wtorek, 27 lipca 2021

Rozdział XXXIV

Rozdział XXXIV

Scena małżeńska

Ewa wyszła z mieszkania Dmuchawca i opuściła powoli teren kamienicy na ulicy Roosevelta 5. To, czego się dowiedziała podczas rozmowy, jaką odbyła ze swoim dawnym nauczycielem oraz z jego sąsiadką mocno nią wstrząsnęło. Nigdy nie pomyślałaby o tym, że jest tak okrutną i bezduszną osobą. Co prawda, w głębi serca od dawna doskonale sobie z tego zdawała sprawę, jednak mimo wszystko ta oto gorzka prawda była tak przerażająca, że nie chciała za nic w świecie przyjąć jej do wiadomości. Aby więc nie musieć tego robić, próbowała sobie wmawiać, iż wcale tak nie jest i to wszystko tylko głosy złych ludzi, którzy jej nie lubią. Było to oczywiście głupie, jak również dość żałosne tłumaczenie tchórza, ale oczywiście Ewa wcale tego tak nie pojmowała. Wmawiała więc sobie tak długo te wszystkie brednie i to tak intensywnie, że w końcu sama zaczęła w nie wierzyć, rozum jej się wyłączył i była święcie przekonana, iż to jest jedyna prawda o jej osobie. Zatem, według tej prawdy, Ewa była po prostu dobrą i niewinną osobą, skrzywdzoną przez rodziców, ale nie na tyle, aby stać się do nich podobna i to w najmniejszym nawet stopniu. O nie, nic z tych rzeczy! Ona po prostu była nieco ostra i surowa, ale taka przecież musi być matka i tym bardziej taka musi być nauczycielka. Ona musi być surowa, aby wzbudzać respekt oraz szacunek, bo tylko wtedy zdoła przekazać ona dzieciom, a przede wszystkim swojemu własnemu, mądre nauki życiowe. Gdyby próbowała je przekazać w sposób wesoły i radosny, wtedy nikt nie traktowałby tych nauk poważnie. Uznaliby je jedynie za dobrą zabawę, a zatem, jeśli chce coś mądrego wpoić do młodych dziecięcych głów, to musi być twarda i surowa, a przede wszystkim wymagająca. Tylko wtedy dzieci coś zrozumieją i się zdołają nauczyć.
Teraz jednak, kiedy tak sobie o tym wszystkim myślała, zaczynała dostrzegać to, co powinna od początku dostrzec. To, że o ile bycie wymagającym nie jest może jeszcze czymś złym, o tyle bycie surowym i nieprzystępnym już tak, gdyż nie pozwala to na stworzenie prawidłowych więzi emocjonalnych pomiędzy nie tylko dzieckiem a rodzicem, ale również uczniem i nauczycielem. Dmuchawiec zawsze starał się nawiązać więź emocjonalną ze swoimi uczniami, co sprawiało, że umiał zawsze znaleźć z nimi wspólny język, a to z kolei prowadziło do tego, iż nie był jedynie kolejnym nudnym belfrem, a nauczycielem z prawdziwego zdarzenia. Szacunek uczniów zdobywał tym, że umiał w ciekawy sposób przekazywać swoją wiedzę uczniom, jak również i tym, iż potrafił z nimi rozmawiać, chciał widzieć w nich ludzi, a nie jedynie gówniarzy, którzy chcą do szkoły tylko dlatego, że nie mają innego wyboru. Dodatkowo mówił zawsze z pasją i zapałem, która to pasja zawsze udzielała się innym. No i wyznawał zasadę, że szkoła jest dla uczniów, ale nie uczniowie dla szkoły, a co za tym idzie, zawsze był chętny do pomocy i do dania dobrej rady swoim podopiecznym. Nigdy też nie zostawiał ich w potrzebie, zawsze oni mogli na niego liczyć, mogli z nim porozmawiać poza lekcjami i dowiedzieć się wielu mądrych rzeczy przekazanych w bardzo ciekawy sposób. To wszystko sprawiało, że nauczycielem godnym nie tylko szacunku, ale i podziwu.
To wszystko też budziło podziw i zazdrość Ewy, która nabawiła się wyraźnie kompleksów z tego powodu. Chciała za wszelką cenę dorównać Dmuchawcowi, ale gdy pierwsze próby w tym kierunku zawiodły, przestała się starać i zabiegać o to, aby uczniowie ją polubili. Nie umiała ciekawie omawiać danego tematu, to pewne. Dodatkowo z powodu swoich przeżyć z dzieciństwa, nabawiła się ostrej nerwicy i nie umiała nad sobą panować, kiedy ktoś ją zdenerwował. To zaś bardzo łatwo wyłapali uczniowie i wielu z nich jej dokuczało i dla zabawy celowo ją drażniło, aby potem kpić z niej, gdy tylko wpadała w ich sidła i złościła się. Tak, to ich bawiło, a Ewie odbierało wszelką nadzieję na to, że zdobędzie kiedyś szacunek swoich uczniów. Nie umiała walczyć o swoje do samego końca ani też zmieniać w tym celu taktyk, poddawała się bardzo łatwo, rezygnowała i zniechęcała się, aż doszło do tego, że zaczęła traktować swoją pracę nauczycielki matematyki jak zło konieczne, któremu musi się poddawać, ponieważ taki ma zawód, a dodatkowo ten zawód zapewnia jej pieniądze. Uznała jednak, że skoro tak się sprawy mają, to już ona pokaże gówniarzom, kto tu rządzi. Stała się surowa, oschła i nieprzyjemna, zaś uczniów traktowała z góry jak swoich wrogów, których musi zwalczyć poprzez narzucenie im swojego autorytetu. Wypowiedziała im wojnę, którą realizowała za pomocą różnych mądrych cytatów wziętych z książek psychologicznych. Niestety, wiele z tych zdań źle interpretowała, a inne z kolei w ogóle nie zrozumiała, dlatego jako nauczycielka niezbyt dobrze sobie radziła. Przekazywała jedynie suche fakty i nic poza tym, nie zamierzała poznawać swoich uczniów, uważając z góry, iż każdy z nich na pewno chce ją zranić i bawi go to, a dodatkowo każdy z nich na pewno traktuje szkołę jak zło konieczne, więc niech tak będzie. Ona nie będzie sprawiać, aby myśleli inaczej. Będzie nauczycielką recytującą wszystkim wiedzę, jaką ma im do przekazania, a co oni potem z nią zrobią i czy ją pokochają i czy kiedyś jeszcze zdołają ją wykorzystać, nie obchodziło ją w żaden sposób.
Czasami okazjonalnie próbowała dotrzeć do swoich uczniów poprzez różne mądre metody psychologiczne. Jednak wszelkie próby w tym kierunku podjęte, okazywały się bezskuteczne i tylko ją ośmieszały w oczach klasy. A jak wyglądały te próby? Jako wychowawczyni jednej z klas, Ewa miała prawo dodać do swoich zajęć nowe zadania, nie objęte co prawda program nauczania, ale nie zabronione przez niego. W tym też celu robiła uczniom różne testy, sprawdzające ich poziom inteligencji, jak również to, czy umieją współpracować z innymi uczniami. Te oto testy jednak nie podobały się jej podopiecznym, co ona odbierała jako atak na swoją osobę, z góry zakładając, że jeśli uczniowie się jej sprzeciwiają, to na pewno z czystej złośliwości.
Ostatnią próbę, jaką podjęła po to, aby zintegrować się jakoś z klasą, dobrze sobie zapamiętała, gdyż to była jedna wielka porażka. Ewa podjęła ją, gdyż tak bardzo zazdrościła nauczycielom, którzy umieli zgrać się jakoś z klasą. Prócz tego jej dodatkową motywacją był fakt, iż pod względem ocen z matematyki uczniowie z jej klasy mieli najniższe wyniki i dyrektor oczekiwał zmian w tym kierunku. Z tego więc powodu, podejmowała próby integracji z klasą i integracji klasy samej w sobie, jak również próbę dotarcia jakoś do uczniów i zmobilizowania ich do tego, aby lepiej się uczyli jej przedmiotu. Jak jednak już mówiliśmy, nie powiodła się żadna z tych prób. A ostatnia była największą porażką Ewy Jedwabińskiej.
Rozdała wtedy uczniom pewne ankiety i powiedziała, że oczekuje od nich, iż napiszą w niej oni coś o sobie i swoich rodzicach, swoich bliskich i w ogóle o tym, co myślą i dlaczego. Pamiętała, że profesor Dmuchawiec też kiedyś coś takiego przeprowadził, chociaż nie oczekiwał, iż uczniowie będą pisali o rodzicach, tylko o sobie samych i nie musieli się podpisywać. Ewa jednak uznała, że trzeba to nieco poprawić i nakazała, aby każdy się podpisał i każdy opisał też coś o swoim ojcu i swojej matce. Sądziła, że w ten sposób wszyscy się lepiej poznają i będą mogli się jakoś lepiej zintegrować, jeśli nawet nie z nią, to ze sobą nawzajem, a to przecież już była część sukcesu. Niestety, przeliczyła się w swoich oczekiwaniach.
- Przykro mi, pani profesor, ale nie możemy wypełnić tej ankiety.
Te słowa wypowiedział on, największy prowodyr problemów w całej klasie. Maciej Ogorzałko. Wstał z ławki i oddał jej pusty arkusz, dodając:
- Nie mogę tego napisać.
Chciał już odejść do swojej ławki, ale Ewa go zatrzymała i zapytała:
- Ogorzałko, może łaskawie wyjaśnisz całej klasie, dlaczego tak uważasz?
Maciek spojrzał na nią poważnym wzrokiem, jakby wyzywał ją na pojedynek lub przyjmował wyzwanie od niej i odparł:
- To oczywiste. Możemy pisać o sobie, ale nie możemy pisać o rodzicach.
- A to dlaczego? - spytała Ewa.
- Ponieważ to brzmi tak, jakby pani chciała, abyśmy pisali donos.
- Donos? Chyba zwariowałeś, Ogorzałko. Ja przecież nie każę wam pisać na nikogo donosu.
- Ale tak to wygląda. Bo co niby oznacza to, że mamy opowiedzieć o swoich rodzicach, gdzie pracują i co robią i co myślą? To przecież tak, jakbyśmy pisali na nich donosy na milicję. No i nie wiemy, co potem się stanie z tymi ankietami. W czyje ręce wpadną i jaki te osoby zrobią z nich użytek.
- On ma rację, pani profesor - odezwała się nagle Janina Krechowicz, znana jako Kreska, również wstając z ławki - Żadne z nas nie jest kapusiem, a pisanie czegoś takiego, to jak kablowanie na innych.
- Właśnie, pani psorko - dodał swoim zbuntowanym tonem Jacek Lelujko - To jest po prostu nie w porządku. Tak się nie robi i nie może pani od nas oczekiwać, że to zrobimy.
Ewa Jedwabińska patrzyła na nich wściekłym wzrokiem, mając teraz wielką ochotę wybuchnąć, jednak mimo wszystko powstrzymała się. Zacisnęła tylko dłoń w pięść i spojrzała na Maćka, prowodyra całej tej sytuacji. Żałowała, że nie ma wzroku bazyliszka, bo miała wtedy wielką ochotę zamordować tego bezczelnego smarkacza samym spojrzeniem.
- Ogorzałko, zdajesz sobie sprawę z tego, że złamałeś polecenie nauczyciela i swego wychowawcy? - zapytała podłym tonem.
- Tak, zdaję sobie z tego sprawę - odpowiedział jej odważnie Maciek.
- I wiesz, że mogę ci za to obniżyć ocenę ze sprawowania, a nawet nie dać ci promocji do następnej klasy?
- Zdaję sobie z tego sprawę.
Ewa spojrzała na Kreskę i Jacka. Oboje wpatrywali się w chłopaka wzrokiem pełnym podziwu i zachwytu. Szczególnie było to widać w oczach Kreski. Widać dla niej chłopak był teraz niczym Wołodyjowski i Zagłoba w jednej osobie, w tej chwili, w której wypowiadają posłuszeństwo księciu Januszowi Radziwiłłowi i tak dając do zrozumienia, iż nie popierają jego pro-szwedzkiej polityki. Brakowało już tylko, aby Maciek rzucił Ewie, rozochocony tym poparciem swoich zwolenników, takie oto słowa:
- Bodaj żeś skonał w rozpaczy! Bodaj ród twój wygasł! Bodaj diabeł duszę z ciebie wywlókł, zdrajco!
Tego tylko brakowało, aby tak powiedział, a cała klasa zerwała się zaraz ze swoich miejsc i rzuciła jej, każde po kolei, to okrutne słowo „ZDRAJCA”. Tak, do tego niewiele już chyba brakowało, przynajmniej w oczach Ewy. Maciek jednak nie pomyślał nawet o tym, tylko stał spokojnie i patrzył na nią ponuro, jawnie jej okazując swoją niechęć.
- Milczysz, co? - bardziej stwierdziła niż spytała Ewa - Nie zamierzasz się nawet bronić? Nie zamierzasz powiedzieć nic na swoją obronę?
Maciek nie odpowiedział jej przez chwilę, a ona dodała:
- Uważaj, Ogorzałko. Milczenie oznacza pogardę. A pogarda wobec swojego nauczyciela jest niezwykle destrukcyjna.
- Wszyscy już powiedzieliśmy, dlaczego nie możemy zrobić tego, czego pani od nas oczekuje - odparł na to Maciek - Nie musimy dalej wyjaśniać, co i jak. To, co powiedzieliśmy, chyba mówi wszystko.
Ewa popatrzyła na niego wściekle, jakby chciała go zabić wzrokiem albo w jakikolwiek inny sposób go złamać, ale jej się nie udało. Dlatego w końcu ustąpiła i powiedziała:
- Wyjdź z klasy, Ogorzałko. Potem zdecyduję, co z tobą zrobić.
Maciek dumnie wyszedł z klasy. Ewa zaś spojrzała na klasę i powiedziała:
- A wy macie wypełnić te ankiety, a ten, kto nie chce, też może wyjść. Tyle, że niech się liczy w tym wypadku z konsekwencjami niesubordynacji.
Kreska i Lelujka niemalże jednocześnie wyszli z klasy, a zaraz potem każde z uczniów, jedno po drugim, zaczęli opuszczać pomieszczenie. W końcu nie było już tam nikogo oprócz Ewy. Załamana kobieta ukryła twarz w dłoniach i wydała w nie głuchy krzyk. Zrobiła to w taki sposób, aby nikt tego nie usłyszał, a potem powoli wstała od swego biurka, podeszła do drzwi klasy, otworzyła je i powiedziała:
- Wracać do klasy. Wszyscy, ale już!
Uczniowie niepewni wykonali polecenie, a Ewa zabrała im wszystkie ankiety, których nie wypełnili i powiedziała:
- Ustępuję pod przymusem. Ale wiedzcie, że z takim podejściem do życia, to wy nigdy niczego nie osiągnięcie.
Po tych słowach, podarła na kawałki ankiety i wrzuciła je do kosza na śmieci. Klasa powitała to wielkim okrzykiem radości, ale Ewa nie zwracała już na to uwagi. Wiedziała, że przegrała na całej linii i już nic nie jest w stanie sprawić, aby jej uczniowie zaczęli ją szanować. W ich oczach była już tylko wrogiem, którego trzeba było pokonać i wiedziała, że nic tego nie zmieni. Oczywiście ktoś taki jak Dmuchawiec nie poddałby się nawet w obliczu takiej porażki, ale niestety, Ewa nie była Dmuchawcem. Nie posiadała jego determinacji i siły woli. Ani jego odwagi, ani też serca potrafiącego kochać uczniów. Nie, tego wszystkiego nie miała pani Ewa Jedwabińska, a zwłaszcza serca, które całkowicie do uczniów już straciła.
Czy to wtedy straciła też serce do swojej córki? Długo nad tym rozmyślała, gdy szła ulicą Poznania, próbując sobie wszystko w miarę możliwości poukładać w głowie. Czy to wtedy stała się taka oschła i nieprzyjemna? Nie, nie wtedy. To się zaczęło znacznie wcześniej. Przez jej matkę. Przez jej ojca. Przez nich oboje. To z ich powodu nie umiała nawiązać z innymi ludźmi należytych relacji. To przez tę dwójkę jej serce nie posiadało w sobie tyle pokładów miłości, ile pokładać każde serce powinno. Jej rodzice nie mieli miłości w swoich sercach. Dlatego nie umieli jej nauczyć swego jedynego dziecka. Dlatego ona nie umiało kochać Aurelii. Choć nie... Nic z tych rzeczy. Ona kochała swoje dziecko. Umiała kochać. Umiała dać komuś miłość, choć nie taką, jaką ten ktoś potrzebował. Przecież jej córka od niej potrzebowała czegoś więcej niż tylko zaspakajania podstawowych potrzeb. Tutaj trzeba było znacznie większego zaangażowania, którego ona nie umiała okazać nikomu, a już zwłaszcza Aurelii. Nie było to w porządku. Ani wobec Aurelii, ani wobec siebie samej. Ewa wiedziała to i zrozumiała, że musi coś z tym zrobić.
Zatrzymała się przed wystawą jednego ze sklepów i przyjrzała się uważnie swemu odbiciu, które widziała w szybie. Przez chwilę było z nim wszystko dobrze, ale potem zobaczyła coś, czego tak bardzo się obawiała. Zobaczyła odbicie twarzy swojej matki, patrzącej na nią z nienawiścią w oczach. Ewa przerażona jęknęła i zasłoniła sobie twarz dłonią, szepcząc sama do siebie:
- Nie jestem tobą, rozumiesz? Nie będziesz mi niszczyć życia. Nie będziesz już więcej mnie krzywdzić. Rozumiesz to? Nigdy więcej!
Opuściła dłonie i odczuła ogromną ulgę, gdyż w witrynie sklepowej ujrzała ponownie jedynie swoje własne odbicie. Westchnęła smutno oraz bez satysfakcji z odniesionego zwycięstwa, ponieważ dobrze wiedziała, iż jedno triumfalne starcie to za mało, aby wygrać wojnę. To nie mogło jej ocalić. Choć możliwe, że było to początkiem zwycięstwa. Wszystko już teraz zależało od niej.
Z tą myślą, Ewa powoli powróciła do swojego domu, w którym zastała swego męża, siedzącego sobie w fotelu przed telewizorem i słuchającego jakiś strasznie ważnych wiadomości. Na ten widok, kobieta poczuła znowu przypływ złości, więc podeszła do telewizora i wyłączyła go.
- Hej, co ty wyprawiasz? - zapytał ze złością Eugeniusz - Właśnie oglądałem coś bardzo ważnego!
- Bardzo ważnego? - prychnęła z kpiną Ewa, opierając się rękami po bokach - Bardzo ważne to powinno być dla ciebie to, co się dzieje z twoją córką. To chyba powinien być dla ciebie najważniejszy priorytet!
- A co? Nie jest z tobą? Myślałem, że obie wyszłyście.
- Jak widzisz, myliłeś się.
- Więc gdzie ona teraz jest?
- U Ogorzałków. Zostanie u nich na noc.
- W takim razie wszystko w porządku. Możesz więc się odsunąć i pozwolić mi dalej oglądać?
Ewa jednak nie zamierzała tego zrobić. Spojrzała z jeszcze większą złością na swego męża i powiedziała:
- Uważasz, że to rozwiąże nasz problem? Że to wszystko załatwi?
- O co ci chodzi, kobieto?
- O to, że nasza córka myśli, że jej nie kochamy.
Eugeniusz, choć początkowo zachowywał się tak, jakby lekceważył sobie to, co mu powiedziała małżonka, teraz jednak wyraźnie wyglądał na zaniepokojonego. Spojrzał z uwagą na Ewę i zapytał:
- O czym ty mówisz? Dlaczego Aurelia tak uważa?
- Ponieważ... Ponieważ powiedziałam jej coś w złości, czego nie powinnam była mówić.
Po tych słowach, podstawiła sobie krzesło i usiadła na nim, następnie zaś z dokładnością, bez jakichkolwiek prób tłumaczenia samej siebie, jak również swego zachowania, opowiedziała mężowi, co się stało. Eugeniusz był w szoku, kiedy to usłyszał.
- Chcesz mi powiedzieć, że powiedziałaś Aurelii, że jej nienawidzisz, a potem jeszcze nakrzyczałaś na Piotra i jego brata, a jeszcze na dodatek chciałaś iść na skargę do Dmuchawca i oczekiwałaś, że zbije on swoją wnuczkę za jej zachowanie wobec ciebie? Czy ty w ogóle słyszysz, co ty mówisz?!
- Słyszę, to jak na razie twój krzyk - odpowiedziała ponuro Ewa - A to, co ci powiedziałam, naprawdę się stało. Ja naprawdę to wszystko zrobiłam. I teraz, gdy tak sobie o tym myślę, widzę wyraźnie, jakie to było żałosne.
- Oczywiście, że było i to jeszcze jak - rzucił wściekle Eugeniusz, zrywając się z fotela - Nasze własne dziecko ucieka z domu, bo ty nie umiesz trzymać nerwy na wodzy i jeszcze obwinisz ją o całe zło tego świata. Muszę natychmiast tam iść po nią.
- Ona zostanie u Ogorzałków na noc - odparła smutno Ewa - Tak będzie dla nas lepiej. Dla niej i dla mnie.
- Nie chcę jednak, żeby zasypiała z myślą, że jej nienawidzimy. W końcu to też i moja córka i martwię się o nią.
Ewa spojrzała na męża z pogardą i lekko prychnęła.
- W porę sobie o tym przypomniałeś, wiesz? Taki kochający z ciebie tatuś? Przecież jeszcze przed chwilą nie wiedziałeś w ogóle, że ona ma jakiś problem.
- A ty wiedziałaś, co? - bronił się Eugeniusz - Czy może widzisz tylko czubek własnego nosa? Drzesz się na naszą córkę z byle powodu, a ja za każdym razem, gdy to robisz, mam ochotę rozerwać cię na strzępy!
- To czemu jeszcze tego nie zrobiłeś?
- Bo cię kocham, bo wciąż widzę w tobie tę samą dziewczynę, którą dawno temu poślubiłem. Bo jesteś matką mojej słodkiej córeczki, która jest naszym całym świecie. Nie tylko twoim, moim również.
Ostatnie słowa wypowiedział spokojnym tonem, na znak, że nie chce się już dłużej kłócić i pragnie zawrzeć zgodę. Ewa jednak tego nie zrozumiała, gdyż miała wciąż ochotę się kłócić i zawołała:
- Twoim światem, tak?! Jakoś rzadko o tym pamiętasz! Zazwyczaj całkiem cię ona nie obchodzi! Biedna mała! Traktujesz ją jak zabawkę, jak... jak tresowaną małpkę! Potrzebna ci jest tylko po to, żeby deklamowała głupkowate wierszyki, kiedy przyjdzie twój dyrektor!
- A tobie nie jest potrzebna wcale! Nawet do wierszyków! - wrzasnął całkiem już rozżalony małżonek - Obcym ją oddajesz, bo ci przeszkadza! Całymi dniami nie ma jej w domu! Zresztą, co to za dom? To nie dom, tylko wystawa mebli! Nic dziwnego, że dziecko wolało uciec! Ja też co dzień uciekam! Uciekam od ciebie i od tego, kim się stałaś!
Ewa patrzyła na Eugeniusza w szoku i przerażona. Jeszcze nigdy nie słyszała od niego tak ostrych słów, dlatego tak mocno ją one zabolały, podobnie jak niecałą godzinę wcześniej zabolało ją zachowanie Aurelii i słowa pani Melanii Borejko. Już nie miała najmniejszych wątpliwości, jest z nią poważny problem i musi coś z tym zrobić, bo inaczej straci wszystkich, na których jej zależy.
W oczach kobiety zaszkliły się łzy. Widząc je, Eugeniusz ochłonął i szybko dodał czułym tonem:
- Ewuniu, wybacz mi moje słowa. Nie chciałem cię zranić.
- Nie, nie przepraszaj - pokręciło przecząco głową Ewa - Zasłużyłam sobie na takie słowa. To konsekwencja mojego idiotycznego zachowania. Ale ty nie jesteś wcale lepszy. Pozwoliłeś na to, abym się taka stała. Nie zrobiłeś nic, gdy widziałeś, że mam problemy. Chciałeś mieć święty spokój w domu i dlatego pozwoliłeś na to, abym przez swoje traumy stała się tym, kim się stałam. Wrakiem człowieka. I nie zarzucaj mi, że ja podrzucam dziecko innym, bo sam brałeś w tym udział.
- Brałem w tym udział, bo nie chciałem, żeby musiała spędzać tu z nami czas i widzieć, jak łatwo popadasz w kolejne ataki złości, które ranią nie tylko ją, ale i mnie. Rozumiesz to?
- Tak, rozumiem. Teraz już rozumiem.
Po tych słowach Ewa zaczęła mocno ronić łzy. Mąż przytulił ją wówczas do siebie i zaczął w pieszczotliwy sposób gładzić jej włosy.
- No już, kochanie. No już, nie wstydź się łez. Ja też mam ochotę wyć z bólu i rozpaczy, gdy widzę, do czego doprowadziliśmy. Wiesz, zawiniliśmy oboje w tej sprawie. Ty udając przede mną, że nie masz żadnego problemu, a ja udając przed tobą, że w to wierzę. Masz rację, chciałem mieć święty spokój, ale widzę już, że nie tędy droga. Nie można mieć spokoju za wszelką cenę, bo to nie prowadzi do niczego dobrego. To prowadzi tylko do tego, że zło się rozwija na naszych oczach, a my nie robimy nic, aby mu zapobiec.
- Tak, Eugeniuszu. Właśnie tak - zgodziła się z nim Ewa, wtulając się mocno w jego ramię.
Tak długo tego nie robiła, że zapomniała, jakie to jest cudowne uczucie oraz jak wiele jej radości daje to poczucie bezpieczeństwa, jakie zyskiwała tylko w jego ramionach. Już od tak dawna nie zaznała tak cudownej czułości od męża. Już tak dawno przestała o nią zabiegać, skupiając się jedynie na pracy i na rozczulaniu się nad sobą w duchu. Teraz zaś tak bardzo chciała móc się nią nacieszyć, dlatego pozwalała, aby mąż tak czule ją do siebie przytulał.
- Eugeniuszu... Czy jeszcze możemy wszystko naprawić? - spytała po chwili Ewa, podnosząc wzrok i patrząc mu w oczy - Myślisz, że jest to jeszcze możliwe?
- Oczywiście, Ewuniu. Zawsze jest nadzieja, póki oboje będziemy chcieli o nią walczyć. Chcesz walczyć, Ewciu?
- Chcę - odpowiedziała wzruszona małżonka, zachwycona tym, jak czule jej mąż zdrabnia jej imię.
Pomyślała wówczas, że to rzeczywiście szkoda, iż jej córka nie ma takiego imienia, które da się zdrobnić w sposób czuły i przyjemny.
- Kochany mój... Nie opuszczaj mnie, proszę - szepnęła słodko Ewa.
- Nie opuszczę, Ewuniu. Nigdy, ale musisz iść na terapię. Nie możesz więcej udawać, że nie masz problemu - odpowiedział stanowczo i poważnie jej mąż.
- Już nie będę tak twierdzić. Nigdy więcej.
- I pójdziesz na terapię.
- Pójdę. Obiecuję.
Eugeniusz wzruszony objął mocno żonę do siebie, a potem wziął ją na ręce i czule ucałował jej usta, po czym ruszył z nią w kierunku sypialni. Tak bardzo jej teraz chciał pomóc i tak bardzo chciał podnieść ją na duchu, ponieważ widział już bardzo wyraźnie, że oto wróciła Ewa Jedwabińska, którą poznał jeszcze panną i która z czasem została jego żoną i matką jego dziecka. Wiedział, że nie może jej teraz zostawić samej sobie i musi jej pomóc, gdyż podobnie jak Aurelia, ona także była dla niego całym światem.

sobota, 24 lipca 2021

Rozdział XXXIII

Rozdział XXXIII

Ewie zaczynają się otwierać oczy

Ewa Jedwabińska załamana wyszła z mieszkania Ogorzałków, pogrążona we własnych myślach. Nie mogła wciąż uwierzyć w to, co właśnie zobaczyła. Dobiło ją to, że jej własne dziecko, w którego opiekę i wychowanie włożyła tyle wysiłku, tyle potu i łez, nie tylko nie umiało jej kochać, ale wręcz uciekało przed nią oraz tuliło się do obcego chłopaka. Ewa nie potrafiła tego zrozumieć. Aurelia wolała z Maćkiem zostać niż z rodzoną matką. Czy dla matki może być większy cios? Czy kobieta mająca dzieci może bardziej cierpieć niż wtedy, gdy widzi swoje własne maleństwo tulące się do zupełnie obcej osoby? Swoje własne maleństwo, które się jej boi? Naprawdę się boi. Tylko za co? Czy za to, że na nią nakrzyczała, na co ta smarkula w pełni sobie zresztą zasłużyła? Bo zasłużyła. Przecież uciekła z domu i napędziła matce strachu. Czego więc od niej oczekiwała? Że pogłaszcze ją za to po główce? Przecież zasłużyła na to, aby na nią nakrzyczeć i ukarać. A ona jeszcze się ośmiela uważać za pokrzywdzoną? Jeszcze przynosi jej wstyd przy ludziach? Już ona się nasłucha, jak tylko wróci do domu. Już jej się dostanie za to wszystko.
Tak sobie o tym wszystkim rozmyślając, kobieta zeszła po schodach na niższe piętro, mijając po drodze mieszkanie profesora Dmuchawca. Nie wiedząc w sumie, czemu to robi, zatrzymała się przed nim i spojrzała na tabliczkę przymocowaną do drzwi. Znajdowały się na niej dwa nazwiska: „Czesław Dmuchawiec” oraz „Janina Krechowicz”. Kobieta westchnęła delikatnie na wspomnienie tej zarozumiałej, jak również i aroganckiej dziewczyny, która miała szczęście być wnuczką jednego z najlepszych uczonych na całym świecie. Dziwne, że się w niego nie wdała. Ale cóż... Najwidoczniej wdała się w rodziców. Ewa nie znała ich, ale musieli być oni chyba dość niewychowanymi osobami, skoro Janina, nazywana przez przyjaciół „Kreską” była tak bezczelna wobec swojej nauczycielki. Nie dość, że na lekcjach zawsze jej okazywała pogardę, to teraz jeszcze stanęła po stronie tego głupiego i zarozumiałego Ogorzałki, który nie pozwolił jej zabrać córki do domu. W sumie dobrze by było powiedzieć temu jej dziadkowi, jaką żmiję sobie hoduje. Może utemperuje wnusię w jakiś sposób? Oczywiście jest stary i po zawale, ale mimo wszystko naprawdę powinien wiedzieć, kogo trzyma pod swoim dachem.
Z tą właśnie myślą, Ewa Jedwabińska zapukała do drzwi mieszkania swego dawnego nauczyciela, który po chwili otworzył jej i uśmiechnął się na jej widok.
- No proszę, Ewa - powiedział przyjaznym tonem uczony - Nie sądziłem, że znowu tu przyjdziesz. Zapraszam, śmiało. Napijesz się herbaty?
- Nie, panie profesorze. Nie przyszłam tu na herbatkę. Raczej ze skargą do pana - odparła na to Ewa, wchodząc do środka.
Dmuchawiec spojrzał zdumiony na swoją dawną uczennicę i uśmiechnął się w sposób delikatny i z pewnym politowaniem. Ewa zawsze przesadnie do wielu rzeczy podchodziła i niejeden raz było tak, że brała większość rzeczy wokół siebie nazbyt poważnie. Za mało było radości w jej życiu, a za dużo powagi. Słyszał, co było tego przyczyną, ale był zdania, iż wieczne myślenie o tym, co Ewa widocznie robiła, nie było najlepszym sposobem na przyszłość. Jeżeli przyszłością człowieka jest jedynie jego przeszłość i to do tego smutna, nie można się spodziewać po tym jakiś pozytywnych efektów.
- Może jednak się czegoś napijesz? Albo zjesz coś? - zapytał życzliwie pan profesor, zamykając drzwi od swego mieszkania - Trochę zapasów po przyjęciu mi jeszcze zostało.
- Nie, dziękuję. Ja naprawdę nie po to tu przyszłam - odpowiedziała Ewa, po czym rozejrzała się uważnie po mieszkaniu, które wciąż zawierało w sobie resztki dobrej zabawy - A swoją drogą, w pana wieku urządzać zabawy? Nie jest pan na to aby zbyt... dojrzały?
Chciała powiedzieć „stary”, ale szybko ugryzła się w język, uznając, że takie słowo mogłoby obrazić jej rozmówcę, którego przecież miała co prawda za starego dziwaka, ale też niezwykle go szanowała, także nie planowała nigdy w jakikolwiek sposób go urazić.
- Chciałaś pewnie powiedzieć „za stary” - zachichotał Dmuchawiec - Nie bój się tego słowa. Dobrze wiem, że jestem nieco za stary na takie zabawy, ale widzisz, moja droga, nie umiałem inaczej postąpić. Bo w końcu, co mi z tego życia zostało, jak tylko wyciągnąć z niego jak najwięcej pozytywów i spróbować cieszyć się nimi? Jakbym myślał tylko o tym, że jestem stary i zmęczony życiem, dawno bym chyba zwariował.
- Ale mimo wszystko takie ekscesy przy pana stanie zdrowia, to nie jest chyba zbyt dobry pomysł - zauważyła Ewa.
Dmuchawiec zaśmiał się, rozbawiony do łez tymi słowami.
- Proszę cię, Ewuniu, przecież to nie były żadne tam ekscesy. Ot, zwyczajna zabawa jak przed wojną. Poza tym, ja nie tańczyłem. Ja tylko patrzyłem, jak inni tańczą. A swoją drogą, to był przyjemny widok. Tyle zakochanych par...
- Zakochane pary... Terefere - mruknęła ze złością Ewa.
Kobieta nie zaznała za wiele miłości w życiu, a już na pewno nie tej, o jakiej opowiadały liczne książki i filmy, miłości romantycznej od pierwszego wejrzenia. Nie wierzyła w takie rzeczy, które uważała za czyste bzdury i dlatego nie chciała o nich słuchać.
Dmuchawiec spojrzał na kobietę uważnie i zapytał:
- Nie wierzysz w miłość?
- Wierzę, ale nie w takie głupie zakochanie się od pierwszego wejrzenia i inne takie bzdury. Poza tym nie istnieje w tym świecie coś, co filmy i książki pokazują jako miłość. Prawdziwa miłość to wychowanie dziecka we właściwy sposób, aby było dobrym członkiem społeczeństwa i aby społeczeństwo było z niego dumne.
Profesor uśmiechnął się z lekkim politowaniem.
- I tylko taka miłość istnieje? Rodzica do dziecka?
- Innej nie znam, choć i tak jest dość mocno w tym świecie ograniczona. Ale skoro już o takiej miłości mowa... Przyszłam ze skargą na pańską wnuczkę.
Dmuchawiec zrobił wielkie oczy ze zdumienia, niczym duży i zły Wilk z bajki o Czerwonym Kapturku, kiedy zapytano go, czemu ma wielkie oczy. Jednak nie miał on żadnych konsumpcyjnych planów wobec Ewy, raczej wpatrywał się w nią w sposób, który wyrażał jeszcze większe zdumienie niż przedtem.
- Doprawdy, Ewciu? A co masz tak konkretnie do zarzucenia mojej wnuczce?
- Jest bezczelna i nie szanuje autorytetów.
- A mogłabyś rozwinąć temat?
Ewcia Sopel zatem rozwinęła dokładnie temat, opowiadając wszystko, co się wydarzyło w mieszkaniu Ogorzałków. Liczyła na to, że profesor, który słuchał ją z naprawdę ogromną uwagą, poprze ją i obieca skarcić swoją wnuczkę, ten jednak tylko pokiwał lekko głową na znak, że zrozumiał, o czym się do niego mówi, po czym powiedział:
- Nie widzę w tym nic ubliżającego, moja droga.
- Jak to? - zapytała Ewa wyraźnie oburzona - Przecież ona mnie obraziła. Nie okazała mi należytego szacunku i jeszcze wyraźnie, jakby tego było mała, poparła młodego Ogorzałkę, który zachęcał moją córkę do buntu przeciwko mnie. Czy to mało, panie profesorze?
- Owszem, mało. Za mało, aby postawić moją wnuczkę w stan oskarżenia - zażartował sobie Dmuchawiec - Poza tym, wydaje mi się, że trochę przesadzasz. Już w szkole miałaś tendencję do tego, aby popadać w przesadę. Jak widzę, nic się pod tym względem nie zmieniło. Podchodzisz do wszystkiego zbyt poważnie. No i masz tego efekty. Jesteś nazbyt poważna i nazbyt wiele rzeczy bierzesz do siebie, nawet takie, które nie są przecież bezpośrednio kierowane w twoją stronę. Wiesz, najgorsze jest w tym wszystkim to, że mimo tego, iż stoi przede mną całkiem już dorosła kobieta, ja widzę jedynie wciąż tylko zakompleksioną nastolatkę z dwoma warkoczykami, ułożonymi symetrycznie. A właśnie, gdzie twoje warkocze?
Ewa spojrzała na niego jak na wariata, który zadaje jej dziwne pytanie, dosyć mocno wyrwane z kontekstu, ale mimo to odpowiedziała na nie:
- Obcięłam je... Już dawno... Nie wypada je mieć... W pracy.
Dmuchawiec przyjrzał się jej uważnie, jakby chciał przywołać obraz jej osoby  w wieku nastoletnim, po czym powiedział:
- Wiesz, zawsze denerwowało mnie stwierdzenie, że coś wypada albo też nie wypada. Bo co to w ogóle znaczy, że coś wypada? I kto tak zdecydował, że coś nam wypada robić, a coś nie? Gdyby ludzie się nagle umówili, że wypada nosić na głowie twaróg, nosiłabyś go?
Ewa nic nie odpowiedziała, wpatrując się w Dmuchawca jak w wariata, ale takiego, którego mimo wciąż obdarza szacunkiem ze względu na jego przeszłość. Profesor chyba musiał to wyczuć, gdyż powiedział:
- Wiem, że to brzmi dość niezwykle, ale przecież nie można oczekiwać takiej całkowitej normalności po kimś, kto jest polonistą i całe życie siedzi z nosem w książkach i to głównie tych starych, prawda? Wybacz mi więc, jeśli mówię tak od rzeczy, ale uważam, że przesadzasz w kwestii mojej wnuczki i jej chłopaka. To są bardzo dobre dzieci.
- Dobre dzieci? - prychnęła z kpiną Ewa - Może i dobre, ale trochę więcej dyscypliny by im się przydało.
- A po co im ona jest potrzebna?
- Żeby szanowały starszych od siebie.
- Szacunek nie ma nic wspólnego z wiekiem, moja droga. Gdyby tak było, to nawet nasza droga pani Strzepańska powinna cieszyć się szacunkiem, choć nie robi nic, aby na niego zasłużyć. Ja co prawda zawsze się miło do niej uśmiecham, aby jej pokazać, że jestem od niej milszy i może zarazić tym byciem miłym, ale kto to tam wie, czy to pomoże? Jakby więc nie było, jeżeli szacunkiem każemy obdarzać wszystkich ludzi starszych od siebie, to daleko nie zajedziemy.
- W tym świecie trudno gdziekolwiek dojechać, a zwłaszcza w dzisiejszych czasach - stwierdziła Ewa.
- Ty chyba jednak dość daleko zajechałaś - powiedział Dmuchawiec, wciąż z uwagą się jej przyglądając - Z tego, co wiem, masz dobrą posadę nauczycielki, a do tego twój mąż dobrze zarabia. No i najważniejsze, macie oboje córkę. Jak jej na imię, bo zapomniałem?
- Aurelia.
- Aurelia. Ładne imię, choć nieco nazbyt poważne. Jak się je zdrabnia?
- Wcale się nie zdrabnia.
- To pewnie nazywasz ją Pyzą lub Ciapusiem?
- Nie, skądże.
- To może mówisz do niej „Kochanie” bądź „Skarbie”?
- Proszę? Nie, skąd.
- To... Zaraz... To jak ty się do niej zwracasz?
- No, po prostu... Aurelio.
- I tylko tyle?
- A co trzeba więcej?
- No, sam nie wiem. Może więcej czułości?
- Po co czułość w relacji z dzieckiem?
- No, nie wiem. Może po to, aby dziecko bardziej cię kochało?
- A nie daję mojemu dziecku powodów do tego, aby mnie kochało? Przecież codziennie je daję. Dbam o nie, zapewniam mu wikt i opierunek. Czy to za mało, aby mnie dziecko szanowało?
- Mówiłaś przed chwilą o miłości, nie o szacunku.
- Przecież jedno równa się drugiemu, zwłaszcza w relacjach z rodzicami.
- Doprawdy? Znam osobiście ludzi, którzy mają mój szacunek, ale nie mają oni mojej miłości. Szacunek nie jest tożsamy z miłością.
- U dzieci w relacji z rodzicami powinien być, bo dziecko zawsze powinno kochać swoich rodziców i jednocześnie też je szanować.
- A dlaczego?
Ewa spojrzała na Dmuchawca zaszokowana. Przecież to było coś całkowicie oczywistego. Jak można było zadawać takie pytania?
- No, jak to? Przecież rodzic dba o swoje dziecko, zapewnia mu wszystko, czego mu potrzeba, czyli wikt i opierunek, jak również dach nad głową.
- I to wszystko, co rodzic powinien zapewnić dziecku? - zapytał profesor.
- A czego więcej potrzeba?
Dmuchawiec nie zaszczycił tego pytania odpowiedzią. W jego mniemaniu te słowa były tak bezduszne i okrutne, że wydawało mu się, iż nie jest możliwe, aby mogła je wypowiedzieć ludzka istota. Jego milczenie było jednak tak wymowne, że Ewcia Sopel zmieszała się lekko i zwątpiła w swoją wypowiedź.
- No, ale czego niby więcej dziecku potrzeba, aby kochało swojego rodzica? Przecież już za samo to, że je chcą trzymać jest dowodem, że je kochają. Przecież jakby nie chcieli, wyrzuciliby je na bruk, prawda? Dziecko powinno się cieszyć, że w ogóle ma gdzie mieszkać, co jeść i co na siebie ubrać. Za co więcej ma kochać swoją matkę?
Dmuchawiec popatrzył na nią ponurym wzrokiem, tak nietypowym dla niego i powiedział:
- Czy wiesz, że twoja matka powiedziała kiedyś do mnie dokładnie to samo?
Ewa spojrzała na niego zaszokowana i spytała:
- Jak to? Kiedy?
- Dawno temu, jak jeszcze żyła. Przyszłaś kiedyś z siniakiem na policzku. A ja chciałem to wyjaśnić, ale twoja matka nie chciała mi powiedzieć, co się stało. Bezczelnie kłamała, że po prostu uderzyłaś się o szafę i tyle. Tak po prostu. To było kłamstwo szyte tak grubymi nićmi, że od razu się w nim zorientowałem, ale twoja matka powiedziała mi, że nawet jeśli mam rację, to ma prawo robić ze swym dzieckiem, co tylko chce, a ty powinnaś być wdzięczna za to, że w ogóle trzyma cię w domu, bo mogłaby cię wyrzucić na ulicę i miałaby też do tego prawo, bo jesteś jej własnością. Więc powinnaś ją kochać i szanować za to, że się tobą chce zajmować. A że nie umiesz, to czasami dostajesz w gębę. Tak powiedziała, a ty co? Powtarzasz teraz jej słowa. Wiesz, jaka jesteś teraz do niej podobna?
Ewa zacisnęła dłonie w pięści. Nie chciała przyjmować tej odrażającej dla niej prawdy, dlatego próbowała z nią walczyć, choć była to walka z wiatrakami, czego ona nie przyjmowała do wiadomości.
- Ja nie jestem nią - wysyczała ze złością - Rozumie pan? Ja nie jestem nią.
- Więc dlaczego zachowujesz się jak ona? - zapytał Dmuchawiec - Dlaczego dopuszczasz się tego, co budzi w tobie obrzydzenie? Dlaczego mówisz dokładnie to samo, co ona kiedyś? Dlaczego pozwoliłaś sobie na to, aby ona wygrała?
- Wygrała? Nad kim?
- Nad tobą. Twoja matka darzyła cię nienawiścią. Widziałem to w jej oczach, gdy wtedy przyszedłem. To było wiele lat temu, ale wciąż nie zapomnę tego tak dla mnie przerażającego wyrazu twarzy. Ona cię nienawidziła. Największym jej triumfem byłoby to, gdybyś stała się nią. I wiesz co? Właśnie go osiągnęła. Teraz, gdy patrzę na ciebie, widzę ją. Widzę tę samą złość na dziecko, jakie było w jej oczach. Ta sama nienawiść żyje w twoim sercu. Ta sama nienawiść napędza cię do życia, Ewo. Nie widzisz tego?
Gdyby ktoś inny jej to powiedział, z pewnością by go wyśmiała lub wyzwała tak mocno, na czym świat stoi. Jednak nie w przypadku profesora Dmuchawca. Z jego ust krytykę umiała przyjąć i zaakceptować. Dodatkowo jego krytyka dawała jej do myślenia. Przypomniała sobie, co zobaczyła dzisiaj w lustrze. Odbicie nie swojej twarzy, ale twarzy swojej matki. To chyba mówiło samo za siebie. Tak, to było więcej niż pewne. Dmuchawiec miał rację. Ewa przegrała swoje życie. W jej sercu żyła nienawiść i złość, ból i cierpienie, którym chciała dać upust, wyżywając się na innych, a zwłaszcza na Aurelii. Cierpiała kiedyś i to bardzo. Nadal cierpi, ale czy to usprawiedliwia to, co zrobiła? Nie, w żaden sposób. Ale co ona mogła niby zrobić? Jak można było zmienić to, co było nieuniknione?
- Chyba rzeczywiście nienawiść ogarnęła moje serce - powiedziała ponuro - Ale co ja mogę na to poradzić? Jak mam ją zwalczyć? Jak można niby pokonać tak wielką nienawiść, jaka mnie spotkała?
- To nie jest łatwe, ale możliwe do realizacji - odpowiedział na to profesor - Wiesz, kiedyś zadałem podobne pytanie. W czasie powstania w Warszawie. Gdy widziałem tyle nienawiści, tyle śmierci i tyle rozpaczy wokół mnie, wiedziałem i to aż za dobrze, że to wszystko sprawka nienawiści. Zapytałem mojego dobrego przyjaciela, który też walczył w powstaniu, jak pokonać taką nienawiść? Wtedy on mi odpowiedział, że tylko miłością i wiarą. Powiedziałem mu, że wokół tyle jest śmierci i nienawiści, a on mi gada o miłości? O wierze? Krzyknąłem, że mam już tego wszystkiego dość. A on na to, że dopóki ludzie mający władzę nad światem, nie powiedzą wszyscy razem, iż dość już tej nienawiści, to ona będzie dalej żyła na tym świecie. My sami jesteśmy za mali, aby ją zniszczyć, ale mamy dość siły, aby walczyć choć z jej cząstką i musimy to robić, bo inaczej ona opanuje nasze serca i wtedy staniemy się tacy sami, jak ci wszyscy, którzy nas skrzywdzili.
Ewa słuchała uważnie słów profesora, rozważając w głowie wszystko, co jej powiedział. Wiedziała, że uczony ma rację i że wszystkie jego słowa są absolutną prawdą. Tą okrutną prawdą, przez którą ona próbowała uciekać tak długo, a która w końcu ją dopadła. Była fatalną matką. Zawiodła swoje dziecko, podobnie jak jej matka zawiodła ją. Fortuna kołem się toczy, jak to mówią. A inni mówią również, że historia lubi się powtarzać i mają rację. W jej przypadku tak właśnie było. Teraz to rozumiała. Właściwie, to chyba zawsze rozumiała, ale strach przed tą prawdą sprawiał, że wypierała się tego długo i zawzięcie, nie chcąc przyjąć do wiadomości tego, co widzieli chyba wszyscy oprócz niej. Tylko, co teraz zrobić? Jak odzyskać miłość swojej córki, zwłaszcza po tym, jak ją zraniła?
Rozmyślania Ewy przerwało nagłe pukanie do drzwi i do mieszkania weszła Melania Borejko.
- Przepraszam, że przeszkadzam, panie profesorze, ale pomyślałam, że może chce pan coś zjeść. Podejrzewam, że nie jadł pan zbyt wiele podczas tej zabawy.
Nagle dostrzegła Ewę Jedwabińską. Od razu ją rozpoznała.
- No proszę, Ewcia. Dawno cię nie widziałam. Wyrosłaś, choć wciąż jesteś piękną i poważną osobą. Niewiele się zmieniłaś.
- Zdaniem profesora, zmieniłam się i to na gorsze - odpowiedziała na to Ewa, opuszczając smutno głowę - I obawiam się, że pan profesor ma rację.
Melania spojrzała na młodą kobietę, dawną koleżankę swojej córki z wielką uwagą, po czym zapytała:
- Nie chcę być wścibska, ale czy wolno wiedzieć, z jakiego powodu pan tak uważa, panie profesorze?
Dmuchawiec chciał już odpowiedzieć, ale Ewcia Sopel go uprzedziła.
- Proszę pozwolić, żebym sama to zrobiła.
Po tych słowach, skierowała swój wzrok na matkę Gabrieli i rzekła:
- Nakrzyczałam z byle powodu na moją córkę i teraz dopiero widzę, jakie to były ohydne. Tak samo, jak poprzednim razem i poprzednim i jeszcze poprzednim.
Melania lekko westchnęła w smutny sposób, po czym odparła:
- Rzeczywiście, nieciekawa sytuacja. Przykro mi to słyszeć, a zwłaszcza na twój temat. Pamiętam cię, jak byłaś dzieckiem. Słabo lubiłaś się z moją córką, ale też niekiedy u nas bywałaś. Pamiętasz? Wtedy myślałam, że jesteś po prostu dosyć poważna i bardzo nieszczęśliwa, bo twoja matka... Jakby to delikatnie ująć... Nie była wzorem do naśladowania pod względem bycia rodzicem. Widzę jednak, że ty poszłaś w jej ślady. Prawdą widać jest, że niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Ewa spojrzała groźnie na Melanię Borejko. O ile mogła znieść krytykę z ust swojego dawnego profesora, o tyle nie zamierzała jej tolerować z ust tej kobiety. Zacisnęła więc dłoń w pięść, niemalże wbijając sobie paznokcie w skórę i rzekła:
- Oczywiście, ma pani prawo mnie krytykować. Przecież pani była właśnie tym, jak to pani ujęła, wzorem do naśladowania. Pani córki zawsze zaznały od pani miłości i wszelkiego ciepła. Zawsze mogły liczyć na panią, zawsze je pani czule przytulała, gdy tego potrzebowały, udzielała wsparcia i dobrych rad, nigdy też ich pani nie zawiodła jako matka i pani córki nigdy nie miały wątpliwości, że je pani kocha. Mam rację?
Melania Borejko zmieszała się lekko i poczuła, że zagalopowała się nieco w swojej krytyce, opuściła więc głowę i powiedziała:
- Mnie wychowywano w inny sposób i w innych czasach. Moje najmłodsze lata były szczęśliwe, ale potem przyszła wojna, zginęli mi rodzice, a mną zajęła się ciotka. Nie okazywała mi wiele miłości. Uważała, że to mnie zahartuje do życia, które jest trudne i ciężkie. Uważała, że im mniej czułości daje się dziecku, tym lepiej sobie ono radzi w życiu. Gdy jednak patrzę na ciebie, widzę doskonale, jakie to głupie podejście. Widziałam też, jak twoje dziecko bardzo potrzebuje miłości. Gdy pogłaskałam ją po głowie, poczułam w moim sercu ciepło, którego dawno nie czułam. Ciepło, które mogłam czuć zawsze, gdybym częściej tulił do piersi swoje dzieci. Byłam głupia, że skąpiłam im pieszczot. Powinny być twarde, to prawda, ale nie za cenę braku miłości.
Po tych słowach, podniosła głowę w górę i odpowiedziała dość gniewnie:
- Ale ja nigdy na moje dzieci nie krzyczałam. Nigdy ich nie obrażałam. Nigdy nie zasugerowałam im, że ich nie kocham. Możesz zarzucić mi wiele i będą to jak najbardziej słuszne zarzuty, ale tego jednego nikt mi zarzucić nie może. Nigdy nie powiedziałam żadnej z moich córek, że jej nienawidzę.
Teraz Ewa opuściła głowę, czując na sobie ciężar zarzutów skierowanych w jej stronę. Melania Borejko zaś patrzyła w jej stronę z uwagą i lekką złością, która była pomieszana ze smutkiem, po czym dodała już łagodniej:
- Ale to nie jest twoja wina, że taka się stałaś, Ewo. Niekochane dzieci raczej rzadko kiedy umieją kochać, bo przecież nikt ich tego nie nauczył. Twoja matka nigdy nie nauczyła cię, czym jest matczyna miłość. Pamiętam dobrze, jak kiedyś widziałam cię na ulicy z siniakiem na policzku, niedaleko oka. Byłam wściekła, bo doskonale było mi wiadome, kto ci to zrobił. Poszłam więc do twojej matki, ale ta powiedziała, że nie jest to moja sprawa, co z tobą robię, tylko jej, bo jesteś jej dzieckiem i może z tobą robić, co tylko chce. Poza tym nie będzie jej pouczać osoba, która sama ma czwórkę dzieci i wszystkie robią, co chcą, co oznacza, że nie umie je nauczyć ani dyscypliny, ani szacunku do siebie, a więc nie stanowię dla niej autorytetu. Potem bezczelnie zamknęła mi drzwi przed nosem i więcej z nią nie rozmawiałam. Wiesz, bardzo żałuję, że trzymałam się tak bardzo swoich zasad dobrego wychowania, bo inaczej powiedziałabym wtedy twojej matce do słuchu i to tak, żeby nigdy tego nie zapomniała.
- Wielka szkoda, że pani tego nie zrobiła, choć nie jestem pewna, czy to by cokolwiek zmieniło w jej zachowaniu - powiedziała smutno Ewa.
- Obawiam się, że nie zmieniłoby. Tutaj słowa by nie wystarczyły - rzekła na to Melania - Jeżeli czegoś najbardziej w tej sprawie żałuję, to tego, że nie tylko nic wtedy nie powiedziałam twojej matce, poza grzecznym i kulturalnym zwróceniem jej uwagi, ale wręcz nie zrobiłam nic, aby ci pomóc. Poprzestałam tylko na tym, aby pójść zgodnie z obyczajem do twojej mamy, zwrócić jej uwagę i nic więcej. To było jedyne, co w tej sprawie umiałam zrobić. Dobre maniery i obyczaje nie mogły mi pozwolić na to, abym zrobiła więcej, abym wezwała milicję i próbowała zmusić twoją matkę do lepszego traktowania ciebie. Tego nie wypadało mi robić. Tak po prostu nie wypadało. A we mnie wpajano zawsze, co wypada, a czego nie wypada robić. Kiedy jednak patrzę na ciebie i na to, jak ty i twoje dziecko ranicie siebie nawzajem, rozumiem już, jak wielki błąd popełniłam kierując się w życiu tylko tym, co wypada, a czego nie wypada robić. Życiem nie powinny kierować takie zasady, że nie wypada okazywać człowieczeństwa i zbyt wielkich emocji, bo tak nie przystoi. Teraz widzę, jaki to był błąd. Twój przykład otwiera mi oczy. Widzę, do czego doprowadziłam. Gdybym wtedy interweniowała, to może...
- Nigdy nie dowiemy się, co by było, gdyby - zakończył ten temat profesor Dmuchawiec - Jedyne, co możemy sprawdzić, to fakt, co się stanie, jeśli zrobimy tak, a nie inaczej. Co się stanie, jeżeli wyciągniemy wnioski z popełnionych przez nas błędów i nigdy więcej ich nie popełnimy. Obie popełniłyście wiele błędów, ale też jesteście dość dorosłe i dojrzałe, aby wyciągnąć z nich mądre wnioski na swoją przyszłość, której przecież mają sporo przed sobą.
Obie kobiety słuchały uważnie słów profesora, w duchu przyznając mu rację. Nic nie mówiły, ale spojrzenie, jakim go obdarzyły, było pełne szacunku i dobrze wiedziały, że zrobiły słusznie, przychodząc do niego.
- A przy okazji, to dziękuję pani, że dała pani mojej córce obiad - rzekła po chwili Ewa, chcąc już zakończyć ten przykry dla niej temat.
- Nie ma za co. Każde głodne dziecko bym nakarmiła w takiej sytuacji, moja droga - odpowiedziała Melania tonem, który sugerował, że to coś normalnego dać jeść głodnemu dziecku.
- A właściwie, to co to było?
- Co takiego?
- To, co ona u pani jadła?
- Rosół.
Ewa spojrzała na Melanię zdumiona.
- Rosół? Co pani mówi?! Przecież Aurelia nie cierpi rosołu! Nienawidzi go! Trzeba ją zmuszać, żeby przełknęła choć łyżkę! Czy może to był jakiś specjalny rosół?
- Nie, skąd. Zwykły, chudy rosołek.
- To może... Miał jakąś specjalną przyprawę?
Melania Borejko uśmiechnęła się delikatnie.
- Właściwie, to tak. Przyprawa pana Ogorzałki i jego brata. Zresztą jest także przyprawą mojej córki, Gabrysi. To niezawodna przyprawa. Wszystko z nią nam smakuje i innym także. Wszystko, nawet suche ziemniaki.
- Co to więc jest? Maggi? A może jakiś narkotyk? - dopytywała się Ewa.
Melania parsknęła śmiechem.
- Może to i narkotyk: trochę serca.
Słowa te dały naprawdę mocno do myślenia Ewie, która pokiwała delikatnie głową, opuściła w dół i skierowała swoje kroki ku wyjściu.
- Nie rozumiem - powiedziała głośnym szeptem - Naprawdę nie rozumiem.
- I w tym właśnie  problem - odparła Melania Borejko, gdy zamknęły się za Ewą drzwi.

czwartek, 15 lipca 2021

Rozdział XXXII

Rozdział XXXII

Gieniusia przychodzi na obiadek

Melania Borejko siedziała w salonie i rozmyślała nad tym, co powiedział jej profesor Dmuchawiec. Uczony był pierwszą osobą, która rozbawiła ją od dawna. Wcześniej kobieta po tym, jak aresztowano jej męża, nie umiała się bawić ani w żaden sposób cieszyć życiem. Teraz jednak, po raz pierwszy od tamtej chwili, nie potrafiła powstrzymać się od śmiechu, kiedy profesor rozbawił ją swoimi żartami. Tak, co jak co, ale ten człowiek miał naprawdę ogromne poczucie humoru. Nie można było być obojętnym na jego żarty i on bardzo dobrze o tym wiedział. To z pewnością zachęcało go do dalszych działań w tym zakresie i sprawiało, że chciał dalej rozbawiać ludzi. Bo tak zawsze jest, że jeżeli w czymś dobrze sobie radzimy, to owo powodzenia stanowi dla nas coś na kształt motywacji do dalszego działania w tym kierunku. Jeżeli zaś nam nie idzie, to po pewnym czasie zwykle bardzo się zniechęcamy do dalszych działań, a nawet tracimy wiarę w swoje siły, choćby tylko na chwilę. Tak było i tym razem. Melania Borejko po licznych porażkach, jakie poniosła w swoim życiu, nie umiała odnaleźć ponownie wiary w siebie, gdyż to wszystko, co się stało było zbyt okropne, aby sama mogła sobie z tym poradzić. A przecież była sama. Miała może córki, ale co z tego? Przecież nie mogła liczyć na to, że jej one pomogą. Jej nikt nie był w stanie pomóc. Jej cierpienie było zbyt wielkie, aby umiała się cieszyć. Bo niby z czego miała się cieszyć? Że jej mąż był w więzieniu i nie wiadomo, czy kiedykolwiek jeszcze go zobaczy? Czy może z tego, że jej najstarsza córka łamała święte węzły małżeńskie i dodatkowo jeszcze jawnie cudzołożyła? Oczywiście Janusz Pyziak nie był w żaden sposób wzorem do naśladowania, ale przecież nie stanowiło to w żaden sposób powodu do tego, żeby go zdradzać. Jeżeli już tak jej źle było z Januszem, trzeba było po prostu się z nim rozwieźć, choć ten krok również matka by jej odradzała, jako ostateczność, którą lepiej unikać. No, ale gdyby mimo wszystko Gabrysia się uparła, pogodziłaby się z tym i nie zmuszałaby ją do czegoś, co by było wbrew woli jej pierworodnej. W każdym razie, to wszystko, o czym mówimy, nie napawało wcale radością.
A co z kolei z młodszymi córkami? Ida była zdecydowanie nazbyt swobodna w swoich działaniach i nie przynosiła wcale chluby rodzinie swoim zachowaniem. Miała co prawda ogromne ambicje, aby być sławną lekarką i znając ją, na pewno to marzenie zdoła spełnić. Miała w sobie dość siły i motywacji do tego, aby łamać wszelkie przeszkody stojące jej na drodze. Ale to, w jaki sposób traktowała Sławka pozostawiał wiele do życzenia. Przecież ten chłopak był synem sąsiadki, która mieszkała z nimi w tej samej kamienicy, a dodatkowo jeszcze była bardzo dobrą przyjaciółką Melanii. Jak więc teraz ona miała spojrzeć kobiecie w oczy, gdy Ida wyraźnie bawiła się jej synem? Naprawdę, w takiej sytuacji Melania nie byłaby w stanie spojrzeć pani Lewandowskiej w oczy. To był kolejny powód, dla którego nie widziała powodu do radości. Jeszcze dodatkowo swoje dokładały jej też młodsze córki, także mające swoje zwariowane pomysły. No i mała Pyzunia nie miała zbyt dobrze w życiu, bo jej ojciec był daleki od bycia idealnym ojcem, zaś jej matka ostatnio też chodziła osowiała i nie sprzyjało to staraniom o to, aby mała czuła się szczęśliwa i kochana. Jak to dobrze, że Pyzunia była jeszcze malutka i niewiele z tego wszystkiego rozumiała. Tyle dobrego.
Jak więc widać, Melania Borejko nie miała nazbyt wielu powodów do tego, aby się cieszyć. A mimo to śmiała się do rozpuku pod wpływem żartów profesora Dmuchawca. Sama się dziwiła, że jest to w ogóle możliwe. Bo od jakiegoś czasu była przekonana, iż zatraciła już zdolność śmiechu, a tymczasem tutaj nagle taka niespodzianka na nią spada? To było coś niezwykłego. Dziwnie się z tym czuła. Z jednej strony to było poczucie zdrady. Tak, zdrady, bo czuła się tak, jakby zdradziła swego męża, jakby zachowała się nielojalnie wobec niego, będąc rozbawioną w tym czasie, w którym on przebywał w więzieniu. Ale z drugiej to było tak miłe i przyjemne, że chciała jeszcze raz spróbować i poczuć to cudowne uczucie, jakie zawsze towarzyszy człowiekowi, kiedy się śmieje. Tak dawno nie znała pani Mela tego uczucia, że już zapomniała, jakie ono cudowne. Może częściej powinna je czuć? Tylko, czy to wypada w obecnej sytuacji?
Z rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi. Kobieta zaintrygowana spojrzała w kierunku drzwi, po czym powoli wstała od stolika i powiedziała sama do siebie:
- Ciekawe, kto to może być? Myślałam, że wszyscy są u profesora.
To mówiąc, podeszła do drzwi i otworzyła je, nawet nie zaglądając do wizjera w drzwiach. Przez chwilę nikogo nie zauważyła, ale po chwili usłyszała:
- Jestem tutaj.
Dobiegło ono z dołu, więc kobieta spojrzała pod swoje nogi i zauważyła, że stoi przed nią jakaś około siedmioletnia dziewczynka, ubrana w ładną sukienkę niebieskiej barwy, białe rajstopki i czarne buciki. Miała piękne blond włosy, nieco będące w nieładzie, niebieskie oczy oraz delikatny nosek. Wyglądała po prostu przesłodko i na sam jej widok serce potrafiło człowiekowi zmięknąć, o ile tylko ten człowiek miał to serce, bo wiadomo, iż nie może zmięknąć coś, czego człowiek nie posiada. Melania zaś miała serce, chociaż nie używała go teraz zbyt często, o czym świadczyć mogli jej bliscy, którzy ostatnimi czasy zdecydowanie nie mogli narzekać na nadmiar czułości z jej strony.
- Dzień dobry - powiedziała do Melanii Borejko dziewczynka.
Kobieta przyjrzała się jej uważnie i spytała:
- Czego tu szukasz, moje dziecko?
- Przyszłam na obiadek - odpowiedziała dziewczynka.
- Na obiadek? Do mnie? - zdziwiła się Melania - A dlaczego?
- Bo jestem głodna - odparła z prostotą mała.
- A nie możesz iść do domu i tam zjeść?
- Nie, bo w domu nie ma nikogo.
- A gdzie są twoi rodzice?
- Nie wiem.
- Pewnie na przyjęciu u profesora Dmuchawca.
- Chyba tak. Mogę wejść?
Melania zdziwiła się ponownie, ale mimo wszystko wpuściła dziewczynkę do środka i zamknęła za sobą drzwi. Przyjrzała się małej, uśmiechając się przy tym delikatnie, bo mała sprawiała naprawdę sympatyczne wrażenie. W dłoniach miała pluszowego pieska, którego dopiero teraz kobieta dostrzegła. Musiała przyznać, że ta maskotka wyglądała równie uroczo, jak i jego właścicielka. Oboje tworzyli dość ładny i sympatyczny duet dobranych ze sobą osób.
- Czy mogę od razu zjeść? - zapytała po chwili dziewczynka.
- W sumie owszem - odpowiedziała jej Melania i poszła od razu do kuchnia, a jej niespodziewany gość ruszył za nią.
Kobieta zajrzała do garnków i sprawdziła ich zawartość, po czym rzekła:
- Nie wiem jednak, czy ci będzie smakować. Jest tylko rosół.
- Ja lubię rosołek - odpowiedziała na to dziewczynka.
- To dobrze, bo chwilowo tylko to mam gotowe. Coś innego musiałabym od początku gotować, a to wystarczy jedynie odgrzać.
Po tych słowach, zabrała się za odgrzewanie rosołu. Dziewczynka z wielką uwagą się jej przyglądała, wdychając z zachwytem zapach rosołu, który to coraz bardziej intensywnie wydobywał się z garnka, co oznaczało, że posiłek był już prawie gotowy.
- Zaraz będziesz mogła jeść - powiedziała po chwili Melania.
- Super, bo jestem głodna. W brzuszku mi burczy - odparła dziewczynka.
Pani Borejko powoli wyłączyła gaz i postawiła go na stole, na którym zaraz też położyła talerz i łyżkę. Do talerza nalała chochlą zupę i patrzyła ze zdumieniem na ten niezwykły obrazek, jakim była ta urocza, choć obca dziewczynka wcinająca talerz rosołu w taki sposób, jakby to było najpyszniejsze danie świata, a po nim od razu zjada jeszcze drugi i trzeci. Melania jej nie żałowała, widać było bowiem, że biedactwo jest głodne, a kobieta nie umiała pozwolić na to, aby ktokolwiek, kto spędzał z nią czas był głodny.
- Bardzo pyszne - powiedziała dziewczynka, gdy zjadła już trzeci talerz - To jest bardzo smaczne. Bardzo pani dziękuję.
- Nie ma za co - odpowiedziała jej Melania - Nie chcesz jeszcze?
- Nie, dziękuję. Już się najadałam.
- To dobrze, bo wyglądałaś jak siedem nieszczęść.
- Pani też nie wygląda dobrze. Jest pani smutna.
- Zdaje ci się - odparła Melania, odkładając garnek na gazówkę.
Nie chciała patrzeć dziewczynce w oczy, ponieważ dobrze wiedziała, że ta doskonale wyczuje, jeśli ona będzie kłamać, a przecież ona kłamała i właściwie nie trzeba było znowu być geniuszem, aby to odkryć.
- Pani jest smutna - stwierdziła ponownie dziewczynka - Chodzi o dzieci? Coś jest z nimi nie tak?
- Nie, z dziećmi wszystko w porządku - odparła Melania.
- A z mężem?
- Z mężem też w porządku.
- A jest w domu?
- Chwilowo go tu nie ma.
- A gdzie jest?
- Jak zwykle, w Polsce - odpowiedziała na to Melania Borejko, a w jej oczach automatycznie pojawiły się łzy.
Szybko jednak otarła je ręką, postarała się wywołać jakiś przyjemny uśmiech na twarzy, po czym odwróciła się przodem do dziewczynki.
- A przy okazji, to jak ty się nazywasz? - zapytała po chwili, próbując na siłę zmienić temat.
- Genowefa Pompke - odpowiedziała jej mała.
- Genowefa? Ładne imię. Chociaż nie wyglądasz na Genowefę.
- A pani jak ma na imię?
- Melania.
- Pani wygląda na Melanię.
- Dobre i to.
Po tych słowach, kobieta uśmiechnęła się lekko do dziewczynki, a ta zaczęła lekko bawić się swoim pluszakiem, co chwila jednak zerkając na kobietę.
- A lubi pani dzieci? - zapytała po chwili.
- Bardzo lubię.
- A ile ma pani dzieci?
- Czwórkę. Wszystkie córki.
- A jakie mają imiona?
- Gabriela, Idalia, Natalia i Patrycja.
- Ładnie. A kocha je pani?
Melania lekko się obruszyła, słysząc te słowa.
- To chyba oczywiste. Każda mama kocha swoje dzieci.
- Moja mnie chyba nie kocha - stwierdziła ponuro Genowefa.
- Dlaczego tak uważasz, moje dziecko?
- Bo często mnie wyzywa i krzyczy na mnie.
Pani Borejko uśmiechnęła się lekko i powiedziała do dziewczynki:
- Spokojnie, to jeszcze nie jest dowód braku miłości. Mamy często krzyczą na swoje dzieci i dużo od nich wymagają. Ale przecież nie znaczy to, że nie kochają swoich pociech.
- Moja mnie chyba nie kocha. Ona mnie chyba nienawidzi.
- Niemożliwe.
- Sama mi to powiedziała.
Kobieta spojrzała zdumiona na dziewczynkę. Nie wiedziała, czy ma prawo wierzyć w tę opowieść. W końcu niby jaka matka mówi tak podłe i okrutne słowa do swego ukochanego dziecka? Ona nigdy tak do swoich nie mówiła. Choć rzucała im za to inne słowa, często również bardzo niemiłe. Właściwie, to na tyle niemiłe, że równie dobrze by one mogły być tymi dwoma okrutnymi słowami, które matka Genowefy skierowała w stronę swojej córki.
- Wiesz, kochanie... Dorośli bardzo często mówią w gniewie słowa, których potem żałują - powiedziała po chwili Melania - Ale potem, jak już to sobie dobrze przemyślą, to tego nie tylko żałują, ale i naprawiają.
- Pani nie mówi tak do swoich dzieci?
- Nigdy bym tak źle do nich nie powiedziała.
- A one do pani?
- W życiu.
- To mówi im pani same miłe słowa?
Melania już chciała powiedzieć, że tak, jednak nie umiała tego zrobić, gdyż to byłoby również kłamstwo, tak samo jak to, iż dziewczynce tylko się wydaje i jej nic nie jest. Wiedziała, że nie może tego zrobić, dlatego powiedziała:
- Właściwie, to nie.
Genowefcia spojrzała z uwagą na Melanię i zapytała:
- A dlaczego?
- Bo są na to za duże. Nie mówi się dorosłym córkom, że się je bardzo kocha.
- A dlaczego?
- Bo one są już dorosłe i nie muszą tego słuchać. Poza tym, to nie wypada.
- A dlaczego?
Melania chciała już powiedzieć, że dlatego, iż tak nie wypada, że to kwestia zasad, dobrego wychowania, jak i w ogóle wszystkiego, co trzeba zrobić, jednak z jakiegoś powodu, czując na sobie przenikliwy głos dziewczynki poczuła w sercu, że strasznie głupio brzmi takie tłumaczenie, dlaczego nic nie powiedziała.
- Aha, czyli nie wypada mówić córkom, że się je kocha? - zapytała po chwili Genowefa Pompke.
- Raczej nie - odparła ponuro Melania Borejko.
- A dlaczego?
- Bo one same to nie wiedzą i nie trzeba im tego powtarzać.
- A wypada je przytulać?
- Jeśli ktoś chce, może.
- A całować?
- Tak samo.
- A pani przytula i całuje swoje córki?
- Są na to za duże.
- Dlaczego?
Melania nie wiedziała, co ma odpowiedzieć w tej sprawie. Jak dotąd, każda z odpowiedzi na zadawane pytanie, była czymś łatwym dla Melanii. Po prostu to wszystko tak już było. Nie umiała okazywać córkom wylewnie swoich uczuć, była wobec nich niekiedy nawet zbyt stanowcza, zbyt poważna oraz nazbyt twarda. Nie pamiętała, czy kiedykolwiek je do siebie mocno przytuliła czy pocałowała. Dotąd nie widziała powodów, aby zachowywać się inaczej i być zbyt wylewną. Ale teraz, kiedy ta urocza dziewczynka zadawała jej takie pytania, poczuła się dziwnie i nie była w stanie na to odpowiedzieć.
- Nie wiem. Po prostu, tak jest i już - odparła w końcu.
- A kto tak zdecydował? - pytała dalej Genowefcia.
- Nie wiem.
Dziewczynka westchnęła lekko i odparła:
- Chyba ktoś głupi. Ja bym swoje dzieci codziennie tuliła i całowała.
Melania uśmiechnęła się przyjaźnie i delikatnie pogłaskała dziewczynkę po głowie. Musiała przyznać, że gładzenie jej było dla niej naprawdę przyjemne. Ta mała miała coś w sobie i pani Borejko poczuła w sercu, jak bardzo miło jest ją w taki sposób pieścić i pomyślała, jak bardzo miłe byłoby pieścić swoje dzieci. Jaka szkoda, że są one na to za duże. Chociaż... Czy rzeczywiście? Czy faktycznie były one na takie coś zbyt duże? Czy kiedykolwiek jest się za dużym na to, aby mieć przywilej okazywania miłości przez rodziców?
Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Melania przeprosiła wówczas na chwilę swoją małą rozmówczynię, po czym wyszła z kuchnia, podeszła do drzwi i zaraz je otworzyła. Ledwie to zrobiła, a do mieszkania weszła Gabrysia, wyraźnie bardzo czymś przejęta.
- Co się stało, córeczko? Zabawa u profesora już się skończyła? - zapytała jej matka.
- W pewnym sensie, mamo - odpowiedziała Gabrysia - To straszne. To jest po prostu okropne. Naprawdę okropne.
- Co takiego, Gabrysiu?
- Pamiętasz Ewę Jedwabińską?
- Słabo, ale pamiętam. Taka surowa i poważna.
- No właśnie. Wyobraź sobie, że jej mała córeczka uciekła z domu.
Melania spojrzała zdumiona na Gabrysię, nie wiedząc przez chwilę, co miała odpowiedzieć. Wpatrywała się w nią jednak uważnie i spytała:
- Uciekła z domu? A dlaczego?
- Ewa na nią nakrzyczała, a mała uciekła. Biedne dziecko. Nie wiemy, gdzie ona może być. Podejrzewamy, że mogła schować się w tym domu. W końcu ma tu swoich przyjaciół, braci Ogorzałków. Niestety, u nich jej nie ma. Ale może poszła do kogoś z sąsiadów, którzy nie byli na zabawie? A może poszła gdzie indziej? Nie wiemy, gdzie ona może być. Jeżeli nie ma jej w tym domu, musimy przeszukać całą okolicę.
- Jak wygląda ta mała?
- Taka prześliczna blondyneczka o niebieskich oczkach. Chyba ma ze sobą żółtego pluszowego pieska.
Melania uśmiechnęła się delikatnie. Nie miała już wątpliwości, kim jest jej tajemniczy gość.
- Możliwe, że będę mogła ci pomóc, córeczko - powiedziała.
- W jaki sposób? - spytała Gabrysia.
Kobieta zaprowadziła córkę do kuchni, gdzie wciąż siedziała przy stole jej małą towarzyszka. Gabrysia, gdy tylko ją zobaczyła, westchnęła przerażona, zaraz potem z ulgą i zawołała:
- O Boże, Aurelio! Skąd się tu wzięłaś?! My cię tu szukamy i szukamy, a ty tu siedzisz?!
- Aurelia? - zdziwiła się Melania, patrząc zdumiona na dziewczynkę - To ty nie masz na imię Genowefa?
- Żadna Genowefa. To Aurelia Jedwabińska - odpowiedziała pani Pyziak.
Dziewczynka podbiegła do Gabrysi i wpadła w ramiona młodej kobiety, która bardzo czule ją do siebie przytuliła, mówiąc:
- Twoja mama bardzo się o ciebie niepokoi. Szuka cię.
- Szuka? A dlaczego? - zdziwiła się Aurelia - Przecież ona mnie nie kocha.
- To nieprawda. Powiedziała tak w złości, ale wcale tak nie myśli.
- Ale to powiedziała.
- Ludzie w złości mówią różne rzeczy. Ale to nie znaczy, że tak myślą.
- To samo jej powiedziałam - wtrąciła się Melania.
- No właśnie. Chodź, kochanie. Zaprowadzę cię do mamy - powiedziała do dziewczynki Gabrysia.
- Nie, ja nie chcę do mamy. Ja nie chcę. Ja chcę do Maćka. Do Janeczki. Do Piotrusia. Nie do mamy - dziewczynka miała łzy w oczach, gdy to mówiła - Ja nie chcę do mamy. Ona znowu będzie na mnie krzyczeć. A ja nie chcę, żeby na mnie krzyczała. Ona jest wtedy taka niemiła.
- Kochanie, ona szczerze żałuje tego, co zrobiła.
- Wcale nie! Ona mnie nie kocha! Będzie znowu krzyczeć! Ja nie chcę, ja nie chcę, ja nie chcę!
Dziewczynka rozpłakała się na dobre, więc Gabrysia przytuliła ją mocno do siebie i czule pogłaskała jej główkę.
- No już dobrze, kochanie. No już, wszystko będzie dobrze. Nie bój się, twoja mama już nie będzie na ciebie krzyczeć.
- Będzie. Ona zawsze krzyczy - łkała dalej dziewczynka.
- Spokojnie, nie pozwolimy jej na to. Zabiorę cię teraz do Piotra i Maćka.
- Tak, ja chcę do Maciusia. Zabierz mnie do niego, Gabusiu.
- No dobrze, zaraz cię tam zabiorę.
- Dziękuję.
Po tych słowach, Aurelia odwróciła się do Melanii i powiedziała słodko:
- Dziękuję za rosołek.
- Nie ma za co - odpowiedziała jej czule kobieta - Możesz zawsze śmiało do nas przychodzić na obiadek. Zawsze będzie u nas dla ciebie miejsce.
Gabrysia zadowolona uśmiechnęła się do matki, dostrzegając w niej pewne ciepło, którego wcześniej w ogóle nie dostrzegała, po czym objęła mocno do siebie dziewczynkę, a następnie wzięła ją za rękę i poszła do mieszkania Ogorzałków.
W mieszkaniu czekali już na nią Piotr, Maciek i Kreska, którzy bardzo się o małą Aurelię niepokoili. Teraz, kiedy ją zobaczyli, odetchnęli z ulgą i oczywiście podbiegli do niej, zaczęli ją po kolei ściskać, całować, gładzić po włosach i wołać jeden przed drugiego:
- Aurelio, nareszcie się znalazłaś!
- Gdzie ty byłaś?!
- Dokąd poszłaś?!
- Strasznie się o ciebie martwiliśmy!
Aurelia patrzyła na nich wszystkich z uśmiechem na swojej słodkiej buzi, a w jej sercu pojawiło się ogromne ciepło i radość, bo przecież była pośród przyjaciół, którzy szczerze ją kochali, a prócz tego przejmowali się nią i tym, co mogłoby się jej stać. Poczuła się też nieco głupio, że uciekła i napędziła im wszystkim strachu. Na szczęście przyjaciele nie mieli wcale o to do niej żalu, zamiast tego po prostu ją ściskali, przytulali i niesamowicie cieszyli z tego, że wszystko z nią dobrze.
- Była u mojej mamy - powiedziała Gabrysia do Piotra i reszty - Zjadła u niej rosołek.
- Ojej, musiałaś być bardzo głodna, prawda? - zapytała dziewczynkę z troską w głosie Kreska.
- Tak, byłam głodna - odpowiedziała jej Aurelia.
- I przedstawiła się jako Genowefa Pompke - kontynuowała Gabrysia.
- Pompke? A nie Trompke? - zapytał Maciek, który dobrze pamiętał, jak raz takie właśnie nazwisko podała Matyldzie mała Aurelia.
- Znudziło mi się Trompke - odpowiedziała dziewczynka nieco zadziornym, ale słodkim tonem.
Gabrysia uśmiechnęła się delikatnie, widząc ten piękny dla jej oczu widok, po czym spytała Piotra, czy może skorzystać z jego telefonu. Kiedy zaś mężczyzna wyraził zgodę, podeszła do aparatu, podniosła słuchawkę, wykręciła numer pana profesora i odczekała, aż on odbierze.
- Witam, panie profesorze - powiedziała, gdy usłyszała w słuchawce jego głos - Jest u pana Ewa Jedwabińska?
- Tak, jeszcze jest. Wciąż niepokoi się o córkę - odpowiedział profesor - Czy już ją znaleźliście?
- Tak, jest teraz u Ogorzałków - wyjaśniła Gabrysia - Ewa nie musi się już o nią niepokoić. Wszystko z nią w porządku.
- Doskonale. Powiem jej to zaraz. Dziękuję ci, Gabrysiu - rzekł Dmuchawiec.
- Nie ma za co. Nic takiego nie zrobiłam.
- Jak zwykle się nie doceniasz. Zawsze skromna aż do przesady. Nic się pod tym względem nie zmieniłaś.
Po tych słowach, Dmuchawiec rozłączył się, a Gabrysia odłożyła telefon na aparat i powiedziała:
- Ewa już wie, że Aurelia się znalazła. Nie będzie się tak niepokoić.
Wszyscy potem spojrzeli na Aurelię i zaczęli ją wypytywać, co robiła przed ten czas, kiedy uciekła z domu i dlaczego nie przyszła do nich wcześniej. Mała zaś wyjaśniła im, że najpierw chodziła po okolicach Jeżyc, potem siedziała na ławce, a następnie poszła do Ogorzałków, ale tych nie było w mieszkaniu, bo byli akurat na przyjęciu u Dmuchawca, więc zaczęła pukać do różnych drzwi w kamienicy, ale dopiero Melania Borejko otworzyła jej i wpuściła do środka.
- A smakował ci rosołek u mojej mamy? - zapytała Gabrysia.
- Tak, bardzo dobry - odpowiedziała jej dziewczynka.
- Ale że twoja mama nie poznała Aurelii, to jakoś dziwne - rzekł Piotr.
- To akurat nic niezwykłego - odpowiedziała mu Gabrysia - Moja mama od jakiegoś czasu jest zajęta sama sobą i jakoś nie przejmuje się specjalnie tym, co się wokół niej dzieje. Poza tym nigdy nie widziała Aurelii, a nawet gdyby widziała, to by i tak nie zwróciła na nią większej uwagi.
Chwilę później rozległo się głośne pukanie do drzwi. W sumie nie było to coś na kształt pukania, raczej jak walenie.
- Co się dzieje? Kto mi chce drzwi wywalić?! - zapytał ze złością Piotr.
Podszedł do drzwi i otworzył je, chcąc zapytać, kogo tam niesie, ale zanim zdążył zadać to pytanie, w progu zobaczył wściekłą Ewą Jedwabińską, która zaraz z miejsca zapytała:
- Jest Aurelia?
- Ciebie też miło widzieć - powiedział złośliwie Piotr.
- Nie wygłupiaj się. Pytam, czy jest tu moja córka?
- Jest. Ale mogłabyś nie walić tak w drzwi. Jak je wyważysz, będziesz płacić.
- W porządku, stać mnie na to. Gdzie ona jest?
Piotr ustąpił miejsca kobiecie, a ta wparowała do mieszkania i oczywiście od razu namierzyła Aurelię, która jednak złapała się mocno nóg Gabrysia i schowała za nimi przerażona. A ponieważ Ewa miała na twarzy wymalowaną wściekłość, to jakoś nikt z osób zebranych w mieszkaniu nie był tym zdziwiony.
- Gdzie ty się włóczyłaś, co?! Wiesz, jak się o ciebie niepokoiłam?! Po prostu umierałam ze strachu! Już miałam dzwonić na milicję! Przez ciebie kiedyś jeszcze osiwieję i będzie to twoja wina! Co ty miałaś w głowie, smarkulo?!
- Słuchaj, rozumiem cię, że jesteś zła, ale mimo wszystko to chyba nie jest najlepszy pomysł, aby tak mówić do dziecka - zauważyła Gabrysia.
- Nie wtrącaj się. Sama wiem, jak wychowywać dziecko - powiedziała ostro do niej Ewa - Dość już tego dobrego, moja panno. Idziemy do domu i bez dyskusji.
To mówiąc, Ewa złapała Aurelię za rękę i próbowała ją odciągnąć od Gabrysi. Dziewczynka jednak zaparła się mocno nogami i nie chciała z nią iść. Kobieta była wściekła, gdy to zobaczyła i jeszcze mocniej zaczęła ciągnąć Aurelię za rękę, ta jednak zaparła się mocno nogami i zawołała:
- Nie chcę, nie pójdę!
- Aurelia, dość tych scen. Idziemy do domu!
- Nie, nie idę!
- Masz natychmiast iść do domu!
- Nie, nie pójdę!
W końcu Aurelia wyrwała się z uścisku matki, po czym podbiegła do Maćka, bardzo mocno obejmując go za nogi. Chłopak wzruszony ukucnął przy niej, po czym wziął ją na ręce, a ona zarzuciła mu rączki na szyję i przytuliła się do niego jeszcze mocniej. Kreska wzruszona podeszła do Maćka i pogłaskała dziewczynkę po głowie. Ewa zaś patrzyła w szoku na ten widok. Nie mogła w to uwierzyć. Jak to? Jej własne dziecko woli tulić się do obcego chłopaka niż do niej? To się jej po prostu nie mieściło w głowie.
- Aurelio... - jęknęła zaszokowana, nie potrafiąc nic innego z siebie wydobyć.
- Wybacz, Ewka, ale jak widzisz, twoje metody wychowawcze nie są jakoś najlepsze - powiedział nie bez złośliwości Piotr.
- Mądrala się znalazł - mruknęła ze złością Ewa - Ciekawa jestem, jak sobie poradzisz, jak sam będziesz ojcem, o ile oczywiście jakaś kobieta cię zechce, bo bez tego możesz sobie pomarzyć o dzieciach.
- Na pewno jakaś go zechce - wystąpiła w jego obronie Gabrysia - A ty lepiej teraz zrobisz, jak dasz Aurelii odpocząć. Dość dzisiaj już na nią krzyczałaś.
- Zajmij się swoją córką, a nie pouczaj mnie w kwestii wychowywania mego własnego dziecka - odparła ze złością Jedwabińska.
Podeszła do Maćka i próbowała od niego odebrać Aurelię, ale dziewczynka nie chciała z nią iść, tylko dziko wtuliła swój policzek w policzek Maćka. Maciek również jakoś nie palił się do tego, aby oddawać dziewczynkę jej wściekłej matce. Kreska do tego stanęła obok niego, złapała go za ramię i powiedziała stanowczo:
- Lepiej niech pani sobie pójdzie.
- Właśnie, potem odstawimy Aurelię do domu - dodał Maciek - Ale na razie ona musi odpocząć i pani chyba też.
- Właśnie, pora już na ciebie - powiedział stanowczo Piotr.
Ewa jęknęła lekko, westchnęła głęboko i popatrzyła ze złością na Aurelię, po czym wysyczała:
- Niewdzięczne dziecko. Tyle dla ciebie robię, a ty mi tak?
- A co dla niej niby robisz? - zapytał ze złością Piotr - Krzyczysz, wyzywasz o byle co i wyżywasz się na niej za każdy problem, który cię spotyka? O tak, to fakt. To masz rację. Rzeczywiście bardzo wiele dla niej robisz.
Gabrysia widząc, że Ewa już kipi ze złości i za chwilę wybuchnie niczym Etna, przejęła inicjatywę i powiedziała:
- Lepiej już idź do domu. Odprowadzimy potem Aurelię. Albo wieczorem, albo jutro rano. Ale teraz już lepiej idź. Obie musicie ochłonąć.
Ewa widziała, że nic nie zdziała, więc tylko załamana machnęła rękami, po czym rzekła ze złością:
- Wszyscy tu powariowali. Wszyscy, bez wyjątku.
Po tych słowach wyszła z mieszkania Ogorzałków, dziko trzaskając za sobą drzwiami.
- Ale charakterek - powiedział Maciek.
- Nic dziwnego, przy takim mężu - wtrącił Piotr - Nie dziwię się, że dostaje tak często szału. Tylko jej współczuć.
- Ja to bym raczej współczuła jej mężowi - zauważyła Kreska - Taką kobietę mieć na co dzień w domu? Taką nerwową i nieprzyjemną?
- Oboje są siebie warci - zauważyła Gabrysia - Ewa już w latach szkolnych była nielubiana, zawsze taka wyniosła i dumna, zawsze tylko z nosem w książkach i zawsze chciała błyszczeć wiedzą i intelektem.
- A co w tym złego? - zapytał Piotr.
- Nic, oczywiście pod warunkiem, że nie robisz tego wszystkiego tylko po to, aby okazać innym swoją wyższość intelektualną. Bo wtedy to nie jest już miłość do wiedzy, a jedynie pycha. Pycha typowa dla osób zakompleksionych. Musiała mieć kiepskie dzieciństwo.
- Po co teraz to rozgrzebywać? Jakie to ma znaczenie, jaka ona była kiedyś? Ważne, jaka ona jest teraz. A taka, jaka jest teraz, to po prostu... Wiedźma z miotłą to przy niej dobra wróżka.
- Lepiej połóżmy Aurelię spać, powinna odpocząć po tych wszystkich dzikich wrażeniach, jakie ją dziś spotkały - zaproponowała Gabrysia - Poza tym dziecko nie powinno słuchać, jak obrażamy jego matkę.
Maciek i Kreska poszli więc do pokoju Maćka, położyli tam Aurelię na łóżku i zdjęli jej buciki, a potem przykryli kołdrą i dziewczynka dość szybko zasnęła. Jej przyjaciele zaś po cichu wyszli z pokoju i ostrożnie zamknęli za sobą drzwi.
- Mała zasnęła - powiedział Maciek.
- To był dla niej dzień pełen wrażeń - dodała Kreska.
- Oj tak, przy takich rodzicach, to nic dziwnego - powiedział złośliwie Piotr - Jedno warte drugiego. Nie wiem, co jeszcze ich trzyma przy sobie. Chyba tylko ta mała. No i wzajemna złość na siebie.
- Tak to niekiedy bywa w dobie robienia kariery - odparła smutno Gabrysia - Gonią za karierą, za sławą, za chęcią zdobyciu dobrobytu dla siebie i bliskich. Nie mówię, że to jest złe, ale jeżeli przybiera to cechy patologiczne, to wtedy...
- To wtedy mamy to, co mamy - dokończył ponuro Maciek - Pogoń za złotym cielcem i zapominanie o dawnych marzeniach.
Po tych słowach zacytował:

W żałobnym chłodzie znanych ust
Szukamy pocieszenia.
Słuchając, jak nam stygnie puls
I mylą się znaczenia.


Gabrysia i Kreska uśmiechnęły się delikatnie, bo od razu rozpoznały fragment piosenki „Gaj” w wykonaniu Marka Grechuty i Maryli Rodowicz.
- Ale z ciebie romantyk - powiedziała Kreska.
- Tak, to w tobie głęboko siedzi - dodała Gabrysia.
- Co w nim siedzi? - zapytał Piotr.
- Romantyzm, mój drogi. Romantyzm - odpowiedziała mu czule Gabrysia ze słodkim uśmiechem na twarzy.
- Ach, to Amerykę odkryłaś - zachichotał Piotr - Ja to wiem nie od dzisiaj. Mój młodszy brat to niepoprawny romantyk.
- Sam taki byłeś w moim wieku - zauważył Maciek.
- Tak, ale dorosłem i zmądrzałem - odparł na to Piotr.
- Zmądrzałeś, bo straciłeś pracę i środki utrzymania. Każdy mądrzeje w takiej sytuacji. To nie jest jakieś wielkie dokonanie.
- Młody, a w dziób chcesz dostać?
- A skąd znasz tę piosenkę? - zapytała Kreska.
- Nasza mama bardzo ją lubiła - odpowiedziała Maciek i parsknął śmiechem - Pamiętam, jak katowała tym ojca, puszczając tę piosenkę nawet po kilka godzin dziennie.
- A pamiętasz, jak dalej to szło? - spytała Gabrysia.
- Oczywiście, że tak - stwierdził Maciek.
Po czym zacytował:

Dopóki demon smutku śpi,
Niech żyją młode żądze.
Dopóki życie w nas się tli,
Dopóki są pieniądze.


- Strasznie dużo tego „dopóki” w tej piosence - wtrącił złośliwie Piotr - Ta cała Osiecka się nie postarała. Mogłaby pisać lepsze teksty. Chociaż i tak to lepsza piosenka od tego durnego utworu, żeby wsiadać do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż ani bilet i ściskać w ręku jakiś zielony kamyk. Wiecie co? Jakbym ja tak wsiadł do pociągu, to nie dość, żeby mnie z niego wywalili, to jeszcze bym musiał karę zapłacić.
- Ale ta piosenka nie jest Osieckiej - zauważyła Gabrysia.
- Nie, ale zdaje się, że ją poprawiła i wcisnęła ten kiepski kawałek o zielonym kamyku - mruknął Piotr - A w ogóle, to gdzie ona widziała kamyk zielony?
- Przecież to tylko metafora.
- Nie lubię metafor. Są głupie i zawsze kamuflują prawdziwe uczucia. Ja tam wolę mówić wprost, co myślę. Kawa na ławę.
Gabrysia westchnęła głęboko, spojrzała w kierunku okna i poczuła, że sama by chciała teraz wziąć do pociągu byle jakiego i odjechać od wszystkich swoich problemów.

poniedziałek, 12 lipca 2021

Rozdział XXXI

Rozdział XXXI

Ucieczka Aurelii

Aby zrozumieć, co się stało i dlaczego Ewcia Sopel wparowała niczym burza na przyjęcie profesora Dmuchawca z tak ponurą wiadomością, musimy cofnąć się nieco w czasie i wyjaśnić, co do tego wszystkiego doprowadziło. Jest to niezbędne do przedstawienia całej opowieści w taki sposób, aby nie pozostało w niej żadnej rzeczy niedomówionej i niezrozumiałej dla czytelników.
Aurelia tego dnia, kiedy miała się odbyć zabawa u pana profesora, nie miała powodów do radości. Nie mogła tym razem pójść do Maćka i Piotra, ponieważ jej rodzice byli wówczas w domu i mogli się nią opiekować, co dziewczynka powitała z wyraźną niechęcią, chociaż próbowała to ukryć. W końcu jej rodzice byli tak zapracowani, że nie mieli dla niej czasu i nie angażowali się specjalnie w opiekę nad nią. Z tego też powodu urocza ta dziewuszka nie miała z nimi takich relacji, jakie dzieci powinny mieć z kochającymi ich rodzicami. Nie czuła też potrzeby posiadania takowych. Była szczęśliwa spędzając czas z braćmi Ogorzałko, a także z Kreską i Gabrysią i nie potrzebowała innego szczęścia. Najchętniej by z nimi zamieszkała, gdyby to było możliwe. Niestety, nie było i dobrze o tym wiedziała, dlatego z bólem serca przyjmowała każdy powrót do domu, gdzie nie czuła się dobrze. Trudno zresztą, aby się czuła dobrze w domu, który był niemalże sterylnie wyczyszczony, pomalowany na kolory niewesołe i mało przyjemne. Dodatkowo również panowały tutaj okropne zasady. Aurelii nie wolno było biegać, krzyczeć, śmiać się głośno ani robić nic z tego, co zwykle robią dzieci, gdy się dobrze bawią, ponieważ matka strasznie się denerwowała, kiedy takie coś miało miejsce i nie życzyła sobie tego, ponieważ po pracy zawsze chce odpocząć, a co za tym idzie, musi mieć ciszę i spokój. Dodatkowo jeszcze Aurelii nie wolno było, pod groźbą surowej kary, dotykać ścian, bo jeszcze je pobrudzi, a nie po to jej mama tak się namęczyła, aby te ściany pięknie pomalować i dobrać do nich właściwe kolory, żeby jej córka je brudziła. Aurelia więc miała naprawdę olbrzymie ograniczenia w sprawie zabawy w swoim domu. Dlatego tak się cieszyła, kiedy to przebywała u braci Ogorzałków i mogła być całkiem swobodna.
Oczywiście Ewa Jedwabińska nie była zadowolona z tego powodu, że jej dziecko musi przebywać właśnie u Ogorzałków. Wolałaby ona raczej pozostawiać je pod opieką kogoś mądrego, dojrzałego oraz stanowczego, który by zadbał o to, aby Aurelia spędzała czas na mądrych zabawach, podczas których by się mogła czegoś nauczyć. Niestety, jedyna taka osoba, czyli sąsiadka pomagająca im w opiece nad domem, a także czasami u nich sprzątała i gotowała, wyjechała jakiś czas temu do swojej córki, która urodziła dziecko oraz potrzebowała pomocy przy nim. Dlatego też nie było w okolicy nikogo bardziej odpowiedniego do opieki nad Aurelią i musiała pozostawiać ją pod opieką Ogorzałków, których jej mąż i ona znali od dawna. Poza tym jej mąż był zdania, że Piotr Ogorzałko, pomimo swoich wad, jest osobą nad wyraz odpowiedzialną i jeżeli weźmie pod opiekę dziecko, to na pewno dobrze się nim zajmie. Za tą decyzją opinią przemawiał również fakt, że Eugeniusz znał już Piotra od dawna i mógł powiedzieć to wszystko z własnego doświadczenia. Ewa oczywiście nie była tak bardzo do tego przekonana, jednak do kogo innego miała zawieść swoje dziecko? Do Gabrysi, której nigdy nie lubiła i która miała matkę wiecznie użalająca się nad sobą? O nie, jej nigdy w życiu by nie powierzyła. To już lepiej niech siedzi u Ogorzałków. Mimo wszystko nie popierała tego, że zarówno Piotr, jak i Maciek za bardzo rozpieszczają jej córkę, wskutek czego potem ta nie umie dostosować się do zasad panujących w tym domu. To było szczególnie dla Ewci Sopel solą w oku.
Większym jednak problemem dla pani Jedwabińskiej było zachowanie jej męża. Na ostatnim przyjęciu zbyt ostentacyjnie wpatrywał się w żonę swego szefa, podziwiając jej urodę, a zwłaszcza ogromny dekolt, którym kobieta szpanowała i chyba celowo robiła wszystko, aby mężczyźni wariowali z jego powodu. I robili to dosłownie wszyscy, również Eugeniusz, co Ewie wydawało się nad wyraz ohydne i niesmaczne jednocześnie. Dlatego teraz, kiedy miała już ku temu okazję, od razu zrzuciła z siebie to, co miała mu do zarzucenia:
- Jesteś po prostu żałosny! Ożeniłeś się z kobietą na poziomie, a imponuje ci jakaś idiotka z wielkim biustem?!
- Kochanie, daj spokój. Jakie znowu imponuje? Przecież ona wcale mi nie imponuje - tłumaczył się Eugeniusz Jedwabiński - Po prostu mi się lekko podoba, bo to ładna kobieta. Ale nic więcej.
- Ładna, też mi coś! Zwykła pusta rura, zepsuta nadmiernym powodzeniem, do którego zresztą wszystkich wokół zachęca.
- Kochanie, odnoszę wrażenie, że lekko jej zazdrościsz.
- Ja? Jej? Chyba kpisz! A niby czego miałabym jej zazdrościć? Poza tym, to nie o to chodzi, tylko o zasady. Jesteś moim mężem i to na mnie powinna skupiać się cała twoja uwaga.
- Przesadzasz, kochanie. Nie mogę zaniedbywać żony szefa, bo jeszcze on się obrazi i co wtedy? Jeszcze wyrzuci mnie z pracy, a do tego nie mogę dopuścić.
- Wolałabym już, abyś stracił pracę, niż żebyś miał mnie zdradzać.
- Co ty wygadujesz? Przecież patrzenie na piękne kobiety jeszcze nie musi od razu prowadzić do zdrady.
- Ale u ciebie chyba tak. Ty zawsze chciałeś mnie zdradzić, przyznaj się!
To mówiąc, Ewa uderzyła dłonią w tors męża, który stracił od razu swój jakże beztroski ton. Próbował on wcześniej tym tonem jakoś uspokoić kobietę, ale teraz widząc, że nic to nie daje, dostał szału i postanowił odpowiedzieć ciosem na cios.
- Przestań wreszcie, kobieto, wygadywać takie brednie! - krzyknął ze złością - Dotąd cię nie zdradzałem i nie wiem, czy to nie był błąd.
- A więc jednak! A więc jednak o tym marzysz! Przyznaj się! Marzysz o tym, żeby tylko wskoczyć jej do łóżka! Przyznaj się!
- Lecz się, kobieto! Ta twoja zazdrość kiedyś cię zabije!
- A może ty mnie chcesz zabić, co?! Może marzysz tylko o tym, aby się mnie pozbyć i wprowadzić tutaj do domu jakąś żałosną blondynę z wielkim biustem, która będzie lepsza we wszystkim ode mnie?! Może tylko czekasz na okazję?!
Eugeniusz popatrzył na żonę jak na wariatkę, nie wiedząc przez chwilę, co ma powiedzieć. Potem jednak, kiedy nabrał powietrza w płuca, rzucił:
- Jesteś walnięta i to zdrowo!
Po tych słowach złapał za letni płaszcz i skierował się ku wyjściu.
- Gdzie idziesz?! Obiad zaraz będzie! - zawołała za nim żona.
- Zjem na mieście! Przynajmniej nie będzie przesolone! - odkrzyknął jej mąż.
Po tych słowach wyszedł z domu, trzaskając demonstracyjnie drzwiami. Ewa zaś opadła na krzesło i zaczęła płakać. Czuła się bezsilna i wykończona, ale też nie umiała długo się nad sobą użalać. Zawsze jej powtarzano, że musi być silna, że musi zawsze twardo stąpać po ziemi i nie dać się złamać, że nie wolno bawić się w czułe emocje, bo one osłabiają człowieka. Sama nie zaznała tych uczuć od swoich rodziców, nie umiała więc okazywać ich Aurelii ani mężowi. Kochała ich, ale też jakoś bez żadnej większej czułości z jej strony. Nie znała jej i chyba nie umiała w żaden sposób przekonać się do tego, aby się tej czułości nauczyć. Uważała, że musi po prostu być dobrą żoną i wymagającą matką, która będzie dbała o to, aby jej dziecku niczego nie brakowało, aby w domu wszystko było jak należy i aby mąż nie miał powodów do narzekania. Tymczasem nic z tego jej się nie udawało, bo mąż narzekał, córka nie umiała rozwijać się tak intelektualnie, jakby matka tego chciała, a ona sama też w swoim domu czuła się chwilami jak w więzieniu. I to w takim więzieniu, które sama sobie zbudowała. Wiedziała, że w jej domu nie jest najlepiej, ale nie rozumiała, dlaczego tak jest. Przecież ona tak się starała, tak się ciągle męczyła, a mimo to nie umiała stworzyć takiej atmosfery, jaka w domu być powinna, aby chciało się do tego domu wracać. Dlatego Ewa nie wracała chętnie do domu. Chociaż w pracy też niezbyt dobrze jej się żyło i chwilami czuła się tak, jakby przechodziła z jednego więzienia do drugiego, gdy szła z domu do pracy i z powrotem. Swojej winy jednak w tym wszystkim nie dostrzegała, czy może raczej nie chciała dostrzec. Według własnej opinii robiła wszystko tak, jak należy, a to jej bliscy nie umieli tego docenić. Zwłaszcza mąż. Aurelia może jeszcze zasługuje na wyrozumiałość, w końcu to tylko głupi dzieciak, ale Eugeniusz...
Ewa powoli wyrwała się z rozmyślań i przypomniała sobie, że jej obiad zaraz będzie gotowy, a właściwie jeszcze chwila i się spali na gazie. Szybko więc ruszyła do kuchni, wyłączyła gaz i zdjęła z gazówki garnek. Chwilę później podniosła z niego pokrywkę, po czym odkryła, że zupa nie spaliła się, a nawet była w sam raz do jedzenia. Powinien więc im smakować.
- Aurelia! Chodź, obiad jest gotowy! - zawołała, kiedy nakładała do stołu.
Dziewczynka przyszła posłusznie, jednak miała na twarzy jakąś smutną minę. Widać było, że słyszała kłótnię rodziców i nie jest z niej zadowolona. Miała na swej delikatnej i słodkiej buźce wymalowany żal, który kierowała do Ewy. Ta zaś to wyczuła i poczuła się oburzona. Jakim prawem Aurelia do niej pretensje o to, co zaszło? Przecież to Eugeniusz był wszystkiemu winien, to on sprawił, że ona krzyczała, że musiała krzyczeć, aby wyrazić w pełni swoje oburzenie, a teraz ta mała obwinia ją o wszystko? To szczyt bezczelności. Poza tym, bez niej ten dom by się już dawno rozleciał na kawałki. To ona przecież sprawiała, że wszystko tutaj miało swoje miejsce i wszystko jakoś funkcjonowało. To dzięki niej mogli żyć tak, że wielu mogłoby im tylko pozazdrościć, a ta jeszcze nie jest za to wdzięczna? To już jest brak szacunku. A przecież każde dziecko powinno szanować swego rodzica i to nie tylko z powodu jego umiejętności bycia dobrym rodziców. Nie, przede wszystkim za to, że jest rodzicem, że spłodził bądź urodził i wychowuje, chociaż też równie dobrze mógłby porzucić na ulicy lub w domu dziecka. Już za samo to, że ktoś zgadza się wychowywać dziecko należy mu się szacunek od tego dziecka i tylko niewdzięczny bachor pokroju Aurelii mógł tego nie rozumieć. Ale to jest na pewno wina tego głupiego Maćka Ogorzałki. Ewa zawsze wiedziała, że coś z nim nie tak. Jego rodzice wywrotowcy siedzieli w więzieniu, on zaś jawnie okazywał jej pogardę na lekcjach, więc na pewno wsadził do głowy Aurelii takie rzeczy, z powodu których dziewczynka nie umie teraz szanować swojej własnej matki, a ta przecież zasługuje na szacunek. Zasługuje na niego, bo jest jej matką, bo się nią zajmuje od jej najmłodszych lat, bo pracuje jako nauczycielka próbująca wbić do głowy swoich tępych uczniów jakąś wiedzę. Czy to nie są wystarczające powody, aby kogoś szanować? Zresztą, co to znaczy, że trzeba mieć powody do szacunku? Człowiek, który piastuje stanowisko odpowiednie do tego, aby uznać go za jakiś autorytet w danej sprawie, jest autorytetem automatycznie, choćby z powodu tego oto stanowiska. Człowiek ten, poprzez swój urząd, staje się wręcz automatycznie dla innych ludzi autorytetem i nie musi się starać o to, aby go szanowano. Każdy go szanuje przez wzgląd na to, kim jest. A ona jest matką i nauczycielką. Czy to mało, aby cieszyć się autorytetem?
- Nie patrz na mnie takim wzrokiem - powiedziała ze złością do córki - Wiesz dobrze, że to mnie denerwuje.
- Tatusia nie ma? - zapytała Aurelia, wyraźnie lekceważąc jej słowa.
- A widzisz go tutaj? - warknęła w jej kierunku Ewa.
Wzmianka o ojcu doprowadziła ją do jeszcze większej złości, nad którą z trudem zapanowała.
- Ojciec zje na mieście. Dzisiaj zjemy sami. Siadaj i nie narzekaj. Ciesz się, że w ogóle mamy co jeść.
Po tych słowach, nalała Aurelii na talerz kilka łyżek rosołu, a potem sama go sobie też nalała. Dziewczynka usiadła przy stole, a ona obok niej i zaczęła powoli jeść. Musiała przyznać, że tym razem rosół wyszedł jej całkiem nieźle. No, może był nieco za pieprzny, ale i tak to lepiej niż za ostra pomidorowa.
- No jedz, co się patrzysz? - zapytała z lekką niechęcią Ewa.
- Nie smakuje mi - powiedziała Aurelia.
- Dlaczego?
- Bo nie ma taty. Ja bym chciała jeść z tatą.
- Mówiłam ci, że tata zje dzisiaj na mieście. Jedz i nie grymaś.
Dziewczyna zaczęła mieszać łyżką w zawartości talerza, jednak widać było aż nadto wyraźnie, że jakoś nie pali się do jedzenia.
- Jedz, co się gapisz?! - warknęła ze złością Ewa.
- Ale to jest niesmaczne - odpowiedziała Aurelia.
- To nie jedz wcale! Zdechnij z głodu najlepiej! Przynajmniej będzie wreszcie spokój w tym domu! - wrzasnęła na nią matka, nie wytrzymując nerwowo.
To mówiąc, złapała mocno talerz córki i pociągnęła go w swoją stronę tak gwałtownie, że prawie cała jego zawartość rozlała się po stole, co też oczywiście jeszcze bardziej zdenerwowało kobietę.
- I widzisz, co narobiłaś?! - wrzasnęła Ewa - Zawsze przez ciebie są tu jakieś problemy!
Aurelia poczuła, że w jej oczach szklą się łzy. Przerażona zachowaniem matki odskoczyła od stołu i pobiegła do swojego pokoju.
- AURELIA! - wrzasnęła wściekle Jedwabińska.
Poszła za córką do pokoju i zobaczyła, że dziewczynka siedzi na łóżku i dziko płacze, przyciskając mocno do piersi pluszowego pieska, swoją ulubioną maskotkę i zarazem prezent od ojca. Ten widok jeszcze bardziej rozjuszył kobietę. Ten głupi baran, jej mąż, robił same problemy, wiecznie ciągał ją na jakieś polowanie, bale i inne imprezy firmowe, córką zajmował się jak tresowaną małpką, ucząc ją jakiś głupich wierszyków na popis przed szefem i tyle ograniczało się jego ojcostwo, a mimo to Aurelia kochała go bardziej niż ją? Matkę, która codziennie starała się, aby miała wszystko, co najlepsze? To już przelało czarę goryczy.
- Aurelia, masz natychmiast wrócić do salonu i posprzątać po sobie! - rzekła spokojnym, ale stanowczym tonem.
Dziewczynka nie zareagowała na to, tylko tuliła do siebie pieska i dalej roniła łzy z oczu.
- Głucha jesteś?! Powiedziałam, że masz iść do kuchni i po sobie posprzątać! - krzyknęła Ewa na córkę.
Ta jednak znowu nie zareagowała, tylko tuliła dalej do siebie maskotkę. Tego już było dla kobiety za wiele. Podeszła do Aurelii i wyrwała jej pieska z rąk.
- Nie, zostaw! - krzyknęła przerażona dziewczynka.
Matka jednak nie miała litości dla nieposłusznego dziecka. Otworzyła okno i wyrzuciła przez nie pluszaka.
- To cię nauczy szacunku do matki! - zawołała.
Po tych słowach złapała ją za rękę i pociągnęła w kierunku salonu. Aurelia jednak wyrwała się jej i zawołała:
- NIE!
- Ty niewdzięczny bachorze! - wrzasnęła Ewa, nie panując już nad sobą - Tyle robię dla ciebie i twojego nic nie wartego ojca, a wy tak mi się odpłacacie!
- Nienawidzę cię! Krzywdzisz mnie i tatusia! - krzyknęła Aurelia.
- Ja też cię nienawidzę! Ty i twój tatuś zniszczyliście mi życie i niszczycie je cały czas! Przez was jestem nieszczęśliwa! - odkrzyknęła jej Ewa.
Aurelia poczuła, że serce jej pęka z bólu. Ruszyła biegiem w kierunku drzwi i wybiegła przez nie na korytarz. Ewa nawet nie zamierzała jej zatrzymywać. Tylko zasłoniła sobie dłonią oczy i zaczęła płakać. Załamana nie wiedziała, co ma teraz zrobić. Tyle nieszczęść na nią spadło i jeszcze ta głupia smarkula jej dokładała nowych. To się po prostu nie mieściło jej w głowie. Wszystko na nią spadało i to w tej samej chwili. Mąż i córka chyba uwzięli się na nią i postanowili ją zniszczyć. Na męża, co prawda nie miała żadnego wpływu, ale na córkę i owszem. Chciała ją wychować w taki sposób, aby szanowała rodziców, a już zwłaszcza ją. To przecież wiadomo i to nie od dziś, że stosunek dziecka do rodziców jest niezwykle ważnym elementem struktury psychicznej człowieka. A jakiż to Aurelia miała stosunek do swoich rodziców? Jedna wielka niewdzięczność, a wszystko dlatego, że ten głupi Maciek i jego starszy brat rozpieszczali tę małą zanadto i zrobili jej wodę z mózgu i przez to nie umiała ona uszanować tej jakże dla tego domu ważnej dyscypliny, którą to Ewa próbowała wprowadzić.
- Głupia smarkula... Głupia smarkula... - powtarzała ze złością.
Próbowała wytrzeć zupę ze stołu, ale kiepsko jej szło, gdyż robiła to bardzo powoli i bez pośpiechu, roniąc powoli łzy. Czekała i nasłuchiwała, czy Aurelia nie wraca, ale nie następowało to. Wracała więc stopniowo do pracy, jednak po głowie wciąż chodziły jej słowa: „Głupia smarkula. Niewdzięczny bachor”.
- Głupia smarkula. Niewdzięczny bachor! Tyle dla ciebie poświęciłam, a ty mi się tak odpłacasz?
Słowa te w głowie Ewy wypowiedział jakiś obcy głos, którego tak długo już nie słyszała, że przez chwilę nie zdołała go poznać. Po chwili jednak przypomniała sobie, do kogo on należał. Do jej matki. Do najgorszej i chyba najbardziej żałosnej kobiety, jaka kiedykolwiek chodziła po tej ziemi.
- Tyle dla ciebie poświęciłam, a ty mi się tak odpłacasz?! - krzyczała ona do małej Ewy, która stała przed nią załamana, przyciskając mocno do piersi swojego pluszowego króliczka - Jak mogłaś mi zrobić coś takiego? Jak mogłaś zadzwonić na milicję?!
- Ale mamusiu, przecież on cię bił! - odpowiedziała załamanym głosem Ewa, łykając własne łzy, ściekające jej strumieniami po policzkach.
- Wcale nie! Może raz, bo się na niego pyskowałam! Ale to nie znaczy, że ty masz prawo robić mi takie rzeczy! Chcesz, żeby sąsiedzi wytykali nas palcami?! Chcesz, żebym stała się pośmiewiskiem?! W naszej rodzinie nikt nigdy nie miał problemów z prawem! Zniszczyłaś nas, głupia mała suko!
Ewa doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że matka miała rację. Przecież ojciec wiele razy już pił i wracał do domu pijany. Nie było w tym niczego takiego, co by kwalifikowało się pod paragraf. Nawet to, że często wtedy kłócił się z mamą i ją parę razy uderzył, choć przykre, nie było wcale czymś niezwykłym. Ewa miała takie widoki bardzo często w domu. Mimo to, tym razem z jakiegoś powodu nie była w stanie wytrzymać. Zadzwoniła na milicję. Mama oczywiście, kiedy tylko się funkcjonariusze zjawili, zaprzeczyła wszystkiemu i twierdziła, że nikt jej wcale nie uderzył, a ta mała suka, jej córka, po prostu kłamie, bo tatuś odmówił pójścia z nią do kina na jakąś bajkę o Bolku i Lolku. Milicja jednak nie uwierzyła w to, a już zwłaszcza po tym, jak zobaczyli pijanego ojca Ewy, który patrzył na nich wściekle i gdy chcieli go przesłuchać, rzucił się na nich z pięściami. To wszystko sprawiło, że został aresztowany, a matka miała o to żal do Ewy.
- Przez ciebie teraz nie będzie ojca w domu, bo czeka go proces i na pewno go skażą! Tego chciałaś?! Pomyślałaś o tym przez chwilę, ty tępy tłuku?!
Ewa nic nie odpowiedziała, tylko tuliła do siebie maskotkę. Matka, widząc to, wyrwała jej pluszowego króliczka z rąk i powiedziała:
- Dość tego. Teraz będziesz miała nauczkę na przyszłość, żeby nie wtrącać się w sprawy dorosłych.
I ku przerażeniu Ewy, wrzuciła maskotkę do kominka, w którym właśnie się palił ogień. Dziewczynka krzyknęła przerażona i próbowała ratować pluszaka, ale matka złapała ją za rękę i dała jej w twarz z całej siły.
- Nie waż się go dotykać. Nie będziesz miała więcej żadnych maskotek! Sama tego chciałaś! Pora rozpocząć dorosłe życie! Byłaś na tyle dorosła, aby dzwonić na milicję, to teraz idziesz na komisariat i odszczekasz to wszystko! A jak nie, to nie masz tu już czego szukać!
Ewa popatrzyła na nią załamana, a potem rzuciła wzrokiem w kierunku już resztek swego pluszaka, które powoli trawił ogień. Czuła, że w tamtej chwili cały świat się jej zawalił.
Oczywiście odwołanie zeznań córki nic nie dało. Ojciec Ewy poszedł mimo wszystko do więzienia za przemoc domową oraz napaść na funkcjonariuszy milicji obywatelskiej. Matka znienawidziła po tym córkę, co jakiś czas powtarzając jej te brutalne słowa:
- I widzisz, co narobiłaś? Zawsze są tu przez ciebie jakieś problemy!
Ojciec oczywiście wrócił z więzienia, ale nie zamierzał utrzymywać kontaktu z rodziną. Obwiniał ich za wszystko, co się stało. Żonę, że go sprowokowała do tego, aby ją uderzył, a córkę, że zadzwoniła na milicję, gdy to zobaczyła. Siebie nie obwiniał o nic. Bo cóż w tym niby takiego, że wypił sobie i uderzył tę głupią babę, gdy się na niego pyskowała? Zasłużyła sobie na to. Bo on ma prawo pić, ile tylko chce, a ona nie ma prawa mu tego odmawiać. A w ogóle, to one są na jego łasce i się ośmielają na milicję go podawać? Przez nie siedział w więzieniu. Nie zasłużył na taki los. Musiał je więc ukarać. I odszedł. Matka zaś po tym wszystkim załamała się i próbowała go odzyskać, bezskutecznie. Obwiniała o wszystko Ewę. Ukarała ją w dotkliwy sposób. Nigdy więcej się do niej nie odezwała. Może tylko od czasu do czasu, gdy podawała jej posiłek lub gdy poczuła ochotę na to, aby na nią sobie ponarzekać. Robiła to jednak rzadko. Więcej bowiem karała ją swoim milczeniem i udawaniem, że jej nie widzi. Dawała jej jedzenie, kupowała nowe ciuchy, ale też nie robiła nic innego. Zaspokajała podstawowe potrzeby dziecka tylko z powodu jakiegoś poczucia odpowiedzialności i niczego innego. Ewa to czuła i zrozumiała, że jest zdana tylko na siebie.
Teraz też była zdana. Powróciła ze świata wspomnień do teraźniejszości, ale głos matki jeszcze przez długi czas ją dręczył i nie dawał spokoju. Ewa skończyła wycierać ze stołu plamę po rosole i poszła wymyć ręcznik, którego użyła do tej czynności. Robią to, niechcący zraniła się w rękę. Poszła więc do łazienki, aby tam opatrzyć ją sobie za pomocą domowej apteczki. Gdy to robiła, spojrzała w lustro, ale zamiast zobaczyć swojego odbicia, zobaczyła odbicie twarzy swojej matki, która powiedziała do niej:
- I jak ci się żyje, stając się tym, co nienawidzisz? Jesteś teraz mną, córeczko. Stałaś się taka, jak ja. Moja zemsta się dokonała. Poczujesz teraz, jak to jest stracić kogoś, kogo kochasz.
- Ja nie jestem tobą - wyszeptała ze złością Ewa - Ja nie jestem tobą, słyszysz mnie?! JA NIE JESTEM TOBĄ!
Ostatnie słowa wywrzeszczała, a wówczas ocknęła się z tego amoku, w który popadła i zorientowała się, że w lustrze widzi jedynie własne odbicie. Wszystko, co widziała i słyszała przed chwilą, było tylko złudzeniem, któremu ona uległa, a to przez ten stres, w który wpędziła ją ta głupia smarkula. Już ona jej pokaże, jak tylko wróci do domu. A na razie musi wziąć coś na uspokojenie.
Jak postanowiła, tak zrobiła i wzięła kilka leków, aby ukoić swoje nerwy, co nastąpiło w ciągu najbliższej godziny. Spędziła ją w swoim pokoju, leżąc i chyba nawet przysypiając. Kiedy się w końcu ocknęła, było już po wszystkim. Nerwy się jej uspokoiły, a ona sama poczuła się znacznie silniejsza. Niestety, Aurelii wciąż nie było w domu. Ewa dopiero teraz wówczas się z tego powodu niepokoić. Co prawda córka ją strasznie zdenerwowała, ale to nie oznaczało przecież, że życzyła jej źle. Poczuła więc, że musi ją odnaleźć, a potem przykładnie ukarać za to, iż doprowadziła ją do takiego stanu.
W głębi serca wiedziała, że nie Aurelia jest winna temu, co się stało, jednak jej duma osobista, połączona ze strachem przed tym, co zobaczyła w formie wizji lustrzanej, sprawiła, iż nie była w stanie się do tego przyznać. Wypierała swoją winę w tej sprawie przed samą sobą, próbując za wszelką cenę nie dopuścić do siebie tego, co zobaczyła w lustrze z powodu nerwów. Tego, że stała się własną matką. A nawet gorzej, stała się mieszanką obojga swoich rodziców. Każda inna osoba na jej miejscu zrozumiałaby to od razu, ale nie Ewa Jedwabińska. Ona tak bardzo bała się takiej możliwości, iż gotowa była temu zaprzeczać do końca życia. Strach, lęk, czy może raczej paniczna obawa o to, że jej matka zemściła się na niej w ten sposób, iż uczyniła z niej swoją własną kopię był zbyt wielki, żeby Ewcia Sopel mogła przyjąć do wiadomości ten oczywisty fakt. Należała do tych ludzi, którzy w obliczu tragedii, którą sami spowodowali, wypierają tę świadomość z własnego umysłu i gotowi są obwiniać o swoje problemy praktycznie cały świat, tylko nie siebie samych. Choć w głębi serca nawet takie osoby dobrze wiedzą, że jest inaczej, jednak nigdy nie chcą dopuścić tego głosu rozsądku do siebie i wolą wymyślać najbardziej nawet fantazyjnie wyjaśnienia na uzasadnienie tego, co ich spotkało. Bo przecież, gdyby to zrobiły, oznaczałoby to porażkę. Oznaczałoby to, że są słabe i że muszą coś w swoim życiu naprawić. Że są winne. A przecież one nie są niczemu winne. Biedne i skrzywdzone ofiary swoich złych rodziców, czy mogą być winne tego, że stają się dokładnie tym samym, co ich rodzice, jeśli nie podejmują odpowiednich działań w tym kierunku? Czy mogą ponosić winę za to, że nakręcają tę spiralę nienawiści i bólu emocjonalnego, przekazywanych sobie z pokolenia na pokolenie? Czy można ich winić za to, że nie umieją lub nie chcą przyznać, że mają problem i z nim walczyć? Czy to wreszcie ich wina, że nie znają innego sposobu życia i mimowolnie zmierzają w kierunku, w którym stają się tym, co kiedyś sami nienawidzili? Przecież tak już po prostu jest na tym świecie. Siejesz wiatr, burzę zbierasz. Taka kolej rzeczy. I nic tu nie ma do rzeczy wolna wola. Przeznaczenie nieuchronnie kieruje takich ludzki ku zagładzie, ale nie można ich o to winić, czyż nie? W końcu żaden z nich nie miał wyboru i musiał podążać za swoim fatum, prawda?
Tak właśnie rozumowała Ewa Jedwabińska, dlatego nie zrozumiała tego, jak bardzo cierpi i jak bardzo jest to spowodowane jedynie jej własną decyzją o tym, aby zmierzać w kierunku wyznaczonym przez znienawidzoną matkę. Nie mogła tego pojąć, gdyż jako perfekcjonistka dumna z siebie nie umiała powiedzieć sobie nigdy, że popełniła błąd. Może czasami, ale w wyjątkowych sytuacjach i tylko na krótką chwilę. Bo wszak błąd oznacza słabość i niedoskonałość, a ona musiała być silna i doskonała, bo tylko tacy ludzie mogą przetrwać na świecie. A ona chciała przetrwać za wszelką cenę. Dlatego też postanowiła odnaleźć Aurelię, a potem ją przykładnie ukarać za ucieczkę z domu i za nerwy, do jakich doprowadziła swoją kochającą i ciężko pracującą matkę.
Kiedy to się wszystko działo, Aurelia wybiegła z domu i poszukała swojego pluszowego pieska. Nie wiedziała dokładnie, pod którym oknem się znajduje, bo nie wiedziała, bo nie umiała poznać, które okno należy do jej pokoju. Była także obawa, że piesek się nie uchował, ponieważ ktoś go podniósł z ziemi i zabrał, tak jednak się nie stało i dziewczynka znalazła swoją maskotkę. Ledwie to zrobiła, a od razu z radością przycisnęła ją do serca i uśmiechnęła się.
- Nie bój się, piesku. Nikt już nas nie skrzywdzi - powiedziała czule.
Po tych słowach, pomyślała o tym, co powinna teraz zrobić. Nie wiedziała, co ma zrobić. Do domu nie chciała wracać, dlatego zamiast tego poszła w kierunku Roosevelta 5, mając przy tym nadzieję, że zastanie w kamienicy kogoś, kto jest jej przyjacielem. Po drodze zobaczyła Sławka Lewandowskiego, jak rozmawia z Idą. Oboje chyba się sprzeczali, a dziewczynka stała w pewnej odległości od nich, aby im nie przeszkadzać.
- Ida, posłuchaj mnie. Nie rozumiem, dlaczego tak mnie traktujesz - mówił do dziewczyny Sławek.
- Ty nie rozumiesz wielu rzeczy, więc chyba trzeba ci to wyjaśnić wprost - odparła na to Ida - Musisz więc zrozumieć, że ja nie mam zamiaru deklarować ci niczego. Jestem wolną osobą i mogę się spotykać, z kim tylko chcę.
- Rozumiem cię, ale jak się jest w związku...
Ida parsknęła śmiechem, słysząc to.
- W związku? W jakim znowu związku? Sławek, pomyśl tylko przez chwilę. To, że ty i ja jesteśmy w związku, przecież wcale nie oznacza, że mam rezygnować z życia towarzyskiego. Poza tym, o co ci chodzi? W związku trzeba nie tylko brać, ale i dawać. A co ty mi dajesz, co? Jesteś tylko synem motorniczego, który nie ma przed sobą większych perspektyw, niż pójście w ślady tatusia.
- Jakoś ci to nie przeszkadzało, kiedy szłaś ze mną do łóżka - rzekł wyraźnie oburzony jej słowami Sławek.
- Bo do tych spraw, to wcale to nie przeszkadza. Ale w zakładaniu wspólnego gniazdka, to i owszem - odpowiedziała Ida.
- A więc rozumiem, że ja nie nadaję się do zakładania wspólnego gniazdka?
- Nadajesz się, ale nie dla mnie. W każdym razie jeszcze nie teraz. Może jak się kiedyś wybijesz, to wtedy będziemy mogli sobie planować wspólne życie. Ale jeszcze nie teraz. Bo teraz się liczy to, co jest tu i teraz. Czyli jest nam ze sobą dobrze i ciesz się tym. Ale nie obiecuj sobie po przyszłości zbyt wiele, jeżeli nie chcesz mieć większych ambicji niż te, które masz.
- Ale ja mam ambicje, tylko nieco innego rodzaju niż ty.
- Wielka mi ambicja. Motorniczy w tramwaju. Każdy głupek może nim być.
- Uważaj na słowa, dobra?! Mój ojciec nie jest żadnym głupkiem.
- Dobra, przepraszam. Twój ojciec nim nie jest, ale mimo wszystko jakoś nie ma większych ambicji, prawda? I żyjecie jak żyjecie.
- No, jak niby żyjemy?
- Biednie.
- Wy też nie jesteście specjalnie bogaci.
- Ale jesteśmy bogaci duchowo i intelektualnie. Poza tym mamy ambicje. Ja w każdym razie je mam. Kiedyś będę sławnym lekarzem, będą się u mnie leczyć same znakomitości i co? Mam mieć za męża zwykłego motorniczego? Ty wiesz w ogóle, jak to brzmi?
- No, jak to brzmi?
- Żałośnie. Zrozum, Sławek, nic do ciebie nie mam, ale musisz zrozumieć, że ty i ja jesteśmy z dwóch różnych światów. My po prostu do siebie nie pasujemy. To znaczy teraz pasujemy, ale na przyszłość nie.
Sławek patrzył na Idę oburzony, jak na idiotkę.
- Teraz pasujemy, a na przyszłość nie? Ty wiesz, jak to brzmi? Ty wiesz, jak głupio teraz brzmisz?
Ida spojrzała na niego buńczucznie i powiedziała ze złością:
- A co? Nie mam prawa mieć swoich planów na przyszłość? Myślisz, że chcę wieść takie życie, jakie wiodą moi rodzice? Nie jest może źle, ale ja chcę czegoś więcej i mam do tego prawo, a ty nie będziesz tego krytykować.
- Rozumiem więc, że twoje marzenia są w porządku, ale moje to już nie, tak? - spytał ze złością Sławek.
- Twoje marzenia i ambicje są proste. Moje są wielkie. Dlatego nie możemy się w tej kwestii dogadać. Chyba, że któreś z nas zmieni swoje priorytety. A tym kimś na pewno nie będę to ja.
- Ja również. Lubię swoje życie takie, jakie jest.
- Więc musisz zaakceptować to, że nie stworzę z tobą poważnego związku, z którego wyjdzie potem miłość, ślub i dzieci. Możesz na to liczyć tylko wtedy, jeśli będziesz bardziej ambitny. W innym przypadku nie licz na mnie.
- Doprawdy? - Sławek popatrzył na nią ze złością w oczach - Wobec tego, co możesz mi zaproponować, co?
- Związek bez żadnych zobowiązań na przyszłość.
- To dla mnie za mało.
- To twój problem.
- Nie, twój także.
- Ja nie widzę żadnego problemu.
- To może zacznij nosić okulary?
- Sam lepiej je załóż i zobacz, jakim idiotą jesteś. I przestań robić problemy, tylko się ubierz ładnie, bo dzisiaj jest impreza u Dmuchawca. Chcę iść z tobą, bo nie mam ochoty iść sama. Muszę w końcu z kimś tańczyć, prawda? Więc się nieco wysil i ubierz elegancko, żeby nie przynieść mi wstydu.
Po tych słowach, Ida lekko się pochyliła i pocałowała Sławka w policzek, po czym poszła w swoją stronę. Sam Sławek zaś załamany jęknął i poczuł, że nie wie, co ma teraz zrobić. Dziewczyna zraniła jego uczucia i w ogóle tego nie zrozumiała. Załamany poszedł w kierunku miejsca, gdzie stały ławki i usiadł na jednej z nich, po czym pogrążył się we własnych myślach. Nie wiedział, że obserwuje go cały czas Aurelia, która teraz poczuła, że musi interweniować. Podeszła więc do niego i zapytała delikatnie:
- Wolne?
Sławek spojrzał na nią zdumiony i pokiwał lekko głową. Dziewczynka zaś zadowolona usiadła na ławce obok niego, przyjrzała mu się bardzo uważnie, przez chwilę nic nie mówiąc, a potem spytała:
- Ida jest denerwująca, prawda?
- Widziałaś? - zdziwił się Sławek.
- Widziałam. Czemu tak ją lubisz?
Chłopak pomyślał przez chwilę. Nie wiedział, co ma odpowiedzieć, bo jakby nie patrzeć, coraz mniej pozytywów dostrzegał w osobie Idy Borejko. Była ona bardzo piękna, miała zgrabne ciało, była dobra w łóżku, dodatkowo jeszcze miała naprawdę ogromną wiedzę i umiała mądrze się wysławiać. Niestety, posiadała też dosyć trudny charakter, była nerwowa i dość wredna. Łatwo się złościła i potrafiła niekiedy z byle powodu się obrazić. Wcześniej jednak nie zwracał na to większej uwagi, gdyż jej zalety przyćmiewały jej wady, ale teraz widział je coraz bardziej wyraźnie i czuł, że chyba rzeczywiście oboje do siebie nie pasują. Pomijając tu już oczywiście te wszystkie wady i zarzuty wobec niej, przede wszystkim miała zbyt wybujałe ambicje, które spowodowały, iż była dosyć pogardliwie nastawiona do tych, którzy nie podzielali ich. No i była nazbyt nowoczesna. Nie, żeby mu ta oto nowoczesność przeszkadzała w łóżku, ale poza nim raczej chyba niewiele ich ze sobą łączyło.
- Wiesz, Ida jest całkiem bystra i ładna - zaczął mówić Sławek - No i jeszcze jest też dość mądra, a także...
- Jest wredna - dokończyła za niego Aurelia.
- Tak, trochę tak.
- I kłótliwa.
- To też.
- To po co się z nią zadajesz?
- Bo się w niej zakochałem i liczyłem, że się zmieni.
- Ale się nie zmieniła.
Sławek pokręcił przecząco głową i odpowiedział:
- Nie, nie zmieniła. I w tym problem. Mówi, że w miłości trzeba dawać i brać. Ale obawiam się, że ona uwielbia brać wszystko i dawać w zamian bardzo mało.
- To może ją rzuć? Mało jest fajnych dziewczyn? Kreska jest fajna, Gabrysia jest fajna, jej siostry są fajne.
- Tak, one wszystkie są fajne, ale one wszystkie to nie Ida.
- To chyba dobrze, prawda? Inaczej by się tylko kłóciły ze sobą i byłby z tego straszny hałas.
Sławek parsknął śmiechem. Sposób myślenia dziewczynki czasami naprawdę rozbrajał, nawet osobę ponurą i poważną, jaką on właśnie był.
- Tak, masz rację. Może to i lepiej, że Ida jest tylko jedna jedyna.
- Bardzo dobrze. Ale chciałbyś mieć taką żonę?
- Wiesz, teraz to już sam nie wiem. Chyba jednak nie. Ciągle byśmy się tylko ze sobą kłócili.
- Tak, a kłótnie są głupie - powiedziała Aurelia, mając wciąż w pamięci swoją kłótnię z mamą, a także kłótnię swoich rodziców.
- Masz rację. Kłótnie są głupie i nie warto na nie tracić życia, bo przez nie są tylko cierpienie i łzy - potwierdził Sławek.
- Tak. Zwłaszcza łzy.
- Właśnie. Wiesz, pan profesor Dmuchawiec będzie dzisiaj urządzał zabawę. Pójdziesz tam?
- Nie, muszę iść na obiadek.
- Ale możesz iść po obiadku.
- Chyba tak.
- To co? Dołączysz potem do nas?
- Może.
Sławek uśmiechnął się delikatnie do dziewczynki i pogłaskał ją lekko dłonią po głowie, po czym ruszył w kierunku kamienicy na ulicy Roosevelta 5. Aurelia zaś siedziała jeszcze jakiś czas na ławce, a potem wstała i poszła w swoją stronę. Nie jadła rosołu, więc teraz poczuła się głodna i musiała jakoś nasycić swój głód. Miała nadzieję, że niedługo tego dokona.

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...