Rozdział XII
Pojedynek na argumenty
Maciek po rozmowie z Kreską poszedł na górę, do mieszkania, które dzielił z bratem. Piotr już tam był, siedział w swoim pokoju i pisał coś w zeszycie. Siedział przy zapalonej lampce, aby łatwiej mu się pisało. Nie spojrzał nawet na Maćka, kiedy ten się zjawił, choć z pewnością usłyszał jego powrót. Chłopaka to jednak nie zraziło. Dobrze wiedział, że Piotr miał już to do siebie, że jak tylko się w coś angażował lub wykonywał jakąś ważną dla niego pracę, nic nie było w stanie go od niej oderwać. Maciek nie chciał mu więc przeszkadzać, dlatego tylko bardzo ostrożnie zerknął do pokoju Piotra i gdy zobaczył, co on robi, zadowolony zaszedł do kuchni, aby zrobić sobie herbaty. Gdy zagrzewał wodę, usłyszał nagle głośne wołanie Piotra:
- Dla mnie też zrób herbaty, jeśli możesz.
Maciek uśmiechnął się zadowolony. Ten gość miał chyba słuch lepszy od kota i maniery gorsze od Piłsudskiego, który podobno raz przyjął gościa, którym był chyba Stefan Żeromski, w koszuli oraz kalesonach, bo ostatnią parę spodni oddał właśnie do cerowania. Maciek zastanawiał się, czy posiadanie kiepskich manier i zarazem niezwykle czułych zmysłów jest przepisem na zostanie w przyszłości kimś sławnym. Jeśli tak, to jego brat jest na doskonałej drodze do tego.
- Proszę, to twoja herbata - powiedział chłopak, stawiając chwilę później na biurku Piotra szklankę z wyżej wspomnianym napojem.
- Dzięki, młody - odpowiedział mu Piotr, wreszcie na niego spoglądając.
Wysączył nieco napoju i patrzył przez chwilę na Maćka, który powoli także zaczął pić, przy okazji z uwagą przyglądając się plakatom ze skąpo ubranymi lub też całkiem nagimi paniami. Obserwując je musiał przyznać, że co jak co, ale gust to jego straszy brat ma i to niezły.
- Słuchaj, braciszku, nie wolałbyś zamiast tych pań z obrazków jakieś takiej, no wiesz, prawdziwej? - zapytał po chwili Maciek.
- Te są dużo lepsze - odpowiedział mu Piotr.
- Naprawdę? A w czym one są lepsze od tych prawdziwych?
- Nie gadają. Mogą siedzieć wszystkie razem w jednym pokoju i nie będą się kłócić ani plotkować, ani tym bardziej o mnie bić. Wszystkie one cieszą się równo moimi względami i nie zmuszają mnie do podejmowania trudnych dla mnie i dla nich decyzji.
- Ciekawe podejście.
- Całkiem praktyczne. Ale nie musisz brać ze mnie przykładu. Właściwie, to może lepiej na tym wyjdziesz, jeśli tego nie będziesz robić.
W tej samej chwili żarówka zgasła. Piotr spojrzał na nią ze złością, po czym próbował pstrykać włącznikiem od lampy kilka razy, ale nic mu to nie dało.
- Może się przepaliła? - zasugerował Maciek.
- Guzik przepaliła. Znowu jakiś złodziej wykręcił korki - mruknął ze złością w głosie Piotr - Jest coraz bardziej bezczelny. Robi to już w biały dzień.
- No, nie tak do końca „biały”. Zbliża się wieczór.
- Jest bezczelnie pewny siebie. Ale zobaczysz, Maciek, jeszcze dorwę drania na gorącym uczynku i wtedy powyrywam mu nogi z tyłka i każę mu je zjeść.
Maciek uśmiechnął się lekko, gdyż złość Piotra i dobierane przez niego słowa nieźle go rozbawiły. Zadowolony zaczął powoli sączyć herbatę, po czym spytał:
- Słuchaj, Piotrusiu... Co sądzisz o Kresce, znaczy o Jance Krechowicz?
Piotr, który z powodu braku lampki, której światło bardzo pomagało mu w trakcie pracy, nie mógł chwilowo pracować, odsunął się lekko od biurka i spytał:
- A dlaczego pytasz?
- Bo dowiedziałem się dzisiaj od niej czegoś, co nie daje mi spokoju.
- Mianowicie?
- Mianowicie tego, że ona mnie kocha.
Piotr rozbawiony zaczął się głośno śmiać. Słowa Maćka wywołały w nim ten atak śmiechu, jednak u jego brata raczej spowodowały złość.
- Co cię tak bawi? - zapytał.
- Ty i twoje nagłe odkrycie - odpowiedział mu Piotr - Naprawdę dopiero teraz zauważyłeś, że ona kocha się w tobie i to odkąd się poznaliście?
Maciek nie posiadał się ze zdumienia. Skąd niby Piotr to wie? Czyżby Kreska mu się zwierzała ze swoich sekretów? Nie, to chyba niemożliwe. Więc skąd on to wie? Skąd u niego taka wiedza?
- O czym ty mówisz? Chcesz powiedzieć, że wiedziałeś od początku, że ona się we mnie kocha? - zapytał po chwili Maciek.
- No oczywiście. To było tak oczywiste, że nie mogło być inaczej - stwierdził Piotr tak, jakby rzeczywiście to było coś oczywistego dla wszystkich.
- Ale dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
- Uznałem, że to nie moja sprawa i lepiej nie mieszać się do spraw młodych i zakochanych. Poza tym ganiałeś za Matyldą. Co cię wtedy obchodziła Kreska?
- Może nie latałbym za nią, gdybym wiedział, co czuje do mnie moja sąsiadka i przyjaciółka ze szkolnej ławki?
- Może tak, może nie? A jakie to ma teraz znaczenie? - Piotr wzruszył tylko dość obojętnie ramionami.
- Duże, bo mógłbym uniknąć niepotrzebnie kompromitacji z powodu Matyldy i jej głupich pomysłów - odparł na to Maciek.
- A teraz skąd wiesz, że Kreska się w tobie kocha? Powiedziała ci?
Maciek pokiwał potakująco głową.
- Tak, powiedziała. I dodała, że teraz nie mogę jej wyznawać uczuć i to nawet jeśli bym chciał, bo wtedy to byłby tombak. Falsyfikat.
- I ma całkowitą rację. Ty w ogóle, młody, to słuchaj się Kreski. To jest mądra dziewczyna.
- Może i mądra, ale ma chwilami trudny charakter.
- Lepiej trudny niż żaden. A czemu ma trudny? Krytykuje cię?
- Ostatnio częściej niż powinna.
- Tego nigdy za mało. Konstruktywna krytyka pomaga nam lepiej zrozumieć wszystko, co w nas siedzi i pomaga nam zwalczyć to, co w nas jest gorsze. Poza tym, krytyka dowodzi szczerości. Myślę więc, że czasami warto, aby dziewczyna cię krytykowała. Nie tylko warto, ale wręcz trzeba, aby tak robiła.
- Może, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Jeśli ona się we mnie kocha, jak mi to sama przyznała, to czemu nie powiedziała mi tego dużo wcześniej? Tego już za nic nie umiem zrozumieć.
- Kobiet nie należy rozumieć, trzeba je kochać - rzucił dość filozoficznie Piotr - No, a ty, młody, strzeż się kobiet chwalących cię nadmiernie. Takie nigdy nie są szczere. Schlebiają ci, bo mają w tym interes.
- Jaki interes?
- A bo ja wiem? Całą masę interesów. Z wykorzystywaniem finansowym na czele. To najczęściej występujący motyw pochlebstw. Zapamiętaj sobie, braciszku. Jeśli baba zanadto ci schlebia, to prawie zawsze chce, abyś jej kupił jakiś bardzo drogi prezent lub w inny sposób chce cię wykorzystać.
- Ale z ciebie znawca, Piotrusiu - zachichotał Maciek, a gdy brat spiorunował go wzrokiem, dodał dowcipnie: - Nie, żebym coś sugerował.
Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Maciek odłożył na biurko brata swoją już pustą szklankę po herbacie i podszedł do nich.
- Kto tam? - zapytał przyjaznym tonem.
- Harcerze - odezwał się nagle kobiecy, znajomy głos, który Maciek bez trudu rozpoznał.
- Nie wierzę - odpowiedział żartobliwie.
- Otwieraj, chamie! ORMO nie kłamie - padła równie dowcipna odpowiedź.
Maciek parsknął śmiechem i szybko odryglował drzwi i wpuścił stojącą w ich progu Gabrysię. Była ona ubrana w dżinsy, koszulę na guziki, a w dłoni trzymała chyba zepsuty bezpiecznik lub coś w tym stylu.
- Wybaczcie, chłopcy, że wam przeszkadzam, ale znowu złodziej ukradł nam korki. To już trzeci raz w tym tygodniu. Ja naprawdę nie wiem, co ten skurczybyk z nimi robi. Zjada je czy co?
- Pewnie przepija - odparł Maciek.
- Być może. Ale ja nie po to, żeby narzekać. Próbuję naprawić te korki zanim się ściemni, a idzie już wieczór i jak tak dalej pójdzie, to skończymy w ciemności i ludzie się pozabijają na schodach, wracając do domu z pracy. Wiecie, że wielu z nas wraca bardzo późno. Dlatego proszę was, w ramach sąsiedzkiej i obywatelskiej solidarności, użyczcie mi kawałek drutu.
- Po co ten cały patos? Nie możesz po prostu powiedzieć, o co ci chodzi?
- Śrutu tutu, pęczek drutu. Tego chcę, pęczka drutu. Może być?
Maciek parsknął śmiechem i Gabrysia zrobiła podobnie. Odkąd poprosiła go, aby mówił jej po imieniu, pojawiła się między nimi większa nić sympatii oraz coś na kształt bratersko-siostrzanej poufałości, co znacznie polepszyło ich relacje.
- Piotrek, masz tam kawałek drutu? - zapytał Maciek brata.
Piotr natychmiast zerwał się z biurka i bardzo szarmancko powiedział, kiedy tylko Gabrysia i Maciek stanęli w drzwiach jego pokoju:
- Szanowna pani, już służę uprzejmie.
To mówiąc otworzył szufladę i zaczął w niej szperać, aż znalazł w niej to, czego szukał. Zadowolony wyjął dość spory, zwinięty kawałek drutu i rzekł:
- Oto jest to, czego sobie pani życzyła. Znaczy „ty sobie życzyłaś”.
Przypomniał sobie, że od niedawna są już na „ty”.
- Och, jakiś ty szarmancki - zakpił sobie z brata Maciek - Odkąd wziąłeś się za pisanie, wyzwoliły się w tobie dobre maniery.
- O, to ty piszesz? A co takiego? - zapytała Gabrysia Piotra, wyraźnie bardzo zainteresowana jego dziełem.
- Piotr piszę kronikę - rzucił dowcipnie Maciek.
- Historię - poprawił go Piotr - Na podstawie własnych wydarzeń opisuję to, co powinni zapamiętać potomni. Teraz oczywiście tego nie wydam. Rozumiecie, cenzura. Ale z czasem ten zeszyt może kiedyś stać się dowodem tego, jak nisko upadł świat, który znałem. I będzie on apelem do ludzi, aby nie pozwolili na to, żeby ten upadek spotkał i ich światy.
- O jakim upadku mówisz? - spytała Gabrysia.
- O upadku zasad, moja droga - pospieszył z odpowiedzią Piotr - Ten zeszyt za kilka lat będzie bezcenny, bo będzie wciąż zawierał uniwersalne prawdy. Mam w nim zapisane wszystko, co ma znaczenie. Wszystko tutaj mam. Każdy dzień. Każdą zbrodnię. Każde kłamstwo.
- Hola, hola! Sądzisz, że tylko z tego składa się historia? Tylko ze zbrodni i z kłamstw?
- Na ogół tak. Historia to przede wszystkim zapis jednej zbrodni po drugiej.
- Ejże, a gdzie bohaterstwo? Odwaga? Idee?
- Ideały są dobre tylko dla czasów, w których się w nie inwestuje pieniądze i to ogromne. Ale ludzie u władzy rzadko inwestują w ideały. Dlatego one prędzej czy później muszą ulec światu oraz jego twardym zasadom. A niekiedy ideały są jedynie pretekstem do tego, aby dana koteria mogła zyskać władzę.
Nie chciał tutaj mówić o Solidarności oraz o tym, jak nisko upadła ona w jego oczach, gdy tylko zobaczył, do czego dążą pewni przywódcy tego zgromadzenia, gdyż nie był pewien, kto może podsłuchiwać i jak, dlatego poprzestał tylko na tak ogólnikowym stwierdzeniu, który jednak nie zadowolił wcale Gabrysi.
- Ale idee tworzyły zawsze nowe prądy w świecie - powiedziała.
- Oj tak, idee - zakpił sobie Piotr - Te wszystkie piękne idee, które cały czas, nieodmiennie nikczemnieją.
- Co za brednie!
- Żadne brednie, tylko suche fakty. Przypomnieć ci poglądy pewnego pana z brodą, który twierdził, że niesie dobro dla świata?
Miał oczywiście na myśli Karola Marksa, którego poglądy zaowocowały tym, co obecnie miało miejsce w Polsce. Oczywiście nie bezpośrednio to zaowocowało, ale pośrednio zrobiło to na tyle mocno, że jego efekty w tamtych czasach boleśnie odczuwano.
Gabrysia oczywiście zrozumiała, o co chodzi z tym panem z brodą oraz jego ideałami, które pośrednio utopiły świat w morzu krwi. Mimo wszystko nie mogła przyznać rację Piotrowi, jej duma na to nie pozwalała. Dlatego stwierdziła:
- To naprawdę są jakieś brednie.
- Żadne brednie - odpowiedział jej Piotr - Popatrz tylko na świat wokół nas. Popatrz na degradację, popatrz na upadek kultury i obyczajów. Popatrz na upadek wszelkich autorytetów...
- Ale przecież świat to nie tylko to - zauważyła Gabrysia.
- Oczywiście - galopował Piotr, zapalając się w miarę mówienia i w ogóle nie zwracając na nią uwagi - Jeżeli stosowanie się do wskazań autorytetów: rządów, ideologii, sztuki, nauki prowadzi do demoralizacji, upadku, rozkładu społeczeństw, to znaczy, że odrzucono pewne podstawowe wartości, a przede wszystkim prawdę!
- Kto odrzucił?! Kto odrzucił?! - zawołała ze złością Gabrysia, podchodząc do niego bliżej i grożąc mu palcem wskazującym - Ja nic nie odrzucałam, kolego! Ty mów za siebie... Ty...
- Światem rządzi kłamstwo, nienawiść i chciwość - odparł na to Piotr, w ogóle nie zrażony jej zachowaniem - A to pierwsze szczególnie. Wiem, co mówię.
Oj tak, on dobrze wiedział o tym, o czym mówił. Widział aż za dobrze, jak Solidarność, w którą niegdyś wierzył, opuszczała swoich wiernych ludzi w każdej potrzebie i pozostawiała ich samych na placu boju. Jak jej członkowie, którzy tak ochoczo głosili walkę do samego końca o sprawiedliwy ustrój, nie wysilali się, aby sami walczyć, posyłając do walki maluczkich, takich jak jego rodzice i on sam. I dobrze wiedział, że Solidarność ani jej przywódcy nie zrobili nic, aby pomóc tym, którzy poszli siedzieć za ich sprawę. Widział też, jak przywódcy tej grupy ludzi skaczą sobie do gardeł z byle powodu i coraz mniej kryją się z tym, że chcą władzy nad teoretycznie wolną Polską, gdy już ją sobie wywalczą. Coraz mniej się z tym kryli. A ludzie mimo to szli za nimi, bo widzieli w nich nadzieję. A ta nadzieja była dla przywódców tylko środkiem do pozyskiwania sobie zwolenników, których i tak będą mieli w nosie, gdy już zyskają władzę. Widział to wszystko i dlatego dobrze wiedział, co mówi. Kłamstwo rządziło Solidarnością. Podobnie jak rządziło jego ukochaną, gdy zdradziła go z powodu ulotek, co zresztą od samego początku było jej celem. Uwieść go i wykorzystać. Nie mógł tego jednak na głos powiedzieć. Nie miał pewności, kto i w jaki sposób może ich podsłuchiwać.
- Jak mówiłem, światem rządzi przede wszystkim fałsz - rzekł po dość długiej chwili namysłu Piotr - Fałsz, jedno wielkie kłamstwo jest panem tego świata.
- Coś takiego odkrywa się na ogół w wieku pokwitania! - wrzasnęła Gabriela, lecz Piotr nie zwracał na nią uwagi.
- Tak, kłamstwo. No i chciwość - powtórzył dobitnie - Nadszedł czas na jakiś nowy prąd. Ale on się jeszcze nie pojawił. I obawiam się, że się nie pojawi. Nie za mojego życia. Może młody go dożyje, ale ja na pewno już nie.
- Ten prąd już się pojawił! - zawołała Gabrysia z zapałem w głosie - Prąd tak wielki i potężny, jakiego żadna siła nie zmoże!
Piotr parsknął śmiechem, słysząc te słowa.
- Gabusiu, gadasz jak twój ojciec, wiesz o tym?
- Szkoda, że ty nie gadasz jak twój ojciec.
- Gdybym to zrobił, młody siedziałby w domu dziecka, bo nikogo by nie było, aby się nim opiekować, wiesz?
Gabrysia uznała słuszność tego argumentu, dlatego uspokoiła się nieco, po czym rzekła delikatnie:
- Ale ta siła, o której mówisz, naprawdę się pojawiła i ona może ocalić świat.
- A skąd. Ten świat jest już jałowy i bezpłodny jak suche drzewo... Jak ty go niby chcesz ożywić? Zalejesz wodą pustynię? I co to da? Jakie owoce ona zrodzi? Ten świat stał się pustynią. Jałową i głuchą.
- Tak i będzie taki dalej - powiedziała ostro Gabriela, mrużąc ze złością oczy - Będzie taki, jeśli wszyscy zaczniemy myśleć tak jak ty. Sam jesteś, Piotrze, jałowy jak suche drzewo. A do tego ślepy jak bezpłodny kret. Bierzesz się za opisywanie świata, ale nie widzisz kolosalnego słonia przed swoim własnym nosem.
Piotr ponownie parsknął śmiechem i powiedział:
- Nie wiedziałem, że uważasz się za słonia, moja droga.
Rozzłościł tym ponownie Gabrysię, która zawołała:
- To była metafora, ślepy krecie! Chcę ci powiedzieć, że na naszych oczach, stary, świat się odradza i zmienia. Powstają tu nowa moralność, nowe idee, nowa cywilizacja. Cywilizacja miłości...
- Co? Cha, cha, cha! - zaśmiał się gorzko Piotr. - Cywilizacja miłości! Popatrz sobie tylko na ten świat i policz sobie, ile trupów dzisiaj padło na całym globie!
- A co to ma do rzeczy?
- Wiele. Cywilizacja miłości? Dobre sobie! - Piotr z każdym słowem stawał się coraz bardziej zajadły - Pewne osoby jęczą teraz w niewoli, a ci, dla których to robili, nie kiwną nawet palcem, aby im pomóc. To wszystko, co opowiadasz, jest jedną wielką bujdą. To tak, jakby ktoś łamał gałązki, wrzucał do wody i twierdził, że będą z tego kwiatki. A będzie zgnilizna i nic więcej.
- Sam jesteś jedną wielką zgnilizną! Najgorszą, bo moralną!
- Być może. Nie zaprzeczam, że tak jest. Bo widziałem na własne oczy, czym się kończy walka o tę twoją cywilizację miłości. Ta walka jest z góry skazana na porażkę. A ta twoja cywilizacja... Ona nie istnieje.
- Ona istnieje. Powstaje mimo całego zła, to chciałam powiedzieć. Miłość jest wszystkim, o co warto walczyć.
- Boże, jak ja nie lubię idealistów! - krzyknął Piotr, łapiąc się dłonią za czoło - A zwłaszcza idealistek! Naiwni i szkodliwi...
- Szkodliwi?
- A tak, szkodliwi. Porywają za sobą ludzi, zmuszają do walki o mrzonki, a potem zmuszają ich do ponoszenia gorzkich konsekwencji za tę walkę.
- Szkodliwi są tacy mizantropi jak ty. A idealiści... To właśnie oni zmieniają ten świat na lepsze.
- To dlaczego go jeszcze nie zmienili?
- Na wszystko trzeba czasu. Trzeba im więcej czasu i jakoś sobie poradzą.
- Aha, czyli kłania się staropolskie i jakże modne w naszej historii: „Jakoś to będzie”. Tylko widzisz, problem polega na tym, że na takich fundamentach świata nie zbudujesz. Trzeba silnych idei, a nie naiwności i dziecięcej miłości do wielkich słów. Wielkich słów, które pięknie brzmią, a nic nie znaczą.
- Nic nie znaczą?
- Oczywiście. Cywilizacja miłości? I jak ma wyglądać? Życie w komunach, ludzie chodzący w spodniach typu „dzwony” i wdychający dziwne substancje? To ma być twoja idea wielkiej miłości? A zresztą ona również się skończyła. Hipisi porzucili swoje spodnie dzwony, ścięli włosy, założyli garnitury i się ześwinili. I słusznie, bo niby co mieli robić? Dać się wyrżnąć jak barany przez prozę życia?
- Ty mnie chyba nie chcesz zrozumieć - powiedziała ponuro Gabrysia.
- Nie chcę po prostu walczyć o coś, co nie przynosi żadnego dobra dla mnie, dla moich bliskich i dla tych, którzy coś dla mnie znaczą.
- Idealiści walczyli o dobro całego ogółu.
- I co? Ile na tym ten ogół zyskał? A ile my zyskaliśmy?
- Nic dla nas, wszystko dla innych.
- Tak gadają dzieci w okresie dojrzewania.
Gabrysia wściekła wyrwała mu dziko drut z ręki, wysyczała przez zaciśnięte ze złości zęby:
- Tego ci nie zapomnę, stary capie.
- Zapomnisz, słodziutka hipisko. Zapomnisz. Ludzie łatwo zapominają, kiedy tylko jest im to wygodne. Cały problem ze mną polega na tym, że ja nie umiem zapomnieć.
- O czym zapomnieć?
- O tym, o czym chciałbym zapomnieć.
Patrzyli sobie oboje przez chwilę w oczy, po czym Gabrysia odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku wyjścia. Maciek odprowadził ją do drzwi, a wówczas młoda kobieta spojrzała w jego stronę i powiedziała:
- Wiesz co, Maciek? Ty jesteś naprawdę fajny chłopak, ale zrób mi przysługę. Nie bierz przykładu z twojego głupiego brata. Uwierz mi, źle na tym wyjdziesz.
- Piotr mówi mi dokładnie to samo - zażartował sobie Maciek.
- Doprawdy? - rzuciła złośliwie Gabrysia, zerkając na Piotra - Jedna jedyna mądra rzecz, którą on powiedział.
Po tych słowach, wyszła z pokoju. Piotr westchnął załamany, kiedy to zrobiła, zaś jego brat z trudem powstrzymywał się od śmiechu.
- Wiesz co, Piotrula? - przemówił wreszcie Maciek - Lubię, jak mi udzielasz rad, co do kobiet. Zwłaszcza trafne było to, co mi powiedziałeś na temat zdrowej krytyki. Jak to szło? Krytyka dowodzi szczerości... Prawda?
- Młody, chcesz dostać w dziób? - zapytał ze złością jej starszy brat, z trudem powstrzymując złość - Gabrysia to wredna i zarozumiała feministka i jako tak nie może się wypowiadać na poważne tematy. Poza tym, jako feministka nie może w ogóle występować w moich rozważaniach o kobietach. Bo płeć żeńską. Macieju, można podzielić z grubsza na: baby, babsztyle, babusy, babki, kobietki, kobieciątka oraz chłopczyce. Najmniej w tym gronie jest kobiet. Bo „Kobieta”, mój braciszku, to brzmi dumnie.
- Zapomniałeś o dziewczynach w tej swojej jakże mądrej klasyfikacji - przerwał mu Maciek z jakimś przebiegłym błyskiem w oku - A Gabrysia jest miłą i uroczą dziewczyną, mój przemądrzały braciszku. Słuchaj się jej więc, bo to bardzo mądra dziewczyna. Czasami więc warto, żeby cię krytykowała. Nie tylko warto, ale wręcz trzeba, aby to robiła.
Piotr widział wyraźnie, że brat go przedrzeźnia i z trudem zapanował nad złością. Zacisnął tylko dłoń w pięść i wysyczał przez zaciśnięte zęby:
- Stąpasz po cienkim lodzie, braciszku.
- Nie, ja tylko powtarzam twoje mądre słowa, braciszku.
Piotr poczuł, że dłużej tego nie wytrzyma i nie chcąc masakrować Maćka, po prostu usiadł za biurkiem, a wtedy znienacka lampka na biurku rozbłysła jasnym światłem.
- Widzisz? - powiedział Maciek zadziornym tonem - Nie dość, że mądra, to na dodatek zaradna. I korki sama naprawiła.
- Nie dziwię się, że mąż od niej uciekł - powiedział Piotr i demonstracyjnie zgasił światło.
Nie chciał nic zawdzięczać tej zarozumiałej feministce, której się zdaje, że już wszystkie rozumy pozjadała.
Maciek zaś, ubawiony tym wszystkim, wyszedł na klatkę schodową i znalazł Gabrysię, która właśnie zwijała resztkę niepotrzebnego jej drutu.
- Niezła robota - powiedział do niej.
- O! Fajnie, że jesteś - odparła Gabrysia, uśmiechając się na jego widok - Nie będę musiał do was przychodzić i oddawać wam tego. Nie mam ochoty patrzeć na twojego zarozumiałego braciszka.
- Nie gniewaj się na niego, odkąd został wyrzucony z pracy i odkąd zawiódł się na pewnych osobach, taki właśnie jest. Lubi wszystko uogólniać.
- Tak i widzieć świat w czarnych barwach. Jak ja nie cierpię takich ludzi. I nie cierpię twojego brata. Będę go nie cierpieć do końca życia.
- Przejdzie ci szybciej niż myślisz - zachichotał Maciek, odbierając od niej resztkę drutu - Ale pewnie masz rację, że na niego narzekasz. Jest w końcu taki...
- Zarozumiały, nadęty i źle wychowany - dokończyła Gabrysia - Do tego też rozpieszczony przez kobiety, które z pewnością zawsze we wszystkim się z nim zgadzały.
- O tak, kobiety zawsze miały do niego słabość. Nie wiem jednak, dlaczego. Przecież on nie może się im podobać.
- Czemu tak sądzisz?
- No, przecież piękny to on nie jest.
Gabrysia spojrzała na Maćka jak na kosmitę lub innego dziwoląga.
- Słucham?! Jak nie jest piękny? On jest całkowicie piękny! Przystojny i taki męski... Zarozumiały dupek, to prawda. Ale też niesamowicie czarujący. Te jego oczy, ten męski głos, ta stanowczość w nim ukryta...
- Skoro jest on taki czarujący, to czemu za niego nie wyszłaś? - zapytał dosyć przewrotnie Maciek.
- Bo nigdy mnie o to nie poprosił - odpowiedziała Gabrysia - No, a poza tym, ja kocham mojego męża.
- Aha, to on musi mieć mnóstwo zalet, więcej niż Piotr, skoro przebija go pod każdym względem.
- Janusz? Daj spokój. On nie jest mu godzin butów czyścić. Piotr przy nim, to jak książę przy żabie.
- To za co w takim razie kochasz Janusza?
- Bo jest moim mężem i ojcem mego dziecka.
- To jedyny powód?
- A masz lepszy? Poza tym, może ja jestem taka księżniczka, która woli żabę zamiast księcia?
- To jesteś osobliwym rodzajem księżniczki - zachichotał Maciek.
Jego śmiech rozdrażnił Gabrysię.
- Wiesz co? Sama nie wiem, który z was bardziej mnie drażni - powiedziała - Po co porównujesz Piotra do mojego męża? Wiadomo, że pod każdym względem on wypada dużo lepiej od Janusza. Z nim mogę przynajmniej porozmawiać i się tak zdrowo pokłócić. A z Januszem to kłótnie nigdy nie są zdrowe. Piotr posiada w sobie coś, co mnie wkurza, ale mimo wszystko rozmowy z nim są na poziomie.
- Jak go bronisz. A miałaś go nie cierpieć do końca życia.
- Jak dorośniesz i lepiej poznasz kobiety, to zrozumiesz, że często „do końca życia” oznacza u nich „Tylko do następnego spotkania, bo wtedy już mi przejdzie”.
Po tych słowach, Gabrysia ruszyła po schodach do swego mieszkania. Maciek zaś uśmiechnął się z satysfakcją i wrócił do siebie.
- Gabrysia oddaje drut - powiedział głośno, wchodząc do pokoju Piotra.
- Nie musiała - odpowiedział zadziornie jego starszy brat.
- Nawet nie wiesz, jak sobie poradziła z tymi korkami.
- Wyobrażam sobie.
- Tylko wiesz, ona ma chyba coś nie tak z okiem.
- Nie przyglądałem się jej oczom.
- Naprawdę? To nie zauważyłeś pewnie tej skazy na jej prawej powiece.
Piotr oderwał się od swojej pracy i spojrzał na Maćka.
- Jakiej skazy?
- Wiesz, taka jakby blizna, narośl czy pieprzyk, albo coś w ten deseń.
- Co ty gadasz, młody? Obie powieki ma w zupełnym porządku, gdzie ty tam niby skazę jakąś widzisz?
Maciek uśmiechnął się ironicznie i nic nie odpowiedział. Wiedział już teraz wszystko, co chciał wiedzieć. Gdy spotka Kreskę i będą oboje normalnie ze sobą rozmawiać, to musi jej koniecznie o tym opowiedzieć.
- Masz jeszcze jakąś sprawę? - zapytał złośliwie Piotr - Bo nie mam ochoty słuchać o tej zarozumiałej feministce.
- Nie, już sobie idę - odparł zadziornie Maciek i poszedł do swojego pokoju, po cichu dodając: - Czasami zastanawiam się, który z nas tu jest dzieciakiem.
- Dla mnie też zrób herbaty, jeśli możesz.
Maciek uśmiechnął się zadowolony. Ten gość miał chyba słuch lepszy od kota i maniery gorsze od Piłsudskiego, który podobno raz przyjął gościa, którym był chyba Stefan Żeromski, w koszuli oraz kalesonach, bo ostatnią parę spodni oddał właśnie do cerowania. Maciek zastanawiał się, czy posiadanie kiepskich manier i zarazem niezwykle czułych zmysłów jest przepisem na zostanie w przyszłości kimś sławnym. Jeśli tak, to jego brat jest na doskonałej drodze do tego.
- Proszę, to twoja herbata - powiedział chłopak, stawiając chwilę później na biurku Piotra szklankę z wyżej wspomnianym napojem.
- Dzięki, młody - odpowiedział mu Piotr, wreszcie na niego spoglądając.
Wysączył nieco napoju i patrzył przez chwilę na Maćka, który powoli także zaczął pić, przy okazji z uwagą przyglądając się plakatom ze skąpo ubranymi lub też całkiem nagimi paniami. Obserwując je musiał przyznać, że co jak co, ale gust to jego straszy brat ma i to niezły.
- Słuchaj, braciszku, nie wolałbyś zamiast tych pań z obrazków jakieś takiej, no wiesz, prawdziwej? - zapytał po chwili Maciek.
- Te są dużo lepsze - odpowiedział mu Piotr.
- Naprawdę? A w czym one są lepsze od tych prawdziwych?
- Nie gadają. Mogą siedzieć wszystkie razem w jednym pokoju i nie będą się kłócić ani plotkować, ani tym bardziej o mnie bić. Wszystkie one cieszą się równo moimi względami i nie zmuszają mnie do podejmowania trudnych dla mnie i dla nich decyzji.
- Ciekawe podejście.
- Całkiem praktyczne. Ale nie musisz brać ze mnie przykładu. Właściwie, to może lepiej na tym wyjdziesz, jeśli tego nie będziesz robić.
W tej samej chwili żarówka zgasła. Piotr spojrzał na nią ze złością, po czym próbował pstrykać włącznikiem od lampy kilka razy, ale nic mu to nie dało.
- Może się przepaliła? - zasugerował Maciek.
- Guzik przepaliła. Znowu jakiś złodziej wykręcił korki - mruknął ze złością w głosie Piotr - Jest coraz bardziej bezczelny. Robi to już w biały dzień.
- No, nie tak do końca „biały”. Zbliża się wieczór.
- Jest bezczelnie pewny siebie. Ale zobaczysz, Maciek, jeszcze dorwę drania na gorącym uczynku i wtedy powyrywam mu nogi z tyłka i każę mu je zjeść.
Maciek uśmiechnął się lekko, gdyż złość Piotra i dobierane przez niego słowa nieźle go rozbawiły. Zadowolony zaczął powoli sączyć herbatę, po czym spytał:
- Słuchaj, Piotrusiu... Co sądzisz o Kresce, znaczy o Jance Krechowicz?
Piotr, który z powodu braku lampki, której światło bardzo pomagało mu w trakcie pracy, nie mógł chwilowo pracować, odsunął się lekko od biurka i spytał:
- A dlaczego pytasz?
- Bo dowiedziałem się dzisiaj od niej czegoś, co nie daje mi spokoju.
- Mianowicie?
- Mianowicie tego, że ona mnie kocha.
Piotr rozbawiony zaczął się głośno śmiać. Słowa Maćka wywołały w nim ten atak śmiechu, jednak u jego brata raczej spowodowały złość.
- Co cię tak bawi? - zapytał.
- Ty i twoje nagłe odkrycie - odpowiedział mu Piotr - Naprawdę dopiero teraz zauważyłeś, że ona kocha się w tobie i to odkąd się poznaliście?
Maciek nie posiadał się ze zdumienia. Skąd niby Piotr to wie? Czyżby Kreska mu się zwierzała ze swoich sekretów? Nie, to chyba niemożliwe. Więc skąd on to wie? Skąd u niego taka wiedza?
- O czym ty mówisz? Chcesz powiedzieć, że wiedziałeś od początku, że ona się we mnie kocha? - zapytał po chwili Maciek.
- No oczywiście. To było tak oczywiste, że nie mogło być inaczej - stwierdził Piotr tak, jakby rzeczywiście to było coś oczywistego dla wszystkich.
- Ale dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
- Uznałem, że to nie moja sprawa i lepiej nie mieszać się do spraw młodych i zakochanych. Poza tym ganiałeś za Matyldą. Co cię wtedy obchodziła Kreska?
- Może nie latałbym za nią, gdybym wiedział, co czuje do mnie moja sąsiadka i przyjaciółka ze szkolnej ławki?
- Może tak, może nie? A jakie to ma teraz znaczenie? - Piotr wzruszył tylko dość obojętnie ramionami.
- Duże, bo mógłbym uniknąć niepotrzebnie kompromitacji z powodu Matyldy i jej głupich pomysłów - odparł na to Maciek.
- A teraz skąd wiesz, że Kreska się w tobie kocha? Powiedziała ci?
Maciek pokiwał potakująco głową.
- Tak, powiedziała. I dodała, że teraz nie mogę jej wyznawać uczuć i to nawet jeśli bym chciał, bo wtedy to byłby tombak. Falsyfikat.
- I ma całkowitą rację. Ty w ogóle, młody, to słuchaj się Kreski. To jest mądra dziewczyna.
- Może i mądra, ale ma chwilami trudny charakter.
- Lepiej trudny niż żaden. A czemu ma trudny? Krytykuje cię?
- Ostatnio częściej niż powinna.
- Tego nigdy za mało. Konstruktywna krytyka pomaga nam lepiej zrozumieć wszystko, co w nas siedzi i pomaga nam zwalczyć to, co w nas jest gorsze. Poza tym, krytyka dowodzi szczerości. Myślę więc, że czasami warto, aby dziewczyna cię krytykowała. Nie tylko warto, ale wręcz trzeba, aby tak robiła.
- Może, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Jeśli ona się we mnie kocha, jak mi to sama przyznała, to czemu nie powiedziała mi tego dużo wcześniej? Tego już za nic nie umiem zrozumieć.
- Kobiet nie należy rozumieć, trzeba je kochać - rzucił dość filozoficznie Piotr - No, a ty, młody, strzeż się kobiet chwalących cię nadmiernie. Takie nigdy nie są szczere. Schlebiają ci, bo mają w tym interes.
- Jaki interes?
- A bo ja wiem? Całą masę interesów. Z wykorzystywaniem finansowym na czele. To najczęściej występujący motyw pochlebstw. Zapamiętaj sobie, braciszku. Jeśli baba zanadto ci schlebia, to prawie zawsze chce, abyś jej kupił jakiś bardzo drogi prezent lub w inny sposób chce cię wykorzystać.
- Ale z ciebie znawca, Piotrusiu - zachichotał Maciek, a gdy brat spiorunował go wzrokiem, dodał dowcipnie: - Nie, żebym coś sugerował.
Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Maciek odłożył na biurko brata swoją już pustą szklankę po herbacie i podszedł do nich.
- Kto tam? - zapytał przyjaznym tonem.
- Harcerze - odezwał się nagle kobiecy, znajomy głos, który Maciek bez trudu rozpoznał.
- Nie wierzę - odpowiedział żartobliwie.
- Otwieraj, chamie! ORMO nie kłamie - padła równie dowcipna odpowiedź.
Maciek parsknął śmiechem i szybko odryglował drzwi i wpuścił stojącą w ich progu Gabrysię. Była ona ubrana w dżinsy, koszulę na guziki, a w dłoni trzymała chyba zepsuty bezpiecznik lub coś w tym stylu.
- Wybaczcie, chłopcy, że wam przeszkadzam, ale znowu złodziej ukradł nam korki. To już trzeci raz w tym tygodniu. Ja naprawdę nie wiem, co ten skurczybyk z nimi robi. Zjada je czy co?
- Pewnie przepija - odparł Maciek.
- Być może. Ale ja nie po to, żeby narzekać. Próbuję naprawić te korki zanim się ściemni, a idzie już wieczór i jak tak dalej pójdzie, to skończymy w ciemności i ludzie się pozabijają na schodach, wracając do domu z pracy. Wiecie, że wielu z nas wraca bardzo późno. Dlatego proszę was, w ramach sąsiedzkiej i obywatelskiej solidarności, użyczcie mi kawałek drutu.
- Po co ten cały patos? Nie możesz po prostu powiedzieć, o co ci chodzi?
- Śrutu tutu, pęczek drutu. Tego chcę, pęczka drutu. Może być?
Maciek parsknął śmiechem i Gabrysia zrobiła podobnie. Odkąd poprosiła go, aby mówił jej po imieniu, pojawiła się między nimi większa nić sympatii oraz coś na kształt bratersko-siostrzanej poufałości, co znacznie polepszyło ich relacje.
- Piotrek, masz tam kawałek drutu? - zapytał Maciek brata.
Piotr natychmiast zerwał się z biurka i bardzo szarmancko powiedział, kiedy tylko Gabrysia i Maciek stanęli w drzwiach jego pokoju:
- Szanowna pani, już służę uprzejmie.
To mówiąc otworzył szufladę i zaczął w niej szperać, aż znalazł w niej to, czego szukał. Zadowolony wyjął dość spory, zwinięty kawałek drutu i rzekł:
- Oto jest to, czego sobie pani życzyła. Znaczy „ty sobie życzyłaś”.
Przypomniał sobie, że od niedawna są już na „ty”.
- Och, jakiś ty szarmancki - zakpił sobie z brata Maciek - Odkąd wziąłeś się za pisanie, wyzwoliły się w tobie dobre maniery.
- O, to ty piszesz? A co takiego? - zapytała Gabrysia Piotra, wyraźnie bardzo zainteresowana jego dziełem.
- Piotr piszę kronikę - rzucił dowcipnie Maciek.
- Historię - poprawił go Piotr - Na podstawie własnych wydarzeń opisuję to, co powinni zapamiętać potomni. Teraz oczywiście tego nie wydam. Rozumiecie, cenzura. Ale z czasem ten zeszyt może kiedyś stać się dowodem tego, jak nisko upadł świat, który znałem. I będzie on apelem do ludzi, aby nie pozwolili na to, żeby ten upadek spotkał i ich światy.
- O jakim upadku mówisz? - spytała Gabrysia.
- O upadku zasad, moja droga - pospieszył z odpowiedzią Piotr - Ten zeszyt za kilka lat będzie bezcenny, bo będzie wciąż zawierał uniwersalne prawdy. Mam w nim zapisane wszystko, co ma znaczenie. Wszystko tutaj mam. Każdy dzień. Każdą zbrodnię. Każde kłamstwo.
- Hola, hola! Sądzisz, że tylko z tego składa się historia? Tylko ze zbrodni i z kłamstw?
- Na ogół tak. Historia to przede wszystkim zapis jednej zbrodni po drugiej.
- Ejże, a gdzie bohaterstwo? Odwaga? Idee?
- Ideały są dobre tylko dla czasów, w których się w nie inwestuje pieniądze i to ogromne. Ale ludzie u władzy rzadko inwestują w ideały. Dlatego one prędzej czy później muszą ulec światu oraz jego twardym zasadom. A niekiedy ideały są jedynie pretekstem do tego, aby dana koteria mogła zyskać władzę.
Nie chciał tutaj mówić o Solidarności oraz o tym, jak nisko upadła ona w jego oczach, gdy tylko zobaczył, do czego dążą pewni przywódcy tego zgromadzenia, gdyż nie był pewien, kto może podsłuchiwać i jak, dlatego poprzestał tylko na tak ogólnikowym stwierdzeniu, który jednak nie zadowolił wcale Gabrysi.
- Ale idee tworzyły zawsze nowe prądy w świecie - powiedziała.
- Oj tak, idee - zakpił sobie Piotr - Te wszystkie piękne idee, które cały czas, nieodmiennie nikczemnieją.
- Co za brednie!
- Żadne brednie, tylko suche fakty. Przypomnieć ci poglądy pewnego pana z brodą, który twierdził, że niesie dobro dla świata?
Miał oczywiście na myśli Karola Marksa, którego poglądy zaowocowały tym, co obecnie miało miejsce w Polsce. Oczywiście nie bezpośrednio to zaowocowało, ale pośrednio zrobiło to na tyle mocno, że jego efekty w tamtych czasach boleśnie odczuwano.
Gabrysia oczywiście zrozumiała, o co chodzi z tym panem z brodą oraz jego ideałami, które pośrednio utopiły świat w morzu krwi. Mimo wszystko nie mogła przyznać rację Piotrowi, jej duma na to nie pozwalała. Dlatego stwierdziła:
- To naprawdę są jakieś brednie.
- Żadne brednie - odpowiedział jej Piotr - Popatrz tylko na świat wokół nas. Popatrz na degradację, popatrz na upadek kultury i obyczajów. Popatrz na upadek wszelkich autorytetów...
- Ale przecież świat to nie tylko to - zauważyła Gabrysia.
- Oczywiście - galopował Piotr, zapalając się w miarę mówienia i w ogóle nie zwracając na nią uwagi - Jeżeli stosowanie się do wskazań autorytetów: rządów, ideologii, sztuki, nauki prowadzi do demoralizacji, upadku, rozkładu społeczeństw, to znaczy, że odrzucono pewne podstawowe wartości, a przede wszystkim prawdę!
- Kto odrzucił?! Kto odrzucił?! - zawołała ze złością Gabrysia, podchodząc do niego bliżej i grożąc mu palcem wskazującym - Ja nic nie odrzucałam, kolego! Ty mów za siebie... Ty...
- Światem rządzi kłamstwo, nienawiść i chciwość - odparł na to Piotr, w ogóle nie zrażony jej zachowaniem - A to pierwsze szczególnie. Wiem, co mówię.
Oj tak, on dobrze wiedział o tym, o czym mówił. Widział aż za dobrze, jak Solidarność, w którą niegdyś wierzył, opuszczała swoich wiernych ludzi w każdej potrzebie i pozostawiała ich samych na placu boju. Jak jej członkowie, którzy tak ochoczo głosili walkę do samego końca o sprawiedliwy ustrój, nie wysilali się, aby sami walczyć, posyłając do walki maluczkich, takich jak jego rodzice i on sam. I dobrze wiedział, że Solidarność ani jej przywódcy nie zrobili nic, aby pomóc tym, którzy poszli siedzieć za ich sprawę. Widział też, jak przywódcy tej grupy ludzi skaczą sobie do gardeł z byle powodu i coraz mniej kryją się z tym, że chcą władzy nad teoretycznie wolną Polską, gdy już ją sobie wywalczą. Coraz mniej się z tym kryli. A ludzie mimo to szli za nimi, bo widzieli w nich nadzieję. A ta nadzieja była dla przywódców tylko środkiem do pozyskiwania sobie zwolenników, których i tak będą mieli w nosie, gdy już zyskają władzę. Widział to wszystko i dlatego dobrze wiedział, co mówi. Kłamstwo rządziło Solidarnością. Podobnie jak rządziło jego ukochaną, gdy zdradziła go z powodu ulotek, co zresztą od samego początku było jej celem. Uwieść go i wykorzystać. Nie mógł tego jednak na głos powiedzieć. Nie miał pewności, kto i w jaki sposób może ich podsłuchiwać.
- Jak mówiłem, światem rządzi przede wszystkim fałsz - rzekł po dość długiej chwili namysłu Piotr - Fałsz, jedno wielkie kłamstwo jest panem tego świata.
- Coś takiego odkrywa się na ogół w wieku pokwitania! - wrzasnęła Gabriela, lecz Piotr nie zwracał na nią uwagi.
- Tak, kłamstwo. No i chciwość - powtórzył dobitnie - Nadszedł czas na jakiś nowy prąd. Ale on się jeszcze nie pojawił. I obawiam się, że się nie pojawi. Nie za mojego życia. Może młody go dożyje, ale ja na pewno już nie.
- Ten prąd już się pojawił! - zawołała Gabrysia z zapałem w głosie - Prąd tak wielki i potężny, jakiego żadna siła nie zmoże!
Piotr parsknął śmiechem, słysząc te słowa.
- Gabusiu, gadasz jak twój ojciec, wiesz o tym?
- Szkoda, że ty nie gadasz jak twój ojciec.
- Gdybym to zrobił, młody siedziałby w domu dziecka, bo nikogo by nie było, aby się nim opiekować, wiesz?
Gabrysia uznała słuszność tego argumentu, dlatego uspokoiła się nieco, po czym rzekła delikatnie:
- Ale ta siła, o której mówisz, naprawdę się pojawiła i ona może ocalić świat.
- A skąd. Ten świat jest już jałowy i bezpłodny jak suche drzewo... Jak ty go niby chcesz ożywić? Zalejesz wodą pustynię? I co to da? Jakie owoce ona zrodzi? Ten świat stał się pustynią. Jałową i głuchą.
- Tak i będzie taki dalej - powiedziała ostro Gabriela, mrużąc ze złością oczy - Będzie taki, jeśli wszyscy zaczniemy myśleć tak jak ty. Sam jesteś, Piotrze, jałowy jak suche drzewo. A do tego ślepy jak bezpłodny kret. Bierzesz się za opisywanie świata, ale nie widzisz kolosalnego słonia przed swoim własnym nosem.
Piotr ponownie parsknął śmiechem i powiedział:
- Nie wiedziałem, że uważasz się za słonia, moja droga.
Rozzłościł tym ponownie Gabrysię, która zawołała:
- To była metafora, ślepy krecie! Chcę ci powiedzieć, że na naszych oczach, stary, świat się odradza i zmienia. Powstają tu nowa moralność, nowe idee, nowa cywilizacja. Cywilizacja miłości...
- Co? Cha, cha, cha! - zaśmiał się gorzko Piotr. - Cywilizacja miłości! Popatrz sobie tylko na ten świat i policz sobie, ile trupów dzisiaj padło na całym globie!
- A co to ma do rzeczy?
- Wiele. Cywilizacja miłości? Dobre sobie! - Piotr z każdym słowem stawał się coraz bardziej zajadły - Pewne osoby jęczą teraz w niewoli, a ci, dla których to robili, nie kiwną nawet palcem, aby im pomóc. To wszystko, co opowiadasz, jest jedną wielką bujdą. To tak, jakby ktoś łamał gałązki, wrzucał do wody i twierdził, że będą z tego kwiatki. A będzie zgnilizna i nic więcej.
- Sam jesteś jedną wielką zgnilizną! Najgorszą, bo moralną!
- Być może. Nie zaprzeczam, że tak jest. Bo widziałem na własne oczy, czym się kończy walka o tę twoją cywilizację miłości. Ta walka jest z góry skazana na porażkę. A ta twoja cywilizacja... Ona nie istnieje.
- Ona istnieje. Powstaje mimo całego zła, to chciałam powiedzieć. Miłość jest wszystkim, o co warto walczyć.
- Boże, jak ja nie lubię idealistów! - krzyknął Piotr, łapiąc się dłonią za czoło - A zwłaszcza idealistek! Naiwni i szkodliwi...
- Szkodliwi?
- A tak, szkodliwi. Porywają za sobą ludzi, zmuszają do walki o mrzonki, a potem zmuszają ich do ponoszenia gorzkich konsekwencji za tę walkę.
- Szkodliwi są tacy mizantropi jak ty. A idealiści... To właśnie oni zmieniają ten świat na lepsze.
- To dlaczego go jeszcze nie zmienili?
- Na wszystko trzeba czasu. Trzeba im więcej czasu i jakoś sobie poradzą.
- Aha, czyli kłania się staropolskie i jakże modne w naszej historii: „Jakoś to będzie”. Tylko widzisz, problem polega na tym, że na takich fundamentach świata nie zbudujesz. Trzeba silnych idei, a nie naiwności i dziecięcej miłości do wielkich słów. Wielkich słów, które pięknie brzmią, a nic nie znaczą.
- Nic nie znaczą?
- Oczywiście. Cywilizacja miłości? I jak ma wyglądać? Życie w komunach, ludzie chodzący w spodniach typu „dzwony” i wdychający dziwne substancje? To ma być twoja idea wielkiej miłości? A zresztą ona również się skończyła. Hipisi porzucili swoje spodnie dzwony, ścięli włosy, założyli garnitury i się ześwinili. I słusznie, bo niby co mieli robić? Dać się wyrżnąć jak barany przez prozę życia?
- Ty mnie chyba nie chcesz zrozumieć - powiedziała ponuro Gabrysia.
- Nie chcę po prostu walczyć o coś, co nie przynosi żadnego dobra dla mnie, dla moich bliskich i dla tych, którzy coś dla mnie znaczą.
- Idealiści walczyli o dobro całego ogółu.
- I co? Ile na tym ten ogół zyskał? A ile my zyskaliśmy?
- Nic dla nas, wszystko dla innych.
- Tak gadają dzieci w okresie dojrzewania.
Gabrysia wściekła wyrwała mu dziko drut z ręki, wysyczała przez zaciśnięte ze złości zęby:
- Tego ci nie zapomnę, stary capie.
- Zapomnisz, słodziutka hipisko. Zapomnisz. Ludzie łatwo zapominają, kiedy tylko jest im to wygodne. Cały problem ze mną polega na tym, że ja nie umiem zapomnieć.
- O czym zapomnieć?
- O tym, o czym chciałbym zapomnieć.
Patrzyli sobie oboje przez chwilę w oczy, po czym Gabrysia odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku wyjścia. Maciek odprowadził ją do drzwi, a wówczas młoda kobieta spojrzała w jego stronę i powiedziała:
- Wiesz co, Maciek? Ty jesteś naprawdę fajny chłopak, ale zrób mi przysługę. Nie bierz przykładu z twojego głupiego brata. Uwierz mi, źle na tym wyjdziesz.
- Piotr mówi mi dokładnie to samo - zażartował sobie Maciek.
- Doprawdy? - rzuciła złośliwie Gabrysia, zerkając na Piotra - Jedna jedyna mądra rzecz, którą on powiedział.
Po tych słowach, wyszła z pokoju. Piotr westchnął załamany, kiedy to zrobiła, zaś jego brat z trudem powstrzymywał się od śmiechu.
- Wiesz co, Piotrula? - przemówił wreszcie Maciek - Lubię, jak mi udzielasz rad, co do kobiet. Zwłaszcza trafne było to, co mi powiedziałeś na temat zdrowej krytyki. Jak to szło? Krytyka dowodzi szczerości... Prawda?
- Młody, chcesz dostać w dziób? - zapytał ze złością jej starszy brat, z trudem powstrzymując złość - Gabrysia to wredna i zarozumiała feministka i jako tak nie może się wypowiadać na poważne tematy. Poza tym, jako feministka nie może w ogóle występować w moich rozważaniach o kobietach. Bo płeć żeńską. Macieju, można podzielić z grubsza na: baby, babsztyle, babusy, babki, kobietki, kobieciątka oraz chłopczyce. Najmniej w tym gronie jest kobiet. Bo „Kobieta”, mój braciszku, to brzmi dumnie.
- Zapomniałeś o dziewczynach w tej swojej jakże mądrej klasyfikacji - przerwał mu Maciek z jakimś przebiegłym błyskiem w oku - A Gabrysia jest miłą i uroczą dziewczyną, mój przemądrzały braciszku. Słuchaj się jej więc, bo to bardzo mądra dziewczyna. Czasami więc warto, żeby cię krytykowała. Nie tylko warto, ale wręcz trzeba, aby to robiła.
Piotr widział wyraźnie, że brat go przedrzeźnia i z trudem zapanował nad złością. Zacisnął tylko dłoń w pięść i wysyczał przez zaciśnięte zęby:
- Stąpasz po cienkim lodzie, braciszku.
- Nie, ja tylko powtarzam twoje mądre słowa, braciszku.
Piotr poczuł, że dłużej tego nie wytrzyma i nie chcąc masakrować Maćka, po prostu usiadł za biurkiem, a wtedy znienacka lampka na biurku rozbłysła jasnym światłem.
- Widzisz? - powiedział Maciek zadziornym tonem - Nie dość, że mądra, to na dodatek zaradna. I korki sama naprawiła.
- Nie dziwię się, że mąż od niej uciekł - powiedział Piotr i demonstracyjnie zgasił światło.
Nie chciał nic zawdzięczać tej zarozumiałej feministce, której się zdaje, że już wszystkie rozumy pozjadała.
Maciek zaś, ubawiony tym wszystkim, wyszedł na klatkę schodową i znalazł Gabrysię, która właśnie zwijała resztkę niepotrzebnego jej drutu.
- Niezła robota - powiedział do niej.
- O! Fajnie, że jesteś - odparła Gabrysia, uśmiechając się na jego widok - Nie będę musiał do was przychodzić i oddawać wam tego. Nie mam ochoty patrzeć na twojego zarozumiałego braciszka.
- Nie gniewaj się na niego, odkąd został wyrzucony z pracy i odkąd zawiódł się na pewnych osobach, taki właśnie jest. Lubi wszystko uogólniać.
- Tak i widzieć świat w czarnych barwach. Jak ja nie cierpię takich ludzi. I nie cierpię twojego brata. Będę go nie cierpieć do końca życia.
- Przejdzie ci szybciej niż myślisz - zachichotał Maciek, odbierając od niej resztkę drutu - Ale pewnie masz rację, że na niego narzekasz. Jest w końcu taki...
- Zarozumiały, nadęty i źle wychowany - dokończyła Gabrysia - Do tego też rozpieszczony przez kobiety, które z pewnością zawsze we wszystkim się z nim zgadzały.
- O tak, kobiety zawsze miały do niego słabość. Nie wiem jednak, dlaczego. Przecież on nie może się im podobać.
- Czemu tak sądzisz?
- No, przecież piękny to on nie jest.
Gabrysia spojrzała na Maćka jak na kosmitę lub innego dziwoląga.
- Słucham?! Jak nie jest piękny? On jest całkowicie piękny! Przystojny i taki męski... Zarozumiały dupek, to prawda. Ale też niesamowicie czarujący. Te jego oczy, ten męski głos, ta stanowczość w nim ukryta...
- Skoro jest on taki czarujący, to czemu za niego nie wyszłaś? - zapytał dosyć przewrotnie Maciek.
- Bo nigdy mnie o to nie poprosił - odpowiedziała Gabrysia - No, a poza tym, ja kocham mojego męża.
- Aha, to on musi mieć mnóstwo zalet, więcej niż Piotr, skoro przebija go pod każdym względem.
- Janusz? Daj spokój. On nie jest mu godzin butów czyścić. Piotr przy nim, to jak książę przy żabie.
- To za co w takim razie kochasz Janusza?
- Bo jest moim mężem i ojcem mego dziecka.
- To jedyny powód?
- A masz lepszy? Poza tym, może ja jestem taka księżniczka, która woli żabę zamiast księcia?
- To jesteś osobliwym rodzajem księżniczki - zachichotał Maciek.
Jego śmiech rozdrażnił Gabrysię.
- Wiesz co? Sama nie wiem, który z was bardziej mnie drażni - powiedziała - Po co porównujesz Piotra do mojego męża? Wiadomo, że pod każdym względem on wypada dużo lepiej od Janusza. Z nim mogę przynajmniej porozmawiać i się tak zdrowo pokłócić. A z Januszem to kłótnie nigdy nie są zdrowe. Piotr posiada w sobie coś, co mnie wkurza, ale mimo wszystko rozmowy z nim są na poziomie.
- Jak go bronisz. A miałaś go nie cierpieć do końca życia.
- Jak dorośniesz i lepiej poznasz kobiety, to zrozumiesz, że często „do końca życia” oznacza u nich „Tylko do następnego spotkania, bo wtedy już mi przejdzie”.
Po tych słowach, Gabrysia ruszyła po schodach do swego mieszkania. Maciek zaś uśmiechnął się z satysfakcją i wrócił do siebie.
- Gabrysia oddaje drut - powiedział głośno, wchodząc do pokoju Piotra.
- Nie musiała - odpowiedział zadziornie jego starszy brat.
- Nawet nie wiesz, jak sobie poradziła z tymi korkami.
- Wyobrażam sobie.
- Tylko wiesz, ona ma chyba coś nie tak z okiem.
- Nie przyglądałem się jej oczom.
- Naprawdę? To nie zauważyłeś pewnie tej skazy na jej prawej powiece.
Piotr oderwał się od swojej pracy i spojrzał na Maćka.
- Jakiej skazy?
- Wiesz, taka jakby blizna, narośl czy pieprzyk, albo coś w ten deseń.
- Co ty gadasz, młody? Obie powieki ma w zupełnym porządku, gdzie ty tam niby skazę jakąś widzisz?
Maciek uśmiechnął się ironicznie i nic nie odpowiedział. Wiedział już teraz wszystko, co chciał wiedzieć. Gdy spotka Kreskę i będą oboje normalnie ze sobą rozmawiać, to musi jej koniecznie o tym opowiedzieć.
- Masz jeszcze jakąś sprawę? - zapytał złośliwie Piotr - Bo nie mam ochoty słuchać o tej zarozumiałej feministce.
- Nie, już sobie idę - odparł zadziornie Maciek i poszedł do swojego pokoju, po cichu dodając: - Czasami zastanawiam się, który z nas tu jest dzieciakiem.