czwartek, 12 sierpnia 2021

Rozdział XXXVI

Rozdział XXXVI

Piotr wyrównuje rachunki

Minęło kilka dni od tej pięknej i radosnej chwili, w której Jedwabińscy raz na zawsze pogodzili się nie tylko z Aurelią, ale i z braćmi Ogorzałko i między nimi ponownie nawiązana została ogromna nić sympatii, która miała podstawy do tego, aby przemienić się w coś znacznie mocniejszego i silniejszego. Wszyscy byli tym faktem bardzo uradowani, zwłaszcza mała Aurelia, która bardzo cierpiała z tego powodu, że nie może swobodnie przytulić się do swojej mamy, gdyż ta unika z jej strony i w ogóle ze strony wszystkich ludzi jakichkolwiek cieplejszych uczuć oraz ich objawów. Teraz mogła się do niej swobodnie przytulać, kiedy tylko miała na to ochotę i skwapliwie z tego korzystała. Ewa zaś odkryła, ku swojemu zdumieniu, że naprawdę sprawia jej to ogromną przyjemność i teraz często tuliła córkę do siebie i składała czułe, matczyne pocałunki na jej twarzy. Oczywiście nie zmieniła się od razu w osobę świętą i dobrą. Nie, takie zmiany nie zachodzą od razu ani na jedno pstryknięcie palcami. Poważne zmiany zawsze potrzebują dużej liczby czasu i tak też było tutaj, tak więc nie obyło się tu bez terapii, na jakie zaczęła chodzić Ewa, oczywiście przy ogromnym wsparciu swojego męża. Wierzyła, że uda jej się przez to wszystko przejść, a mąż i przyjaciele na czele z Piotrem dodawali jej każdego dnia nadzieję na to i utwierdzali w tym, iż słusznie postępuje. Dzięki temu zaczęła wierzyć w siebie, jak również wierzyć w znacznie lepszą przyszłość dla siebie oraz swojej rodziny.
Odzyskanie nadziei przez Ewę uradowało bardzo jej męża, a do jego radości dołączyło też i to, że zdołał odzyskać przyjaźń Piotra, którego zawsze bardzo cenił i szanował, który był mu niemal jak młodszy brat i który teraz znowu był mu tym, kim był w starych i dobrych czasach: wiernym druhem i przyjacielem. Mógł teraz z nim spędzać czas, rozmawiać, pójść na piwo i powymieniać się poglądami jak za starych, dobrych czasów. Dodatkowo jeszcze szef Eugeniusza, kiedy ten wyjaśnił mu, iż nie będzie mógł teraz tak często bywać na przyjęciach, zabawach czy też polowaniach, które on urządzał, ponieważ musi naprawić pewne sprawy w swojej rodzinie i musi dbać o nią w taki sposób, jak ona na to zasługuje, nie tylko nie wyraził żadnej złości z tego powodu, a wręcz powiedział, iż doskonale rozumie i podziwia go za to, że w tych czasach, kiedy każdy tylko myśli o sobie i swoich potrzebach, znalazła się taka właśnie osoba jak Eugeniusz Jedwabiński i że myśli on właśnie o swojej rodzinie, którą stawia na pierwszym miejscu. Obiecał też mu awans w najbliższym czasie.
- Człowiek, który tak dba o rodzinę, że nawet ryzykuje z tego powodu utratę względów szefa, zasługuje na mój szacunek i poważanie, a także na to, aby mieć o wiele lepsze stanowisko pracy niż ma je obecnie. Dlatego cieszy mnie, że pan jest właśnie takim człowiekiem, panie Eugeniuszu.
Jak zatem widać, państwo Jedwabińscy nie mieli powodów do narzekania, w przeciwieństwie do Piotra Ogorzałki, który chociaż odzyskał dawnego przyjaciela i czuł z tego powodu wielką radość to jednak nie mógł powiedzieć o sobie, że jest całkowicie szczęśliwy. W końcu wszyscy wokół niego byli szczęśliwi w miłości, a on jeden nie mógł tego o sobie powiedzieć. Ostatecznie już drugi raz złamano mu serce. Najpierw zrobiła to jego ukochana z miejsca pracy, a potem Gabrysia, która teraz unikała go jak ognia i nie chciała się z nim spotykać. Co prawda, zrobiła to w końcu, ale niestety tylko raz i jedynie po to, aby mu wyjawić, że jej mąż zdradzał ją w tej całej Australii, lecz nie zamierza brać rozwodu i oczekuje od niej, iż będzie mu wierna i nie będzie robiła żadnych problemów, ani też nawet nie pomyśli o rozwodzie. Piotr nie rozumiał, po co się bawić w takie głupie pomysły i jaki w tym wszystkim cel ma Janusz Pyziak, jednak musiał zaakceptować decyzję Gabrysi, co oczywiście zrobił, choć bez najmniejszej radości ze swojej strony. Przecież kochał ją i to całym sercem. Jeszcze nigdy wcześniej nie był zakochany aż tak mocno, jeszcze nigdy miłość nie dawała mu tyle radości, więc bolało go to, że ta miłość musi w taki sposób się kończyć. Co prawda, od początku przewidywał taki właśnie rozwój wypadków, ale mimo wszystko decyzja Gabrysi bardzo go bolała i chociaż Eugeniusz Jedwabiński oraz Maciek starali się jak mogli, żeby dobrze się czuł, nie umiał spełnić ich życzenia i być wesołym. Trudno w końcu radować się życiem, gdy chce się wyć z rozpaczy. A Piotr miał właśnie na to ochotę. Popełnił właściwie największy błąd z możliwych. Obiecywał sobie przecież, że nigdy więcej już nikt mu nie złamie serca, ale mimo to właśnie do tego doszło: kobieta złamała mu serce i to kobieta niezwykle wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju, bo równie piękna, co inteligentna, a do tego bardzo wrażliwa i dobra. Jej dobroć można było porównać jedynie z jej urodą, a jej uroda była oszałamiająca, zwłaszcza wtedy, gdy była naga i nie kryła swoich wdzięków przed nim. Wtedy był tak zachwycony jej osobą, że nawet nie umiał oderwać od niej wzroku. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się czuć tego wszystkiego przy jakiekolwiek kobiecie. Chociaż może i czuł, ale na pewno nie tak intensywnie, jak przy tej istocie, którą w myślach nazywał Galateą, co w jego ustach oznaczało „ideał kobiecości”. Niestety, on nie był Pigmalionem i nie był w stanie jej ożywić, poprawić jej uległy wobec mężusia charakter ani uczynić cokolwiek, co sprawiłoby, że oboje byliby w końcu szczęśliwi.
Piotr siedział w swoim mieszkaniu i rozmyślał na ten temat, jednocześnie też pomstując na samego siebie za swoją głupotę. Jak mógł ponownie pozwolić na to, aby złamano mu serce? Przecież to było od początku wiadome, jak to się skończy. To było jasne jak słońce i każdy inny człowiek, który umiał logicznie myśleć, z całą pewnością zdołałby wyciągnąć takie wnioski. Niestety, Piotr się zakochał, a to oznaczało, że w kwestii miłości nie umiał logicznie myśleć. Wiadomo przecież, iż człowiek zakochany chodzi jak pijany, jak to śpiewała Hanka Ordonówna. Tak, on właśnie był pijany, kompletnie głupi, skoro wierzył w miłość, skoro mimo swego zdrowego rozsądku pozwolił sobie na cień nadziei na to, że będzie jeszcze kiedyś szczęśliwy w miłości. Bo przecież cień nadziei w nim został, zwłaszcza odkąd ta cudowna i jedyna w swoim rodzaju istota płci żeńskiej, o której to marzył od tak dawna, złamała swoje zasady i poszła z nim do łóżka, przeżywając najpiękniejsze zbliżenie na świecie... Najpiękniejsze zarówno dla niej, jak i dla niego.
Jego rozmyślania przerwało nagle pukanie do drzwi. Choć Piotr nie miał teraz najmniejszej nawet ochoty na wizyty kogokolwiek, wstał z fotela, podszedł do drzwi i nawet nie patrząc w wizjer, otworzył je. Zobaczył wówczas, stojącego w progu Janusza Pyziaka.
- Witaj - powiedział do niego spokojny i bardzo opanowanym tonem, który przy odrobinie wyobraźni można by uznać za przyjazny.
Piotr oparł się łokciem o próg, popatrzył z kpiną w oczach na rywala i rzekł najbardziej złośliwie, jak się tylko dało:
- Proszę, proszę, proszę... Któż to mnie odwiedził? Sam Janusz Pyziak. Jakiż wielki zaszczyt mnie kopnął. Wielki pan Janusz zniżył się, aby obcować z prostym ludem, takim jak ja.
- Jak widzę, poczucie humoru wciąż cię nie opuszcza - odpowiedział bardzo ironicznie Janusz Pyziak - Nic się nie zmieniłeś odkąd ostatni raz cię widziałem. Czy mogę wejść? Nie chcę rozmawiać w progu.
Piotr tylko lekko rozłożył ręce i wpuścił mężczyznę do środka, a gdy ten już przekroczył próg, zamknął za nim drzwi, po czym zaczął go z uwagą obserwować. Janusz zaś zaczął oglądać jego mieszkanie, jakby to było muzeum i jakby chciał coś z tej obserwacji wyciągnąć. W końcu powiedział:
- Widzę, że wciąż mieszkasz w nie najlepszych warunkach. Niezbyt to chyba dobre warunki mieszkalne dla dorosłego faceta i dorastającego chłopaka.
- I przyszedłeś tu tylko po to, aby mi to powiedzieć? - zapytał złośliwie Piotr.
- Nie, nie tylko, choć powód, dla którego tu przyszedłem, częściowo wiążę się z tym, o czym mówimy.
- To ciekawe. A mógłbyś rozwinąć temat?
- Oczywiście, że mógłbym. Zresztą po to tu przyszedłem.
Po tych słowach, Janusz odwrócił się przodem do Piotra i powiedział:
- Przyszedłem tutaj w sprawie dość delikatnej i myślę, że domyślasz się, o co mi chodzi.
- Wiesz, nigdy nie próbowałbym być domyślniejszy od wielkiego człowieka, który bywa w Australii i zwiedził cały świat - odparł z kpiną Piotr - Dlatego miło mi będzie, jeżeli powiesz mi sam, co cię sprowadza.
Janusz uśmiechnął się do niego ironicznie, po czym odparł:
- Może masz rację. Zagrajmy w otwarte karty, bez zbędnej subtelności.
- Zwłaszcza, że to słowo jest ci kompletnie obce - rzucił Ogorzałko.
Pyziak zlekceważył jego wypowiedź. Nie miał teraz ochoty na sprzeczki ani potyczki słowne, dlatego powiedział:
- Chodzi o moje rogi, Piotrze. A konkretnie o rogi, które ty i moja żona mi wiele razy przyprawialiście, kiedy ja ciężko i uczciwie pracowałem na rodzinę za granicą.
Piotr parsknął śmiechem, słysząc ostatnie słowa tej wypowiedzi.
- Małe sprostowanie. Po pierwsze, nie wiele razy, tylko kilka. Po drugie, ty i ciężka praca? Nie rozśmieszaj mnie. Po trzecie zaś, nikt ci nie kazał jeździć na drugi koniec świata, żeby zarobić na rodzinę. Twoja rodzina, o ile dobrze wiem, nigdy cię o to nie prosiła. No i po czwarte... Naprawdę uważasz, że w sytuacji, w jakiej się znajdujesz, zarzucanie komuś zdrady jest właściwe?
- A czemu miałoby nie być? - zapytał Janusz Pyziak, przybierając groźny ton - Zaciągnąłeś moją żonę do łóżka i zabawiłeś się z nią moim kosztem.
- A skąd ty to niby wiesz, co?
- Od osoby godnej zaufania.
Piotr uśmiechnął się ironicznie. Dobrze wiedział, o kogo chodzi. O tę podłą i starą wiedźmę z dołu, która nic innego nie robi, tylko wiecznie węszy, podsłuchuje przez szklankę przyłożoną do ściany i czerpie przyjemność z cudzego nieszczęścia, a czyjeś szczęście drażni ją niemiłosiernie. Tak, pani Szczepańska była kapusiem i to najgorszego sortu. Czasami Piotr zastanawiał się, czy nie współpracowała aby ze służbami specjalnymi, co zresztą bardzo by do niej pasowało. Nieraz przecież już składała donosy na milicję, choćby wtedy, gdy Gabrysia Borejko jeszcze jako nastolatka, założyła ugrupowanie szkolne nazywane ESD, czyli Eksperymentalny Sygnał Dobra. Pani Szczepańska podsłuchiwała pod ścianą za pomocą szklanki i wyciągnęła z tego błędne wnioski, jakoby jej sąsiadka produkuje LSD i oczywiście zaraz złożyła donos na milicję. Na szczęście milicja, gdy przyjechała na miejsce, od razu wszystko wyjaśniła i obyło się bez konsekwencji prawnych. Ale tak czy inaczej, pani Szczepańska wtedy pokazała, na co ją stać. Dodatkowo, od tamtej chwili znienawidziła Borejków i korzystała z każdej okazji, aby im w jakikolwiek sposób dokuczyć. Teraz pewnie z przyjemnością doniosła Januszowi o romansie Gabrysi z Januszem, chociaż jak się o nim dowiedziała, tego już Piotr nie wiedział.
- Osoba godna zaufania? - rzekł po chwili Ogorzałko - Nawet domyślam się, kogo masz na myśli. Nie sądzisz jednak, że przyjmowanie za pewnik informacji od kogoś takiego ubliża twojej godności?
- Ale nie zaprzeczasz, że takie coś miało miejsce, prawda? - spytał Janusz.
- Skoro już wiesz i prawda już jest ujawniona, nie będę jej zaprzeczał. Byłoby to głupie i nie ma żadnego sensu. Powiedz mi więc, co zamierzasz zrobić z tym fantem? Pobić mnie? To by nawet do ciebie pasowało, wiesz? To zresztą podobno jest bardzo męskie: zrozpaczony rogacz bije i to dotkliwie kochanka swojej żony. Jakie to typowe.
- Nie, wcale nie po to tutaj przyszedłem, choć w mordę powinieneś dostać, bo sobie zasłużyłeś. I nawet nie próbuj zaprzeczać.
- Nawet nie próbuję. Ale czemu nie zamierzasz dać mi w mordę?
- Ponieważ jestem człowiekiem rozsądnym oraz praktycznym i uważam takie zachowanie za niewłaściwe. Chociaż zdrada mojej żony bardzo mnie boli, jak też i to, że zachęciłeś ją do niemoralnego zachowania.
Piotr nie wytrzymał i parsknął śmiechem pełnym kpiny i szyderstwa.
- Naprawdę? Uważaj, bo się wzruszę. Ciebie boli serce po zdradzie żony?
- A tak. Co w tym dziwnego?
- Wiesz... Nie jestem specjalistą, ale wydaje mi się, że aby kogoś bolało serce, musi je najpierw mieć.
- A ja niby nie mam serca? Harowałem jak wół za granicą, żeby moim bliskim żyło się jak najlepiej, a ona tymczasem z tobą...
Chciał już powiedzieć jakieś wulgarne słowo, ale się pohamował i rzekł:
- Prowadziła się niemoralnie.
- Wiesz, skoro już jesteśmy przy niemoralności, to wydaje mi się, że jesteś ostatnią osobą, która powinna się na ten temat wypowiadać - powiedział złośliwie Piotr - Harowałeś jak wół, tak? I może jeszcze mi powiesz, że w pocie czoła ciężko zarabiałeś pieniądze na rodzinę?
- A tak, a żebyś wiedział. A co? Wątpisz w to?
- Nie, ależ skąd. Zwłaszcza, że widziałem dowody twojej pracy w pocie czoła za granicą. Gabrysia mi je pokazała. Swoją drogą, bardzo ładne kangury są w tej twojej Australii. Rzeczywiście, musiałeś pracować nad nimi w pocie czoła, choć coś mi mówi, że nie tylko czoło ci się wtedy spociło.
Janusz zrozumiał, o czym mówi Piotr i zamruczał ze złości, zaciskając przy tym dłoń w pięść. Był wściekły, że żona pokazała kochankowi te parszywe zdjęcia, które wysłała jej osoba życzliwa. Swoją drogą, Janusz podejrzewał, że to ta głupia baba, jego kochanka z Australii wysłała jej te zdjęcia. W końcu nikt inny nie mógł im je zrobić i nikt inny nie miał w tym interesu. A jaki ona miała w tym interes? Chciała go zmusić, aby się szybciej rozwiódł z żoną i związał z nią. Cóż... Jeśli idiotka na to liczyła, to przeliczyła się i to bardzo.
- Także więc... - ciągnął dalej Piotr - Muszę powiedzieć, że wydaje mi się, iż w świetle tego, o czym mówimy, naprawdę jesteś ostatnią osobą, która powinna się wypowiadać na temat moralnego zachowania.
- Dobrze, a zatem nie owijajmy w bawełnę, bo widzę, że z tobą to lepiej jest mówić wprost, o co chodzi.
- Tak jest dużo lepiej.
- No właśnie. Chciałbym więc powiedzieć, że chociaż serce bardzo mnie boli z powodu zdrady mojej żony, to jednak chcę, abyś wiedział, że nie zamierzam się z tego powodu z Gabrysią rozwodzić.
To Piotra mocno zdziwiło. Spodziewał się, że w takiej sytuacji jako pierwszy by zarządzał rozwodu, jak chyba postąpiłby każdy normalny facet na jego miejscu. On jednak chce ratować małżeństwo. Dlaczego?
- To mnie zaskoczyłeś. A dlaczego nie chcesz się rozwodzić?
- Ponieważ obiecałem ci grać w otwarte karty, to powiem otwarcie. Rozwód nie leży w moim interesie.
- Doprawdy? - uśmiechnął się ironicznie Piotr.
- Tak, właśnie tak - potwierdził Janusz - Jestem nieco staroświecki i uważam, że rodzina zawsze powinna się trzymać razem. Zwłaszcza, jeśli ma w tym interes.
- A jaki ty masz w tym interes?
- Bardzo prosty. Awans społeczny.
- Nie rozumiem.
- To bardzo proste. Słyszałeś o ministrze Zawodnym?
- Ministrze finansów w naszym kochanie WRON-ie? Owszem, słyszałem. A co? To twój krewny?
- Nie, ale miałem przyjemność go poznać w Australii. Był tam na wakacjach i zawarliśmy razem sporą zażyłość, zwłaszcza podczas polowania na strusie emu.
- Nie wątpię. Ale co ma jedno do drugiego?
- Otóż minister Zawodny sprawdza obecnie mój życiorys i wszystko, co ma ze mną wspólnego. Jak dotąd niczego złego u mnie nie zobaczyli i dlatego też już niedługo wstąpię w szeregi partii.
- No proszę. Jakoś wcale mnie to nie dziwi. To wręcz idealne towarzystwo dla ciebie. Sami komuniści i złodzieje. Sam nie wiem, którzy gorsi.
- Tylko bez takich. Ja nie jestem złodziejem, a za takie teksty możesz długo nie zobaczyć swoich bliskich. Możesz trafić tam, gdzie twoi rodzice. I co? A może myślisz, że zostaniesz męczennikiem i nakręcą o tobie film? Już widzę nagłówki. „Człowiek z godności”.
- Za to o filmie o tobie byłby dopiero hitem. I już wiem, jaki nosiłby on tytuł. „Człowiek z błota”. Idealna nazwa, czyż nie?
Janusz spojrzał na niego spode łba, zazgrzytał lekko zębami i powiedział:
- Pomijając twoją impertynencję, oznajmić ci muszę, że niedługo wszyscy się będą do mnie zwracać per „towarzyszu”. A być może w przyszłości będę nawet posłem.
- No tak. Jeśli wejdziesz między wrony, towarzyszu, bądź czerwony.
- Zgadza się. I nie wstydzę się tego, że zamierzam być czerwony. Bo wiesz, ja przynajmniej do czegoś dojdę. Będę sławny, bogaty i osiągnę wszystko. A ty? Co niby osiągniesz z tym swoim wiecznym nonkonformizmem?
- O, jakie piękne słowa teraz znasz. Musiałeś się podszkolić przy tym swoim ministrze.
- Podróże kształcą. Mógłbyś sam spróbować.
- Dzięki, wolę już być nonkonformistą z godnością niż próżnym oportunistą.
- Super, piękne słowa, ale jeżeli ten próżny oportunista może ci coś doradzić...
- Jakoś nie chcę słuchać twoich rad.
- Będziesz musiał.
- No proszę, jakie czasy nam nastały. Muszę słuchać rad człowieka, który ma kręgosłup moralny zrobiony z gumy.
Janusz Pyziak z trudem już nad sobą panował, ale mimo wszystko zachował spokój i powiedział:
- Moja rada jest prosta. Wiem, że ty i moja żona coś do siebie czujecie. Wiem też, że będzie mnie ona z tobą ponownie zdradzać, to tylko kwestia czasu.
- Skąd to przypuszczenie?
- To proste. Ladacznica zawsze będzie ladacznicą. Ma to we krwi.
Piotr popatrzył na niego wściekle, jakby chciał go uderzyć, ale powstrzymał się przed tym i tylko dodał:
- Rozumiem, że oceniasz ją swoją miarką.
- A niby jaką mam ją oceniać? - zapytał Janusz - Zresztą ja wcale nie żądam od niej wierności. Sam nie zamierzam być wierny i nie oczekuję, że ona też będzie mi wierna.
- Męska wersja pani Dulskiej.
- Nie wiem, może... Ale póki mam z tego korzyści, zamierzam tak robić.
- Co ja mam z tym wszystkim wspólnego?
- Sprawa jest prosta. Moja żona nie musi być wierna, jednak niech zachowuje pozory. Od ciebie oczekuję tego samego. Jeżeli już musicie się spotykać, róbcie to chociaż dyskretnie. A zapewniam, że nie pożałujecie. Póki będą miał dobrą opinię i będę przestrzegał tradycyjnych wartości rodzinnych, wtedy moja kariera będzie bezpieczna. A co za tym idzie, wam też uszczknie się coś z pańskiego stołu.
- Aha, czyli za udział w twojej grze pozorów, dostanie się nam coś z twojego stołu? Ludzki pan z ciebie.
- A i owszem, jestem ludzki i bardzo wyrozumiały. Mogłem przecież dawno ją pogonić i zrobić z niej ladacznicę przed sądem. Ale po co?
- Rzeczywiście, po co? Nie masz w tym interesu. Dlatego tego nie robisz. W innej sytuacji, to byś w ogóle się nie wahał.
- Być może, ale zmierzając do sedna. Jeżeli ty i moja droga żona zachowacie wszelką dyskrecję, nie tylko nie będę wam stał na drodze, ale nawet załatwię ci z czasem jakieś dobre stanowisko. Będziesz mógł sobie do końca życia opływać w dostatki i twój braciszek też. Wiem, że masz godność osobistą, która zabrania ci przyjmowania takich propozycji, ale... Zastanów się. Jeżeli nie obchodzi cię twój własny los, to pomyśl o bracie. Pomyśl, jakie on może z tego wyciągnąć korzyści na przyszłość. Zwłaszcza, że chyba planuje założenie rodziny.
- To już jego prywatna sprawa, co on planuje. A co do mnie... Ta oferta brzmi dość kusząco. Mówisz mi to, jako przyszły poseł?
- Póki co, mówię jako prywatny człowiek.
Piotr uśmiechnął się dowcipnie, jakby przyszedł mu do głowy jakiś pomysł, po czym rzekł:
- A więc mówisz do mnie jako prywatny?
- Tak, to nasza prywatna rozmowa.
- I mogę ci jako prywatnemu odpowiedzieć?
- Oczywiście, wręcz oczekuję od ciebie odpowiedzi.
Piotr podszedł bliżej Janusza, pomyślał przez chwilę, a następnie powiedział:
- Widzisz, to mój brat zaczytuje się w klasykach i lubi ich cytować. Ale wiesz, teraz zrobię wyjątek i to ja zacytuję jednego z nich, a konkretnie Sienkiewicza.
- O, to ciekawe. A więc słucham. Co by Sienkiewicz powiedział na to, co ja ci właśnie powiedziałem?
- Słuchaj więc uważnie, Januszu Pyziaku... „[i]Jesteś łotr, łajdak i śmierdzące bydlę[/i]”.
Janusz Pyziak zatrząsł się z gniewu, gdy to usłyszał.
- Coś ty powiedział?
- „Skończone, śmierdzące bydlę” - dokończył Piotr - „Wystarczy, czy mam ci jeszcze w oczy splunąć?”.
Janusz próbował go uderzyć, ale Piotr się uchylił, po czym zadał mu kilka, a raczej kilkanaście ciosów pięścią. Bił go po twarzy, po brzuchu, po biodrach i po wszystkim, po czym się tylko dało. Chciał mu odpłacić za to, co powiedział. Za wszystkie obraźliwe słowa skierowane do niego, za te wszystkie przepłakane przez jego ukochaną Gabrysię noce, za nazwanie jej ladacznicą i za to, że Piotr nie mógł z jego powodu się z nią ożenić i być ojcem dla jej małej, słodkiej córeczki. Za to wszystko, jak również za tę podle niemoralną propozycję teraz oberwało się panu Pyziakowi. W końcu przestał go okładać, kiedy ten leżał na podłodze, wijąc się przy tym z bólu. Piotra wtedy opuściła żądza zemsty, złapał Janusza za poły jego ubrania i powiedział:
- Wynoś się, śmieciu. Nie jesteś tego wart.
Po tych słowach wyrzucił go za drzwi. Chciał już je za nim zamknąć, kiedy to nagle usłyszał głośny łomot, jakby coś ciężkiego spadło po schodach. Prędko więc wybiegł z mieszkania, aby zobaczyć, co się stało. Wyjrzał przez barierkę i wtedy zobaczył leżącego na półpiętrze Janusza, który właśnie z wielkim trudem zbierał się z podłogi. Piotr nie mógł się powstrzymać, aby nie wybuchnąć śmiechem, więc zrobił to, a potem zawołał ironicznie:
- Prywatnemu, nie posłowi!
I wrócił do siebie.
Janusz zaś wstał, otarł krwawiący nos i spojrzał w górę, skąd właśnie zleciał ze schodów i wysyczał wściekle:
- Pożałujesz tego, Ogorzałko. Pożałujesz... I ta twoja latawica też.
Po tych słowach odszedł, w głowie już układając sobie plan zemsty.
Nieświadomy tego Piotr siedział sobie spokojnie w mieszkaniu, rozkoszując się tym, jak doskonale wyrównał rachunki z tym łajdakiem. Ale nie nacieszył się tą chwilą zbyt długo, ponieważ nagle ktoś zaczął głośno walić pięścią w jego drzwi. Nieco niespokojny pomyślał, że to pewnie Janusz Pyziak wrócił z kumplami, aby się na nim zemścić, dlatego ostrożnie podszedł do wizjera i zajrzał przez niego. Jednak osoba, którą zobaczył w wizjerze, nie była Pyziakiem, tylko jego żoną i to mocno zdenerwowaną. Piotr więc spokojnie otworzył jej drzwi i powiedział:
- Witaj, co cię sprowadza?
- Ty już bardzo dobrze wiesz - powiedziała ze złością Gabrysia, wparowując do środka.
Piotr zamknął za nią drzwi i przeszedł z nią do salonu.
- Jak mogłeś to zrobić? - zapytała Gabrysia.
- Co masz na myśli? - odpowiedział pytaniem na pytanie Piotr.
- Ty dobrze wiesz. Był u mnie przed chwilą Janusz. Powiedział mi, jak go urządziłeś. Zresztą nie musiał nic mówić. Widziałam, co mu zrobiłeś.
- Ach, o to ci chodzi. Wiesz, przeceniasz mój udział w tej sprawie. Ja go tylko parę trąciłem moją pięścią za to, że nazwał cię ladacznicą i złożył mi bardzo, ale to bardzo niemoralną propozycję.
- Jaką znowu niemoralną propozycję?
Piotr więc opowiedział jej, z czym przyszedł do niego Janusz.
- I za to wszystko oberwał, jednak ja go tylko lekko trąciłem. Co z tego, że pięścią? To nie było nic poważnego. Całą resztę, którą widziałaś, zrobiły schody.
- Strasznie śmieszne, wiesz? Pobiłeś go, zrzuciłeś ze schodów i uważasz to za zabawne?
- Ej, ja go nie zrzucałem ze schodów. Sam z nich zleciał.
- Nie zmienia to faktu, że zapowiedział, że cię zniszczy.
- Wiele mi może zrobić.
- A owszem, może... Ma przecież za kumpla ministra Zawodnego. Może nas zniszczyć i to jeszcze dzisiaj.
Piotr parsknął śmiechem, jakby coś go rozbawiło, po czym sięgnął po gazetę „Trybuna Ludu”, który dzisiaj kupił.
- Nie jestem pewien. Poczytaj sobie to.
Gabrysia spojrzała ze wstrętem na gazetę, której nie użyłaby do otarcia sobie potu z czoła, a co dopiero do czytania.
- Czytasz taką gadzinówkę?
- Dzisiaj wyjątkowo tak. Poczytaj ją sobie, a zrozumiesz, dlaczego mam tak doskonały humor.
Gabrysia nie chciała go początkowo słuchać, w końcu jednak ustąpiła, wzięła do ręki i zaczęła czytać artykuł na pierwszej stronie. Ledwie to zrobiła, a od razu zrozumiała, o co chodziło Piotrowi i mimowolnie uśmiechnęła się zadowolona, czując przy tym, że jej obawy względem Janusza były zdecydowanie przesadzone.

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...