wtorek, 6 lipca 2021

Rozdział XXX

Rozdział XXX

Przyjęcie u profesora

Profesor Czesław Dmuchawiec, zgodnie z zapowiedzią, po kilku dniach od tej chwili, w której ostatni raz go widzieliśmy, wyszedł ze szpitala i wrócił do domu. Kreska oczywiście czuwała, aby móc punktualnie czekać na niego i odebrać go z tego przybytku medycznej pomocy i pomóc mu wrócić do domu. Maciek zaś, już będący oficjalnie jej chłopakiem, towarzyszył dziewczynie w tej oto czynności, ponieważ bardzo chciał jej pomagać w ważnych dla niej sprawach, a przy okazji również niezwykle szanował pana profesora jako uczonego i jako dziadka swojej dziewczyny, dlatego też wraz z nią odebrał staruszka ze szpitala i towarzyszył mu w powrocie do domu. Sam pan profesor doceniał to i okazywał zarówno wnuczce, jak i jej ukochanemu, że bardzo się cieszy, iż o nim pamiętali i odebrali go ze szpitala.
- Oczywiście mógłbym sam wrócić do domu, ale zawsze miło jest wiedzieć, że ktoś mnie odprowadza i dla kogoś tyle znaczę, aby czekał na mnie wtedy, kiedy już mam opuścić szpital - powiedział do obojga w chwili, w której szli wszyscy razem zmierzali w kierunku domu na ulicy Roosevelta 5 - Wiecie, człowiek jest z natury raczej zwierzęciem stadnym i dlatego potrzebuje innych ludzi, aby lepiej mu się żyło. No, a poza tym też bardzo miło jest człowiekowi wiedzieć, że ktoś go na tym świecie kocha i jest on komuś bliski. To jest bardzo ważne dla każdego, a już zwłaszcza wtedy, gdy już osiągnął taki wiek jak mój.
- Dziadku, jaki wiek? Przecież jesteś jeszcze bardzo młody - powiedziała do niego czule Kreska.
Dmuchawiec uśmiechnął się do wnuczki z miłością i odparł:
- Dziękuję, bardzo miło mi to słyszeć. To przy okazji dowód na to, że miłość jest bardzo ślepa.
- Jak to?
- Popatrz na mnie uważnie, wnusiu. Przyjrzyj mi się bardzo uważnie. Jaki ja niby młody jestem? Mam skończone sześćdziesiąt lat i mniej nie będę miał. Jestem już stary i brzydki, taka jest prawda. Ale w twoich oczach jestem młody i piękny, co mi bardzo schlebia, lecz jest dowodem na to, że z powodu miłości do dziadka postrzegasz jego osobę przez różowe okulary.
- A czy to źle? - zapytał zaintrygowany tym pytaniem Maciek.
- Ależ w żadnym razie - odpowiedział mu przyjaźnie Dmuchawiec - Bo to jest jeden z przywilejów młodych. Patrzenie na życie przez różowe okulary. Niekiedy zazdroszczę wam tego. Jak i tego, że macie ten przywilej, iż nie potrzeba wam aż tak bardzo do szczęścia drugiego człowieka.
- Nie rozumiem.
- Widzicie, młodzi ludzie nieraz gnają do przodu, chcą poznawać cały świat i jego ciekawostki do tego stopnia, że nieraz zapominają o poszukiwaniu dla siebie drugiego człowieka. A jeżeli nawet szukają, to miłości pojawiają się u nich bardzo szybko i bardzo szybko też mijają. Nie mówię, że wszyscy tak mają. Są na tym świecie też natury wrażliwe, które od najmłodszych lat chcą kochać i być kochane i umieją starać się o tę miłość. Starać się i dbać o nią. Ale niewiele jest takich osób, zwłaszcza wśród młodych. Zwykle osoby młode gnają prędko do przodu, a w tym pędzie zapominają łatwo o drugim człowieku, o stworzeniu z nim jakiś naprawdę dobrych relacji. I potem się dzieje tak, że starzeją się i z przerażeniem odkrywają, że są sami na tym świecie i mało kto ich lubi, a wszystko dlatego, iż nie zadbali oni o to wtedy, gdy powinni. Dużo jest takich ludzi na świecie, kochani. Cieszę się jednak, że wy do nich nie należycie.
- A skąd pan wie, że do nich nie należymy?
- Wystarczy tylko na was spojrzeć. Jesteśmy oboje wrażliwymi naturami. Na tyle wrażliwymi, że uczucia traktujecie na poważnie i potraficie oddać im się tak całkowicie, z całego serca. Może to efekt przeczytanych przez was książek, a może kwestia natury, a może jednego i drugiego? Sam nie wiem. Ale wiem jedno. Miło mi się na was patrzy. Jesteście piękną parą, tak wewnętrznie, jak i wizualnie.
Kreska zarumieniła się delikatnie, kiedy to usłyszała, a Maciek czule złapał ją za rękę i zapytał:
- Wizualnie także?
- No tak. Oboje wyglądacie naprawdę pięknie. Widać, że jesteście oboje tak samo uduchowieni i wrażliwi, a dodatkowo lubicie spędzać ze sobą czas. On wam daje wiele radości. I nie, wy nie musicie mi tego mówić. To wszystko widać. To jest wszystko aż nadto widoczne, kochani. Widać po waszym zachowaniu, po tym, jak się wysławiacie i jakie macie upodobania i co lubicie robić, jak również, ile z tego czerpiecie radości. Dlatego uważam, że pasujecie do siebie duchowo. Ale też i wizualnie, ponieważ macie taki typ urody, który doskonale dopasowuje jedno do drugiego. Dlatego tak miło mi nas was patrzeć. Czuję, że wam się uda w życiu i wasza miłość może przetrwać, jeśli tylko codziennie będziecie o nią dbać.
- Taki mamy zamiar, w każdym razie ja - powiedział Maciek, którego słowa pana profesora bardzo zachwyciły.
- Nie tylko ty. Ja również - dodała nieco zadziornie Kreska, poprawiając sobie lekko palcem okulary, które jej się zsunęły z nosa.
Dmuchawiec zachichotał ubawiony i widząc, że powoli zbliżają się już do ich ukochanej kamienicy, powiedział:
- Stęskniłem się już za tym widokiem. Wiecie, im dłużej człowiek przebywa w sali szpitalnej, tym bardziej docenia swoje kochane cztery kąty, nawet jeżeli mają one w sobie jakieś braki. Ale wiecie, mimo tych braków kocham ten dom. I kocham też ludzi, którzy w nim mieszkają. Są mi bliscy, bo są częścią mojego życia, a nawet jeżeli mnie irytują, to umiem ich docenić. A teraz o wiele bardziej ich kocham, gdy mogę znowu ich zobaczyć. Wiem, że mówię jak wariat, ale po tylu dniach w tym szpitalu z o wiele większą przyjemnością patrzę na te odrapane ściany, a także na ludzi tu mieszkających.
Wtem z kamienicy, przed którą stanęli nasi bohaterowie, wyszła jakaś starsza pani. Była delikatnie zgarbiona, opierała się o lasce, choć praktycznie wcale jej do chodzenia nie potrzebowała, raczej do zbicia kogoś, kto jej się narazi. Twarz miała mocno pooraną zmarszczkami, a jej oczy wyrażały niechęć do wszystkich ludzi, a już zwłaszcza do młodych, którym zazdrościła urody i zdrowych stawów, w żaden sposób nie przeżartych reumatyzmem.
- Dzień dobry, pani Szczepańska - powiedział życzliwie do niej Dmuchawiec.
- Dobry, dobry. Dla kogo dobry, dla tego dobry - burknęła ze złością kobieta, patrząc z pogardą na profesora i jego młodych towarzyszy.
- Ależ bardzo dobry. Właśnie wyszedłem ze szpitala.
- W szpitalu się więc wałkonił szanowny pan. A wszystko za nasze podatki. Do roboty by się wzięli jeden z drugim, a nie biednych emerytów okradać.
Po tych słowach, staruszka odeszła w swoją stronę, a Maciek popatrzył na nią ironicznie i rzekł:
- Na pewno kocha pan wszystkich mieszkańców tej kamienicy?
- Oczywiście, że tak. Wszystkich bez wyjątku - odpowiedział mu życzliwie i wesoło zarazem Dmuchawiec - Choć przyznaję, niektórych bardzo trudno kochać, bo wcale nam tego nie ułatwiają. Ale lepsi oni niż pracownicy szpitala.
Po tych słowach, Dmuchawiec westchnął głęboko i rzekł:
- Chociaż i ci pracownicy szpitala bywają mili, ale nie na dłuższą metę, bo na dłuższą metę są oni raczej ciężkostrawni, zwłaszcza wtedy, kiedy muszą nieco za długo z nami przebywać i się nami opiekować. Przykre jednak, kiedy tylko tacy ludzie mogą być towarzystwem dla człowieka na jego stare lata. Bo wiecie, jak to jest. Na starość człowiekowi coraz bardziej brakuje innych ludzi i ich towarzystwa, dlatego miła mu jest obecność nawet osób pracujących w szpitalu, w którym chwilowo musi przebywać. Smutny jednak ten, który ma tylko takich towarzyszy.
Po tych słowach uśmiechnął się wesoło i popatrzył na Kreskę i Maćka.
- Na szczęście ja do takich osób nie należę.
Weszli do domu, a potem odnaleźli mieszkanie Dmuchawca, do którego cała trójka wkroczyła zadowolona. Zwłaszcza zadowolony z tej grupy był profesor. Z prawdziwą i niekłamaną radością obszedł całe mieszkanie i rozejrzał się wesoło po każdym kącie, niczym Tadeusz Soplica powracający do domu swego dzieciństwa. Profesor był szczęśliwy, że tu powrócił i że wszystko pozostało w tym domu tak, jak on pozostawił.
- Jak miło znowu być tutaj - powiedział szczęśliwy - Widzę, że dbaliście tutaj o wszystko. Bardzo się cieszę. Tym milej jest mi tu wrócić.
Po tych słowach, spojrzał dość dowcipnie na wnuczkę i jej chłopaka, dodając:
- Mam nadzieję, że nie będzie wam w niczym przeszkadzać moja obecność.
- Dziadku, proszę cię. Niby w czym miałbyś nam przeszkadzać? - spytała go czule Kreska.
- Dobrze wiecie, w czym. Przecież nie urodziłem się wczoraj. Dobrze wiem, że skorzystaliście skwapliwie z mojej nieobecności i to na pewno jeszcze w taki sposób, w jaki zawsze młodzi zakochani korzystają z nieobecności rodziców.
Widząc, że wnuczka i jej chłopak są delikatnie zmieszani, zaśmiał się wesoło i powiedział:
- Wiem, co sobie myślicie. Że zaraz powiem: „W moich czasach...”. Ale nie zrobię tego. Bo wiecie, możecie sobie myśleć o nas starych, co tylko chcecie, ale cóż... Nieślubne dzieci to nie wyście wymyślili.
Kreska zarumieniła się zawstydzona lekko na twarzy, z kolei Maciek odzyskał rezon i powiedział wesoło:
- No proszę, a ja się łudziłem.
Przyznać musiał, że ostatnio był coraz bardziej zaskakiwany. Teraz zaskoczył go profesor Dmuchawiec swoim dosyć liberalnym podejściem do tego, co zaszło pomiędzy nim a Kreską, a wcześniej zrobiła to jego ukochana, kiedy najpierw go słodko skusiła do tego, aby się z nią kochał, a potem również pokazała mu, że była na to przygotowana i posiadała niezbędne w tym wypadku zabezpieczenie. Bardzo go to zdziwiło, ale Kreska wyjaśniła, że zdołała je kupić po przecenie od znajomej aptekarki, która kiedyś przyjaźniła się z jej mamą. Dzięki temu ich pierwszy raz był o wiele lepszy, bo bezpieczniejszy, a zatem pozbawiony strachu o ewentualne nieślubne dzieci, o których mówił profesor.
Zaskoczyło go jednak to, że nie pozostawił ten ich akt plamki krwi na pościeli w łóżku Dmuchawca, gdzie Kreska straciła z ukochanym swoją niewinność. To było dla Maćka dość niezrozumiałe i to do tego stopnia, że przez chwilę pomyślał, iż być może dziewczyna okłamała go w kwestii swego dziewictwa. Jednak szybko porzucił tę myśl, kiedy zrozumiał, że nie jest to możliwe, ponieważ Kreska była nazbyt nieśmiała wtedy, gdy się z nim kochała. Kilkakrotnie zasłaniała się dłońmi, gdy patrzył na jej piersi, choć widział już ją nagą parę razy i ona sama wcale nie wstydziła się przed nimi pokazywać swego ciała, lecz mimo to wciąż czasami się lekko krępowała, jakby instynktownie, gdy patrzył na jej miejsca intymne. Widać było więc, że pierwszy raz robi to, co z nim robiła, ale wciąż istniała kwestia braku plamki krwi na pościeli. Jednak i tę sprawę Kreska wytłumaczyła ukochanemu, że nie u każdej kobiety występuje coś takiego jak plamka krwi po pierwszym razie.
- To tylko mit - mówiła mu, gdy leżała naga w jego ramionach po wszystkim - Tak samo jak i to, że musi zawsze boleć.
- A ciebie nie bolało?
- Nie. W ogóle nie bolało. Mama mi kiedyś powiedziała, jak jeszcze żyła, że jak się to robi z kimś, kogo się kocha, nie boli. Mnie nie bolało.
Maćka bardzo ucieszyła ta informacja, gdyż nie chciał zadawać bólu swojej ukochanej, a ponadto świadomość, że ona go kocha była mu niezwykle miła. Bo czyż jest coś piękniejszego od świadomości, że nie tylko się kocha, ale i jest się kochanym? Radość wywołana tym faktem była ogromna, do tego stopnia, że gdy tylko się obudził i zobaczył Kreskę obok siebie, ubraną tylko w majtki, białe oraz koronkowe, śpiącą z nim na łyżeczkę, uśmiechnął się radośnie i bardzo delikatnie pocałował jej ramię.
- Kocham cię - szepnął czule.
Kreska poruszyła się lekko przez sen, a Maciek dodał:
- Janeczko...
- Co? - wymamrotała przez sen zaspana dziewczyna.
- Kocham cię - powtórzył z miłością chłopiec.
- To dobrze - odparła zaspana Kreska.
Maciek jednak nie chciał, aby spała i dlatego słodko szepnął do jej uszka:
- Janeczko?
- Co tam? - wyszeptała zaspana Kreska.
- Wszystkiego dobrego - powiedział słodko Maciek.
- Ciii... Taaa... - mruknęła dziewczyna.
Prawdopodobnie chciała powiedzieć „Cicho”, ale była zbyt zaspana i nazbyt zmęczona, aby móc poprawnie wypowiedzieć te słowa.
- No obudź się, kochanie. Masz dziś urodziny.
- Ciii... Nia... Nie mam dziś urodzin. Dopiero za miesiąc.
- Wybacz, pomyliło mi się.
- Nie szkodzi, ale daj mi spać. Jeszcze wcześnie.
- Ale Janeczko...
- Maciusiu, ja chcę spać... Daj mi jeszcze pospać. Tak mi wygodnie w twoich ramionach, wiesz?
Maciek uśmiechnął się zadowolony, po czym słodko pocałował jej lewe ramię i powiedział czule:
- W porządku, wyśpij się. Ja też się jeszcze zdrzemnę.
Po tych słowach, położył się wygodnie za nią i objął ją mocno ramieniem, a następnie zasnął zadowolony i szczęśliwy jak jeszcze nigdy dotąd.
Tak to wszystko wyglądało, gdy Maciek i Kreska zbliżyli się do siebie tak, jak jeszcze nigdy dotąd, co spotęgowało tylko ich uczucie oraz więź emocjonalną. Ta zaś była dokładnie taka, jak to ją opisał Dmuchawiec. Byli sobie oboje bliscy i byli też pewni, że będą chcieli dbać o tę więź emocjonalną, jaka między nimi zaistniała.
Nie tylko o nią jednak chcieli dbać. Również o profesora Dmuchawca, który był szczęśliwy, że może znowu przebywać w swoim mieszkaniu. Oczywiście nie zapomniał on o tym, iż postanowił urządzić małą zabawę z okazji swego powrotu. Kreska wciąż co prawda uważała, że przyjęcie nie jest najlepszym pomysłem, gdyż jej dziadek nie czuje się jeszcze najlepiej, ale Dmuchawiec odpowiedział na to, że jest może jeszcze słaby, ale nie zniedołężniały i nie zamierza tylko leżeć w łóżku i wypoczywać. Chce poczuć, że żyje i skoro postanowił sobie przyjęcie, to chciał to postanowienie zrealizować. Kreska więc musiała ustąpić, stwierdzając jednak przy tym dość ironicznie:
- Niektórzy dorośli czasami zachowują się jak małe dzieci.
Zaplanowano więc, kiedy ma się odbyć zabawa w mieszkaniu profesora, zaś Kreska i Maciek rozeszli się po sąsiadach w całej kamienicy, aby ich zaprosić na nią. Niektórzy nie przyjęli zaproszenia, jak choćby pani Szczepańska, uważając, że Dmuchawiec zachowuje się jak dziecko i nie przystoi w jego wieku takie zabawy urządzać. Kilka osób też pominięto w zaproszeniu, głównie Janusza Pyziaka, gdyż mało kto tutaj za nim przepadał, nawet profesor miał względem niego mieszane uczucia, a poza tym Kreska była pewna, iż Janusz nie przyjąłby i tak zaproszenia, gdyż byłyby to za niskie progi jak na jego nogi. Gabrysia jednak z radością takowe zaproszenie przyjęła, podobnie jak i jej siostry i matka. Piotr również przyjął od Kreski zaproszenie, chociaż nie miał wielkiej ochoty na zabawę, zwłaszcza taką, w której miała brać udział Gabrysia, ale ostatecznie uznał, że mała bibka dobrze mu zrobi i postanowił wziąć w niej udział.
Przygotowania do zabawy trwały w najlepsze. Kreska i Maciek pomogli w tym celu Dmuchawcowi wysprzątać mieszkanie, uszykowali nieco jedzenia, jak i też płyty do odtwarzania na gramofonie. Był jednak pewien problem. Jedzenia nie było zbyt dużo i Kreska miała obawy, czy aby wystarczy dla wszystkich gości. Ale na szczęście zwierzyła się z tego problemu Gabrysi, która zachowując spokój oraz dobry humor, powiedziała:
- Spokojnie, Janeczko. Nie przejmuj się tym. Coś już wymyślę w tej sprawie. I nie tylko ja. Daj mi tylko nieco czasu.
Gabrysia bardzo chętnie pomogła Kresce, nie tylko dlatego, że bardzo lubiła Dmuchawca i jego wnuczkę, ale również i dlatego, że pomyślała, iż dzięki temu, jeśli zajmie się czymś innym niż myślenie o własnych problemach, to łatwiej zdoła sobie poradzić z kłopotami, jakie musi znosić ze swoim nic nie wartym mężem. Czuła co prawda, że jest to w dużej mierze egoistyczne podejście, ale czyż egoizm nie jest częścią życia każdego z nas, w mniejszym lub większym stopniu?
Pomijając jednak wszelkie dylematy etyczne, Gabrysia przeszła się szybko po sąsiadach i porozmawiała z nimi o sytuacji Dmuchawca, przypominając im, że nie jest on zbyt zamożny, a mimo to chce ich u siebie ugościć, aby im pokazać, jak ich bardzo lubi, dlatego warto by było nieco go na tym przyjęciu wesprzeć i w takim wypadku zastosować pewien stary polski zwyczaj, aby każdy na przyjęcie coś ze sobą przyniósł. Okazało się, że większość osób, z którymi rozmawiała, pomyślała dokładnie o tym samym i tylko niewielkiej części zaproszonych nie przyszło to do głowy i Gabrysia dobrze zrobiła, uświadamiając im ten fakt. Misja jej została więc wykonana i pani Pyziak spodziewała się pozytywnych efektów, a żeby je jeszcze zwiększyć, wraz z pomocą młodszych sióstr upiekła pyszne ciasto.
Przyjęcie odbyło się następnego dnia od jego ogłoszenia. Maciek i Kreska przez ten czas zdążyli przygotować całe mieszkanie, aby wszyscy mogli się dobrze bawić, gdy już przyjdą. Co prawda Kreska dalej miała wątpliwości, czy powinni urządzać zabawę teraz, kiedy dziadek był po zawale, jednak Dmuchawiec był pod tym względem niezwykle uparty.
- Wnusiu, doceniam twoje starania, ale proszę cię. Nie jestem kaleką, którego trzeba prowadzić za rękę lub pchać na wózku inwalidzkim. Poza tym już zostało powiedziane, że się odbędzie zabawa i ona się odbędzie. Ja jestem i zawsze byłem człowiekiem honoru i jak coś obiecywałem, to zamierzam dotrzymywać słowa.
Kreska na takie postawienie faktów tylko rozłożyła bezradnie ręce, widząc aż nadto wyraźnie, że nie przekona dziadka do zmiany zdania. Postanowiła jednak go pilnować, aby się w żaden sposób nie przeforsował. Maciek zaś obiecał jej w tym pomóc, gdyż też martwił się o starszego pana i jego zdrowie.
Około godziny 15:00, czyli o ustalonej porze, zaczęli powoli schodzić się do Dmuchawca goście. Każdy z nich przyniósł jakieś łakocie ze sobą. Jedne były przygotowane przez samych gości, inne z kolei były kupione w pobliskim sklepie. Jakie by one jednak nie były, to zarówno wszyscy goście, jak i sam gospodarz byli z nich bardzo zadowoleni. Szczególnie szczęśliwa była tutaj Kreska, która przejęła się tak mocno swoją rolą przygotowania przyjęcia, że nie była pewna, czy stać ich będzie na to, żeby przyjąć tak wielu gości i obawiała się kompromitacji. Nie wiedziała też, co w tym zakresie planuje Gabrysia, więc miała obawy, że zabawa skończy się jedną wielką kompromitacją. Na szczęście, tak się nie stało, ponieważ goście stanęli tutaj na wysokości zadania.
A skoro o gościach mowa, to wśród nich byli: Piotr, Gabrysia, Ida, Patrycja, Natalia, a także Sławek, Danusia, Robrojek i jeszcze kilka innych osób. Melania jako jedyna nie przyszła, gdyż stwierdziła, że musi zajmować się wnuczką, kiedy jej córki idą się bawić. A poza tym jeszcze dodała, iż wtedy, kiedy jej mąż siedzi w więzieniu, ona nie potrafi się bawić. Więcej, wszelkie zabawy tego rodzaju w tym okresie czasu uważa za profanację i dziwi się ona panu profesorowi, że może on po zawale serce chcieć urządzać sobie jakiekolwiek zabawy. Dmuchawiec, któremu Melania osobiście to wszystko powiedziała niedługo przed przyjęciem, nie miał najmniejszego żalu do kobiety o takie słowa. Przyznał jej nawet częściowo rację, dodając jednak, iż sam mocno przeżył atak serca, jednak szok wywoływany tym wydarzeniem chciałbym w jakiś sposób zwalczyć, najlepiej właśnie za pomocą takiej oto zabawy. Dodał także:
- Każdy reaguje inaczej na swoje cierpienie. Jedni znajdują ukojenie w tym, że wiecznie płaczą nad tym, co stracili. Inni z kolei próbują normalnie żyć i o tym nie myśleć. Jeszcze inni zaś desperacko rzucają się w wir zabaw, aby nie okazywać przed innymi, jak bardzo cierpią i próbują wręcz na gwałt odnaleźć we wszelkiej możliwej zabawie lekarstwa na swój smutek. Każdy jest inny i ma inne metody na życie. I trzeba to zrozumieć i starać się w miarę możliwości nie oceniać, choć nie jest to łatwe, bo człowiek ma mimowolną zdolność oceniania innych, zwłaszcza po pozorach.
Melania była mu wdzięczna za tą wyrozumiałość, także jeszcze raz dodała, iż nie może być na przyjęciu, ale życzy profesorowi dobre zabawy. Dmuchawiec jej bardzo za to podziękował, a na odchodnym rzucił przyjaznym tonem:
- A jeśli mowa o problemach, to najlepiej o nich rozmawiać, a nie dusić je w sobie. Wiem, że nie jest to łatwe, zwłaszcza dla osób, które do tego nie przywykły, ale warto to robić. Proszę o tym pamiętać. W razie czego zawsze może pani ze mną porozmawiać. A jeśli nie ze mną, to z córkami, a najlepiej i z nimi i ze mną.
- Dziękuję, ale nie wiem, czy jestem na to gotowa.
- Mamy czas, proszę pani. Mamy czas.
- Ile, panie profesorze? Ile nam tego czasu zostało?
- Tego nikt nie wie. Nie wiemy, ile jeszcze będziemy żyli, ale od nas zależy, jak będziemy żyli. Proszę o tym pamiętać i w razie czego śmiało do mnie przyjść. I proszę nie mówić, że obcemu nie będzie się pani zwierzać. W końcu znamy się już tyle lat, że można powiedzieć, iż jesteśmy starymi przyjaciółmi.
- Właśnie, profesorze. Starymi. To pewne.
- No, to chyba dotyczy tylko mnie, bo pani wciąż jest jeszcze młoda i piękna.
Melania, choć nie była za bardzo w nastroju, nie mogła się pani powstrzymać i parsknęła śmiechem.
- Panie profesorze. Gdybym pana nie znała, pomyślałabym, że pan mnie teraz podrywa.
- Kto wie, proszę pani, czy tego nie robię? Kto wie?
Melania znowu parsknęła śmiechem.
- Ale panie profesorze, ja jestem mężatką.
- Mnie to nie przeszkadza.
Pani Borejko widziała oczywiście, że profesor sobie żartuje, dlatego zrobiła coś, czego dawno już nie robiła: śmiała się do rozpuku, trzymając się przy tym lekko za brzuch, który zaczął ją lekko boleć.
- Och, panie profesorze. Na stare lata amorów się panu zachciało.
- Wiek nie ma tu nic do rzeczy, szanowna pani - odpowiedział Dmuchawiec - A poza tym chyba wie, że mężczyzna jest jak wino. Im starszy, tym lepiej smakuje, bo dojrzały.
- Dojrzały, powiada pan profesor? I dojrzały mężczyzna interesuje się jeszcze kobietami? Nie wywietrzały mu jeszcze z głowy?
- Kobiety nigdy nie wywietrzeją mężczyźnie z głowy. No, chyba wtedy, gdy już skończy osiemdziesiąt sześć lat.
- A dlaczego akurat tyle?
- Bo wtedy jest się w wieku winogrona, które wciąż nie zostało z drzewa i w wyniku czego zaczyna już gnić.
- A zatem pan do gnicia ma jeszcze daleką drogą - stwierdziła wesoło Melania i wróciła do siebie, po raz pierwszy od dawna czując w sercu coś więcej niż tylko ból po stracie męża, gdyż tą zastąpiła, przynajmniej chwilowo, jakaś dziwna i nad wyraz przyjemna lekkość.
Z tego właśnie powodu Melania nie zjawiła się na przyjęciu, ale też nikt jakoś specjalnie nie oczekiwał jej obecności i wszyscy mimo to bardzo dobrze się bawili. Samą zabawę zaś rozpoczęła Gabrysia, dając uroczystą przemowę tuż przed tym, jak Kreska nastawiła adapter i zaczęła puszczać płyty.
- Chcę powiedzieć w imieniu wszystkich tu obecnych i swoim własnym, że wszyscy bardzo się cieszymy z powrotu pana profesora do zdrowa. Cieszymy się, że nasz kochany pan profesor znowu jest z nami. Bo w końcu, co byśmy bez niego zrobili? On jest naszą opoką, naszym centrum, jest duszą tej kamienicy. Gdyby go zabrakło, ta kamienica już nigdy nie byłaby tak wspaniała. Dlatego prosimy pana, panie profesorze, żeby został pan z nami jak najdłużej.
Dmuchawiec był wzruszony tą piękną przemową, dlatego wstał, kiedy tylko jego była uczennica skończyła mówić, a wówczas posypały się gromkie brawa. Profesora wzruszyło to jeszcze bardziej. Postanowił pokazać, że te słowa bardzo go ucieszyły, choć nie omieszkał przy tym powiedzieć:
- Moja kochana Gabrysiu, jesteś niezwykle miła, choć jak zwykle troszeczkę przesadzasz. Zresztą już w czasach szkolnych w swoich wypracowaniach bywałaś aż nadto patetyczna. Nie mówię, że to źle, broń Boże, jednak czasami można o wiele prościej powiedzieć komuś, że się go bardzo lubi.
- Ale wtedy nie byłoby to takie piękne - powiedziała Gabrysia.
- Tak, to prawda, ale nie zapominajmy, że czasami w prostocie jest największa magia i że proste słowa czasami mówią więcej niż najpiękniejszy esej. Ale i tak jest mi miło, że to wszystko mówisz, choć uważam, iż trochę wyolbrzymiłaś moją rolę w życiu całej kamienicy. Bo przecież to nie tylko ja sprawiam, że w tym domu tak cudownie się ludziom mieszka. To sprawiają wszyscy mieszkańcy, łącznie też i z tobą. Dlatego to nie ja sam, ale my wszyscy tworzymy cudowną atmosferę tego domu. I z tego powodu jest to przyjęcie. Nie tylko na cześć mojego powrotu, ale i na waszą cześć, że mam dokąd wracać. Do domu, w którym jestem mile widziany.
Po tych słowach rozległy się kolejne brawa, jeszcze bardziej gromkie od tych poprzednich, a potem Kreska nastawiła adapter i zaczęła puszczać po kolei różne płyty Trubadurów, Skaldów i Zbigniewa Wodeckiego. Dmuchawiec jednak także wszystkich zaskoczył tym, iż kazał wnuczce puścić też płyty z piosenkami Maryli Rodowicz, które niezmiernie lubił, a zwłaszcza „Jadą wozy kolorowe” ze względu na towarzyszącą jej nostalgię. Wszyscy, nawet Maciek byli w lekkim szoku, że do profesora trafia taka dość nowoczesna muzyka, pisana do słów Agnieszki Osieckiej i innych nowych autorów, że słucha on wyłącznie Chopina czy Bacha, a z nowych zespołów to jedynie Trubadurów i Skaldów. Kreska jednak wyjaśniła, nie kryjąc przy tym małej satysfakcji, że dziadek jest bardziej liberalny, niż by się wydawało. A poza tym, kiedy zaczynał karierę nauczyciela w małej szkole w Warszawie, to jedną z jego pierwszych uczennic była właśnie Maryla Rodowicz.
- Urocza była z niej dziewczyna, ale strasznie niesforna - dodał Dmuchawiec z uśmiechem na twarzy - Jak wnoszę po jej piosenkach, raczej niewiele się pod tym względem zmieniło.
- Ale płyty z nowymi przebojami nadal ci przesyła - zauważyła Kreska.
- A tak, to prawda. I przyjemnie mi się ich słuchać, choć niektóre jej piosenki są dosyć frywolne. Ja jednak najbardziej lubię te nostalgiczne.
Chwilę później zaczęli puszczać piosenkę „Rozmowa przez ocean”, podczas której wszyscy zaczęli tańczyć powoli z przytulaniem. Piotr i Gabrysia wtedy nie tańczyli, co Dmuchawcowi się nie spodobało, więc podszedł do starszego z braci Ogorzałków i wskazując ostrożnie palcem na Gabrysię (ostrożnie, aby ta tego nie zauważyła), powiedział:
- To bardzo wyjątkowa dziewczyna. Jest jak ten kwiat, o który trzeba dbać, bo inaczej zwiędnie z braku troski. Jest taka ciepła, promienna, bije od niej dobro. Widziałem to już wtedy, gdy była moją uczennicą. I nadal to widzę.
- Ja też, ale po co pan mi to mówi? - zapytał Piotr.
- Bo chcę, żebyś ją poprosił do tańca.
- Ale przecież... Ona ma męża.
- A widzisz go tutaj?
- Nie.
- Więc nieobecni nie mają głosu. No, ruszaj się.
I lekko popchnął Piotra w kierunku Gabrysi, którą teraz mężczyzna musiał już poprosić do tańca. Dmuchawiec uśmiechnął się zadowolony, patrząc na to i kątem oka zerknął na kolejne pary. Dostrzegł wśród nich Natalię i Roberta, co wywołało na jego twarzy jeszcze większy uśmiech. Potem zauważył Sławka, który przed chwilą lekko się posprzeczał z Idą i tańczył z Danusią, co oczywiście Ida powitała udawaną obojętnością. Udawaną, gdyż profesor dobrze wiedział, że dziewczyna jest zazdrosna, ale nie powie tego za nic w świecie.
Nieco później Maciek, który wybierał kolejną płytę, puścił wszystkim piękny utwór Mieczysława Fogga „W błękicie oczu twych”.
- A to piosenka dla mojej dziewczyny.
Po tych słowach podszedł do Kreski, ujął ją za rękę i zaczął z nią tańczyć na oczach wszystkich gości, którzy zachwyceni tą sceną szybko poszli w ich ślady. I to wszyscy, nawet Gabrysia i Piotr, choć początkowo nie zamierzali tego robić, ale w końcu i tak ulegli magii tej piosenki, która szła tak:

To nic, niby nic, lecz musi się coś w tym kryć.
Jakaś moc, jakaś siła, co mnie zbudziła z twardego snu.
Ta moc, dziwna moc każe mi o tobie śnić.
Wyczekiwać wśród drżeń, tęsknić co noc i co dzień.

W błękicie oczu twych zgubiłem cały świat
I myśli me, i serce me, i spokój wszystkich dni.
W błękicie oczu twych sam zginąć byłbym rad,
By znaleźć w nich uśmiechy twe i szczęścia łzy.
I może jest to śmieszne, może to jest dziecinne,
Że tak wszystkiemu winne są słodkie oczy twe.
W błękicie oczu twych zgubiłem cały świat,
Lecz właśnie w nich znalazłem dzisiaj szczęście me.

I może jest to śmieszne, może to jest dziecinne,
Że tak wszystkiemu winne są słodkie oczy twe.
W błękicie oczu twych zgubiłem cały świat,
Lecz właśnie w nich znalazłem dzisiaj szczęście me.

Gdy piosenka dobiegła końca, Kreska chciała ponownie nastawić adapter, gdy nagle rozległo się głośne walenie do drzwi.
- Oho! To pewnie pani Strzepańska. Chyba chce nam dać do zrozumienia, że za głośno gramy muzykę - powiedział wesoło Dmuchawiec - Całe życie była taką bogatą, skwaszoną lalką. No, ale może da się jakoś przekonać do zabawy z nami? Otwórz jej, Janeczko.
Kreska szybko otworzyła drzwi, jednak zamiast zgryźliwej staruszki, w progu zobaczyła Ewę Jedwabińską, która miała wymalowaną na twarzy troskę połączoną ze złością.
- Gdzie jest Aurelia?! - zawołała na wstępie.
- A „dzień dobry” powiedzieć, to już nie łaska? - zapytał złośliwie Piotr.
Ewę jednak nie rozbawił ten żart. Wparowała jak bomba do mieszkania, o mało tratując Kreski, która w porę zdążyła się odsunąć.
- Gdzie jest moja córka?! Co z nią zrobiłeś?!
Pytania te kierowała do Maćka, który zmieszany i zdumiony patrzył na swoją nauczycielkę jak na jakąś wariatkę i spytał:
- A skąd ja mam to wiedzieć? I w ogóle, o co pani chodzi?
- O co, smarkaczu?! - zawołała ze złością Ewa - O to, że moja córka uciekła z domu, bo na pewno ty jej coś nagadałeś na mój temat! Przyznaj się! Nigdy mnie nie lubiłeś i obgadywałeś mnie z tymi swoim braciszkiem za moimi plecami. Na pewno też nagadałeś coś mojej córce na mój temat i przez ciebie ona uciekła. Więc gadaj zaraz, gdzie ona jest!
Dmuchawiec oczywiście poczuł, że musi interweniować, dlatego położył rękę na ramieniu i powiedział:
- Ewo, spokojnie. Krzykiem nic tu nie zdziałasz. Lepiej nam powiedz, co się stało.
- Przecież już mówiłam. Moja córka uciekła z domu!
- To wiemy, ale dlaczego?
- A skąd ja mam to wiedzieć? Ten łobuz musiał maczać w tym palce. Dobrze wiem, że obgaduje mnie i wyśmiewa, gdy nie patrzę. Na pewno robił to też przy mojej córce i teraz ona z tego powodu uciekła.
- Spokojnie, nie wyciągajmy pochopnych wniosków - rzekł spokojnie, ale też bardzo twardo Dmuchawiec - Lepiej opowiedz nam od początku, co się stało.
Stanowczy głos dawnego nauczyciela połączony z jego stoickim spokojem sprawił, że Ewa uspokoiła się, usiadła na jednym z krzeseł i zaczęła mówić.

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...