Kreska szła powoli przez ulicę, pogrążona we własnych myślach. Nie miała pojęcia, co zrobić po powrocie do domu, aby przestać myśleć o temacie, który ją tak smucił, a którym była osoba jej serdecznego kolegi, Maćka Ogorzałki. Chłopak bardzo ją zranił, chociaż nie miał oczywiście o tym zielonego pojęcia i nie zrobił tego specjalnie. Rzecz jasna, nie miało to najmniejszego znaczenia dla dziewczyny. Przecież ona bardzo go kochała, była w nim zakochana od pierwszej chwili, w której go zobaczyła, a on nie umiał tego dostrzec. Chociaż z drugiej strony, czy tak naprawdę była to jego wina i należało go za to potępiać? W końcu to ona od tego czasu, kiedy go poznała, zrobiła praktycznie wszystko, aby nie zobaczył w niej atrakcyjnej i romantycznej panny, która jest w nim beznadziejnie zakochana.
Wszystko zaczęło się tego dnia, kiedy przyszła pierwszy raz do tej szkoły, do której chodziła obecnie i w której kiedyś uczył jej dziadek. Jej rodzice nie żyli, dziadek wziął ją pod opiekę, a ona zamieszkała z nim w Poznaniu i oczywiście poszła do nowej szkoły. Tam też poznała Maćka. Upuściła coś na ziemię, już nie pamiętała, co to takiego było. Chyba sterta zeszytów i książek jednocześnie. Nie mogła jednak powiedzieć z całą pewnością, czy to było to. Wiedziała jednak i to bez żadnych wątpliwości, że właśnie Maciek pomógł jej zebrać to wszystko, a na dodatek okazało się, iż to z nim miała dzielić ławkę. Wówczas jej całe życie się całkowicie zmieniło. Serce mocno jej zabiło, nogi zadrżały, a do tego przez chwilę nie umiała się przy nim porządnie wysłowić. On był taki uroczy, sympatyczny oraz przystojny, przypominał jej z wyglądu młodego Daniela Olbrychskiego, chociaż nie był blondynem. Ale przecież Olbrychski nie był w każdym filmie blondynem, choćby w „Potopie”, gdzie miał włosy akurat takie, jak Maciek. W sumie, to ten chłopak ze wszystkich ról pana Daniela, najbardziej przypominał Kmicica. Miał w sobie coś dzikiego, pewnego siebie, zadziornego, ale też wrażliwego i dobrego. To wszystko sprawiało, że Kreska z góry stwierdziła, że u kogo jak u kogo, ale u niego na pewno nie ma żadnych szans. Dlatego też postanowiła nie zdobywać jego serca, a po prostu być mu przyjaciółką. Aby jednak całkowicie pozbyć się nadziei, robiła wszystko, żeby Maćkowi nawet do głowy nie przyszło się w niej zakochać. Z tego też powodu mówiła do niego tak, jakby mówił kumpel płci męskiej, jakby widziała w nim tylko i wyłącznie dobrego kolegę i nic poza tym. Czasami zdawała sobie sprawę, iż jej słownictwo pozostawia naprawdę wiele do życzenia i zakrawa o wulgarność, ale przecież wiedziała, że Maciek nigdy by się nią nie zainteresował, więc po co miała się o to starać, aby wywrzeć na nim jak najlepsze wrażenie? A zresztą dzisiaj miała najlepszy dowód na to, że Maciek nigdy jej nie pokocha. Ten dowód nazywał się Matylda Stągiewka. Ładna, wysoka, zgrabna oraz bogata, jej rodzice należeli do partii, jeździli raz do roku na wakacje do Bułgarii, no i mieli praktycznie wszystko. A ona mogła mieć każdego chłopaka, a uparła się na Maćka. I nic dziwnego, najładniejszy chłopak w całej klasie. Jak tu go nie kochać? I jak tu liczyć na jego względy, będąc taką nic nie wartą Kreską?
Z tych rozmyślań wyrwał dziewczynę dzwonek roweru. O mało nie wpadła na jakiegoś rowerzystę, który zatrzymał się o kilka centymetrów przed nią. Był to Jerzy Lelujka, jej kolega z klasy. Jak zwykle ubrany lekko i mało gustownie, bo chociaż jego rodzice nie byli biedni, on sam nie dbał o swój wygląd i po prostu był sobą, czyli nad wyraz spokojnym o swoją przyszłość chłopakiem. Bardzo z siebie zadowolony, wiecznie uśmiechnięty i zabawny, miał w szkolę opinię łobuza, choć sympatycznego. Szczególnie lubił on dokuczać nauczycielce Ewie Jedwabińskiej, którą uważał za głupią, starą krowę bez poczucia humoru. Dodatkowo też nie był on typem kogoś, kto traktowałby relacje z kimkolwiek na poważnie, a zwłaszcza z dziewczyną.
- Panienka uważa, bo panienkę przejadę - powiedział Lelujka.
- Przepraszam, zamyśliłam się - odpowiedziała mu Kreska.
Chłopak spojrzał na nią z zainteresowaniem i rozpoznał koleżankę ze szkoły. Lekko oblizał sobie wówczas wargi, poprawił palcem kąciki ust i zapytał:
- Na spacerek?
- Nie, na grzyby, wiesz? - rzuciła ze złością Kreska, domyślając się, że koleś próbuje ją właśnie poderwać, na co ona nie miała najmniejszej ochoty.
- To może razem? Przez lasy, łąki, rzeki, morza, góry, cały świat? We dwoje do końca życia? Co ty na to?
Kreska wzięła się pod boki i spojrzała na Lelujkę z ironią w oczach.
- Wybacz, ale czy ja wyglądam na taką, która chce być poderwana?
Lelujka zniechęcił się, słysząc te słowa. Nigdy nie lubił wyzwań i jakoś nie umiał im podołać. Nie, żeby mu się chciało.
- Nie, wyglądasz raczej na taką, co to chce do końca życia być starą panną.
- No i tego się trzymaj - rzuciła złośliwie Kreska i poszła przed siebie.
Lelujka zaklął ze złości i zapytał:
- Nie no, co ja źle robię, co?
- Może po prostu przeklinasz przy dziewczynach? Wiesz, one bardzo nie lubią chamstwa - rzuciła Kreska w jego stronę i odeszła.
Chwilę później weszła do kamienicy na ulicy Roosevelta 5, potem zaś szybko odnalazła swoje mieszkanie, otworzyła drzwi i wkroczyła do niego. Z mieszkania dobiegał dźwięk gramofonu, co oznaczało, że dziadek jest w środku. Znowu sobie słuchał piosenek z czasów, gdy był młodszy i przystojniejszy, jak to sam określał żartobliwym tonem.
- Dziadku, wróciłam! - zawołała Kreska, próbując przekrzyczeć gramofon.
Przez chwilę nie usłyszała odpowiedzi, ale potem dziadek zawołał do niej ze swojego pokoju:
- Nie musisz krzyczeć, dziecinko. Słyszałem, że wchodzisz.
- Słyszałeś? Mimo tych piosenek? Ciekawe - zachichotała Kreska, zdejmując z siebie letni płaszczyk i wieszając go na wieszaku niedaleko drzwi - A skąd w ogóle wiedziałeś, że to ja? A gdyby to był złodziej?
- Złodziej? U nas? I niby co mógłby tutaj ukraść? Bidę z nędzą, którą nas z Polski pędzą? - zażartował sobie dziadek.
Płyta przestała grać, a dziadek podszedł do gramofonu, aby zmienić jej stronę. Wtedy Kreska weszła do pokoju i z uśmiechem zaczęła przyglądać się temu jakże wesołemu osobnikowi, który swego czasu był najsłynniejszym polonistą w całym Poznaniu. Dziś niewiele pozostało z tego energicznego niegdyś człowieka, który miał tak wiele niekonwencjonalnych pomysłów nauczania, a które to pomysły mu zjednywały serca uczniów. Był to teraz wysoki, starszy pan o siwych włosach, bez zarostu, z lekkimi plamami na dłoniach, chodzący powoli, ale wciąż jeszcze z taką pewnością, która zawsze go charakteryzowała. Pewnością i godnością zarazem.
- Znowu słuchasz Trubadurów? - zapytała Kreska z lekkim politowaniem w głosie - Albo oni, albo muzyka klasyczna i arie operowe. Naprawdę nie znudził ci się ten powtarzający się repertuar?
- Dobre nigdy się nie nudzi, kochanie - odpowiedział profesor Dmuchawiec, powoli zmieniając płytę w gramofonie - Poza tym to klasyka, a klasyka jest piękna i to przez całą wieczność.
- Tak, ale sąsiedzi chyba mają dosyć tej klasyki.
- Sąsiedzi nie słyszą, jak gram. Chyba, że otworzę okno.
- Mógłbyś otworzyć. Duszno tu jest.
- Wolę nie, jeszcze się zaziębię. Organizm już nie ten sam, co kiedyś. A co do tych piosenek, to nie zapominaj, że przypominają mi one o czasach, kiedy byłem jeszcze piękny i młody, czyli bardzo dawnymi, bo teraz jestem tylko piękny.
Kreska uśmiechnęła się do niego, rozbawiona tym stwierdzeniem i dodała:
- Jak twoje serce, dziadku?
- W porządku. Jakoś się żyje. Do grobu się jeszcze nie kładę, jeśli o to pytasz.
- Nie o to mi chodzi. Po prostu chciałabym, żebyś żył jak najdłużej.
Dmuchawiec spojrzał na wnuczkę zasmuconym wzrokiem, jakby usłyszał od niej coś, co go bardzo przygnębiło.
- Nie życz mi tego, kochanie. Nie życz mi, abym żył jak najdłużej. Bo inaczej jeszcze przeżyję wszystkich i będę żył nawet wtedy, kiedy wszyscy, których tak bardzo kocham umrą, a ja zostanę na tym świecie sam. Uwierz mi, nie byłoby to dla mnie miłe. Życz mi jedynie tego, abym pożył na tyle długo, abym doczekał się od ciebie prawnuków.
Kreska zarumieniła się lekko na wzmiankę o prawnukach i odparła:
- Do tego jeszcze mi daleko, dziadku.
- Wiem o tym, ale spokojnie. Kiedyś się ich doczekasz, a ja jedyne, czego chcę w kwestii życia, to dożyć tej chwili i cieszyć się nią wraz z tobą.
- Dziadku, wątpię, żebym miała kiedykolwiek dzieci.
- Dlaczego? - zdziwił się Dmuchawiec.
- Do tego trzeba wyjść za mąż za odpowiedniego faceta, a ja przecież takiego nie spotkałam i raczej nie spotkam - odpowiedziała Kreska po chwili milczenia.
- Nie wiadomo, słońce. Nie wiadomo - rzekł z uśmiechem profesor.
Jego wnuczka była jednak innego zdania.
- Ależ wiadomo. Mnie żaden nie zechce. Już sam mój wygląd ich zniechęca, a co dopiero cała reszta. Wszyscy patrzą na mnie, jak na jakieś dziwadło.
- Poważnie? Maciek też?
Kreska zarumieniła się ponownie i powiedziała:
- Maciek to tylko kolega i nic więcej.
- Doprawdy? - Dmuchawiec popatrzył na nią wymownie wzrokiem kogoś, kto doskonale wie o tym, że jego rozmówca coś kręci - Nie jestem może znawcą, ale jakoś nie sądzę, aby to, co was łączy, było tylko przyjaźnią. Jest to zbyt piękne uczucie.
- Dziadku, jakie uczucie? Przecież on nie widzi we mnie dziewczynę, tylko... Tylko koleżankę. Kumpla ze szkoły. Nic poza tym.
- Poważnie? A dajesz mu ku temu powody?
Kreska zmieszała się lekko. Nigdy nie patrzyła na to w taki sposób, ale tak właściwie, to tak. Dawała mu ku temu powody i to wiele. Czy to więc dziwnego, że się zakochał w innej, bardziej kobiecej? Tak, to było aż nadto oczywiste. Ta cała zakręcona sytuacja nie mogła się skończyć inaczej, tylko właśnie jakąś Matyldą czy inną taką, która mu namiesza w głowie. To musiało tak się skończyć.
- Nie wiem, dziadku. Ja jestem przecież dla niego miła, mówię do niego tak miło i pieszczotliwie, żeby wiedział, że go lubię...
- A jak do niego mówisz?
- Różnie. Najczęściej to „stary półgłówku”.
Kiedy to powiedziała na głos, od razu poczuła, jak strasznie głupio to brzmi. Ona naprawdę sądziła, że chłopak nazywany przez nią w taki sposób mógłby teraz się w niej zakochać? To przecież oczywiste, że nie. Zwłaszcza, jeżeli z góry sobie założyła, że nie ma u niego szans i po prostu robiła wszystko, aby tych szans nie dostać.
- Stary półgłówku? - zdziwił się profesor Dmuchawiec - Ty naprawdę tak do niego mówisz? A zawsze?
- Dość często.
Profesor pokiwał głową ze zrozumieniem i powiedział:
- To już wszystko jasne.
- Co jest jasne?
- To, że wy, młodzi, macie dziwaczne podejście do życia i dziwne pomysły na temat sposobów wyrażania uczuć komuś, kto wam się podoba.
- Ale przecież Maciek wcale mi się nie podoba! - zaprotestowała Kreska - Jest głupi i zarozumiały, głupi i naiwny i jeszcze głupi...
- Dlaczego jest głupi? - spytał Dmuchawiec.
- Bo pokochał tę głupią Matyldę, a chyba nikt normalny by jej nie pokochał. Przecież to wredna jędza bez serca. On jest tak ślepy, że nie widzi tego?
- Miłość przyćmiewa niekiedy nasz osąd.
- Nie mniej, on jest głupi.
- Ale też przystojny, prawda?
- Przystojny? Nie zauważyłam. Niby gdzie? - zapytała złośliwie Kreska.
Po tych słowach wyszła z pokoju, a jej dziadek włączył kolejną piosenkę w gramofonie. Już po chwili dobiegły dziewczynkę takie oto słowa:
Od tak dawna już mieszkamy naprzeciwko siebie.
Jestem w tobie zakochany, chociaż o tym nie wiesz.
Chciałbym poznać tajemnicę, którą zna pamiętnik.
Chciałbym wiedzieć, o czym piszesz,
Za kim ciągle tęsknisz.
Uśmiechnęła się smutno, bo pomyślała o Maćku i pomyślała sobie, że bardzo by chciała, aby on też tak miał, jak osoba, która śpiewała te piękne słowa.
Około godziny 21:00, kiedy przedstawienie w operze się zakończyło i ludzie zaczęli rozchodzić się do domów. Zrobili to również Maciek z Piotrem i Aurelią. Mieli jeszcze godzinę do rozpoczęcia godziny policyjnej, dlatego musieli wrócić do domu jak najszybciej. Na szczęście nie było daleko do domu i dość szybko do niego dotarli. Aurelia, którą Maciek trzymał za rękę, ziewała już głośno i szeroko, co oznaczało, że jest zmęczona i powinna jak najszybciej położyć się spać.
- Podobało ci się przedstawienie? - zapytał ją Maciek, gdy już wchodzili po schodach na górę.
- Bardzo - odpowiedziała mu dziewczynka - Było takie ładne. I takie miłe. I chętnie je zobaczę jeszcze raz.
- Poproś więc mamę o więcej biletów - rzucił żartobliwie Piotr - Wtedy to będziemy cię zabierać nawet codziennie.
- Poproszę - odpowiedziała sennie dziewczynka.
Powoli dotarli do drzwi swojego mieszkania, Piotr wyjął więc klucze i zaczął je otwierać. Wtem Maciek usłyszał za nimi jakieś kroki. Zerknął za siebie, aby zobaczyć, kto idzie w ich stronę i zobaczył, że to Matylda. Serce zamarło mu w piersi. Dlaczego ona za nim poszła? Czego chce? Czyżby chciała... Nie, to przecież niemożliwe.
- Maciek, wchodzisz? - zapytał go Piotr, gdy już otworzył drzwi i wszedł do środka.
- Zaraz wejdę, za parę minut. Muszę z kimś porozmawiać. Weź małą, dobrze?
Aurelia ziewnęła głośno i pozwoliła się zabrać Piotrowi, który pokiwał głową z politowaniem i wszedł do środka, zamykając drzwi, ale nie na klucz, aby Maciek mógł wejść, gdy już zakończy konwersację.
- Cześć, Matylda. Co tu robisz? - zapytał Maciek dziewczynę.
- Szukałam ciebie - odpowiedziała mu Matylda.
Serce chłopakowi zamarło w piersi, gdy to usłyszał. Ona szukała jego? Ona? Jego? Przecież to niemożliwe. Po co ona miałaby go szukać? Chyba musiało mu się przesłyszeć.
- Szukałaś mnie? - zapytał zdumiony.
- Tak. Chciałam cię zapytać, czy chciałbyś jutro pójść ze mną na spacer.
Czy chciał? Dobry Boże, czekał na to tak długo. Oczywiście, że chciał i to jeszcze jak.
- Ja z tobą? Pewnie, czemu nie? A o której? - zapytał.
- W południe, spotkamy się tu, a potem pójdziemy na miasto. Pokazałbyś mi Poznań, dobrze? - zaproponowała Matylda.
- Nie znasz jeszcze Poznania? Mieszkasz tu tak długo.
- Chciałabym go poznać z twojej perspektywy, musi być ona bardzo ładna. To co? Pokażesz mi go?
Maciek zarumienił się lekko, spuścił delikatnie wzrok ku ziemi i zaczął dziko wpatrywać się w czubki swoich butów.
- Pewnie, czemu nie?
- Super. Bardzo bym chciała, żebyś mi pokazał miasto ze swojej perspektywy, bo bardzo wiele mogę się o nim wtedy dowiedzieć. No i chciałabym cię też nieco lepiej poznać.
- Naprawdę? A co we mnie takiego interesującego?
- Wszystko. Wyglądasz tak poważnie, jak Robert Redford. No i lubisz operę. Każdy, kto lubi sztukę jest kimś wartościowym.
- Ciekawa koncepcja. Nie patrzyłem na to nigdy w ten sposób.
- Nie patrzyłeś na siebie jak na kogoś wartościowego? Och, Maciusiu! A to czemu? Przecież jesteś wartościowy.
- Niby dlaczego jestem wartościowy?
- Bo jesteś miły, przystojny i taki uroczy. Tak słodko się uśmiechasz do mnie, Maciusiu. I wyglądasz na silnego. Na pewno umiałabyś obronić dziewczynę przed jakimś łobuzem, gdyby to było konieczne.
- No... Tego... Pewnie tak - odpowiedział nieco zmieszany Maciek.
Matylda patrzyła na niego uważnie, dalej się uśmiechając.
- To co, Maciusiu? Pójdziesz ze mną jutro na spacer? Zrobisz to dla mnie?
To mówiąc dotknęła jego policzka, a on poczuł, że policzek płonie mu w tym miejscu, w którym go ona dotyka. Podniósł lekko wzrok i odpowiedział czule:
- Tak, zrobię.
- Dzięki, Maciusiu. Jesteś taki kochany - rzekła Matylda.
I pocałowała go w usta. Zrobiła to długo i zmysłowo, ale w sposób też jakby wyuczony, jakby od dawna ćwiczyła ten moment. Czuć było w tym pocałunku o wiele więcej filmowej fikcji niż rzeczywistości. Maciek jednak nie zwrócił na to większej uwagi, sądząc, iż po prostu to pierwszy jej poważny pocałunek i Matylda może nie mieć wprawy w tej kwestii, dlatego objął ją mocno do siebie i próbował pogłębić pocałunek, wtem jednak usłyszał za sobą głośny jęk:
- FUUUUUJ!
Puścił Matyldę i odwrócił się szybko za siebie. Zobaczył Aurelię przebraną już w różową piżamkę i patrzącą na niego z wyraźnym oburzeniem.
- Nie całuj jej!
- Dlaczego? O co ci chodzi? - zapytał chłopak, w którego głowie oburzenie mieszało się ze zdumieniem.
Choć uwielbiał dziewczynkę, teraz miał ochotę ją udusić.
- Bo ona jest głupia i niemiła i nie lubię jej! - krzyknęła Aurelia.
- Twoja siostrzyczka chyba mnie nie lubi - powiedziała wesoło Matylda, nie rozpoznając w pierwszej chwili dziewczynki.
- To nie jest moja siostra. To córka moich znajomych, została u nas na noc, bo jej rodzice są teraz na przyjęciu czy czymś tam - wyjaśnił Maciek.
- To z nią byłeś w operze, a wcześniej na rynku?
- Tak, zgadza się.
- Wybacz, nie poznałam jej od razu. A więc lubisz dzieci? To już kolejny plus u ciebie - stwierdziła Matylda i lekko się pochyliła nad Aurelią - Cześć, maleńka. Jestem Matylda, a ty jak masz na imię?
- Genowefa - rzuciła ze złością Aurelia.
- Jak ładnie - odpowiedziała Matylda, udając przy tym, że nie wyczuwa tonu dziewczynki - A na nazwisko?
- Trompke.
- Naprawdę? Nie znam nikogo o takim nazwisku.
- Bo jesteś głupia. Jakbyś była mądra, to byś znała.
- Przestań, co ty wyprawiasz?! - zawołał ze złością Maciek.
- Miałeś mi opowiedzieć bajkę - odparła Aurelia, łapiąc go za rękę i mocno ciągnąc w stronę mieszkania - Opowiedz mi ją, bo nie zasnę.
- No dobrze, chyba już pora na mnie. Niedługo godzina policyjna, nie mogę się włóczyć wtedy po ulicy. To do jutra, Maciusiu.
To mówiąc, Matylda pocałowała Maćka w usta i zachichotała słodko, widząc jego zmieszanie, po czym pomachała mu lekko palcami na pożegnanie i zbiegła po schodach. Maciek stał przez chwilę niczym wryty, wpatrując się w jej znikającą na klatce schodowej postać, po czym spojrzał ze złością na Aurelię i spytał:
- Co to miało znaczyć?
- Miałeś mi opowiedzieć bajkę.
- Dlaczego powiedziałaś, że nazywasz się Genowefa?
- Mama mówiła, żebym nie mówiła obcym, jak się nazywam naprawdę.
- Ale ona nie jest obca.
- Dla mnie jest.
Maciek westchnął załamany i wszedł z dziewczynką do mieszkania. Gdyby tylko odwrócił się za siebie, zauważyłby stojącą na schodach prowadzących ku górze Kreskę, która patrzyła w szoku na to, jak flirtuje on z Matyldą i jest przez nią całowany. Dziewczyna przez chwilę nie wiedziała, co ma zrobić, po czym, kiedy tylko Maciek zniknął w swoim mieszkaniu, pobiegła na górę, wbiegła szybko do siebie, wparowała do swego pokoju, zdjęła okulary, rzuciła się na swoje łóżko, po czym zaczęła płakać w poduszkę, dziko w nią uderzając pięściami i powtarzając w kółko:
- Podły... Podły... Podły... On i ona... Podli, oboje podli... Nienawidzę ich. Jak ja ich nienawidzę...
Powoli podniosła głowę z poduszki i dodała smutno:
- A najgorsze, że sobie na to zasłużyłam. Dziadek miał rację. Stary półgłówek nie lubi, jak się go tak nazywa. I jak się go tak traktuje. Jaka ja głupia. On podły, a ja głupia. To się musiało tak skończyć. Musiało się skończyć taką Matyldą.
czwartek, 13 maja 2021
Rozdział IV
Rozdział IV
Rozterki Kreski
Rozdział III
Rozdział III
Wycieczka do opery
Maciek i Piotr przebrali się w eleganckie stroje, idealne na wyjście do opery. Aurelia nie musiała się przebierać, jej strój był na tyle ładny, że pasował w sam raz na tego rodzaju wycieczkę i nie musiano nic zmieniać w jej wyglądzie. Jedyne co, to Maciek pomógł dziewczynce elegancko ułożyć włosy, choć zaznaczał przy tym, że nie jest specjalistą w tej sprawie. Mimo to udało mu się uczesać dziewczynkę na tyle dobrze, iż była ona bardzo zachwycona.
- No proszę, jaki masz do tego talent, młody - żartował sobie z niego Piotr - Jak się już doczekasz swoich dzieci, to bardzo ci się te zdolności przydadzą.
- Dobra, weź nie cwaniakuj, tylko mi powiedz, kiedy ty zamierzasz się ożenić i zrobić mnie wujkiem - odciął mu się Maciek.
- Ja? Ja się nigdy nie ożenię. Odkąd przekonałem się, ile baby są warte, nie mam ochoty na bliższe relacje z nimi. A na żeniaczkę tym bardziej.
- To co? Zamierzasz być wiecznym kawalerem?
- A czemu nie? Będę miał przynajmniej czas dla twoich dzieci.
- Tak, które będą cię pytać, czemu jeszcze nie jesteś żonaty.
- Wtedy im odpowiem, że tak mi dobrze i nie chcę tego zmieniać.
- Ciekawe, czy ci uwierzą. Bo ja jakoś nie wierzę.
- Możesz sobie nie wierzyć, jeśli chcesz, ale prawda jest taka, że jeszcze nie spotkałem właściwej kobiety, którą chciałbym poślubić.
- Poważnie? A Gabrysia Borejko?
- Chciałeś chyba powiedzieć „pani Pyziak”.
- Chciałem powiedzieć, że kochałeś się w niej, gdy byliście nastolatkami i na pewno wciąż coś do niej czujesz.
Piotr zmieszał się lekko, kiedy to usłyszał i przez chwilę nie wiedział, co ma powiedzieć, choć wszyscy wiedzieli, że naprawdę rzadko mu się to zdarza.
- Ja? Zakochany? W niej? Daj spokój! Przecież to jakiś zwariowany babiszon, przemądrzała feministka bez gustu i klasy.
- Jak byliście oboje w moim wieku, to była niczego sobie.
- Ty tam dużo z tego okresu pamiętasz. Młody, ona ciągle nosiła spodnie i się tak głupio wymądrzała. I jeszcze była koszykarką w szkole. No, proszę cię! Jaka dziewczyna gra w koszykówkę?
- Ona grała. A poza tym koszykarki mają bardzo ładne stroje. Widać w nich bardzo wiele kobiecych kształtów.
- Młody, co ty sobie wyobrażasz?! Że ja niby oglądałem mecze koszykówki w szkole, aby podziwiać koszykarki i to dlatego, że seksownie wyglądały w strojach do gry?!
- Ty to powiedziałeś, nie ja.
Piotr zrozumiał, że powiedział o jedno zdanie za dużo, dlatego też chrząknął znacząco, zaczął nerwowo rozglądać się po pokoju i szybko zmienił temat.
- Jesteś już gotowy? To możemy iść.
Wyszli w trójkę z domu, przeszli przed ulicę na wiadukt, a z niego mieli już tylko krótką oraz prostą drogą do opery, do której dotarli bardzo szybko. Budynek przedstawiał się naprawdę imponująco. Wejście miał niczym starożytna świątynia grecka, na dachu stał wielki posąg pegaza, z kolei po bokach znajdowały się dwa podwyższenia. Na jednym z nich była figura nagiego mężczyzny lekko owiniętego jakąś płachtą i z lwicą u boku. Na drugim zaś znajdowała się figura nagiej kobiety z lwem stojącym u jej boku. Piotr przyłapał się na tym, że gdy z bratem i Aurelią wchodzili do środka, nie potrafił patrzeć na tę drugą figurę bez zainteresowania i zachwytu. I nic chyba w tym dziwnego. Przecież ta postać kobieca była wprost zachwycająca. Wysoka, szczupła, smukła, o jakże idealnie dopasowanych do jej figury kobiecych kształtach. Ten, kto ją wyrzeźbił, zdecydowanie musiał kochać sztukę.
Weszli do środka, pozostawili w szatni swoje płaszcze i pokazali bileterowi swoje bilety. Ten wskazał im ich lożę, do której się udali. Piotra nie zdziwiło to, że ich miejsca zostały wybrane właśnie na górze i to w loży, gdzie będzie najlepszy widok na scenę. Ostatecznie przecież to państwo Jedwabińscy mieli początkowo iść na spektakl z córką, dlatego też wiadomym było, że nie wybiorą sobie miejsca dla plebsu, tylko najlepsze z najlepszych, bo wszak stać ich na to. Ponieważ jednak zrezygnowali, bracia Ogorzałko mogli skorzystać z okazji i chociaż przez chwilę się poczuć jak jaśnie państwo, choć oczywiście nie zależało im na tym, ale skoro już tu byli, to lepiej, że mogli zajmować miejsca tam, gdzie będzie najlepszy dla nich widok na całą scenę.
Aurelia usadowiła się pomiędzy braćmi i zaczęła z uwagą zerkać na scenę, na której jeszcze była opuszczona kurtyna.
- Kiedy się zacznie? - zapytała po chwili.
- Niedługo - odpowiedział jej Maciek.
Chłopak pomyślał sobie, że wolałby iść na jakąś naprawdę poważną operę, a nie na balet kierowany głównie dla dzieci, jakim był „Dziadek do orzechów”. Ale skoro nie on kupował bilety i nie miał możliwości wyboru, postanowił skorzystać z okazji i nacieszyć się możliwością zaznania bliżej sztuki, w dodatku z naprawdę uroczą i słodką osóbką, jaką była Aurelia. Nieraz zastanawiał się, jak to by było mieć młodszą siostrę i doszedł do wniosku, że zdecydowanie bardzo przyjemnie, o ile oczywiście taka siostrzyczka byłaby podobna do małej Jedwabińskiej. Bo ta mała była po prostu słodka. Już sam jej wygląd budził zachwyt, była prześliczna i to bardziej niż Shirley Temple czy mała Liz Taylor w „Lassie, wróć”. A charakter miała wręcz rozkoszny i trudno mu było nie uśmiechać się w jej towarzystwie. Ta mała zawsze umiała go rozbawić, nawet wtedy, kiedy był smutny. Miała w sobie to coś, co posiadają osoby niezwykle pozytywne, emanujące pozytywną energią i tak bardzo lubiące pomagać innym, że już sam ich widok wywoływał u ludzi uśmiech, a co dopiero przebywanie z nią.
Z rozmyślań Maćka wyrwało to, że dostrzegł w jednej z lóż Matyldę. Była tam wraz z jakąś swoją wierną przyjaciółką i obie chichrały się niesamowicie z czegoś, co sobie przed chwilą opowiedziały. Maciek poczuł, że serce bije mu w piersi bardzo mocno, a ręce zaczynają mu się dziko pocić. Dziewczyna tutaj była. To było naprawdę niezwykłe. Dziwny zbieg okoliczności. A może przeznaczenie? Może los chciał tego, żeby oni się tu spotkali, w tym miejscu? Oczywiście nie ma teraz możliwości, aby z nią porozmawiać, ale podczas przerwy na pewno skorzysta z okazji, aby z nią spędzić nieco czasu i spróbować nawiązać z nią bliższą relację.
Oczekiwanie na przerwę było dość nużące, choć nie tak do końca, ponieważ przedstawienie było naprawdę ciekawe i interesujące i nieźle wciągnęło nie tylko małą Aurelię, ale również i Maćka. Dlatego oczekiwanie nie było takie złe, choć i tak mimo wszystko zakochany chłopak nie mógł doczekać się chwili, w której to będzie mógł zobaczyć obiekt swoich westchnień i porozmawiać z nim, chociażby przez chwilę. Miało to dla niego ogromne znaczenie, dlatego też, kiedy tylko już nastąpiła ta oczekiwana chwila, zaraz wyszedł na korytarz pod byle pretekstem i zaczął szukać Matyldy. Znalazł ją dość łatwo, jak zwykle trzymała się swojej jakże zadowolonej i rozchichotanej koleżaneczki. Jej obecność denerwowała chłopaka. Bardzo chciał móc porozmawiać sam na sam z Matyldą, a nie miał ku temu wcale możliwości. Musiał więc pogadać z dziewczyną w towarzystwie jej przyjaciółki lub w ogóle z tego zrezygnować. Zdecydował się na to pierwsze.
- Witaj, Matyldo - powiedział, sam się dziwiąc swojej odwadze.
Matylda skierowała ku niemu swoje czarujące spojrzenie i uśmiechnęła się do niego słodko.
- Maciek, jak się masz? Ty też przyszedłeś na przedstawienie?
- Tak, bardzo lubię operę - powiedział Maciek - Przyszedłem tutaj z moim bratem oraz dziewczynką z sąsiedztwa. Czasami się nią opiekujemy wraz z innymi sąsiadami z naszej kamienicy. Bardzo ją lubimy.
- Mówisz o tej słodkiej blondyneczce, z którą byłeś na rynku? - spytała czule Matylda - Jest bardzo milutka. Lubisz dzieci?
- Tak, a ty?
- Oczywiście, że tak. Zwłaszcza słodkie dziewczynki. Dziewczynki zresztą są zawsze słodkie. Mam rację?
- Tak, a niektóre szczególnie.
Matylda obdarzyła Maćka miłym uśmiechem, po czym powiedziała:
- Ładnie ta mała była ubrana, wtedy na rynku. Widać, że jej rodziców stać na wszystko, co najlepsze. To są chyba bardzo szczęśliwi ludzie, prawda?
- Czemu tak sądzisz?
- To przecież oczywiste. Przecież nie ma większego szczęścia na świecie, niż posiadanie mnóstwa pieniędzy, za które możesz sobie kupić wszystko, na co tylko masz ochotę. Posiadanie dużej ilości pieniędzy sprawia, że jak zechcesz mieć jakąś ładną sukienkę, to możesz ją sobie kupić. Jak chcesz mieć ładne dżinsy, to je masz. Tak po prostu. Pieniądze zapewniają ci dobre samopoczucie dane przez dobry wygląd oraz piękny strój, a także wszystkie inne rzeczy, które tylko możesz sobie kupić za pieniądze.
Maciek słuchał ze smutkiem jej słów. Brzmiały one płytko i beznadziejne. Co prawda słyszał nieraz, że na wszystko trzeba mieć pieniądze, a serce po to, aby się cieszyć tym, co możesz kupić za pieniądze. Ale czy naprawdę podstawą szczęścia na świecie jest kieszeń z wypchanym portfelem? Czy poważnie to wszystko, co się liczy na świecie?
- Myślę, że pieniądze na tym świecie, to nie wszystko - powiedział na głos.
Przyjaciółka Matyldy parsknęła śmiechem, wyraźnie ubawiona tym, co teraz usłyszała.
- Boże, jaki on naiwny. Pieniądze to nie wszystko? A niby co to w takim razie, skoro nie wszystko?
Matylda lekko się uśmiechnęła jakby z politowaniem i powiedziała:
- Nie zwracaj na nią uwagi, ona już tak ma. Ale ma rację, że pieniądze są tutaj, na tym świecie wszystkim. Inaczej mówić może tylko ten, kto nigdy nie miał ich zbyt wiele.
- Czyli taki jak ty - rzuciła przyjaciółka Matyldy, po czym, jakby orientując się w swojej głupocie, dodała serdeczniejszym tonem: - No, na pewno masz sporo racji. Może nie są one wszystkim, ale bez nich życie jest niczym.
- Właśnie. Tobie łatwiej to mówić, bo nie przywykłeś do życia w bogactwie - powiedziała Matylda.
Maćkowi zrobiło się przykro. Nie lubił, kiedy ktoś mu przypomina, że nie jest zbyt zamożny. Oczywiście nie zamierzał wcale zaprzeczać temu, że jest... Jeśli nie biedny, to na pewno średnio zamożny i zdecydowanie nigdy nie będzie stać go na tak bogate ciuchy, jak te, które noszą krewni Matyldy i ona sama. Nie czuł jednak takiej potrzeby, aż do teraz. Teraz bowiem poczuł się strasznym biedakiem, który z trudem dorobił się możliwość spędzenia czas pomiędzy arystokratami. Jakby był Stanisławem Wokulskim, beznadziejnie pnącym się w kierunku szczytu drabiny społecznej. Do tego jeszcze ta Matylda. Niby była milutka, ale uśmiechała się do niego w sposób budzący niechęć, z politowaniem. Pocieszał sam siebie tym, że być może jednak ona uśmiecha się na temat głupich słów swojej przyjaciółki.
- To prawda, nie jestem zamożny i pewnie dlatego nie uważam pieniędzy za wszystko - odpowiedział Matyldzie i jej towarzyszce - Ale być może kiedyś będę je miał i wtedy będę mógł sobie za nie kupić, co tylko zechcę.
- Wtedy będziesz niczego sobie - odparła z uśmiechem Matylda - To znaczy wiesz, teraz też wyglądasz nieźle, ale wtedy...
- Wtedy zadbasz o siebie i swój wygląd - dodała przyjaciółka Matyldy, którą znów chyba dopadła głupawka, a resztki powagi, jakie można było w niej dostrzec podczas poprzedniej wypowiedzi, zniknęła bez śladu.
Matylda przeprosiła go wzrokiem, ale jej wzrok był jakiś dziwny. Maciek nie miał jakoś ochoty badać tej sytuacji i powoli odszedł, natykając się na Piotra oraz Aurelię.
- Znowu łazisz za tą głupią Stągiewką? - zapytał Piotr z politowaniem - Po co ci ona? Naprawdę nie ma już innych dziewczyn?
- Ona jest głupia i brzydka - wtrąciła Aurelia - A taka Kreska jest fajna i jaka śliczna i bardzo mądra.
- A skąd to niby wiesz? - zapytał z lekka poirytowany Maciek.
- Po prostu wiem - odparła dziewczynka.
- Ciekawy argument - odparł młody Ogorzałko - Ale z tą mądrością jest już różnie. Ona nieraz dziwnie się zachowuje. Nie rozumiem jej.
- Kobiet nie trzeba rozumieć. Je po prostu trzeba kochać - zażartował sobie dowcipnie Piotr.
- Naprawdę? To ciekawe - odezwał się nagle znajomy głos.
Należał on do młodej, około trzydziestoletniej kobiety, wysokiej i szczupłej, o brązowych włosach i niebieskich oczach. Stała ona przed naszymi rozmówcami w fioletowej sukience wyjściowej, włosy miała rozpuszczone, a jej twarz wyglądała bardzo piękne. Widać było, że sobie ją lekko poprawiła makijażem. Piotra wręcz zamurowało, gdy ją zobaczył.
- Pani Gabrysia - powiedziała zachwycona Aurelia.
- Witaj, Aurelio - odparła życzliwie Gabrysia Pysiak z domu Borejko, gdyż to ona była - Widzę, że przyszłaś do opery ze swoimi przyjaciółmi.
- Tak, a pani?
- Ja z moją siostrą, Natalią.
- A gdzie ona?
- Poszła sobie kupić coś do picia, bo zaschło jej w gardle. A ja przypadkiem usłyszałam waszą rozmowę.
- Przypadkiem? Nie wydaje mi się, aby pani robiła coś przypadkiem - rzekł nie bez złośliwości Piotr - Takie osoby jak pani zawsze robią wszystko całkowicie świadomie.
- Doprawdy? To interesujące - rzuciła zadziornie Gabrysia - Sugeruje mi więc pan, że podsłuchiwałam?
- Być może. W końcu koszykarki zawsze mają dobry słuch.
- Wzrok też nie najgorszy.
- Czyżby? Chyba nie do końca, skoro jedna z nich wybrała sobie najbardziej tępego tłuka za męża.
Gabrysia dobrze wiedziała, że to aluzja do jej męża, o którym ostatnio jakoś też nie umiała myśleć inaczej, ale nie spodobał się jej przycinek, gdyż dotyczył jej gustu i odparła złośliwie:
- Lepsze chyba to niż życie samotnika, zgorzkniałego i unikającego ludzi.
- O, przepraszam bardzo. Ja wcale nie unikam ludzi. Cały czas mam z nimi jakiś kontakt - zaczął się bronić Piotr.
- Tak, a zwłaszcza z nieubranymi paniami, bo te lubi szczególnie - wtrąciła się do rozmowy Aurelia.
Piotr spłonął rumieńcem wstydu na twarzy, a Gabrysia, wyraźnie ubawiona, spojrzała na Aurelię i zapytała:
- Naprawdę? A skąd o tym wiesz, że on lubi nieubrane panie?
- Bo ma w pokoju plakat z taką jedną - odparła dziewczynka, lekko przy tym chichocząc, a Piotr czuwał coraz większą ochotę zapadnięcia się pod ziemię.
- Tak, potwierdzam. Z Brigitte Bardot - potwierdził Maciek, nie kryjąc wcale swojej satysfakcji.
- Tak? A w jakim filmie? - spytała Gabrysia.
- „Kiedy Bóg stworzył kobietę”.
- Aha, ten film. Bardzo ładny. I rzeczywiście jest na co popatrzeć.
Piotr płonął na twarzy ze wstydu, mając wielką ochotę udusić Maćka i tę małą za kpiny z jego osoby, ale zamiast tego postanowił powiedzieć coś na swą obronę i oczywiście to uczynił.
- Po prostu uważam, że prawdziwe piękno należy doceniać.
- Widzę, że ma pan bardzo płytkie podejście do kobiet. Przedmiotowe wręcz - stwierdziła złośliwie Gabrysia.
- Ależ skąd - odparł Piotr - Po prostu doceniam ich piękno zewnętrzne, które wielbić zawsze należy u wyjątkowych kobiet. I bynajmniej wcale nie jestem w tej sprawie odosobniony. Petroniusz, którego tak uwielbiał pani ojciec, miał podobne zdanie w tej sprawie.
Gabrysia parsknęła ironicznym śmiechem.
- Do Petroniusza to panu bardzo daleko, jak stąd do Wisły i z powrotem.
- Ośmielam się posiadać inne zdanie w tej sprawie. Obaj jesteśmy do siebie niezwykle podobni.
- Naprawdę? A w jaki sposób?
- Oboje umiemy zachwycać się prawdziwym pięknem. W przeciwieństwie do niektórych.
Oczywiście miał tu na myśli jej męża.
- Rozumiem, panie Ogorzałko. Wobec tego przez pana pokój musi przewijać się cała masa pięknych i nieubranych kobiet.
- Przez grzeczność nie będę zaprzeczał. W końcu prawdziwe kobiety umieją zawsze docenić wybitnego mężczyznę.
- Och, a więc uważa się pan za wybitnego? Jest pan bardzo pewny siebie i do tego niesamowicie próżny.
- Po prostu uczciwie oceniam sytuację. A czy to próżność powiedzieć, że się ma do czegoś talent? Poza tym próżność jest cechą umysłów wybitnych.
- Jest pan bardziej próżny niż sądziłam.
- Raczej świadomy swojej wartości. I uparcie dążący do celu.
- A do jakiego celu najbardziej pan dąży?
- Do poskromienia złośnicy.
Gabrysia uśmiechnęła się do niego zadziornie i odparła:
- Dużo na to drogi.
- Ale się opłaca - odgryzł się Piotr.
Kobieta odeszła, bo oznajmili koniec przerwy i pora była powrócić do loży.
- Jaka ona mądra i wygadana - powiedział złośliwie Maciek, gdy już wrócili na swoje miejsca.
- Wygadana tak, ale czy mądra? Nie jestem pewien - odrzekł złośliwie Piotr - Nigdy nie miała dobrego gustu do facetów.
- Ale do sukienek tak. Wyglądała wprost cudownie.
Piotr pokiwał delikatnie głową i rozmarzonym głosem stwierdził:
- Oj tak... Bez wątpienia.
- No proszę, jaki masz do tego talent, młody - żartował sobie z niego Piotr - Jak się już doczekasz swoich dzieci, to bardzo ci się te zdolności przydadzą.
- Dobra, weź nie cwaniakuj, tylko mi powiedz, kiedy ty zamierzasz się ożenić i zrobić mnie wujkiem - odciął mu się Maciek.
- Ja? Ja się nigdy nie ożenię. Odkąd przekonałem się, ile baby są warte, nie mam ochoty na bliższe relacje z nimi. A na żeniaczkę tym bardziej.
- To co? Zamierzasz być wiecznym kawalerem?
- A czemu nie? Będę miał przynajmniej czas dla twoich dzieci.
- Tak, które będą cię pytać, czemu jeszcze nie jesteś żonaty.
- Wtedy im odpowiem, że tak mi dobrze i nie chcę tego zmieniać.
- Ciekawe, czy ci uwierzą. Bo ja jakoś nie wierzę.
- Możesz sobie nie wierzyć, jeśli chcesz, ale prawda jest taka, że jeszcze nie spotkałem właściwej kobiety, którą chciałbym poślubić.
- Poważnie? A Gabrysia Borejko?
- Chciałeś chyba powiedzieć „pani Pyziak”.
- Chciałem powiedzieć, że kochałeś się w niej, gdy byliście nastolatkami i na pewno wciąż coś do niej czujesz.
Piotr zmieszał się lekko, kiedy to usłyszał i przez chwilę nie wiedział, co ma powiedzieć, choć wszyscy wiedzieli, że naprawdę rzadko mu się to zdarza.
- Ja? Zakochany? W niej? Daj spokój! Przecież to jakiś zwariowany babiszon, przemądrzała feministka bez gustu i klasy.
- Jak byliście oboje w moim wieku, to była niczego sobie.
- Ty tam dużo z tego okresu pamiętasz. Młody, ona ciągle nosiła spodnie i się tak głupio wymądrzała. I jeszcze była koszykarką w szkole. No, proszę cię! Jaka dziewczyna gra w koszykówkę?
- Ona grała. A poza tym koszykarki mają bardzo ładne stroje. Widać w nich bardzo wiele kobiecych kształtów.
- Młody, co ty sobie wyobrażasz?! Że ja niby oglądałem mecze koszykówki w szkole, aby podziwiać koszykarki i to dlatego, że seksownie wyglądały w strojach do gry?!
- Ty to powiedziałeś, nie ja.
Piotr zrozumiał, że powiedział o jedno zdanie za dużo, dlatego też chrząknął znacząco, zaczął nerwowo rozglądać się po pokoju i szybko zmienił temat.
- Jesteś już gotowy? To możemy iść.
Wyszli w trójkę z domu, przeszli przed ulicę na wiadukt, a z niego mieli już tylko krótką oraz prostą drogą do opery, do której dotarli bardzo szybko. Budynek przedstawiał się naprawdę imponująco. Wejście miał niczym starożytna świątynia grecka, na dachu stał wielki posąg pegaza, z kolei po bokach znajdowały się dwa podwyższenia. Na jednym z nich była figura nagiego mężczyzny lekko owiniętego jakąś płachtą i z lwicą u boku. Na drugim zaś znajdowała się figura nagiej kobiety z lwem stojącym u jej boku. Piotr przyłapał się na tym, że gdy z bratem i Aurelią wchodzili do środka, nie potrafił patrzeć na tę drugą figurę bez zainteresowania i zachwytu. I nic chyba w tym dziwnego. Przecież ta postać kobieca była wprost zachwycająca. Wysoka, szczupła, smukła, o jakże idealnie dopasowanych do jej figury kobiecych kształtach. Ten, kto ją wyrzeźbił, zdecydowanie musiał kochać sztukę.
Weszli do środka, pozostawili w szatni swoje płaszcze i pokazali bileterowi swoje bilety. Ten wskazał im ich lożę, do której się udali. Piotra nie zdziwiło to, że ich miejsca zostały wybrane właśnie na górze i to w loży, gdzie będzie najlepszy widok na scenę. Ostatecznie przecież to państwo Jedwabińscy mieli początkowo iść na spektakl z córką, dlatego też wiadomym było, że nie wybiorą sobie miejsca dla plebsu, tylko najlepsze z najlepszych, bo wszak stać ich na to. Ponieważ jednak zrezygnowali, bracia Ogorzałko mogli skorzystać z okazji i chociaż przez chwilę się poczuć jak jaśnie państwo, choć oczywiście nie zależało im na tym, ale skoro już tu byli, to lepiej, że mogli zajmować miejsca tam, gdzie będzie najlepszy dla nich widok na całą scenę.
Aurelia usadowiła się pomiędzy braćmi i zaczęła z uwagą zerkać na scenę, na której jeszcze była opuszczona kurtyna.
- Kiedy się zacznie? - zapytała po chwili.
- Niedługo - odpowiedział jej Maciek.
Chłopak pomyślał sobie, że wolałby iść na jakąś naprawdę poważną operę, a nie na balet kierowany głównie dla dzieci, jakim był „Dziadek do orzechów”. Ale skoro nie on kupował bilety i nie miał możliwości wyboru, postanowił skorzystać z okazji i nacieszyć się możliwością zaznania bliżej sztuki, w dodatku z naprawdę uroczą i słodką osóbką, jaką była Aurelia. Nieraz zastanawiał się, jak to by było mieć młodszą siostrę i doszedł do wniosku, że zdecydowanie bardzo przyjemnie, o ile oczywiście taka siostrzyczka byłaby podobna do małej Jedwabińskiej. Bo ta mała była po prostu słodka. Już sam jej wygląd budził zachwyt, była prześliczna i to bardziej niż Shirley Temple czy mała Liz Taylor w „Lassie, wróć”. A charakter miała wręcz rozkoszny i trudno mu było nie uśmiechać się w jej towarzystwie. Ta mała zawsze umiała go rozbawić, nawet wtedy, kiedy był smutny. Miała w sobie to coś, co posiadają osoby niezwykle pozytywne, emanujące pozytywną energią i tak bardzo lubiące pomagać innym, że już sam ich widok wywoływał u ludzi uśmiech, a co dopiero przebywanie z nią.
Z rozmyślań Maćka wyrwało to, że dostrzegł w jednej z lóż Matyldę. Była tam wraz z jakąś swoją wierną przyjaciółką i obie chichrały się niesamowicie z czegoś, co sobie przed chwilą opowiedziały. Maciek poczuł, że serce bije mu w piersi bardzo mocno, a ręce zaczynają mu się dziko pocić. Dziewczyna tutaj była. To było naprawdę niezwykłe. Dziwny zbieg okoliczności. A może przeznaczenie? Może los chciał tego, żeby oni się tu spotkali, w tym miejscu? Oczywiście nie ma teraz możliwości, aby z nią porozmawiać, ale podczas przerwy na pewno skorzysta z okazji, aby z nią spędzić nieco czasu i spróbować nawiązać z nią bliższą relację.
Oczekiwanie na przerwę było dość nużące, choć nie tak do końca, ponieważ przedstawienie było naprawdę ciekawe i interesujące i nieźle wciągnęło nie tylko małą Aurelię, ale również i Maćka. Dlatego oczekiwanie nie było takie złe, choć i tak mimo wszystko zakochany chłopak nie mógł doczekać się chwili, w której to będzie mógł zobaczyć obiekt swoich westchnień i porozmawiać z nim, chociażby przez chwilę. Miało to dla niego ogromne znaczenie, dlatego też, kiedy tylko już nastąpiła ta oczekiwana chwila, zaraz wyszedł na korytarz pod byle pretekstem i zaczął szukać Matyldy. Znalazł ją dość łatwo, jak zwykle trzymała się swojej jakże zadowolonej i rozchichotanej koleżaneczki. Jej obecność denerwowała chłopaka. Bardzo chciał móc porozmawiać sam na sam z Matyldą, a nie miał ku temu wcale możliwości. Musiał więc pogadać z dziewczyną w towarzystwie jej przyjaciółki lub w ogóle z tego zrezygnować. Zdecydował się na to pierwsze.
- Witaj, Matyldo - powiedział, sam się dziwiąc swojej odwadze.
Matylda skierowała ku niemu swoje czarujące spojrzenie i uśmiechnęła się do niego słodko.
- Maciek, jak się masz? Ty też przyszedłeś na przedstawienie?
- Tak, bardzo lubię operę - powiedział Maciek - Przyszedłem tutaj z moim bratem oraz dziewczynką z sąsiedztwa. Czasami się nią opiekujemy wraz z innymi sąsiadami z naszej kamienicy. Bardzo ją lubimy.
- Mówisz o tej słodkiej blondyneczce, z którą byłeś na rynku? - spytała czule Matylda - Jest bardzo milutka. Lubisz dzieci?
- Tak, a ty?
- Oczywiście, że tak. Zwłaszcza słodkie dziewczynki. Dziewczynki zresztą są zawsze słodkie. Mam rację?
- Tak, a niektóre szczególnie.
Matylda obdarzyła Maćka miłym uśmiechem, po czym powiedziała:
- Ładnie ta mała była ubrana, wtedy na rynku. Widać, że jej rodziców stać na wszystko, co najlepsze. To są chyba bardzo szczęśliwi ludzie, prawda?
- Czemu tak sądzisz?
- To przecież oczywiste. Przecież nie ma większego szczęścia na świecie, niż posiadanie mnóstwa pieniędzy, za które możesz sobie kupić wszystko, na co tylko masz ochotę. Posiadanie dużej ilości pieniędzy sprawia, że jak zechcesz mieć jakąś ładną sukienkę, to możesz ją sobie kupić. Jak chcesz mieć ładne dżinsy, to je masz. Tak po prostu. Pieniądze zapewniają ci dobre samopoczucie dane przez dobry wygląd oraz piękny strój, a także wszystkie inne rzeczy, które tylko możesz sobie kupić za pieniądze.
Maciek słuchał ze smutkiem jej słów. Brzmiały one płytko i beznadziejne. Co prawda słyszał nieraz, że na wszystko trzeba mieć pieniądze, a serce po to, aby się cieszyć tym, co możesz kupić za pieniądze. Ale czy naprawdę podstawą szczęścia na świecie jest kieszeń z wypchanym portfelem? Czy poważnie to wszystko, co się liczy na świecie?
- Myślę, że pieniądze na tym świecie, to nie wszystko - powiedział na głos.
Przyjaciółka Matyldy parsknęła śmiechem, wyraźnie ubawiona tym, co teraz usłyszała.
- Boże, jaki on naiwny. Pieniądze to nie wszystko? A niby co to w takim razie, skoro nie wszystko?
Matylda lekko się uśmiechnęła jakby z politowaniem i powiedziała:
- Nie zwracaj na nią uwagi, ona już tak ma. Ale ma rację, że pieniądze są tutaj, na tym świecie wszystkim. Inaczej mówić może tylko ten, kto nigdy nie miał ich zbyt wiele.
- Czyli taki jak ty - rzuciła przyjaciółka Matyldy, po czym, jakby orientując się w swojej głupocie, dodała serdeczniejszym tonem: - No, na pewno masz sporo racji. Może nie są one wszystkim, ale bez nich życie jest niczym.
- Właśnie. Tobie łatwiej to mówić, bo nie przywykłeś do życia w bogactwie - powiedziała Matylda.
Maćkowi zrobiło się przykro. Nie lubił, kiedy ktoś mu przypomina, że nie jest zbyt zamożny. Oczywiście nie zamierzał wcale zaprzeczać temu, że jest... Jeśli nie biedny, to na pewno średnio zamożny i zdecydowanie nigdy nie będzie stać go na tak bogate ciuchy, jak te, które noszą krewni Matyldy i ona sama. Nie czuł jednak takiej potrzeby, aż do teraz. Teraz bowiem poczuł się strasznym biedakiem, który z trudem dorobił się możliwość spędzenia czas pomiędzy arystokratami. Jakby był Stanisławem Wokulskim, beznadziejnie pnącym się w kierunku szczytu drabiny społecznej. Do tego jeszcze ta Matylda. Niby była milutka, ale uśmiechała się do niego w sposób budzący niechęć, z politowaniem. Pocieszał sam siebie tym, że być może jednak ona uśmiecha się na temat głupich słów swojej przyjaciółki.
- To prawda, nie jestem zamożny i pewnie dlatego nie uważam pieniędzy za wszystko - odpowiedział Matyldzie i jej towarzyszce - Ale być może kiedyś będę je miał i wtedy będę mógł sobie za nie kupić, co tylko zechcę.
- Wtedy będziesz niczego sobie - odparła z uśmiechem Matylda - To znaczy wiesz, teraz też wyglądasz nieźle, ale wtedy...
- Wtedy zadbasz o siebie i swój wygląd - dodała przyjaciółka Matyldy, którą znów chyba dopadła głupawka, a resztki powagi, jakie można było w niej dostrzec podczas poprzedniej wypowiedzi, zniknęła bez śladu.
Matylda przeprosiła go wzrokiem, ale jej wzrok był jakiś dziwny. Maciek nie miał jakoś ochoty badać tej sytuacji i powoli odszedł, natykając się na Piotra oraz Aurelię.
- Znowu łazisz za tą głupią Stągiewką? - zapytał Piotr z politowaniem - Po co ci ona? Naprawdę nie ma już innych dziewczyn?
- Ona jest głupia i brzydka - wtrąciła Aurelia - A taka Kreska jest fajna i jaka śliczna i bardzo mądra.
- A skąd to niby wiesz? - zapytał z lekka poirytowany Maciek.
- Po prostu wiem - odparła dziewczynka.
- Ciekawy argument - odparł młody Ogorzałko - Ale z tą mądrością jest już różnie. Ona nieraz dziwnie się zachowuje. Nie rozumiem jej.
- Kobiet nie trzeba rozumieć. Je po prostu trzeba kochać - zażartował sobie dowcipnie Piotr.
- Naprawdę? To ciekawe - odezwał się nagle znajomy głos.
Należał on do młodej, około trzydziestoletniej kobiety, wysokiej i szczupłej, o brązowych włosach i niebieskich oczach. Stała ona przed naszymi rozmówcami w fioletowej sukience wyjściowej, włosy miała rozpuszczone, a jej twarz wyglądała bardzo piękne. Widać było, że sobie ją lekko poprawiła makijażem. Piotra wręcz zamurowało, gdy ją zobaczył.
- Pani Gabrysia - powiedziała zachwycona Aurelia.
- Witaj, Aurelio - odparła życzliwie Gabrysia Pysiak z domu Borejko, gdyż to ona była - Widzę, że przyszłaś do opery ze swoimi przyjaciółmi.
- Tak, a pani?
- Ja z moją siostrą, Natalią.
- A gdzie ona?
- Poszła sobie kupić coś do picia, bo zaschło jej w gardle. A ja przypadkiem usłyszałam waszą rozmowę.
- Przypadkiem? Nie wydaje mi się, aby pani robiła coś przypadkiem - rzekł nie bez złośliwości Piotr - Takie osoby jak pani zawsze robią wszystko całkowicie świadomie.
- Doprawdy? To interesujące - rzuciła zadziornie Gabrysia - Sugeruje mi więc pan, że podsłuchiwałam?
- Być może. W końcu koszykarki zawsze mają dobry słuch.
- Wzrok też nie najgorszy.
- Czyżby? Chyba nie do końca, skoro jedna z nich wybrała sobie najbardziej tępego tłuka za męża.
Gabrysia dobrze wiedziała, że to aluzja do jej męża, o którym ostatnio jakoś też nie umiała myśleć inaczej, ale nie spodobał się jej przycinek, gdyż dotyczył jej gustu i odparła złośliwie:
- Lepsze chyba to niż życie samotnika, zgorzkniałego i unikającego ludzi.
- O, przepraszam bardzo. Ja wcale nie unikam ludzi. Cały czas mam z nimi jakiś kontakt - zaczął się bronić Piotr.
- Tak, a zwłaszcza z nieubranymi paniami, bo te lubi szczególnie - wtrąciła się do rozmowy Aurelia.
Piotr spłonął rumieńcem wstydu na twarzy, a Gabrysia, wyraźnie ubawiona, spojrzała na Aurelię i zapytała:
- Naprawdę? A skąd o tym wiesz, że on lubi nieubrane panie?
- Bo ma w pokoju plakat z taką jedną - odparła dziewczynka, lekko przy tym chichocząc, a Piotr czuwał coraz większą ochotę zapadnięcia się pod ziemię.
- Tak, potwierdzam. Z Brigitte Bardot - potwierdził Maciek, nie kryjąc wcale swojej satysfakcji.
- Tak? A w jakim filmie? - spytała Gabrysia.
- „Kiedy Bóg stworzył kobietę”.
- Aha, ten film. Bardzo ładny. I rzeczywiście jest na co popatrzeć.
Piotr płonął na twarzy ze wstydu, mając wielką ochotę udusić Maćka i tę małą za kpiny z jego osoby, ale zamiast tego postanowił powiedzieć coś na swą obronę i oczywiście to uczynił.
- Po prostu uważam, że prawdziwe piękno należy doceniać.
- Widzę, że ma pan bardzo płytkie podejście do kobiet. Przedmiotowe wręcz - stwierdziła złośliwie Gabrysia.
- Ależ skąd - odparł Piotr - Po prostu doceniam ich piękno zewnętrzne, które wielbić zawsze należy u wyjątkowych kobiet. I bynajmniej wcale nie jestem w tej sprawie odosobniony. Petroniusz, którego tak uwielbiał pani ojciec, miał podobne zdanie w tej sprawie.
Gabrysia parsknęła ironicznym śmiechem.
- Do Petroniusza to panu bardzo daleko, jak stąd do Wisły i z powrotem.
- Ośmielam się posiadać inne zdanie w tej sprawie. Obaj jesteśmy do siebie niezwykle podobni.
- Naprawdę? A w jaki sposób?
- Oboje umiemy zachwycać się prawdziwym pięknem. W przeciwieństwie do niektórych.
Oczywiście miał tu na myśli jej męża.
- Rozumiem, panie Ogorzałko. Wobec tego przez pana pokój musi przewijać się cała masa pięknych i nieubranych kobiet.
- Przez grzeczność nie będę zaprzeczał. W końcu prawdziwe kobiety umieją zawsze docenić wybitnego mężczyznę.
- Och, a więc uważa się pan za wybitnego? Jest pan bardzo pewny siebie i do tego niesamowicie próżny.
- Po prostu uczciwie oceniam sytuację. A czy to próżność powiedzieć, że się ma do czegoś talent? Poza tym próżność jest cechą umysłów wybitnych.
- Jest pan bardziej próżny niż sądziłam.
- Raczej świadomy swojej wartości. I uparcie dążący do celu.
- A do jakiego celu najbardziej pan dąży?
- Do poskromienia złośnicy.
Gabrysia uśmiechnęła się do niego zadziornie i odparła:
- Dużo na to drogi.
- Ale się opłaca - odgryzł się Piotr.
Kobieta odeszła, bo oznajmili koniec przerwy i pora była powrócić do loży.
- Jaka ona mądra i wygadana - powiedział złośliwie Maciek, gdy już wrócili na swoje miejsca.
- Wygadana tak, ale czy mądra? Nie jestem pewien - odrzekł złośliwie Piotr - Nigdy nie miała dobrego gustu do facetów.
- Ale do sukienek tak. Wyglądała wprost cudownie.
Piotr pokiwał delikatnie głową i rozmarzonym głosem stwierdził:
- Oj tak... Bez wątpienia.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
Rozdział XXXVIII
Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...
-
Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...