czwartek, 15 lipca 2021

Rozdział XXXII

Rozdział XXXII

Gieniusia przychodzi na obiadek

Melania Borejko siedziała w salonie i rozmyślała nad tym, co powiedział jej profesor Dmuchawiec. Uczony był pierwszą osobą, która rozbawiła ją od dawna. Wcześniej kobieta po tym, jak aresztowano jej męża, nie umiała się bawić ani w żaden sposób cieszyć życiem. Teraz jednak, po raz pierwszy od tamtej chwili, nie potrafiła powstrzymać się od śmiechu, kiedy profesor rozbawił ją swoimi żartami. Tak, co jak co, ale ten człowiek miał naprawdę ogromne poczucie humoru. Nie można było być obojętnym na jego żarty i on bardzo dobrze o tym wiedział. To z pewnością zachęcało go do dalszych działań w tym zakresie i sprawiało, że chciał dalej rozbawiać ludzi. Bo tak zawsze jest, że jeżeli w czymś dobrze sobie radzimy, to owo powodzenia stanowi dla nas coś na kształt motywacji do dalszego działania w tym kierunku. Jeżeli zaś nam nie idzie, to po pewnym czasie zwykle bardzo się zniechęcamy do dalszych działań, a nawet tracimy wiarę w swoje siły, choćby tylko na chwilę. Tak było i tym razem. Melania Borejko po licznych porażkach, jakie poniosła w swoim życiu, nie umiała odnaleźć ponownie wiary w siebie, gdyż to wszystko, co się stało było zbyt okropne, aby sama mogła sobie z tym poradzić. A przecież była sama. Miała może córki, ale co z tego? Przecież nie mogła liczyć na to, że jej one pomogą. Jej nikt nie był w stanie pomóc. Jej cierpienie było zbyt wielkie, aby umiała się cieszyć. Bo niby z czego miała się cieszyć? Że jej mąż był w więzieniu i nie wiadomo, czy kiedykolwiek jeszcze go zobaczy? Czy może z tego, że jej najstarsza córka łamała święte węzły małżeńskie i dodatkowo jeszcze jawnie cudzołożyła? Oczywiście Janusz Pyziak nie był w żaden sposób wzorem do naśladowania, ale przecież nie stanowiło to w żaden sposób powodu do tego, żeby go zdradzać. Jeżeli już tak jej źle było z Januszem, trzeba było po prostu się z nim rozwieźć, choć ten krok również matka by jej odradzała, jako ostateczność, którą lepiej unikać. No, ale gdyby mimo wszystko Gabrysia się uparła, pogodziłaby się z tym i nie zmuszałaby ją do czegoś, co by było wbrew woli jej pierworodnej. W każdym razie, to wszystko, o czym mówimy, nie napawało wcale radością.
A co z kolei z młodszymi córkami? Ida była zdecydowanie nazbyt swobodna w swoich działaniach i nie przynosiła wcale chluby rodzinie swoim zachowaniem. Miała co prawda ogromne ambicje, aby być sławną lekarką i znając ją, na pewno to marzenie zdoła spełnić. Miała w sobie dość siły i motywacji do tego, aby łamać wszelkie przeszkody stojące jej na drodze. Ale to, w jaki sposób traktowała Sławka pozostawiał wiele do życzenia. Przecież ten chłopak był synem sąsiadki, która mieszkała z nimi w tej samej kamienicy, a dodatkowo jeszcze była bardzo dobrą przyjaciółką Melanii. Jak więc teraz ona miała spojrzeć kobiecie w oczy, gdy Ida wyraźnie bawiła się jej synem? Naprawdę, w takiej sytuacji Melania nie byłaby w stanie spojrzeć pani Lewandowskiej w oczy. To był kolejny powód, dla którego nie widziała powodu do radości. Jeszcze dodatkowo swoje dokładały jej też młodsze córki, także mające swoje zwariowane pomysły. No i mała Pyzunia nie miała zbyt dobrze w życiu, bo jej ojciec był daleki od bycia idealnym ojcem, zaś jej matka ostatnio też chodziła osowiała i nie sprzyjało to staraniom o to, aby mała czuła się szczęśliwa i kochana. Jak to dobrze, że Pyzunia była jeszcze malutka i niewiele z tego wszystkiego rozumiała. Tyle dobrego.
Jak więc widać, Melania Borejko nie miała nazbyt wielu powodów do tego, aby się cieszyć. A mimo to śmiała się do rozpuku pod wpływem żartów profesora Dmuchawca. Sama się dziwiła, że jest to w ogóle możliwe. Bo od jakiegoś czasu była przekonana, iż zatraciła już zdolność śmiechu, a tymczasem tutaj nagle taka niespodzianka na nią spada? To było coś niezwykłego. Dziwnie się z tym czuła. Z jednej strony to było poczucie zdrady. Tak, zdrady, bo czuła się tak, jakby zdradziła swego męża, jakby zachowała się nielojalnie wobec niego, będąc rozbawioną w tym czasie, w którym on przebywał w więzieniu. Ale z drugiej to było tak miłe i przyjemne, że chciała jeszcze raz spróbować i poczuć to cudowne uczucie, jakie zawsze towarzyszy człowiekowi, kiedy się śmieje. Tak dawno nie znała pani Mela tego uczucia, że już zapomniała, jakie ono cudowne. Może częściej powinna je czuć? Tylko, czy to wypada w obecnej sytuacji?
Z rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi. Kobieta zaintrygowana spojrzała w kierunku drzwi, po czym powoli wstała od stolika i powiedziała sama do siebie:
- Ciekawe, kto to może być? Myślałam, że wszyscy są u profesora.
To mówiąc, podeszła do drzwi i otworzyła je, nawet nie zaglądając do wizjera w drzwiach. Przez chwilę nikogo nie zauważyła, ale po chwili usłyszała:
- Jestem tutaj.
Dobiegło ono z dołu, więc kobieta spojrzała pod swoje nogi i zauważyła, że stoi przed nią jakaś około siedmioletnia dziewczynka, ubrana w ładną sukienkę niebieskiej barwy, białe rajstopki i czarne buciki. Miała piękne blond włosy, nieco będące w nieładzie, niebieskie oczy oraz delikatny nosek. Wyglądała po prostu przesłodko i na sam jej widok serce potrafiło człowiekowi zmięknąć, o ile tylko ten człowiek miał to serce, bo wiadomo, iż nie może zmięknąć coś, czego człowiek nie posiada. Melania zaś miała serce, chociaż nie używała go teraz zbyt często, o czym świadczyć mogli jej bliscy, którzy ostatnimi czasy zdecydowanie nie mogli narzekać na nadmiar czułości z jej strony.
- Dzień dobry - powiedziała do Melanii Borejko dziewczynka.
Kobieta przyjrzała się jej uważnie i spytała:
- Czego tu szukasz, moje dziecko?
- Przyszłam na obiadek - odpowiedziała dziewczynka.
- Na obiadek? Do mnie? - zdziwiła się Melania - A dlaczego?
- Bo jestem głodna - odparła z prostotą mała.
- A nie możesz iść do domu i tam zjeść?
- Nie, bo w domu nie ma nikogo.
- A gdzie są twoi rodzice?
- Nie wiem.
- Pewnie na przyjęciu u profesora Dmuchawca.
- Chyba tak. Mogę wejść?
Melania zdziwiła się ponownie, ale mimo wszystko wpuściła dziewczynkę do środka i zamknęła za sobą drzwi. Przyjrzała się małej, uśmiechając się przy tym delikatnie, bo mała sprawiała naprawdę sympatyczne wrażenie. W dłoniach miała pluszowego pieska, którego dopiero teraz kobieta dostrzegła. Musiała przyznać, że ta maskotka wyglądała równie uroczo, jak i jego właścicielka. Oboje tworzyli dość ładny i sympatyczny duet dobranych ze sobą osób.
- Czy mogę od razu zjeść? - zapytała po chwili dziewczynka.
- W sumie owszem - odpowiedziała jej Melania i poszła od razu do kuchnia, a jej niespodziewany gość ruszył za nią.
Kobieta zajrzała do garnków i sprawdziła ich zawartość, po czym rzekła:
- Nie wiem jednak, czy ci będzie smakować. Jest tylko rosół.
- Ja lubię rosołek - odpowiedziała na to dziewczynka.
- To dobrze, bo chwilowo tylko to mam gotowe. Coś innego musiałabym od początku gotować, a to wystarczy jedynie odgrzać.
Po tych słowach, zabrała się za odgrzewanie rosołu. Dziewczynka z wielką uwagą się jej przyglądała, wdychając z zachwytem zapach rosołu, który to coraz bardziej intensywnie wydobywał się z garnka, co oznaczało, że posiłek był już prawie gotowy.
- Zaraz będziesz mogła jeść - powiedziała po chwili Melania.
- Super, bo jestem głodna. W brzuszku mi burczy - odparła dziewczynka.
Pani Borejko powoli wyłączyła gaz i postawiła go na stole, na którym zaraz też położyła talerz i łyżkę. Do talerza nalała chochlą zupę i patrzyła ze zdumieniem na ten niezwykły obrazek, jakim była ta urocza, choć obca dziewczynka wcinająca talerz rosołu w taki sposób, jakby to było najpyszniejsze danie świata, a po nim od razu zjada jeszcze drugi i trzeci. Melania jej nie żałowała, widać było bowiem, że biedactwo jest głodne, a kobieta nie umiała pozwolić na to, aby ktokolwiek, kto spędzał z nią czas był głodny.
- Bardzo pyszne - powiedziała dziewczynka, gdy zjadła już trzeci talerz - To jest bardzo smaczne. Bardzo pani dziękuję.
- Nie ma za co - odpowiedziała jej Melania - Nie chcesz jeszcze?
- Nie, dziękuję. Już się najadałam.
- To dobrze, bo wyglądałaś jak siedem nieszczęść.
- Pani też nie wygląda dobrze. Jest pani smutna.
- Zdaje ci się - odparła Melania, odkładając garnek na gazówkę.
Nie chciała patrzeć dziewczynce w oczy, ponieważ dobrze wiedziała, że ta doskonale wyczuje, jeśli ona będzie kłamać, a przecież ona kłamała i właściwie nie trzeba było znowu być geniuszem, aby to odkryć.
- Pani jest smutna - stwierdziła ponownie dziewczynka - Chodzi o dzieci? Coś jest z nimi nie tak?
- Nie, z dziećmi wszystko w porządku - odparła Melania.
- A z mężem?
- Z mężem też w porządku.
- A jest w domu?
- Chwilowo go tu nie ma.
- A gdzie jest?
- Jak zwykle, w Polsce - odpowiedziała na to Melania Borejko, a w jej oczach automatycznie pojawiły się łzy.
Szybko jednak otarła je ręką, postarała się wywołać jakiś przyjemny uśmiech na twarzy, po czym odwróciła się przodem do dziewczynki.
- A przy okazji, to jak ty się nazywasz? - zapytała po chwili, próbując na siłę zmienić temat.
- Genowefa Pompke - odpowiedziała jej mała.
- Genowefa? Ładne imię. Chociaż nie wyglądasz na Genowefę.
- A pani jak ma na imię?
- Melania.
- Pani wygląda na Melanię.
- Dobre i to.
Po tych słowach, kobieta uśmiechnęła się lekko do dziewczynki, a ta zaczęła lekko bawić się swoim pluszakiem, co chwila jednak zerkając na kobietę.
- A lubi pani dzieci? - zapytała po chwili.
- Bardzo lubię.
- A ile ma pani dzieci?
- Czwórkę. Wszystkie córki.
- A jakie mają imiona?
- Gabriela, Idalia, Natalia i Patrycja.
- Ładnie. A kocha je pani?
Melania lekko się obruszyła, słysząc te słowa.
- To chyba oczywiste. Każda mama kocha swoje dzieci.
- Moja mnie chyba nie kocha - stwierdziła ponuro Genowefa.
- Dlaczego tak uważasz, moje dziecko?
- Bo często mnie wyzywa i krzyczy na mnie.
Pani Borejko uśmiechnęła się lekko i powiedziała do dziewczynki:
- Spokojnie, to jeszcze nie jest dowód braku miłości. Mamy często krzyczą na swoje dzieci i dużo od nich wymagają. Ale przecież nie znaczy to, że nie kochają swoich pociech.
- Moja mnie chyba nie kocha. Ona mnie chyba nienawidzi.
- Niemożliwe.
- Sama mi to powiedziała.
Kobieta spojrzała zdumiona na dziewczynkę. Nie wiedziała, czy ma prawo wierzyć w tę opowieść. W końcu niby jaka matka mówi tak podłe i okrutne słowa do swego ukochanego dziecka? Ona nigdy tak do swoich nie mówiła. Choć rzucała im za to inne słowa, często również bardzo niemiłe. Właściwie, to na tyle niemiłe, że równie dobrze by one mogły być tymi dwoma okrutnymi słowami, które matka Genowefy skierowała w stronę swojej córki.
- Wiesz, kochanie... Dorośli bardzo często mówią w gniewie słowa, których potem żałują - powiedziała po chwili Melania - Ale potem, jak już to sobie dobrze przemyślą, to tego nie tylko żałują, ale i naprawiają.
- Pani nie mówi tak do swoich dzieci?
- Nigdy bym tak źle do nich nie powiedziała.
- A one do pani?
- W życiu.
- To mówi im pani same miłe słowa?
Melania już chciała powiedzieć, że tak, jednak nie umiała tego zrobić, gdyż to byłoby również kłamstwo, tak samo jak to, iż dziewczynce tylko się wydaje i jej nic nie jest. Wiedziała, że nie może tego zrobić, dlatego powiedziała:
- Właściwie, to nie.
Genowefcia spojrzała z uwagą na Melanię i zapytała:
- A dlaczego?
- Bo są na to za duże. Nie mówi się dorosłym córkom, że się je bardzo kocha.
- A dlaczego?
- Bo one są już dorosłe i nie muszą tego słuchać. Poza tym, to nie wypada.
- A dlaczego?
Melania chciała już powiedzieć, że dlatego, iż tak nie wypada, że to kwestia zasad, dobrego wychowania, jak i w ogóle wszystkiego, co trzeba zrobić, jednak z jakiegoś powodu, czując na sobie przenikliwy głos dziewczynki poczuła w sercu, że strasznie głupio brzmi takie tłumaczenie, dlaczego nic nie powiedziała.
- Aha, czyli nie wypada mówić córkom, że się je kocha? - zapytała po chwili Genowefa Pompke.
- Raczej nie - odparła ponuro Melania Borejko.
- A dlaczego?
- Bo one same to nie wiedzą i nie trzeba im tego powtarzać.
- A wypada je przytulać?
- Jeśli ktoś chce, może.
- A całować?
- Tak samo.
- A pani przytula i całuje swoje córki?
- Są na to za duże.
- Dlaczego?
Melania nie wiedziała, co ma odpowiedzieć w tej sprawie. Jak dotąd, każda z odpowiedzi na zadawane pytanie, była czymś łatwym dla Melanii. Po prostu to wszystko tak już było. Nie umiała okazywać córkom wylewnie swoich uczuć, była wobec nich niekiedy nawet zbyt stanowcza, zbyt poważna oraz nazbyt twarda. Nie pamiętała, czy kiedykolwiek je do siebie mocno przytuliła czy pocałowała. Dotąd nie widziała powodów, aby zachowywać się inaczej i być zbyt wylewną. Ale teraz, kiedy ta urocza dziewczynka zadawała jej takie pytania, poczuła się dziwnie i nie była w stanie na to odpowiedzieć.
- Nie wiem. Po prostu, tak jest i już - odparła w końcu.
- A kto tak zdecydował? - pytała dalej Genowefcia.
- Nie wiem.
Dziewczynka westchnęła lekko i odparła:
- Chyba ktoś głupi. Ja bym swoje dzieci codziennie tuliła i całowała.
Melania uśmiechnęła się przyjaźnie i delikatnie pogłaskała dziewczynkę po głowie. Musiała przyznać, że gładzenie jej było dla niej naprawdę przyjemne. Ta mała miała coś w sobie i pani Borejko poczuła w sercu, jak bardzo miło jest ją w taki sposób pieścić i pomyślała, jak bardzo miłe byłoby pieścić swoje dzieci. Jaka szkoda, że są one na to za duże. Chociaż... Czy rzeczywiście? Czy faktycznie były one na takie coś zbyt duże? Czy kiedykolwiek jest się za dużym na to, aby mieć przywilej okazywania miłości przez rodziców?
Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Melania przeprosiła wówczas na chwilę swoją małą rozmówczynię, po czym wyszła z kuchnia, podeszła do drzwi i zaraz je otworzyła. Ledwie to zrobiła, a do mieszkania weszła Gabrysia, wyraźnie bardzo czymś przejęta.
- Co się stało, córeczko? Zabawa u profesora już się skończyła? - zapytała jej matka.
- W pewnym sensie, mamo - odpowiedziała Gabrysia - To straszne. To jest po prostu okropne. Naprawdę okropne.
- Co takiego, Gabrysiu?
- Pamiętasz Ewę Jedwabińską?
- Słabo, ale pamiętam. Taka surowa i poważna.
- No właśnie. Wyobraź sobie, że jej mała córeczka uciekła z domu.
Melania spojrzała zdumiona na Gabrysię, nie wiedząc przez chwilę, co miała odpowiedzieć. Wpatrywała się w nią jednak uważnie i spytała:
- Uciekła z domu? A dlaczego?
- Ewa na nią nakrzyczała, a mała uciekła. Biedne dziecko. Nie wiemy, gdzie ona może być. Podejrzewamy, że mogła schować się w tym domu. W końcu ma tu swoich przyjaciół, braci Ogorzałków. Niestety, u nich jej nie ma. Ale może poszła do kogoś z sąsiadów, którzy nie byli na zabawie? A może poszła gdzie indziej? Nie wiemy, gdzie ona może być. Jeżeli nie ma jej w tym domu, musimy przeszukać całą okolicę.
- Jak wygląda ta mała?
- Taka prześliczna blondyneczka o niebieskich oczkach. Chyba ma ze sobą żółtego pluszowego pieska.
Melania uśmiechnęła się delikatnie. Nie miała już wątpliwości, kim jest jej tajemniczy gość.
- Możliwe, że będę mogła ci pomóc, córeczko - powiedziała.
- W jaki sposób? - spytała Gabrysia.
Kobieta zaprowadziła córkę do kuchni, gdzie wciąż siedziała przy stole jej małą towarzyszka. Gabrysia, gdy tylko ją zobaczyła, westchnęła przerażona, zaraz potem z ulgą i zawołała:
- O Boże, Aurelio! Skąd się tu wzięłaś?! My cię tu szukamy i szukamy, a ty tu siedzisz?!
- Aurelia? - zdziwiła się Melania, patrząc zdumiona na dziewczynkę - To ty nie masz na imię Genowefa?
- Żadna Genowefa. To Aurelia Jedwabińska - odpowiedziała pani Pyziak.
Dziewczynka podbiegła do Gabrysi i wpadła w ramiona młodej kobiety, która bardzo czule ją do siebie przytuliła, mówiąc:
- Twoja mama bardzo się o ciebie niepokoi. Szuka cię.
- Szuka? A dlaczego? - zdziwiła się Aurelia - Przecież ona mnie nie kocha.
- To nieprawda. Powiedziała tak w złości, ale wcale tak nie myśli.
- Ale to powiedziała.
- Ludzie w złości mówią różne rzeczy. Ale to nie znaczy, że tak myślą.
- To samo jej powiedziałam - wtrąciła się Melania.
- No właśnie. Chodź, kochanie. Zaprowadzę cię do mamy - powiedziała do dziewczynki Gabrysia.
- Nie, ja nie chcę do mamy. Ja nie chcę. Ja chcę do Maćka. Do Janeczki. Do Piotrusia. Nie do mamy - dziewczynka miała łzy w oczach, gdy to mówiła - Ja nie chcę do mamy. Ona znowu będzie na mnie krzyczeć. A ja nie chcę, żeby na mnie krzyczała. Ona jest wtedy taka niemiła.
- Kochanie, ona szczerze żałuje tego, co zrobiła.
- Wcale nie! Ona mnie nie kocha! Będzie znowu krzyczeć! Ja nie chcę, ja nie chcę, ja nie chcę!
Dziewczynka rozpłakała się na dobre, więc Gabrysia przytuliła ją mocno do siebie i czule pogłaskała jej główkę.
- No już dobrze, kochanie. No już, wszystko będzie dobrze. Nie bój się, twoja mama już nie będzie na ciebie krzyczeć.
- Będzie. Ona zawsze krzyczy - łkała dalej dziewczynka.
- Spokojnie, nie pozwolimy jej na to. Zabiorę cię teraz do Piotra i Maćka.
- Tak, ja chcę do Maciusia. Zabierz mnie do niego, Gabusiu.
- No dobrze, zaraz cię tam zabiorę.
- Dziękuję.
Po tych słowach, Aurelia odwróciła się do Melanii i powiedziała słodko:
- Dziękuję za rosołek.
- Nie ma za co - odpowiedziała jej czule kobieta - Możesz zawsze śmiało do nas przychodzić na obiadek. Zawsze będzie u nas dla ciebie miejsce.
Gabrysia zadowolona uśmiechnęła się do matki, dostrzegając w niej pewne ciepło, którego wcześniej w ogóle nie dostrzegała, po czym objęła mocno do siebie dziewczynkę, a następnie wzięła ją za rękę i poszła do mieszkania Ogorzałków.
W mieszkaniu czekali już na nią Piotr, Maciek i Kreska, którzy bardzo się o małą Aurelię niepokoili. Teraz, kiedy ją zobaczyli, odetchnęli z ulgą i oczywiście podbiegli do niej, zaczęli ją po kolei ściskać, całować, gładzić po włosach i wołać jeden przed drugiego:
- Aurelio, nareszcie się znalazłaś!
- Gdzie ty byłaś?!
- Dokąd poszłaś?!
- Strasznie się o ciebie martwiliśmy!
Aurelia patrzyła na nich wszystkich z uśmiechem na swojej słodkiej buzi, a w jej sercu pojawiło się ogromne ciepło i radość, bo przecież była pośród przyjaciół, którzy szczerze ją kochali, a prócz tego przejmowali się nią i tym, co mogłoby się jej stać. Poczuła się też nieco głupio, że uciekła i napędziła im wszystkim strachu. Na szczęście przyjaciele nie mieli wcale o to do niej żalu, zamiast tego po prostu ją ściskali, przytulali i niesamowicie cieszyli z tego, że wszystko z nią dobrze.
- Była u mojej mamy - powiedziała Gabrysia do Piotra i reszty - Zjadła u niej rosołek.
- Ojej, musiałaś być bardzo głodna, prawda? - zapytała dziewczynkę z troską w głosie Kreska.
- Tak, byłam głodna - odpowiedziała jej Aurelia.
- I przedstawiła się jako Genowefa Pompke - kontynuowała Gabrysia.
- Pompke? A nie Trompke? - zapytał Maciek, który dobrze pamiętał, jak raz takie właśnie nazwisko podała Matyldzie mała Aurelia.
- Znudziło mi się Trompke - odpowiedziała dziewczynka nieco zadziornym, ale słodkim tonem.
Gabrysia uśmiechnęła się delikatnie, widząc ten piękny dla jej oczu widok, po czym spytała Piotra, czy może skorzystać z jego telefonu. Kiedy zaś mężczyzna wyraził zgodę, podeszła do aparatu, podniosła słuchawkę, wykręciła numer pana profesora i odczekała, aż on odbierze.
- Witam, panie profesorze - powiedziała, gdy usłyszała w słuchawce jego głos - Jest u pana Ewa Jedwabińska?
- Tak, jeszcze jest. Wciąż niepokoi się o córkę - odpowiedział profesor - Czy już ją znaleźliście?
- Tak, jest teraz u Ogorzałków - wyjaśniła Gabrysia - Ewa nie musi się już o nią niepokoić. Wszystko z nią w porządku.
- Doskonale. Powiem jej to zaraz. Dziękuję ci, Gabrysiu - rzekł Dmuchawiec.
- Nie ma za co. Nic takiego nie zrobiłam.
- Jak zwykle się nie doceniasz. Zawsze skromna aż do przesady. Nic się pod tym względem nie zmieniłaś.
Po tych słowach, Dmuchawiec rozłączył się, a Gabrysia odłożyła telefon na aparat i powiedziała:
- Ewa już wie, że Aurelia się znalazła. Nie będzie się tak niepokoić.
Wszyscy potem spojrzeli na Aurelię i zaczęli ją wypytywać, co robiła przed ten czas, kiedy uciekła z domu i dlaczego nie przyszła do nich wcześniej. Mała zaś wyjaśniła im, że najpierw chodziła po okolicach Jeżyc, potem siedziała na ławce, a następnie poszła do Ogorzałków, ale tych nie było w mieszkaniu, bo byli akurat na przyjęciu u Dmuchawca, więc zaczęła pukać do różnych drzwi w kamienicy, ale dopiero Melania Borejko otworzyła jej i wpuściła do środka.
- A smakował ci rosołek u mojej mamy? - zapytała Gabrysia.
- Tak, bardzo dobry - odpowiedziała jej dziewczynka.
- Ale że twoja mama nie poznała Aurelii, to jakoś dziwne - rzekł Piotr.
- To akurat nic niezwykłego - odpowiedziała mu Gabrysia - Moja mama od jakiegoś czasu jest zajęta sama sobą i jakoś nie przejmuje się specjalnie tym, co się wokół niej dzieje. Poza tym nigdy nie widziała Aurelii, a nawet gdyby widziała, to by i tak nie zwróciła na nią większej uwagi.
Chwilę później rozległo się głośne pukanie do drzwi. W sumie nie było to coś na kształt pukania, raczej jak walenie.
- Co się dzieje? Kto mi chce drzwi wywalić?! - zapytał ze złością Piotr.
Podszedł do drzwi i otworzył je, chcąc zapytać, kogo tam niesie, ale zanim zdążył zadać to pytanie, w progu zobaczył wściekłą Ewą Jedwabińską, która zaraz z miejsca zapytała:
- Jest Aurelia?
- Ciebie też miło widzieć - powiedział złośliwie Piotr.
- Nie wygłupiaj się. Pytam, czy jest tu moja córka?
- Jest. Ale mogłabyś nie walić tak w drzwi. Jak je wyważysz, będziesz płacić.
- W porządku, stać mnie na to. Gdzie ona jest?
Piotr ustąpił miejsca kobiecie, a ta wparowała do mieszkania i oczywiście od razu namierzyła Aurelię, która jednak złapała się mocno nóg Gabrysia i schowała za nimi przerażona. A ponieważ Ewa miała na twarzy wymalowaną wściekłość, to jakoś nikt z osób zebranych w mieszkaniu nie był tym zdziwiony.
- Gdzie ty się włóczyłaś, co?! Wiesz, jak się o ciebie niepokoiłam?! Po prostu umierałam ze strachu! Już miałam dzwonić na milicję! Przez ciebie kiedyś jeszcze osiwieję i będzie to twoja wina! Co ty miałaś w głowie, smarkulo?!
- Słuchaj, rozumiem cię, że jesteś zła, ale mimo wszystko to chyba nie jest najlepszy pomysł, aby tak mówić do dziecka - zauważyła Gabrysia.
- Nie wtrącaj się. Sama wiem, jak wychowywać dziecko - powiedziała ostro do niej Ewa - Dość już tego dobrego, moja panno. Idziemy do domu i bez dyskusji.
To mówiąc, Ewa złapała Aurelię za rękę i próbowała ją odciągnąć od Gabrysi. Dziewczynka jednak zaparła się mocno nogami i nie chciała z nią iść. Kobieta była wściekła, gdy to zobaczyła i jeszcze mocniej zaczęła ciągnąć Aurelię za rękę, ta jednak zaparła się mocno nogami i zawołała:
- Nie chcę, nie pójdę!
- Aurelia, dość tych scen. Idziemy do domu!
- Nie, nie idę!
- Masz natychmiast iść do domu!
- Nie, nie pójdę!
W końcu Aurelia wyrwała się z uścisku matki, po czym podbiegła do Maćka, bardzo mocno obejmując go za nogi. Chłopak wzruszony ukucnął przy niej, po czym wziął ją na ręce, a ona zarzuciła mu rączki na szyję i przytuliła się do niego jeszcze mocniej. Kreska wzruszona podeszła do Maćka i pogłaskała dziewczynkę po głowie. Ewa zaś patrzyła w szoku na ten widok. Nie mogła w to uwierzyć. Jak to? Jej własne dziecko woli tulić się do obcego chłopaka niż do niej? To się jej po prostu nie mieściło w głowie.
- Aurelio... - jęknęła zaszokowana, nie potrafiąc nic innego z siebie wydobyć.
- Wybacz, Ewka, ale jak widzisz, twoje metody wychowawcze nie są jakoś najlepsze - powiedział nie bez złośliwości Piotr.
- Mądrala się znalazł - mruknęła ze złością Ewa - Ciekawa jestem, jak sobie poradzisz, jak sam będziesz ojcem, o ile oczywiście jakaś kobieta cię zechce, bo bez tego możesz sobie pomarzyć o dzieciach.
- Na pewno jakaś go zechce - wystąpiła w jego obronie Gabrysia - A ty lepiej teraz zrobisz, jak dasz Aurelii odpocząć. Dość dzisiaj już na nią krzyczałaś.
- Zajmij się swoją córką, a nie pouczaj mnie w kwestii wychowywania mego własnego dziecka - odparła ze złością Jedwabińska.
Podeszła do Maćka i próbowała od niego odebrać Aurelię, ale dziewczynka nie chciała z nią iść, tylko dziko wtuliła swój policzek w policzek Maćka. Maciek również jakoś nie palił się do tego, aby oddawać dziewczynkę jej wściekłej matce. Kreska do tego stanęła obok niego, złapała go za ramię i powiedziała stanowczo:
- Lepiej niech pani sobie pójdzie.
- Właśnie, potem odstawimy Aurelię do domu - dodał Maciek - Ale na razie ona musi odpocząć i pani chyba też.
- Właśnie, pora już na ciebie - powiedział stanowczo Piotr.
Ewa jęknęła lekko, westchnęła głęboko i popatrzyła ze złością na Aurelię, po czym wysyczała:
- Niewdzięczne dziecko. Tyle dla ciebie robię, a ty mi tak?
- A co dla niej niby robisz? - zapytał ze złością Piotr - Krzyczysz, wyzywasz o byle co i wyżywasz się na niej za każdy problem, który cię spotyka? O tak, to fakt. To masz rację. Rzeczywiście bardzo wiele dla niej robisz.
Gabrysia widząc, że Ewa już kipi ze złości i za chwilę wybuchnie niczym Etna, przejęła inicjatywę i powiedziała:
- Lepiej już idź do domu. Odprowadzimy potem Aurelię. Albo wieczorem, albo jutro rano. Ale teraz już lepiej idź. Obie musicie ochłonąć.
Ewa widziała, że nic nie zdziała, więc tylko załamana machnęła rękami, po czym rzekła ze złością:
- Wszyscy tu powariowali. Wszyscy, bez wyjątku.
Po tych słowach wyszła z mieszkania Ogorzałków, dziko trzaskając za sobą drzwiami.
- Ale charakterek - powiedział Maciek.
- Nic dziwnego, przy takim mężu - wtrącił Piotr - Nie dziwię się, że dostaje tak często szału. Tylko jej współczuć.
- Ja to bym raczej współczuła jej mężowi - zauważyła Kreska - Taką kobietę mieć na co dzień w domu? Taką nerwową i nieprzyjemną?
- Oboje są siebie warci - zauważyła Gabrysia - Ewa już w latach szkolnych była nielubiana, zawsze taka wyniosła i dumna, zawsze tylko z nosem w książkach i zawsze chciała błyszczeć wiedzą i intelektem.
- A co w tym złego? - zapytał Piotr.
- Nic, oczywiście pod warunkiem, że nie robisz tego wszystkiego tylko po to, aby okazać innym swoją wyższość intelektualną. Bo wtedy to nie jest już miłość do wiedzy, a jedynie pycha. Pycha typowa dla osób zakompleksionych. Musiała mieć kiepskie dzieciństwo.
- Po co teraz to rozgrzebywać? Jakie to ma znaczenie, jaka ona była kiedyś? Ważne, jaka ona jest teraz. A taka, jaka jest teraz, to po prostu... Wiedźma z miotłą to przy niej dobra wróżka.
- Lepiej połóżmy Aurelię spać, powinna odpocząć po tych wszystkich dzikich wrażeniach, jakie ją dziś spotkały - zaproponowała Gabrysia - Poza tym dziecko nie powinno słuchać, jak obrażamy jego matkę.
Maciek i Kreska poszli więc do pokoju Maćka, położyli tam Aurelię na łóżku i zdjęli jej buciki, a potem przykryli kołdrą i dziewczynka dość szybko zasnęła. Jej przyjaciele zaś po cichu wyszli z pokoju i ostrożnie zamknęli za sobą drzwi.
- Mała zasnęła - powiedział Maciek.
- To był dla niej dzień pełen wrażeń - dodała Kreska.
- Oj tak, przy takich rodzicach, to nic dziwnego - powiedział złośliwie Piotr - Jedno warte drugiego. Nie wiem, co jeszcze ich trzyma przy sobie. Chyba tylko ta mała. No i wzajemna złość na siebie.
- Tak to niekiedy bywa w dobie robienia kariery - odparła smutno Gabrysia - Gonią za karierą, za sławą, za chęcią zdobyciu dobrobytu dla siebie i bliskich. Nie mówię, że to jest złe, ale jeżeli przybiera to cechy patologiczne, to wtedy...
- To wtedy mamy to, co mamy - dokończył ponuro Maciek - Pogoń za złotym cielcem i zapominanie o dawnych marzeniach.
Po tych słowach zacytował:

W żałobnym chłodzie znanych ust
Szukamy pocieszenia.
Słuchając, jak nam stygnie puls
I mylą się znaczenia.


Gabrysia i Kreska uśmiechnęły się delikatnie, bo od razu rozpoznały fragment piosenki „Gaj” w wykonaniu Marka Grechuty i Maryli Rodowicz.
- Ale z ciebie romantyk - powiedziała Kreska.
- Tak, to w tobie głęboko siedzi - dodała Gabrysia.
- Co w nim siedzi? - zapytał Piotr.
- Romantyzm, mój drogi. Romantyzm - odpowiedziała mu czule Gabrysia ze słodkim uśmiechem na twarzy.
- Ach, to Amerykę odkryłaś - zachichotał Piotr - Ja to wiem nie od dzisiaj. Mój młodszy brat to niepoprawny romantyk.
- Sam taki byłeś w moim wieku - zauważył Maciek.
- Tak, ale dorosłem i zmądrzałem - odparł na to Piotr.
- Zmądrzałeś, bo straciłeś pracę i środki utrzymania. Każdy mądrzeje w takiej sytuacji. To nie jest jakieś wielkie dokonanie.
- Młody, a w dziób chcesz dostać?
- A skąd znasz tę piosenkę? - zapytała Kreska.
- Nasza mama bardzo ją lubiła - odpowiedziała Maciek i parsknął śmiechem - Pamiętam, jak katowała tym ojca, puszczając tę piosenkę nawet po kilka godzin dziennie.
- A pamiętasz, jak dalej to szło? - spytała Gabrysia.
- Oczywiście, że tak - stwierdził Maciek.
Po czym zacytował:

Dopóki demon smutku śpi,
Niech żyją młode żądze.
Dopóki życie w nas się tli,
Dopóki są pieniądze.


- Strasznie dużo tego „dopóki” w tej piosence - wtrącił złośliwie Piotr - Ta cała Osiecka się nie postarała. Mogłaby pisać lepsze teksty. Chociaż i tak to lepsza piosenka od tego durnego utworu, żeby wsiadać do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż ani bilet i ściskać w ręku jakiś zielony kamyk. Wiecie co? Jakbym ja tak wsiadł do pociągu, to nie dość, żeby mnie z niego wywalili, to jeszcze bym musiał karę zapłacić.
- Ale ta piosenka nie jest Osieckiej - zauważyła Gabrysia.
- Nie, ale zdaje się, że ją poprawiła i wcisnęła ten kiepski kawałek o zielonym kamyku - mruknął Piotr - A w ogóle, to gdzie ona widziała kamyk zielony?
- Przecież to tylko metafora.
- Nie lubię metafor. Są głupie i zawsze kamuflują prawdziwe uczucia. Ja tam wolę mówić wprost, co myślę. Kawa na ławę.
Gabrysia westchnęła głęboko, spojrzała w kierunku okna i poczuła, że sama by chciała teraz wziąć do pociągu byle jakiego i odjechać od wszystkich swoich problemów.

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...