale zmiany nie można wprowadzać rewolucją. Niszczenie jakiś pomników czy zrywanie bruków z chodników i ciskanie nimi w przeciwników nie stworzy nowego społeczeństwa, tej cywilizacji miłości, o której mówisz.
- Nie mówię, że popieram takie zwyczaje, ale... Ale przecież trzeba zawsze coś robić.
- Coś robić rzeczywiście trzeba. Tylko co? Na pewno nie rewolucję. Strajki i inne takie nikomu nie pomogą. Władze rozpędzą je na cztery wiatry, zagłodzą tych ludzi, co strajkują, zagonią ponownie do roboty i tyle tej rewolucji. A tych, co im się najwięcej narażą, wsadzą do więzienia. I oczywiście nie mówię tu o wodzach takich rebelii, bo oni na pewno nie poniosą żadnej kary za swoje czyny.
- Wydaje mi się, że oni pierwsi padliby ofiarą represji w takiej sytuacji.
Piotr uśmiechnął się jak dorosły, który musi tłumaczyć dziecku coś, co jest aż nadto oczywiste i co dziecko z powodu swojej naiwności jeszcze nie rozumie.
- Bujasz w obłokach, Gabrysiu. Niby jak mieliby ukarać przywódców, skoro nawet nie wiedzą, kim oni są?
- Ale w czasie strajków przecież prawie zawsze aresztowano przywódców.
- Przywódców strajków i owszem. Ale nie przywódców opozycji. Oni się na takich strajkach nigdy nie zjawiają.
- Jak to?
- Przecież to oczywiste. Oni nie biorą udziału w demonstracjach i strajkach. Są na to za mądrzy. Oni tylko je organizują i obserwują z bezpiecznego miejsca ich przebieg oraz skutki. Ci, co stają na czele takich sytuacji są tylko wyznaczeni przez przywódców opozycji do tej jednej konkretnej akcji. I oni ponoszą konsekwencje w razie czego. Przywódcy opozycji są wciąż bezpieczni. Jest to dość praktyczne podejście, bo przecież oni odpowiadają za całość opozycji i nie będą ryzykować, że ich w czasie takich walk zabiją. Ale także i cyniczne, bo jak przychodzi co do czego, to nie poniosą oni żadnej odpowiedzialności za swoje czyny. Więcej nawet, nie zamierzają takiej odpowiedzialności ponosić. A kiedy ktoś z ich grupy wpada i trafia do więzienia, to jest uważany za męczennika i staje się kolejnym narzędziem propagandowym i to dla obu stron. Dla władzy jako dowód na to, że nie można się cackać z opozycją, zaś dla opozycji jako dowód na to, jak podła, straszna i okrutna jest władza. A ci „męczennicy” cierpią na tym najwięcej.
Gabrysia słuchała z uwagą słów Piotra, nie mając pojęcia, co by miała mu na to odpowiedzieć. Chciałaby wystąpić w obronie Solidarności, w obronie jej idei i przywódców, ale też prawdę mówiąc, czy jej rozmówca nie miał aby racji? Wszak jej ojciec i jego rodzice byli właśnie takimi męczennikami sprawy. Za coś, co było dość niewielkim przewinieniem, poszli do więzienia i to bez prawa do wizyt czy też korespondencji. Byli internowani, a przywódcy Solidarności nie zrobili nic, aby ich uratować. Chociaż, czy mieli taką możliwość? Czy rzeczywiście mogli coś dla nich zrobić? Czy Piotr słusznie odsądzał ich od czci i wiary?
- Wiesz, takie są efekty wielkiej polityki. Ale faktem jest, że dla sprawy takie osoby też służą jako męczennicy i robią coś dobrego dla opozycji.
- Może i robią, ale nie sądzisz, że za dużo mamy męczenników, a za mało tych, którzy naprawdę coś robią?
- A co twoim zdaniem powinni robić? Rozwalać ściany od celi dynamitem i uwalniać więźniów?
- Chociażby to.
- Daj spokój. Przecież przywódcy Solidarności nie mogą wiedzieć, ilu ludzi tak naprawdę ich popiera i nie mogą o wszystkich wiedzieć i każdego z osobna z paki wyciągać. To jest fizycznie niemożliwe.
- Nie mówię, że każdego. Ale jakoś nie robią tak wobec nikogo, to chyba już zmusza do myślenia, prawda?
Gabrysi trudno było na to odpowiedzieć, więc zmieniła nieco temat:
- Tak czy inaczej, ja uważam, że takie podnoszące na duchu piosenki są nam bardzo potrzebne. A zwłaszcza te zachęcające do walki.
- Do rewolucji, chciałaś powiedzieć. Bo ta piosenka w wersji przerobionej do rewolucji właśnie zachęca - sprostował Piotr.
- A jeśli nawet, to co? Ci ludzie siedzący w więzieniach politycznych muszą mieć jakieś idee, w które wierzą. Muszą wiedzieć, że ich walka ma sens.
- A może powinni wiedzieć, że walka, którą oni podjęli, nie ma sensu, a już zwłaszcza w wersji rewolucyjnej?
- Nie popieram rewolucji, ale jakoś trzeba działać. Może nie rewolucją, ale jakąś demonstracją czy coś...
- Demonstrację łatwo można uznać za rewolucję. Są one na rękę władzy, bo dzięki temu mogą pokazać, że rządy silnej ręki i tzw. zamordyzm są konieczne.
- Zamordyzm?
- Tak, trzymanie obywateli za mordę i bicie ich po tej mordzie, gdy zaczną się stawiać. Demonstracje są tylko pożywką dla władzy.
- Co ty gadasz?
- Taka jest prawda. Słyszałaś o wydarzeniach z 56 roku? Tutaj, w Poznaniu wielu ludzi wyszło wtedy z fabryki Cegielskiego, żeby strajkować. Wiesz, co ich spotkało? Wojsko na nich wyjechało czołgami i z karabinami. Rąbali do nich jak do kaczek. Zabili wiele osób, w tym niewinnego małego chłopca. Rozumiesz to? Oni zabili wtedy małego chłopca. Co tym bydlakom zrobił taki mały chłopiec, że trzeba go było aż zabić? Jak takie małe i niewinne dziecko może zagrozić władzy? Powiem ci: nijak! Po prostu było im potrzeba wtedy ofiar, aby złapać wszystkich obywateli za mordę.
- Wiem o tym, ale ostatecznie to się obróciło przeciwko nim. Musieli potem uspokoić się nieco.
- I co z tego? Czy to wróci życie ludziom, którzy wtedy zginęli? A kolejne już demonstracje są tylko dowodem na to, że Polakami nie można inaczej rządzić, jak ich tylko za mordę wziąć, bo inaczej, jak im odpuścić, zaczną się znowu burzyć. A ci demonstranci przecież nie mieli broni. A mimo to do nich strzelano. Powiedz mi więc, jakby władze zareagowały na jawną rewolucję? Zwłaszcza teraz, gdy mamy to, co mamy? Powiem ci. Potraktowano by ich jeszcze gorzej. Uwierz mi, wojsko, które nie miało oporów strzelać do ludzi w roku 56... Żołnierze, którzy nie wahali się strzelać do całkiem bezbronnych demonstrantów oraz małego dziecka, nie będą mieli żadnych skrupułów, aby rąbać z karabinów maszynowych do uzbrojonych po zęby rewolucjonistów. Tak to więc się skończy. Morzem krwi i trupami na ulicach. I nawet jeśli rewolucja wygra, to i tak nic na tym nie zyskamy. A już na pewno nie tacy prości ludzie jak ty czy ja. Zyskają jedynie tacy ludzie jak Wałęsa, Kuroń, Wyszyński czy ten głupi klecha Jankowski. Tylko oni na tym zyskają, bo dobiorą się do władzy i już jej nie oddadzą. A tacy ludzie jak my już zawsze będą klepać starą biedę. Dla nas nic się nie zmieni. Może tylko tyle, że wolno nam już będzie włóczyć się po mieście po 22:00. I może nie będzie tak wielkich kolejek w sklepie i kartek na mięso. Wybacz, ale to niewiele. To będzie tylko i wyłącznie taka niewielka zmiana w naszym życiu. Za mała, aby z jej powodu poświęcać bliskich nam ludzi.
- Pamiętaj, że mój ojciec i twoi rodzice wciąż żyją. Nikt nie oczekuje od nich ofiary z życia, aby się poświęcali.
- Teraz może i nie, ale kto wie, jak to będzie w przyszłości? Poza tym mam do rodziców ogromny żal.
- Za to, że walczą o to, w co wierzą?
- Za to, że ta walka była dla nich o wiele ważniejsza niż własne dzieci. Chcą wywracać świat do góry nogami, a nie umieją zadbać o swoich synów.
- Potępiasz ich działalność?
- Nie, ale jestem zdania, iż o wiele więcej by z nich było pożytku, gdyby tak zamiast naprawiać świat zajęli się rodziną, swoim własnym podwórkiem. Bo to od niego trzeba zacząć naprawę świata.
- Jakby wszyscy zamiatali tylko swoje podwórko i nic nie robili dla świata, to ten świat nigdy by nie ruszył do przodu.
- Przeciwnie. Gdyby każdy dbał o swój kawałek świata, który został mu dany i wraz z innymi jedynie w odpowiedni sposób dołożył swoją cegiełkę do naprawy świata, byłoby dużo lepiej i świat ruszyłby do przodu prędzej czy później.
- A może twoi rodzice, działając dla opozycji, dołożyli właśnie swoją cegiełkę do tego, aby ten świat naprawić?
- Może... Ale wolałbym ich widzieć w domu całych i zdrowych, niż widzieć w nich męczenników za sprawę.
- A ty myślisz, że ja bym nie wolała, aby ojciec był z nami?! - zawołała już ze złością w głosie Gabrysia, a w jej oczach pojawiły się łzy - Myślisz, że mi go nie brakuje i czasami sama na niego nie pomstuję za to, że bawił się w opozycję i za to poszedł siedzieć?! Że miło mi jest patrzeć na to, jak matka z powodu tego, co się stało, zamknęła się w sobie i przy byle okazji użala się nad sobą i mnie się czepia o byle co?! Uważasz, że ja mam łatwo w życiu i nie mam też czasami dość już tej całej głupiej sytuacji, w jakiej się znajduję?! Ale zamiast tylko i wyłącznie jojczeć na to, jakie to mnie spotkało nieszczęście i jak podłe jest życie, próbują coś robić. Cytując ciebie: sprzątam własne podwórko. I nie mam w tym wsparcia nikogo, a już na pewno nie tych, których bym potrzebowała. Ale ja coś przynajmniej robię. A ty co robisz?! Tylko siedzisz i gadasz i narzekasz na świat. Nie powiem, żebyś nie miał racji, ale zastanów się, co by było, gdyby tak nagle wszyscy poszli za twoim przykładem i tylko swoim podwórkiem się zajęli? Gdyby nie było ludzi, którzy w ten czy inny sposób popchnęli ten świat do przodu?! Którzy poświęcali wszystkie swoje siły na to, aby budować pociągi, samoloty, samochody, rozwijali medycynę czy oświatę?! Co by było, gdyby zamiast to robić, tylko zajęliby się naprawą tego, co nazywasz swoim podwórkiem?! Świat stanąłby w miejscu! Tak jak ty!
- Może i ja stoję w miejscu, ale zawsze będę przeciwko tym, którzy chcą w jakiś sposób zbawić lub naprawić świat kosztem własnej rodziny.
- Mój ojciec nie robił nigdy nic kosztem swojej rodziny!
- To czemu go tutaj nie ma, co?!
Gabrysi w oczach ponownie zaszkliły się łzy. Złość, jaka się w niej zbierała za to wszystko, co ją spotyka ostatnio, była nazbyt wielka, aby mogła teraz nad nią zapanować. Musiała ją z siebie wyrzucić i to na Piotra, dlatego zawołała:
- Bo przynajmniej coś robi! A ty stoisz w miejscu i już w nim zostaniesz!
Po tych słowach rozpłakała się i chciała uciec, jednak Piotr złapał ją mocno w ramiona i przycisnął do serca. Gabrysia początkowo próbowała wyrwać mu się z objęć, jednak szybko jej przeszło. Wtuliła się tylko w młodego mężczyznę i bardzo mocno zaczęła płakać w jego ramię.
- Czy my zawsze musimy się kłócić? - zapytała.
- Taka chyba nasza natura - zażartował sobie Piotr - Ale spokojnie, na pewno nie będziemy robić tego zawsze. Tylko w kwestii poglądów na życie mamy nieco inne podejście.
- Tak, bo ty jesteś mizantropem, a ja idealistką. Jak powiedziałaś, szkodliwą dla świata.
- Jak to?
- No tak. A nie ty mi mówiłeś, że idealiści są szkodliwi dla świata?
- Mówiłem różne rzeczy, nie zawsze przemyślane.
Gabrysia spojrzała na niego z uwagą i uśmiechnęła się przez łzy.
- Poważnie? Piotr Ogorzałko przyznaje się do błędu? To coś nowego.
- Nie do błędu, tylko do tego, że mogłem w pewnej sprawie nie przemyśleć zbyt dobrze tego, co mówiłem. Idealiści bywają szkodliwi dla świata, a zwłaszcza wtedy, kiedy poświęcają dla swoich idei wszystko, łącznie z bliskimi. Gdy chcą z miejsca zbawić cały świat, a nie wychodzi im nawet z własną rodziną. I nie mówię tego o twoim ojcu, tylko o moich rodzicach.
- Wiem. Nie powinnam się była unosić.
- A ja mówić takim tonem, który cię obraża. Przepraszam.
- Wybaczam. A ty wybacz mi te moje prowokacje do kłótni. I tego starego capa także.
- Nazwałaś mnie starym capem? Nie pamiętam.
- Wtedy, kiedy ty nazwałeś mnie niedojrzałą.
- Aha, wtedy. Już o tym zapomniałem.
- Więc nie wracajmy do tego.
- Jaka ładna z was para - odezwał się nagle jakiś dziecięcy głosik.
Piotr i Gabrysia odskoczyli od siebie i zobaczyli wtedy stojących niedaleko nich Maćka, Kreskę i Aurelię. Wszyscy byli wyraźnie rozbawieni tym, co widzieli, a już zwłaszcza mała Jedwabińska.
- Rzeczywiście, piękna z was para - powiedziała Kreska.
- To co? Pocałujecie się? Bo oni nie chcieli - rzuciła z takim jakby wyrzutem w głosie Aurelia, zerkając na Maćka i Kreskę.
Piotr i Gabrysia jednak nie zamierzali się całować, odsunęli się od siebie, zaś Aurelia zrobiła bardzo zawiedzioną minę.
- O nie! A tak chciałam zobaczyć, jak się ktoś całuje! To nie fair!
- Spokojnie, Aurelko. Jeszcze zobaczysz - powiedział Maciek i zwrócił się do starszego brata: - Słuchaj, możecie już wyłączyć to radio? Słychać je na klatce.
Piotr dopiero wtedy sobie przypomniał, że przecież nie wyłączył jeszcze radia i ono wciąż gra, aby zagłuszyć w ten sposób ewentualne niebezpieczne rozmowy polityczne, jakie on i Gabrysia mogliby ze sobą toczyć. Przerażony szybko dopadł odbiornika i wyłączył go.
- Jak tam wycieczka? - zapytała Gabrysia Kreskę.
- Bardzo fajna - odpowiedziała wnuczka Dmuchawca.
- Doskonale się bawiliśmy - dodał Maciek.
- Tak, ale Maciek i Kreska nie chcieli się całować - rzekła z wyrzutem Aurelia - A ty nie chcesz się całować z Piotrem. A ja tak chcę zobaczyć, jak się całujecie. Dlaczego wy nie chcecie się całować?
- Bo pocałunek to bardzo ważna sprawa. Można go wymienić tylko z kimś, kogo się kocha - stwierdziła poważnie Gabrysia.
- To pokochaj Piotra i się z nim pocałuj - odparła na to Aurelia, a następnie z powagą zerknęła na Maćka i Kreskę, dodając: - A wy się pokochajcie i też całujcie.
- Ale kochanie, to nie idzie tak od razu - odpowiedział jej braterskim tonem Maciek - Na wszystko potrzeba czasu.
- Mieliście dosyć czasu - burknęła Aurelia.
- Czasami trzeba go dużo więcej - stwierdził Maciek.
- Dobra, kochani. Dosyć tego gadania o pocałunkach - odpowiedział Piotr, wchodząc do pokoju - Jestem głodny i to już pora na obiad. Zostaniecie może na obiedzie, moje panie?
- Jasne, chętnie - odpowiedziała wesoło Kreska.
- A ty będziesz gotować? - zapytała Aurelia.
Gabrysia uderzyła się wtedy otwartą dłonią w czoło i zawołała:
- Gotować! No tak! Zupełnie zapomniałam! Przyszłam was przecież zapytać, czy mogę wam coś ugotować z mięsa, które kupiłam dzięki życzliwości Piotra, a potem Piotr mnie zagadał i wyleciało mi z głowy.
- Ja ciebie? Dobre sobie! - prychnął z kpiną Piotr.
- Dobra, słuchajcie. Poczekajcie na mnie chwilkę. Ja się przebiorę, przyniosę nieco mięska i możemy się brać za obiadek.
Po tych słowach, Gabrysia uśmiechnęła się życzliwie do wszystkich, po czym wybiegła z pokoju.
- Ona wróci? - zapytał niespokojnie Maciek.
- Tak, na pewno. A czemu pytasz? - zdziwił się Piotr.
- Bo tak nagle wybiegła, jakby chciała przed tobą uciec - odparł chłopak.
- I do tego płakała - zauważyła Kreska - Powiedz, co jej zrobiłeś?
- Nic. Rozmawialiśmy tylko o polityce i życiu - odpowiedział Piotr.
- Rzeczywiście, niesamowicie ciekawe tematy do rozmowy - rzuciła z kpiną w głosie Kreska - Pewnie płakała ze śmiechu i stąd te łzy, prawda?
- A kto powiedział, że ją rozbawiałem?
- Więc ją doprowadziłeś do łez?
- A kto powiedział, że ją doprowadziłem do łez?
- Więc co się stało?
- Nie wasza sprawa - burknął ze złością Piotr - Tego mi tu jeszcze brakowało. Wścibskich smarkaczy, którzy mnie zaraz posądzają o nie wiadomo co.
- Więc czemu Gabrysia najpierw płacze, a potem się śmieje? - spytał Maciek.
- Bo to kobieta, a kobiety już takie są - odpowiedział złośliwie Piotr - Ja ich chyba nigdy nie zrozumiem.
- Ktoś mądry mi powiedział, że nie należy je rozumieć, tylko kochać - rzucił złośliwie Maciek, uśmiechając się przy tym zadziornie.
- Musiał to być bardzo mądry facet - stwierdził Piotr, lekko się uśmiechając.
- A skąd wiesz, że to facet? - zapytała Kreska.
- Intuicja.
- To mężczyźni mają coś takiego?
- Oczywiście. Za to kobiety mają co innego.
- A co takiego?
- Brak możliwości zrozumienia ich. Zapamiętaj to sobie, mój braciszku: nigdy nie próbuj zrozumieć kobiet. Jedyne, co musisz o nich wiedzieć, to fakt, że mają one, bez względu na pochodzenie, wiek czy rasę, dwie cechy wspólne.
- Jakie?
- Pierwsza jest taka, że nie można ich nigdy zrozumieć. A druga jest taka, że nie ważne, czy mają pięć lat, czy pięćdziesiąt, zawsze nas doprowadzą do szału.
Kreska ubawiona jego stwierdzeniem, które bynajmniej w ustach Piotra nie brzmiało zbyt szczerze, zapytała:
- A dlaczego?
- Bo one już takie są. No, może z wyjątkiem ciebie, Janeczko.
- Więc jestem wyjątkiem od reguły?
- Nie, wyjątkiem potwierdzającym regułę - uciął rozmowę Piotr - A teraz do łazienki marsz, umyć ręce i pomagać mi przy obiedzie!
- Super! Będzie obiad z Gabrysią - zawołała wesoło Aurelia - I może wreszcie się ktoś pocałuje!

środa, 26 maja 2021

Rozdział XVI

Rozdział XVI

Krok do przodu

Maciek i Kreska szli powoli przed siebie, rozważając uważnie w głowie to, co im powiedział profesor Dmuchawiec. Szczególnie jego wnuczkę dręczyło pytanie, po co dziadek opowiedział im swoją historię, a potem dał lekcję, jaką powinni z niej wyciągnąć? Chciał jej coś zasugerować? Jej i Maćkowi? Czy może po prostu wzięło go na wspominki, kiedy zobaczył małą Aurelię i dlatego zaczął mówić o tym wszystkim, bez jakiegoś większego sensu? Chyba nie, bo przecież powiedział, że ona doskonale wie, czemu to wszystko jej mówi. Im dłużej nad tym myślała, tym bardziej była przekonana, iż wie, co dziadek miał na myśli. Jednak wciąż próbowała odrzucić tę myśl, wychodząc z założenia, że nie powinna się łudzić. Jej dziadek pokochał z czasem jej babcię, ale czy aby na pewno ją kochał? Może tylko tak mówił, aby siebie wybielić? Może jej babcia była tylko i wyłącznie chusteczką do otarcia łez? Może była tylko plasterkiem na rany? Może tym samym będzie ona dla Maćka? Kreska wolałaby już raczej umrzeć niż pełnić taką rolę.
Aurelia, która szła pomiędzy obojgiem nastolatków, trzymając przy tym ich ręce, patrzyła na nich uważnie, wyraźnie niezadowolona z ich milczenia. Zresztą nigdy nie lubiła milczenia. Dość wiele go słyszała w domu, między przyjaciółmi o wiele bardziej wolała gwar i radosne rozmowy, a ponieważ nie dostawała tego w tamtej chwili, musiała to sama zainicjować.
- Czemu nic nie mówicie? - zapytała po chwili.
- Nie wiem, co mamy mówić - powiedział Maciek.
- A jak nie wiemy, to wolimy nie mówić - dodała Kreska.
- Ja tam zawsze wiem, co mam i co chcę powiedzieć i kiedy chcę mówić, to mówię - stwierdziła z rozbrajającą prostodusznością Aurelia.
- Szczęśliwi ci, którzy zawsze tak robią - odpowiedział nieco ponuro Maciek.
Wciąż dręczyła go historia Dmuchawca, jak również to, co niedawno usłyszał od Kreski, a potem od Piotra. A więc ona go kochała. Jego serdeczna koleżanka ze szkoły, siedząca z nim w jednej ławce była w nim zakochana, jednocześnie jednak przez cały ten czas robiła wszystko, aby się w tym nie zorientował. Dlaczego? To wciąż było dla niego zagadką. Nie chciał jednak o to pytać, uważając, że to jest jej i tylko jej sprawa, a on nie powinien o takie rzeczy pytać. Poza tym, co by mogła mu powiedzieć? To, co powiedziała ostatnio? Odkąd mu wyznała, że go kocha, coś pomiędzy nimi się popsuło. Dzisiaj poszli zgodnie i jakby nigdy nic do jej dziadka do szpitala, jednak wiedział, że pomiędzy nimi zaszły pewne zmiany i to wcale nie takie na lepsze. Zrobili krok do tyłu w swoich relacjach, a powinni robić kolejne kroki do przodu. Tylko jak to zrobić, kiedy oboje nie umieją szczerze rozmawiać o tym, co czują do siebie nawzajem?
No właśnie, co Maciek czuł do Kreski? Wiedział, że już od jakiegoś czasu nie jest ona dla niego tylko i wyłącznie przyjaciółką i udawanie, iż jest inaczej byłoby czymś, czego zawsze starał się uniknąć: okłamywaniem samego siebie. Wiedział doskonale, że Kreska nie jest dla niego tylko przyjaciółką. Nie od chwili, w której ujrzał w niej niezwykle wrażliwą i dobrą dziewczynę, czyli prawdziwą Kreskę, jakiej dotąd nie widział i którą ona próbowała przed nim ukryć. Zobaczył czułą i bardzo wrażliwą dziewczynę, jakiej dotąd nie znał, a którą bardzo chciał poznać. A potem stopniowo zaczął ją poznawać, spędził z nią całą noc, trzymając ją wtedy w ramionach i będąc całkowicie szczęśliwy. Kiedy trzymał ją w ramionach, serce mu mocno biło w piersi, a on sam poczuł wówczas w sercu ogromne ciepło, poczucie radości, własnej wartości oraz tego, jak bardzo jest teraz komuś potrzebny i jak bardzo chce tej osobie dawać to samo, co on teraz czuje. Pierwszy raz coś takiego czuł i wiedział, że tego uczucia się nie da niczym innym zastąpić. I wiedział, iż bardzo chce znowu to poczuć. To uczucie słodko uzależniało i warto było mu się poddać, gdyż nic nie umiał zarazem dać tak wielkie szczęście, jak właśnie tulenie Kreski w samej koszulce nocnej bez bielizny pod spodem. Tulenie dziewczyny słodkiej i bezbronnej, rozkosznie się do niego przytulającej i ufającej mu w tamtej cudnej chwili bezgranicznie. Już samo to zaufanie było dla niego wspaniałe, a co dopiero cała reszta. Maciek wiedział, że tak się czują te wszystkie zakochane pary, gdy się tulą do siebie całą noc. Czy to oznacza, iż pokochał Kreskę? I czy ona w to uwierzy?
- To co dzisiaj robimy? - przerwała nagle milczenie Aurelia.
Maciek i Kreska spojrzeli na nią, zapominając o tym, o czym właśnie każde z nich myślało, próbując jednocześnie wymyślić odpowiedź na jej pytanie.
- Właściwie, to nie wiem. A co byś chciała? - spytała Kreska.
- Może skoczymy do kina? Na pewno jest jakiś ładny film - odparła Aurelia.
- Nie wiem, czy jest jakiś dla dzieci.
- A więc chodźmy taki nie dla dzieci. Ostatnio pani Ida, siostra pani Gabrysi, wzięła mnie na taki ładny film o takim panu, którego zostawiła żona, więc on się bardzo smucił i potem stracił pamięć, zaczął chodzić po świecie i potem wyleczył nogi takiego chłopca i został sławny i poznał ładną dziewczynę, która się kochała w takim chłopaku i oboje zostali ranni, a on ukradł narzędzia, żeby ich wyleczyć, poszedł za to do więzienia, ale potem się okazało, że on jest słynnym profesorem i ojcem tej dziewczyny i go uwolnili.
Maciek parsknął śmiechem, słysząc opowieść dziewczynki. Po opisie filmu bez trudu rozpoznał, że chodzi tutaj o „Znachora”, którego premiera miała miejsce w czasie rozpoczęcia się stanu wojennego, a który co jakiś czas jeszcze leciał w kinach. A tak swoją drogą, przemądrzała panna Ida Borejko, która zawsze uważała siebie za niezwykle poważną i że należy dzieci traktować jak dorosłych i zawsze mówić do nich jak do dorosłych, zabrała Aurelię, gdy raz miała ją pod opiekę, bo Piotr i Maciek akurat nie mogli się nią zająć, na tak poważny film? Bardzo to było do niej podobne.
- To ciekawe filmy oglądasz z panią Idą - powiedział po chwili chłopak.
- Strasznie poważne - dodała Kreska.
- Ale to jest bardzo ładny to był film - stwierdziła Aurelia - Może pójdziemy na niego?
- Już go widziałam - powiedziała Kreska.
- Ja również - dodał Maciek.
- To może pójdziemy nad Maltę popływać? - zaproponowała Aurelia.
Ta propozycja spodobała się bardzo obojgu, dlatego też zaprowadzili razem dziewczynkę do jej domu, aby mogła się tam przebrać w swój kostium kąpielowy, a potem zabrali ją do swojej kamienicy.
- To idź się przebierasz, ja się przebiorę tutaj i poczekamy na ciebie z Aurelią - zaproponowała Kreska.
- Dobrze, to widzimy się za parę minut - odpowiedział Maciek i poszedł na górę, do swego mieszkania.
- Parę minut? Niezły on jest. Musimy się więc pospieszyć - powiedziała do Aurelii Kreska.
Weszła wraz z nią do swojego mieszkania, posadziła dziewczynkę w salonie i szybko pobiegła do pokoju, który zajmowała. Wyjęła z niego szybko swój strój kąpielowy, jednoczęściowy niebieski, noszony przez nią w czasie zajęć na basenie i już go miała przymierzyć, kiedy nagle coś jej wpadło w ręce. To było czarne bikini, które sobie kupiła, gdy jeszcze dziadek miał pracę, czyli tak dwa i pół roku temu. Wtedy jeszcze nie był na emeryturze i dość dobrze im się powodziło. Potem skończyły się niestety dobre zarobki, zaczęły się natomiast problemy z pieniędzmi, niezbyt wysoka emerytura dziadka i ogólnie wszystko to, co miała obecnie. Bikini przypomniało jej czasy, kiedy żyło im się dużo lepiej. Czasy, kiedy jej dziadek był cenionym profesorem polskiego i miał swoją ukochaną pracę. Czasy, kiedy ona mogła widzieć go szczęśliwym z powodu tego, co robił.
Początkowo chciała je odłożyć, ale potem coś jej przyszło do głowy. A jeśli to jest właśnie to, co pomoże jej ponownie zrobić krok do przodu w relacjach z jej ukochanym Maćkiem? W końcu tak cudownie im było, gdy mogła spać w samej tylko nocnej koszulce w jego ramionach. Wszystko zmierzało ku lepszemu, kiedy potem zadzwoniła ta głupia Matylda i próbowała zepsuć ich relacje i po części jej się to udało. I przez to Kreska zamiast kolejnego kroku do przodu, zrobiła kilka kroków do tyłu i straciła całą swoją śmiałość. Teraz jednak widok tego stroju zaraz przywołał jej do głowy wspomnienie z tej cudownej chwili, gdy spędzili ze sobą oboje cudowny wieczór i uroczą noc. Wtedy oboje byli odważni i śmiali, nic ich nie krępowało. Może więc trzeba spróbować więcej śmiałości? Może więc trzeba nadrobić zaległości i na miejsce kilka kroku do tyłu, jakie niedawno zrobiła, musi wystąpić o kilka kroków naprzód? Może to jedyne wyjście, aby wreszcie ona i jej słodki Maciuś wreszcie byli razem?
Kreska przypomniała sobie nagle, że nie ma zbyt wiele czasu, dlatego szybko rozebrała się do naga, nałożyła na siebie bikini, które wciąż wprost idealnie na nią pasowało, po czym narzuciła na wierzch swoje ubranie i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Pomyślała, że wygląda naprawdę nieźle.
- No, Maćku, strzeż się. Zamierzam dzisiaj nadrobić zaległości - powiedziała po cichu sama do siebie.
Chwilę później ktoś zapukał do jej drzwi. Szybko pobiegła je otworzyć, ale Aurelia zrobiła to pierwsza. W progu stał Maciek. Miał na plecach zarzucony mały plecak, w którym schował przed wyjściem ręcznik i koc.
- Gotowe, moje panie? - zapytał wesoło.
- Gotowe - odpowiedziała mu Aurelia.
- Wzięliście jakiś ręcznik? Bo ja wziąłem - rzekł Maciek.
- Spokojnie, pomyślałam o tym - odparła na to Kreska, uśmiechając się przy tym do chłopaka najbardziej słodko, jak to możliwe - Idziemy już?
- Oczywiście, że idziemy - odpowiedział na to chłopak.
Ruszyli więc w kierunku Malty, a właściwie Jeziora Maltańskiego. Podjechali tam tramwajem, potem przeszli się kawałek i dotarli na miejsce. Ponieważ był to środek lipca, pogoda była nad wyraz przyjemna, ciepła i rozkoszna, ludzie więc się zebrali nad jeziorem i spędzali tam miło czas, pływając, opalając się lub spacerując wzdłuż wody. Maciek z Kreską i Aurelią wybrali sobie najładniejsze miejsce, po czym rozłożyli koc i usiedli na nim.
- Jak coś, wziąłem parę kanapek ze sobą - powiedział Maciek do dziewczyn.
- A ja parę łakoci, na wszelki wypadek - dodała Kreska.
- Super, będzie uczta! - zawołała wesoło Aurelia, klaszcząc przy tym słodko w dłonie - Ale najpierw sobie popływamy, dobrze?
Po tych słowach, wstała i bardzo szybko zrzuciła z siebie sukienkę, ukazując się swoim towarzyszom w jednoczęściowym, białym kostiumie kąpielowym, dość nowego typu, jaki rodzice jej zafundowali, kiedy ojciec dostał ostatnio podwyżkę.
- To co? Idziemy? - zapytała wesoło Maćka i Kreskę, po czym, nie czekając na odpowiedź, pobiegła szybko do wody.
- Zaczekaj na nas! - zawołał za nią z niepokojem Maciek i spojrzał na Kreskę - Nie chcę, żeby coś jej się stało.
- Spokojnie, nie przesadzaj. Nie będzie źle. Na pewno się nie utopi - odparła na to spokojnym tonem Kreska - Musisz jej bardziej zaufać.
- No tak, racja, ale wiesz... Ona jest taka mała i bezbronna. Nie chcę, żeby jej się coś stało.
- Bardzo ją kochasz, prawda?
- Tak. No, bo jak tu jej nie kochać? Przecież jest urocza, słodka, prześliczna. Do tego ma tak dobre serce. Jak mógłbym jej nie kochać? Jestem dla niej przecież takim starszym bratem. Nigdy nie miałem młodszej siostrzyczki, a zawsze bardzo chciałem ją mieć, ale rodzicom było co innego w głowie niż rodzeństwo dla mnie.
- Przecież masz rodzeństwo. Masz starszego brata.
- Tak i bardzo go kocham i jest mi bliski, ale mimo wszystko jakoś... Zawsze chciałem mieć młodszą siostrzyczkę, aby móc się nią opiekować, dbać o nią, móc ją kochać, przytulać i wspierać, być prawdziwym starszym bratem, takim jak w tych pięknych książkach, które nieraz czytałem.
- Życie to nie powieść, Maciusiu.
- Wiem o tym i dlatego też nie oczekuję, że będzie jak w książkach. Ale i tak bardzo bym chciał spełnić swoje marzenia, o byciu starszym bratem. No i to drugie marzenie, o byciu ukochanym dla jakieś naprawdę fajnej dziewczyny.
- Naprawdę fajnej dziewczyny? Brzmi ciekawie. A znalazłeś może już taką?
- Może i znalazłem? Tylko nie wiem, czy między nami coś będzie.
- A chciałbyś?
- Bardzo bym tego chciał.
- To czemu jej tego nie powiesz?
- Bo nie chcę, aby sobie pomyślała, że jest chusteczką do otarcia łez, a moje uczucie to tombak.
Kreska oczywiście od rozpoznała swoje własne słowa, dlatego zarumieniła się lekko, ale przy okazji też uśmiechnęła się delikatnie, ponieważ zrozumiała, że te oto słowa odniosły pożądany przez nią skutek. Może zatem wypowiedzenie ich nie było wcale krokiem do tyłu, tylko sporym krokiem do przodu? Ale tak czy inaczej, trzeba było wykonać kolejny krok.
- Dobrze, lepiej już chodźmy. Aurelia na nas czeka - powiedziała.
Po tych słowach, Kreska zdjęła okulary, które odłożyła na koc, wstała szybko z niego i zrzuciła z siebie zwinnie sukienkę. Wtedy coś się stało z Maćkiem. Coś niesamowitego. Coś, czego nie spodziewał się poczuć. Znaczy już nieco wcześniej to poczuł, kiedy spał z Kreską czule w niego wtuloną, ale teraz poczuł to o wiele mocniej. Zobaczył bowiem Kreskę w czarnym bikini, które mocno przylegało do jej ciało i zdecydowanie więcej partii jej ciała odsłaniało niż zasłaniało. Poczuł, jak serce mu wali w piersi jak szalone, a w środku robi mu się strasznie gorąco.
- Idziesz, Maciusiu? - zapytała niewinnym tonem Kreska.
- No tak, jasne, oczywiście - odpowiedział Maciek.
Po czym nieco nieporadnie zdjął z siebie ubranie, zostając na kocu tylko w samych kąpielówkach, rumieniąc się przy tym niczym jakaś piwonia. Widząc jego zachowanie, Kreska zachichotała, doskonale zdając sobie sprawę, że reakcję tę wywołał jej widok w bikini i to, że podoba się chłopakowi w tym stroju. Choć nie była próżna, tym razem poczuła ogromne zadowolenie z powodu tego faktu, jak również satysfakcję, że Maciek nie może wzroku od niej oderwać. Zadowolona złapała go za rękę i powiedziała:
- Chodź do wody.
Oboje wskoczyli do jeziora i zaczęli się radośnie pluskać wraz z Aurelią, ta zaś chichotała wesoło, skakała tuż obok nich, chlapała ich wesoło wodą, śmiejąc się przy tym cudownie jak mały aniołek. Maciek i Kreska byli uradowani tym, jak bardzo dobrze dziewczynka się bawi, ale również z tego powodu, że mogą sami ze sobą przebywać i dzięki tym uroczym strojom kąpielowym mogą się poznać od nieco innej strony, z której wcześniej się w ogóle nie znali. Szczególnie dotyczyło to Maćka. Co prawda widział już Kreskę całkiem nago, ale zapomniał o tym jakże pięknym dla niego widoku do czasu, aż teraz zobaczył ją w tym skąpym stroju, który prawdę mówiąc, nie zasłaniał zbyt wiele i przypomniał mu z miejsca, jak ona jest piękna naga. Wywołało to w nim gorące myśli, których woda jeziora wcale nie ochłodziła, ale wydawało się, że wręcz spotęgowała, zwłaszcza, iż co chwila on i Kreska wpadali na siebie lub ocierali się w jakiś sposób. Zwłaszcza, kiedy Kreska oraz Aurelia zaczęły go chlapać wodą, a on wesoło je gonił, aż dopadł w końcu tę pierwszą, upadł z nią na brzeg i zawołał:
- Teraz ci się dostanie!
- Nie waż się! - pogroziła mu Kreska, śmiejąc się wesoło.
On jednak się odważył i zaczął ją łaskotać. Robił to tak mocno, że Kreska się niemalże dusiła ze śmiechu, próbowała się wyrwać i wołać Aurelię na pomoc, ale ta nie tylko jej nie pomogła, a sama się z tego wszystkiego śmiała, ubawiona tym widokiem. W końcu Kreska zdołała, odpierając łaskotki Maćka, tak się poruszyła, że chłopak upadł na nią i ich ciała przylgnęły mocno do siebie, a ich twarze nagle znalazły się blisko siebie. Poczuli, jak ich gorące oddechy mieszają się ze sobą, a serce zaczynają im mocno walić. Ich ciała zaczęły płonąć, zaś stroje, które mieli na siebie, zrobiły się nagle strasznie ciasne.
- Wybacz, Janeczko. Jestem chyba trochę ciężki - rzekł po chwili Maciek.
- Nic nie szkodzi. Nic się nie stało - odparła czule Kreska.
- Pocałujcie się! - zawołała wesoło Aurelia.
Liczyła na pocałunek jej przyjaciół, ci jednak po tym krzyku jakby ocknęli się z transu i pozbierali się.
- Chyba pora coś zjeść - powiedział Maciek.
- Tak, chyba tak - zgodziła się z nim Kreska.
Aurelia była zawiedziona. Załamana rozłożyła ręce i zawołała:
- Hej, no co wy?! Dlaczego wy się nie pocałujecie?!
- Bo nie pora teraz na pocałunki. Teraz pora na jedzenie - odparła Kreska.
Dziewczynce więc z miejsca przeszło i zaraz pobiegła na koc, a przyjaciele do niej za chwilę dołączyli. I choć szli obok siebie, nie trzymając się jeszcze za ręce i nie pocałowali się, tak jak tego chciała dziewczynka, to jednak widać było, że nie tylko nadrobili oni wykonane kroki do tyłu, ale jeszcze dodatkowo zrobili naprawdę ogromny krok do przodu. Kreska zaś wiedziała już, że Maciek z całą pewnością już nie postrzega jej i nie będzie postrzegać jako Kreski, tylko jako Janeczkę i już żadne intrygi Matyldy nie były w stanie tego zmienić.

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...