poniedziałek, 14 czerwca 2021

Rozdział XXV

Rozdział XXV

Nowa Anna Karenina

W tym samym czasie, w którym Maciek pogrążony był w lekturze najlepszej bodajże powieści Aleksandra Dumasa ojca, Gabrysia siedziała w swoim pokoju w mieszkaniu Borejków, pogrążona we własnych myślach. Niedawno nakarmiła oraz przewinęła małą Różę, utuliła ją do snu i położyła spać. Miała więc teraz czas dla siebie, aby przemyśleć sobie wiele spraw. A było co przemyśleć.
Jej mąż miał dzisiaj powrócić do domu z wyprawy do Australii. Choć jeszcze do niedawna byłaby bardzo szczęśliwa z takiej wiadomości, teraz jednak jakoś nie umiała się z niej cieszyć. Przeciwnie, napawała ją powodem do rozpaczy. Bo i jak mogłoby być inaczej? Przecież zrozumiała, że nie kocha już męża, że właściwie tak naprawdę nigdy go nie kochała, że tylko jej się tak wydawało, ponieważ bardzo on jej imponował swoją zaradnością, swoim oślim niemalże uporem, aby w jakiś sposób ją zdobyć, a także tym, jak umiał sobie pozyskać jej rodziców, a zwłaszcza ojca, co wszystko wtedy, gdy z nim chodziła, odbierała jako dowód miłości. W tej jednak chwili zastanawiała się, ile w tym było uczucia, a ile zwykłego zauroczenia oraz chęci zrobienia na złość swojej apodyktycznej matce, która nie popierała tego związku i oczekiwała, że jej syn znajdzie sobie lepszą, bardziej bogatą żonę, że już o tym, iż będzie ona lepiej ustawiona politycznie nie ma co wspominać, to było aż nadto dla niej oczywiste. Gabrysia widziała, z jaką zawziętością Janusz sprzeciwia się swojej matce i jak uparcie o nią zabiega i umie się starać, aby dobrze się przy nim czuła. Doceniała to i odbierała jako miłość. Teraz jednak widziała, jak wiele w tym wszystkim było z postawy panicza Zbyszka Dulskiego, który w słynnej sztuce Gabrieli Zapolskiej także chciał wziąć ślub z dziewczyną, która mu się podobała jedynie na złość matce. Z tym, że młody panicz Dulski ostatecznie odpuścił sobie to uczucie i uległ matce, Janusz zaś nie uległ i nie zamierzał ulegać. Postawił na swoim i był chłopakiem Gabrysi i starał się o nią każdego dnia, choć celem jego było prawdopodobnie zdobycie jej dziewictwa, co miało nawet sens, bo przecież to zawsze jest prawdziwie godna zdobycz dla podrywacza, zdobyć piękną dziewicę i to jeszcze taką, która wcześniej dawała mu kosza. Tak więc starał się o to, aby zaczęła z nim chodzić, a gdy w końcu została jego dziewczyną, to nie chciała mu się oddać, uważając, że to za wcześnie i potrzebuje więcej czasu, aby się do tego przekonać. Tym większe musiało być jego zwycięstwo, gdy już dostał to, czego chciał. Tym większy był jego triumf. Ale gdy już się nim nasycił, to czy dalej się starał o Gabrysię? Czy dalej zabiegał o nią i dbał o to, aby była szczęśliwa? Cóż... Początkowo tak się wydawało. Gdy jednak Gabrysia oznajmiła mu, że jest z nim w ciąży, Janusz zrzucił maskę i nie ukrywał tego, że nie jest mu w smak bycie ojcem teraz, w tak młodym wieku i wylał na nią całą masę pretensji. Twierdził, że to jej wina i że celowo chciała go złapać na dziecko i że on usidlić się nie da, więc jeśli o to jej chodziło, aby położyć łapę na pieniądzach jego matki, to niech lepiej o tym zapomni, bo ich nie dostanie.
Gabrysia przepłakała kilka nocy, jej ojciec był zawiedziony, choć nie chciał chłopaka z góry przekreślać, uważając, że Janusz tak tylko gada, bo jest po prostu przerażony tak wielką odpowiedzialnością, jaka nagle na niego spadła, ale przecież nie można go za to winić całe życie.
- Zobaczysz, córeczko. Przejdzie mu, jak sobie wszystko przemyśli i sam do ciebie przyjdzie, a wtedy poprosi cię o rękę. Będzie dobrze, zobaczysz - powtarzał swojej pierworodnej Ignacy Borejko, gładząc ją czule po ramieniu.
Gabrysia nie wierzyła w to, ale tak się właśnie stało. Janusz Pyziak przyszedł do niej z bukietem kwiatów w dłoni, przeprosił ją za swoje zachowanie i rzekł jej, iż nie wyobraża sobie życia bez niej i potrzebuje ją równie mocno, co powietrza do oddychania. Wzruszona Gabrysia przyjęła jego oświadczyny i wyszła za niego. Nie wiedziała tego, o czym dowiedziała się później, że decyzja Janusza wywołana była tym, że jej matka, Melania Borejko, odwiedziła Janusza i porozmawiała sobie z nim bardzo poważnie i zażądała od niego, żeby zachował się jak mężczyzna i ożenił się z jej córką, bo dziecko musi mieć oboje rodziców. Obiecała też, że cała rodzina Borejków będzie go wspierać i nie zostanie z tym sam. Autorytet i powaga, jaka z jej postaci biła, przekonały jakoś Janusza do zmiany zdania. O tym jednak Gabrysia się dowiedziała znacznie później. Miała żal do matki, że wtrąciła się w jej sprawy, bo może inaczej i lepiej by się one wszystkie potoczyły, a tak została panią Pyziak i nie było już odwrotu od tej decyzji. Świadomość ta była dla niej tym boleśniejsza, że dosyć szybko zauważyła, jak Janusz się zachowuje po ślubie. Niby się starał, ale prawda była taka, że w pracy starał się być jak najdłużej, do domu wracał jak najpóźniej się dało, aby nie musieć się zajmować Różą, którą głupkowato nazywał Pyzunią. Jego ojcowskie obowiązki dla niego ograniczały się do całowania małej w czoło, kiedy ta spała i może czasami powiedzieć, jaka ona śliczna i że ma oczy po mamusi itd. Potem jadł kolację, oglądał telewizję, czytał gazetę i szedł spać. Oczywiście tzw. małżeńskie obowiązki również spełniał, ale fajerwerków, jak to już wiemy, nie było. Gabrysia czuła się chwilami tak, jakby mąż nie starał się wcale dbać o nią i jej wygodę w łóżku. Nie, żeby nie była z niego zadowolona w łóżku, ale czasami odbierała to jako po prostu wypełnianie obowiązków. Gdy zwróciła kiedyś o to uwagę Januszowi, ten jej odpowiedział:
- A czego ty oczekujesz, kobieto? Wracam z pracy zmęczony i padnięty, chcę móc sobie odpocząć, a nie jeszcze w pocie czoła harować w łóżku z tobą. Miej to na uwadze, że utrzymuję ten wasz kochany babiniec i nie jest to wcale proste.
Gabrysia była oburzona takim stwierdzeniem, ale Janusz nie dał jej nawet na ten zarzut zaprotestować, gdyż widząc jej chęć protestu, powiedział:
- A tak, a tak. Twoja mamusia i siostrzyczki są na moim utrzymaniu. Bo ty nie pracujesz przecież. Twój tatuś coś tam zarabia w bibliotece, ale to przecież jakieś grosze. Ciekawi mnie, ile byście wytrwali z małym dzieckiem beze mnie?
Słowa te były bolesne, chociaż w dużej mierze prawdziwe, dlatego nie chciała się kłócić z mężem i odpuściła sobie wojnę na argumenty. Janusz zresztą nie był taki zły jako mąż. Po prostu mało się angażował w sprawy dziecka, o jej potrzeby również mało dbał, bardziej skupiony na tym, aby ogólnie jako mężczyzna i mąż utrzymać swoją rodzinę, niż żeby jako jej ukochany Januszek dbać o to, aby jego słodki kwiat kalafiora, jak ją nazywał kiedyś, był szczęśliwy i czuł się przy nim kobietą. Czy naprawdę jednak powinna odbierać to jako jego wadę? W końcu dbał o rodzinę, zapewniał jej byt, uczciwie zarabiał na siebie, na nią i na Różyczkę. A więc to życie nie było wcale takie złe. Tylko puste. Puste i dosyć przygnębiające, pozbawione w praktyce tego, czym charakteryzowały się ich relacji, kiedy chodzili ze sobą.
- Córeczko, naprawdę wymyślasz bzdury - powiedziała do niej Melania, gdy jej się kiedyś z tego wszystkiego zwierzyła - Czy wiesz, że posiadasz prawdziwie luksusowe problemy? Przecież nigdy po ślubie nie jest tak cudownie jak wtedy, kiedy się ze sobą chodzi. Pojawiają się dzieci, a z nimi proza życia. One zawsze w ten czy inny sposób sprawią, że czujesz się gorzej niż wcześniej. Ale nie warto o tym myśleć. Lepiej byś się skupiła na córce. Jesteś teraz przede wszystkim matką i nic innego nie powinno mieć dla ciebie znaczenia.
Gabrysia długo wierzyła w te słowa do czasu, aż Janusz wyjechał, a ona coraz częściej zaczęła bywać u Ogorzałków i spędzać czas z Piotrem. Gdy zaś oddała mu się i spędziła z nim noc, poczuła coś dziwnego, czego nigdy wcześniej nie czuła. To było coś niesamowitego, boskiego i wspaniałego zarazem. Poczuła się wreszcie tak, jak zawsze chciała się poczuć. Poczuła, że jest nie tylko matką i żoną, ale i kobietą. Tak, kobietą. Prawdziwą kobietą, która może być przez swego mężczyznę adorowana i zadbana w łóżku i poza nim. Wiedziała doskonale, że nie wypadało tego wszystkiego czuć, ale nie umiała o tym myśleć, gdy osiągała falę rozkoszy za falą i gdy zmęczona z powodu ich intensywności padła na łóżko i zasnęła naga w ramionach Piotra. Jak mogła o tym zapomnieć? Jak mogła za tym nie tęsknić? Jak mogłaby teraz, obudzona jako kobieta, ponownie zasnąć i pogrążyć się znowu w marazmie życia? Obowiązek wobec córki i męża nakazywał jej to, podobnie jak obowiązek wobec rodziny oraz swojego dobrego imienia. Ale z drugiej strony coś, co w sobie obudziła po tej nocy z Piotrem, nie pozwalało jej normalnie powrócić do życia, które dotąd wiodła.
Chwilami Gabrysia czuła się jak Anna Karenina, bohaterka bardzo przez nią lubianej powieści Lwa Tołstoja. Podobieństwo pomiędzy nią a Anną było duże, naprawdę duże. W końcu obie były mężatkami, które nie czuły się w małżeństwie szczęśliwe, ich mężowie nie dbali o ich potrzeby i te dopiero zaczęli spełniać ich kochankowie. Jednak losy Anny były tragiczne, gdyż pogrążając się w romansie, poświęciła dla niego wszystko, łącznie ze swoim dzieckiem, które to całkowicie zaniedbała. Dodatkowo mąż nie chciał dać jej rozwodu, bo zabraniały mu tego jego chore poglądy religijne, zaś całe miasto potępiło ją za życie w grzechu, choć samo miało o wiele gorsze grzechy na sumieniu, tyle tylko, że były one w ciszy prowadzone, w sekrecie i tajemnicy, ona z kolei jawnie żyła z ukochanym i za to właśnie jakże podłe społeczeństwo elit potępiło ją, jak zrobiłoby z każdym, kto jawnie wytknął im fałsz i obłudę. Do tego mąż utrudniał jej kontakty z synem, a z kochankiem też się nie układało. Biedna i załamana Anna, popadając z powodu tego wszystkiego coraz bardziej w szaleństwo, nie była w stanie już dłużej żyć i popełniła samobójstwo, skacząc pod koła pociągu. Czy taki sam los miał czekać Gabrysię? Czy naprawdę tak zawsze miały kończyć się romanse oraz porzucanie niekochanych małżonków na rzecz dbających o kobiece potrzeby kochanków? Czy ona także miałaby umrzeć, aby w ten sposób ponieść karę za grzeszne uczucie? Czy uczucie to było naprawdę grzeszne? Czy może tylko nosiło takie miano w oczach ludzi pokroju jej matki?
Także, co teraz Gabrysia powinna zrobić? Powiedzieć mężowi, że pokochała Piotra i oddała mu się? Bo przecież pokochała starszego Ogorzałkę, nie miała co do tego nawet najmniejszej wątpliwości. Bez miłości wszak nie poszłaby nigdy do łóżka z mężczyzną, choćby był samym Adonisem. Czy powinna więc powiedzieć mężowi prawdę i niech Janusz powie jej, czy chce z nią dalej być, czy nie? A może powinna zatuszować całą tę sprawę i nie opowiadać o niej nikomu? Co prawda wiedzą o tym jej mama i Ida, ale żadna z nich jej nie wyda, to więcej niż pewne. Ale co z sumieniem Gabrysi? Jego wyrzuty nie dałyby jej spokoju. Wykończyłyby ją w końcu. Musiałaby w końcu powiedzieć prawdę. Chociaż może wcale nie? Może z czasem, jeżeli ten romans nie będzie dalej się rozwijał, sumienie zostanie zagłuszone i wszystko będzie dobrze? Miłość do Piotra z czasem minie, przemieni się w miłe i słodkie wspomnienie i nic poza tym. Tak, to chyba najlepsze wyjście z sytuacji. Po prostu milczeć.
Gabrysia wyrwała się z rozważań i powoli powróciła do rzeczywistości. W niej zaś przypomniała sobie, że miała kupić coś w sklepie, dlatego udała się tam, próbując się utwierdzać w decyzji, którą właśnie podjęła. Dokonała zakupów, a potem wróciła z siatkami do domu. Idąc jednak po schodach na górę, usłyszała czyjeś słowa, które wywołały u niej zdumienie i lekkie zdegustowanie zarazem.
- Nie możesz wiecznie skrywać w sobie swoją kobiecość. Każda kobieta musi dać upust swojej prawdziwej naturze. Gdy chcesz zaznać rozkoszy z chłopakiem, to się nie krępuj, tylko po prostu rób swoje. Niech natura dojdzie do słuchu. Niech twój rozum nie próbuje z nim walczyć, bo to się może fatalnie skończyć dla ciebie. Zawsze tak się kończy walka z własną naturą.
Gabrysia wspięła się delikatnie i w miarę bezszelestnie po schodach na górę i zauważyła, że przed ich mieszkaniem stoi Ida, która właśnie tłumaczy coś Kresce. Dziewczyna zaś słucha jej z wielką uwagą, gdy ta mówi:
- Jako kobieta masz prawo swobodnie decydować o tym, z kim i kiedy chcesz iść do łóżka. Twoja seksualność nie może być tłumiona, musisz w końcu dopuścić ją do głosu, bo inaczej popadniesz w nerwicę i histerię, to naukowo udowodnione. Dziewice są bardziej podatne na bóle głowy, dostawanie ataków złości i łatwiej też umierają na różne choroby, bo ich organizm nie jest dość odporny.
- Czyli mam traktować seks jako lekarstwo? - zapytała Kreska.
- Tak, ale nie tylko - odpowiedziała jej Ida - Przede wszystkim jako wyraz swojej własnej kobiecości. Bo każda kobieta powinna wiedzieć, co potrafi, jakie jest jej ciało, jakie ma ono potrzeby i jak je zaspokajać.
- Chcesz powiedzieć, że powinnam, gdy poczuję żądzę, ulegać jej?
- A dlaczego nie? Prawdziwa kobieta nie musi wstydzić się tego, że ma swoje potrzeby i chce je zrealizować. To wszystko jest całkowicie naturalna sprawa.
- Ale czy wtedy kobieta nie jest zbyt... frywolna?
Ida parsknęła śmiechem, słysząc to (swoim zdaniem) naiwne pytanie Kreski.
- Kochana, a co to za stereotypowe myślenie? Facetom wolno mieć całą masę kobiet i są oni nazywani podrywaczami i mówi się, że mają powodzenie i takie tam. No, ale jak kobieta robi z facetami dokładnie to samo, to zaraz jest nazywana latawicą. To ma być niby sprawiedliwe?
- Ja nie umiałabym tak z różnymi chłopakami...
- Nie musisz. Wystarczy, że z jednym, który ci się podoba. A przynajmniej na razie. Potem możesz mieć ich tylu, ilu tylko zechcesz.
- Wolę tylko jednego.
Ida uśmiechnęła się delikatnie i poklepała lekko dziewczynę po ramieniu.
- Romantyczka z ciebie. Ale nie zaszkodzi ci trochę niegrzeczności w tym, co robisz. Wiem, że podoba ci się Maciek. Niestety, ty nie umiesz do niego podejść. Musisz się trochę bardziej postarać, bo inaczej zwróci uwagę na inną. Musisz go skusić i to tak, aby tylko o tobie myślał.
- Skusić? - Kreska przyjrzała się z uwagą Idzie, ciekawa tego, co jej powie - Ale jak miałabym go skusić?
- A czym się kusi facetów? - spytała dowcipnie Ida - Tym, co na każdego z nich działa. Swoim ciałem. Pokaż mu się naga, najlepiej w kąpieli. Zobaczysz, że nie oderwie od ciebie wzroku, jak zobaczy cię nagusieńką i mokrą. Będzie tylko na ciebie patrzył, cały świat przestanie dla niego istnieć. Zobaczysz sama.
- Mam mu się pokazać nago?
- A tak. Najlepiej w wannie. Udawaj, że chcesz, aby ci umył plecki. Mówię ci, na facetów to doskonale działa. Na niego też podziała. Zgodzi się na to z ochotą. I potem reszta należy do ciebie.
Gabrysia przysłuchiwała się z uwagą tej rozmowie, będąc zarazem ciekawą, do czego ona zmierza. Im dłużej jednak tego słuchała, tym bardziej była w szoku. Przecież słowa, które mówiła Ida, brzmiały niemal tak, jakby próbowała ona nimi zachęcić Kreskę do rozwiązłości. Co prawda, wnuczka Dmuchawca z pewnością miała swój własny rozum, ale wiadomo, jak to potrafią na młode umysły posiadać wpływ starsze i bardziej doświadczone osoby. Oczywiście Ida była tylko rok od Kreski starsza, ale jej seksualna wiedza i doświadczenie były o wiele większe niż u tej młodej, niespełna osiemnastoletniej dziewczyny, która pełnoletni wiek osiągnąć miała dopiero w sierpniu. Mogła zatem w jakiś sposób na nią wpłynąć i to tak, jak nigdy tego robić nie powinna i popchnąć Kreskę w zachowanie, którego może ona tylko żałować. Gabrysia musiała zatem interweniować.
- Przepraszam, nie przeszkadzam? - zapytała głośno, wspinając się powoli po schodach na górę, wychodząc jednocześnie z półpiętra, na którym pozostawała dotąd niezauważona.
Ida i Kreska spojrzały na nią zaintrygowane, a na twarzy tej drugiej malowało się delikatne zdumienie, a może nawet i zmieszanie. Widocznie przeraziła się tego, że Gabrysia mogła usłyszeć ich rozmowę, której sens pani Pyziak mogła przecież źle zinterpretować.
- To ja już pójdę. Dziękuję, Iduniu, za twoje rady. Pomyślę nad tym.
Po tych słowach szybko zbiegła po schodach na swoje piętro i zniknęła tam we wnętrzu swojego mieszkania.
- Młoda, pamiętaj, nie poddawaj się! - zawołała za nią Ida.
Gabrysia spojrzała na siostrę wzrokiem pełnym pretensji i powiedziała:
- Możesz mi pomóc z zakupami?
- Jasne - odparła Ida, nie orientując się w sposobie, w jaki siostra zadała jej to pytanie.
Wzięła od Gabrysi część siatek i weszła z nimi do mieszkania. Gabrysia zaś zabrała resztę zakupów i poszła za nią, zamykając przy okazji za sobą drzwi.
- Sporo tego wzięłaś. Nie za dużo? - zapytała Ida, gdy Gabrysia dołączyła do niej w kuchni.
- Nie, to jest właściwa ilość - odpowiedziała jej starsza siostra - Jakbyś więcej myślała o sprawach domowych, a nie tylko o własnych, czysto hedonistycznych przyjemnościach, to wiedziałabyś o tym.
Ida spojrzała na Gabrysię z lekką złością. Nie spodobał się jej ten ton, ale też nie chciała się kłócić, dlatego zapytała spokojnie, ale groźnie:
- O co ci chodzi?
- Co? O co mi chodzi? Ty naprawdę się mnie teraz pytasz, o co mi chodzi? - odpowiedziała jej pytaniami pełnym złości Gabrysia - A wyobraź sobie, że chodzi mi o te bzdury, które opowiadałaś Kresce. To, że może iść do łóżka z iloma tylko chłopakami chce i z jakimi chce! O to mi chodzi!
- A co się ma ograniczać? Przecież nie ma chłopaka, jest wolna, może więc całkiem swobodnie dysponować swoimi wdziękami i rozdawać je, komu tylko się jej spodoba.
- Dziewczyno, czy ty wiesz, co ty mówisz?! Przecież to brzmi, jakbyś właśnie ją namawiała do rozwiązłości!
Ida popatrzyła na Gabrysię jak na chorą psychicznie, nie bardzo rozumiejąc, o co jej chodzi i w jaki sposób wyciągnęła z jej słów, które uważała za niewinne, takie podejrzenia. Potem jednak parsknęła śmiechem i powiedziała:
- Gabusiu, rozśmieszasz mnie. Naprawdę sądzisz, że namawiałabym do tego naszą sąsiadeczkę? Daj spokój. Ty chyba nie wiesz, co mówisz.
- Ja wiem, co mówię. Obawiam się jednak, że ty tego nie wiesz.
- Gabusiu, naprawdę przesadzasz. Gadasz teraz jak nasza matka. Ona chyba ciągle żyje w epoce wiktoriańskiej, bo gada czasami takie głupoty, że szkoda słów. A ty zaczynasz się zamieniać w jej kopię. Sądziłam, że to niemożliwe, zwłaszcza po tym, jak bez trudu zdradziłaś swojego męża z Piotrusiem.
Gabrysia się lekko obruszyła, słysząc te słowa, choć oczywiście wiedziała, że Ida ma w tej kwestii rację. Dość łatwo przyszło jej zdradzić Janusza, ale przecież to nie oznacza, że jest rozwiązła, co najwyraźniej sugerowała jej siostra. Gabrysia już miała coś na to odpowiedzieć, kiedy nagle Ida rzekła:
- Ale nie, ja wcale nie mówię ci, że jesteś rozpustna ani tego, że źle zrobiłaś. Przeciwnie, uważam, że już dawno powinnaś to zrobić. Piotr przy Januszu, to jest jak lew przy kundlu. Nie dziwi mnie wcale twój wybór. Dziwi mnie tylko to, że po czymś takim zaczynasz gadać jak nasza matka, tak pruderyjnie.
- Nasza matka myli się w wielu kwestiach. Ja uważam, że należy mówić o tym, co czujemy i jakie mamy potrzeby, także te cielesne, jednak mimo wszystko to, co ty robisz, to jest przechodzenie z jednej skrajności w drugą.
- Jakie skrajności? - Ida parsknęła śmiechem i rozłożyła ręce - Kobieto, o co ci chodzi? Przecież ja w ogóle nie zdradzam Sławka i wcale nie chodzę do łóżka z innymi facetami.
- Ale chodziłaś z wieloma, zanim się z nim związałaś.
Ida spojrzała z oburzeniem na Gabrysię.
- Po pierwsze, nie z wieloma, tylko z kilkoma. A po drugie, co robiłam przed moim związkiem ze Sławkiem, to tylko moja prywatna sprawa i nic ci do tego.
- Tak, twoja sprawa - zgodziła się Gabrysia - Ale nie sądzisz, że takie coś, jak pójście z facetem do łóżka jest tak intymną sprawą, że nie powinno się tego robić z kimś, kogo się nie kocha?
- Kocha? - prychnęła z kpiną Ida - A jakie to ma niby znaczenie, czy się kogoś kocha, czy też nie? Matka całe życie tylko spała z naszym ojcem i co? Jest niby z tego powodu szczęśliwa? Czy umie mówić wprost o swoich uczuciach, zwłaszcza tych, które czuje do nas? Czy umiała nas tego nauczyć?
- Ido, do czego ty zmierzasz? Chcesz powiedzieć, że matka powinna zdradzać naszego ojca?
- Zgłupiałaś?! - Ida nie kryła swego oburzenia słowami siostry - Gdyby tylko to zrobiła, sama bym jej dała w twarz, chociaż to nasza matka. Ojciec jest jednym z najbardziej uczciwych mężczyzn na całym świecie, może trochę bzik, ale bardzo go kocham i szanuję. I nie wyobrażam sobie, aby matka miała go zdradzić. Ale mi chodzi o to, że przed nim nie miała żadnego faceta. Nie miała żadnego w miłości doświadczenia. Dlatego teraz nie umie sobie z nim życia tak ułożyć, aby zmienić te swoje głupie pruderyjne podejście do życia.
- Uważasz więc, że gdyby miała wcześniej kochanków, to byłaby teraz dużo lepszą żoną i matką?
- Oczywiście, bo już by coś o tym wszystkim wiedziała i umiała się o wiele lepiej poruszać po sferze uczuć.
- Chcesz więc powiedzieć, że miałaś facetów przed Sławkiem, aby posiadać w tej sferze doświadczenie?
- Zgadza się.
- I do tego samego namawiasz Kreskę?
- Namawiam ją tylko do tego, żeby przestała być pruderyjna. Bo przecież w ten sposób niczego nie osiągnie, tylko zamieni się w kopię naszej matki, a z tego nie wyjdzie nic dobrego.
- Ale twoje słowa można odebrać tak, jakbyś namawiała ją do rozwiązłości.
- O tak, jak ma się taki wiktoriański sposób patrzenia na świat, jaki macie ty i nasza mamusia.
- Ja? Wiesz dobrze, że zawsze byłam przeciwko tej pruderii, która kierowała mamą i którą ona próbowała nas nauczyć.
- Tak, ale jakoś nie umiałaś z tym porządnie walczyć. Zawsze przestrzegałaś pewnych zasad, które cię ograniczały. Wiesz co? Odnoszę wrażenie, że w tobie, to chyba nie ma nawet grama jednego hormonu.
- Słucham?! Ida, nie mówimy teraz o mnie, tylko o Kresce. Chcę cię bardzo prosić o to, żebyś nie robiła dziewczynie wodę z mózgu.
- Ma wyrosnąć na taką cnotliwą panienkę jak ty, która dopiero po latach się wreszcie wzięła za siebie, gdy najlepsza lata ma już za sobą?
- Nie, ma wyrosnąć na uczciwą dziewczynę z zasadami, która traktuje uczucia poważnie, a nie szuka doświadczeń, jak ty.
Ida spojrzała na Gabrysię uważnie, jakby próbowała zrozumieć, o co też jej może chodzić, ale potem uśmiechnęła się ironicznie i powiedziała:
- Rozumiem. Ty mi po prostu zazdrościsz.
- Słucham? A niby czego ja mam ci niby zazdrościć?
- Wszystkiego. Choćby tego, że za mną uganiają się faceci, a za tobą tylko ci dwaj twoi absztyfikanci.
- Jacy dwaj absztyfikanci?
- Janusz i Piotr.
- Słucham? Janusz to jeszcze rozumiem, ale Piotr? Przecież Piotr nigdy się za mną nie uganiał. Nigdy nie był we mnie zakochany.
Ida spojrzała na nią z kpiną w oczach i powiedziała:
- Ty naprawdę nic nie wiesz na temat uczuć. I mnie będziesz pouczać. Teraz już mam pewność, że mi zazdrościsz.
- A czego niby mogłabym ci zazdrościć, co?
- Choćby figury.
- Figura nie jest wieczna, może się zmienić.
- Owszem, ale w twoim wieku na pewno będę miała lepszą.
- Tak, ja w twoim wieku też miałam lepszą. A potem urodziłam dziecko i...
- No właśnie, Janusz dzieciorób zrobił ci dzieciaka, musiałaś się hajtać i zaraz cała młodość zmarnowana. A ja wciąż jestem piękna, młoda i bardzo atrakcyjna z talią osy. Nic dziwnego, że mi zazdrościsz.
Gabrysia parsknęła śmiechem. Ida miała chwilami zbyt wysokie mniemanie o sobie. Już od najmłodszych lat tak miała, że nazbyt łatwo wierzyła w siebie oraz swoje siły i dlatego tak bardzo bolały ją porażki, gdy je ponosiła.
- Talia osy? Oczywiście, teraz ją masz. Ale zobaczymy za kilka lat, jak kiedyś wyjdziesz za mąż i urodzisz dziecko, czy dalej będziesz miała taką talię.
- Nie zamierzam iść twoim śladem, siostrzyczko. Najpierw chcę iść na studia, skończyć je, zostać lekarzem, a potem dopiero szukać sobie męża i rodzić dziecko.
- Tylko jedno?
- Oczywiście, że tak. Tylko jedno. Będę mogła w pełni skupić się na tym, aby porządnie je wychować, a nie rodzić całą masę bachorów i nie mieć potem na nie czasu. No i nie zamierzam się ograniczać z powodu rodzenia dzieci. Ja nie jestem matką Polką, Gabusiu. Chcę się rozwijać zawodowo i przy okazji tylko mieć także męża i dzieci, o ile oczywiście kiedykolwiek takiego znajdę.
- Jeśli kiedykolwiek znajdziesz? Chcesz mi więc powiedzieć, że nie znalazłaś go jeszcze?
- Oczywiście, że nie. A niby kto to miałby być? Może Sławek? Dobry z niego chłopak, ale żaden materiał na męża.
- To po co z nim jesteś?
- Bo go lubię. Fajny z niego chłopak. Miły, sympatyczny, dobry w łóżku...
- Ido!
- No co? - Ida zachichotała jak mała dziewczynka - Co cię tak niby gorszy? Przecież obiecałyśmy sobie nigdy nie być pruderyjne i rozmawiać otwarcie o tym, co czujemy. I mówię to szczerze. Sławek to równy gość, ale nie wiem, czy to, co nas łączy, to miłość. Właściwie, to mocno w to wątpię. A zresztą, gdyby nawet tak było, ani on nie pasuje do mojego świata, ani ja do jego. Ja będę lekarzem, a on kim? Najwyżej zostanie w przyszłości motorniczym tramwaju, podobnie jak jego ojciec. Nie ma ambicji, aby się piąć wyżej. Oczywiście nie oczekuję od niego, że będzie je miał. Ani on też nie oczekuje, że ja zrezygnuję ze swoich. Dobrze nam ze sobą i nic poza tym. Czy wyjdzie coś z tego więcej, tego nie wiem. Ale wiem, że nie czas teraz o tym myśleć.
- Chcesz powiedzieć, że to związek tylko tymczasowy?
- Nie chcę patrzeć w tej sprawie za daleko w przyszłość. Teraz jest dobrze, ale co będzie dalej, czas pokaże.
- I jeśli trafi ci się lepszy, to zerwiesz ze Sławkiem?
- Oczywiście, a czego ty się spodziewasz? Takie jest życie. Jedna dziewczyna ma wielkie powodzenie u facetów, inna mniejsze. Ja jestem tą pierwszą, dlatego mogę przebierać w wielu. Ty jesteś tą drugą, to możesz tylko w dwóch, choć mnie dziwi to, że nie umiesz się zdecydować. Ja bym na twoim miejscu nie namyślała się nawet.
- A ja na twoim miejscu bym nie robiła wielu rzeczy, ale tego nie mówię.
- Mówiłam, zazdrościsz mi i tyle. I wcale ci się nie dziwię.
- Doprawdy? - zakpiła sobie lekko Gabrysia.
- Oczywiście - odparła na to Ida, uśmiechając się z ironią - Masz mi zresztą czego zazdrościć. W końcu jestem młodsza...
- Tylko o kilka lat. To niewiele.
- Jestem ładniejsza.
- Wiesz, to już kwestia gustu.
- Jestem lepsza w łóżku.
Gabrysia parsknęła śmiechem, gdy to usłyszała.
- Nie, nie, nie... Młoda, słuchaj. Teraz to po cienkim lądzie stąpasz. Zaczynasz budzić we mnie mieszane uczucia.
- Aha, a więc budzę w tobie obrzydzenie? - zapytała ze złością Ida.
- Tego nie powiedziałam.
- Ale tak myślisz.
- Skąd wiesz, co ja myślę?
- Bo cię znam.
- Guzik mnie znasz. Nic nie wiesz o tym, co czuję i dlaczego.
- Wiem więcej, niż mi mówisz. Kochasz Piotra, ale nie umiesz o tę miłość zawalczyć. Na pewno postanowiłaś postąpić zgodnie z zasadami i zostać sobie z Januszem, z którym tylko dziecko cię łączy. Wiesz, jak to żałośnie brzmi?
- Na pewno dużo lepiej niż twoje podejście do życia.
Ida skrzyżowała ze złością ręce na piersi.
- Aha, więc moje podejście do życia jest żałosne? Dobra... To cię pocieszę. Już niedługo będą egzaminy na przyjęcie do uczelni, do której chcę się dostać. Jak już je zaliczę, wyprowadzę się do koleżanki, która już dawno mi to proponowała. A potem zamieszkamy w akademiku i więcej nie będziesz musiała patrzeć na mnie i na mój frywolny tryb życia.
- Świetnie!
- Świetnie!
Ida zacisnęła dłonie w pięści i wyszła z kuchni. Gabrysia załamała zasłoniła sobie dłonią oczy i już chciała za nią pobiec, kiedy nagle zadzwonił telefon. Ktoś do nich dzwonił. Nie chcąc, aby dźwięk urządzenia obudził jej córeczkę, szybko przeszła do salonu i odebrała go.
- Tak, słucham? Kto mówi?
W słuchawce rozległ się głos, którego dawno nie słyszała, a który kiedyś był jej bardzo bliski, lecz dzisiaj budził w niej mieszane uczucia.
- Gabrysiu, kochanie? Kalafiorku mój słodki? To ty?
Młoda kobieta usiadła przygnębiona przy stoliku, na którym stał telefon. Bez trudu rozpoznała, kto dzwoni.
- Tak, to ja, Januszu.
- Witaj, moja słodka. Tęskniłaś za mną?
Mniej niż się spodziewałam, pomyślała Gabrysia. Głośno zaś powiedziała:
- Oczywiście, kochanie. A co myślałeś?
- Myślałem, że bardzo mocno musiałaś tęsknić i jak widzę, nie pomyliłem się ani trochę. Wiesz, ja za tobą także tęskniłem.
- To dobrze. Miło wiedzieć, że o mnie myślałeś cały ten czas. To kiedy się już pofatygujesz do domu?
- Ja właśnie w tej sprawie, słodziutka. Bo widzisz, dotarłem bezpiecznie do Gdańska, ale uciekł mi ostatni pociąg do Poznania. Mógłbym jechać tym nocnym, jednak nie wiem, czy to dobry pomysł. Więc rozumiesz...
- Rozumiem. To co, zostaniesz u siostry lub w jakimś hotelu?
- Dzwonię od siostry, więc zostanę u niej. Jutro łapię poranny pociąg i jadę do ciebie i mojej słodkiej Pyzuni. Uszykuj pierogi tak na 14:00, wtedy powinienem być już na miejscu.
Po tych słowach rozłączył się, a Gabrysia odłożyła ze złością słuchawkę.
- Pyzunia... Ona ma na imię Róża. Kiedy to wreszcie zapamiętasz, głupku?
Pomyślała o tym, co właśnie usłyszała, rozważając sobie wszystko dokładnie w głowie, jak to zwykle miała w zwyczaju, potem zaś podjęła decyzję. Wiedziała, że nie może zrobić inaczej. Nie teraz, kiedy trafiła jej się taka okazja. Ostatni dzień prawdziwej wolności. Chwyciła więc za telefon, wykręciła numer i poczekała, aż usłyszy znajomy głos. W końcu go usłyszała i powiedziała:
- Witaj, Piotrusiu.
- Kto mówi? - zapytał Piotr Ogorzałko.
- To ja, Gabrysia.
- To ty? Co się stało? Twój mąż jeszcze nie wrócił?
- Wróci dopiero jutro. Muszę z tobą porozmawiać. Zarezerwuj sobie dla mnie cały wieczór, dobrze? I może nawet trochę więcej czasu.
Przez słuchawkę usłyszała, że Piotr lekko się zmieszał, ale też ucieszył i nie ukrywał tego. Zadowolony, po chwili powiedział:
- Oczywiście, wpadaj na jak długo chcesz. Spławię młodego. Może pójdzie do Kreski i zostanie u niej? W sumie wiem nawet, jak to zrobić, żeby u niej został.
- Jak?
- Opowiem ci później. To kiedy się mogę ciebie spodziewać?
- Muszę jeszcze zrobić obiad i załatwić opiekę dla Róży. I potem jestem cała twoja. Znaczy do twojej dyspozycji.
Gabrysia ugryzła się lekko w język, ponieważ zrozumiała, jak te słowa mogły zabrzmieć w uszach Piotra. Chociaż może to i lepiej? W końcu po co chciała do niego przyjść, jak nie po to, aby znowu poczuć się prawdziwą kobietą? Chociaż też może poczuć się tak, jak plasterek na rany i chusteczka do otarcia łez. A Gabrysia sama nie chciałaby takim czymś być i na pewno Piotr również. Tylko, kim wobec tego był? Jej przyjacielem, najlepszym, jeśli nie jedynym. A zarazem jedyną osobą, na której teraz mogła polegać.
Przez kolejną godzinę oraz pół następnej Gabrysia zabrała się za szykowanie obiadu dla siebie i swojej rodziny, zjadła go razem z nimi w milczeniu, umyła potem naczynia, nakarmiła córeczkę, która się obudziła i kiedy już się uwinęła z tym wszystkim, to poprosiła Idę o chwilę rozmowy.
- Musisz coś dla mnie zrobić - powiedziała.
- Nic nie muszę. Zwłaszcza po tym, co mi dzisiaj powiedziałaś - odparła Ida urażonym tonem.
Gabrysia jednak nie dała się zbić z pantałyku.
- Słuchaj, mamy różne podejście do życia, ale możemy być dobrymi siostrami Borejko, prawda?
- Też tak uważam.
- No właśnie. Proszę, zajmij się moją córeczką dzisiaj, dobrze? Muszę gdzieś iść i prawdopodobnie zostanę tam na noc.
Ida uśmiechnęła się od ucha do ucha, gdy to usłyszała. Taką Gabrysię lubiła najbardziej i taka jej imponowała.
- Do Piotrusia idziesz, zgadza się?
Gabrysia zarumieniła się lekko i już chciała coś odpowiedzieć, ale Ida dała jej znać rękami, aby nic nie mówiła.
- Nic nie musisz mi tłumaczyć. Liczę jednak, że opowiesz mi po wszystkim, jak było. No, a teraz już zmykaj. Zajmę się małą. W końcu jestem jej ciocią oraz mamą chrzestną, prawda? Dobrą wróżką twojej małej pociechy. No, zmykaj się przebrać i leć do niego.
Gabrysia zadowolona uścisnęła swoją siostrę, po czym pobiegła szybko do swego pokoju i przebrała się w najładniejszą sukienkę, jaką tylko ma. Czerwoną z dość dużym dekoltem, którą nosiła tylko i wyłącznie na specjalną okazję. Miała ją u siebie od trzech lat, ale nosiła ją bardzo rzadko, na wyjątkowe sytuacje. To była właśnie jedna z takich sytuacji. Przebrała się więc szybko, a potem pomalowała sobie lekko usteczka różową szminką, od której błyszczały jej delikatnie wargi w świetle. Teraz wyglądała idealnie. Mogła do niego iść.
I poszła, choć właściwie to słowo nie jest chyba zbyt odpowiednie na tę oto sytuację. Właściwie nie poszła, tylko pobiegła jak na skrzydłach, a serce w piersi jej trzepotało niczym schwytany ptak. Sadziła susy, przeskakiwała chwilami kilka stopni naraz, aby jak najszybciej do niego dotrzeć. Gdy już znalazła się pod jego drzwiami, zapukała do nich i dla pewności zadzwoniła domofonem. Nie musiała długo czekać, ponieważ Piotr dość szybko jej otworzył.
- Gabusiu... - powiedział czułym tonem.
Jak on słodko to robił. Jak słodko wypowiadał jej imię. Nikt nie wypowiadał tego imienia tak cudownie jak on.
- Jest Maciek? - zapytała niepewnie Gabrysia.
- Nie, u Kreski - odpowiedział Piotr - Prędko nie wróci. Dopiero rano.
- To dobrze.
Po tych słowach Gabrysia weszła do środka, a Piotr zamknął szybko drzwi od mieszkania, a dziewczyna rzuciła się na mu na szyję i zaczęła go wręcz zachłannie całować. Piotr spodziewał się przypływu namiętności u Gabrysi, ale nie aż takiego, dlatego był niesamowicie podniecony, choć lekko zaskoczony. Nie na tyle jednak, aby przerwać tę boską chwilę. Złapał ją zmysłowo w swe ramiona, zacisnął mocno palce na jej tyłeczku i oddawał pocałunki. Podniósł Gabrysię delikatnie w górę, a potem z nią w swoich objęciach skierował swojej kroki do sypialni, do tego jakże pięknego miejsca, w którym nie tak dawno spełniło się jego największe marzenie i teraz ponownie miało się spełnić.
Dotarli tam szybko i upadli razem na łóżko, a Gabrysia wówczas zaczęła się słodko śmiać, ubawiona tym, co się dzieje i tym, jak Piotruś jest jej tak bardzo, tak strasznie spragniony niczym wędrowiec wędrujący przez pustynię i szukający oazy z czystą wodą. Piotr popatrzył wówczas jej w oczy i zapytał:
- Denerwujesz się?
- Nie - odpowiedziała mu słodko Gabrysia i delikatnie ucałowała opuszki jego palców - Dotykaj mnie, proszę.
Po tych słowach położyła jego dłoń na swoje piersi. Piotr z miejsca skorzystał z okazji i zaczął masować jej słodkie krągłości. Rozpalił ją w ten sposób tak, że ponownie przylgnęła wargami do jego warg. Zanim się obejrzeli, zdzierali z siebie nawzajem ubrania, a po chwili siedzieli w samej bieliźnie na łóżku, a Piotr bardzo namiętnie zdejmował z niej stanik. Gabrysia usiadła na nim okrakiem i podniecona zaczęła się ocierać o jego krocze, czując przy tym ogromny przypływ gorąca, który się powiększał, kiedy zaczął dotykać jej piersi, zwłaszcza w miejscu, gdzie one tak słodko twardniały. Zamknęła oczy z pożądania, położyła mu dłonie na torsie, który był w taki przyjemny i męski tors owłosiony. Janusz takiego nie miał, zawsze sobie golił włosy na piersi uważając, że nie jest szympansem, aby mieć tak włosy. Jak dotąd Gabrysi nie przeszkadzało to. Teraz jednak, gdy miała okazję poznać Piotra w całej okazałości, zrozumiała, że te włosy na torsie są dowodem bycia w jej oczach prawdziwym mężczyzną. Zaczęła lekko je pieścić, nawijać sobie na palce, mrucząc przy tym jak zadowolona kotka. Jednocześnie między nogami, podczas ocierania się o ciało ukochanego, poczuła taki przypływ gorąca i wilgoć, która ją oszałamiała. Poczuła się wolna jak ptak. Poczuła zachwyt tak ogromny, że aż się upajała tą wolnością. I zrozumiała, że nie może już dłużej czekać, czy może raczej nie chce dłużej czekać. Choć móc, to przecież mogła w jakiś sposób wytrzymać i poprzestać tylko na marzeniach. Ale nie chciała tego robić.
- Jezu, nie wytrzymam! - wyszeptała dziko Gabrysia, coraz bardziej tracąc przy tym kontakt z otaczającym go światem.
Zeskoczyła z niego zwinnie i sprawnym ruchem rąk zerwała z siebie majtki, o mało nie drąc ich na kawałki, tak bardzo się spieszyła. Następnie zerwała z niego bieliznę i położyła się na nim, całując go czule w usta i szepcząc:
- Proszę, najdroższy... Czuję, że opanowuje mnie zdrowy rozsądek. Proszę, nie pozwól, żeby mnie zabrał. Przepędź go, natychmiast.
Piotr nie kazał na siebie długo czekać. Rzucił ukochaną na łóżko, a kiedy jej uda sprawnie rozchyliły przed nim wrota rozkoszy, wkroczył w nie bardzo zwinnie i sprawnie, bez żadnych ceregieli. Gabrysia krzyknęła głucho z rozkoszy. Choć nie robiła tego zazwyczaj, teraz była tak zachwycona, tak szczęśliwa i tak radosna, że kilkakrotnie zalewana jedną po drugiej falą oceanu, aż z premedytacją grzeszyła wypowiadając pewne imię nadaremno. Tak jednak było podczas fal o mniejszym natężeniu. Przy tych o większej sile rażenia, musiała namiętnie całować Piotra w usta, aby nie krzyczeć z rozkoszy, choć i tak nie pomogło to zbyt mocno, bo mimo tego krzyczała, ale głucho i słodko, wprost w jego wargi. Tak chciała mu pokazać, jak bardzo jest dla niej ważny i jak cudownie się przy nim czuje. Bo przecież miała tylko tę jedną możliwość, aby to zrobić. I ta możliwość została przez nią w pełni wykorzystana.

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...