środa, 19 maja 2021

Rozdział IX

Rozdział IX

Zemsta ma smak czekolady

Maciek nie powiedział Kresce powodu, dla którego Matylda chciała z nim porozmawiać. Czuł, że nie chce, aby ona o tym wiedziała. Z jakiegoś powodu się obawiał, że może w ten sposób zranić jej uczucia lub pomyśli ona sobie o nim coś, czego pomyśleć w żaden sposób nie powinna. Z jakiegoś dziwnego powodu, który nie umiał sobie Maciek uzasadnić, zależało mu na tym, aby Kreska nie była już nigdy więcej zazdrosna o Matyldę. Bardzo tego chciał, dlatego nie powiedział jej, jaki był powód rozmowy z tą wredną dziewuchą.
Powód ten zaś był taki, że Matylda okazała skruchę z powodu tego, co o nim mówiła i twierdziła, iż wygadywała te wszystkie głupoty tylko i wyłącznie dlatego, że koleżanka ją do tego podpuściła.
- Mówię ci, to ta głupia Danuśka mnie podpuściła - mówiła z pasją w głosie - Kpiła sobie z tego, że zadaję się z kimś takim jak ty. Uważała, że to żadna partia dla mnie, jak to raczyła się wyrazić i widzisz, chciałam jej utrzeć nosa i dlatego też wygadywałam te wszystkie bzdury. Chciałam, żeby przestała się ze mnie śmiać. Ty nie wiesz, jaka ona jest. To wredna zołza. Ona tak umie manipulować ludźmi, że szkoda słów. Bałam się, że może mi zniszczyć opinię, kiedy skończą się wakacje i wrócę do szkoły.
- Poważnie? - zapytał z ironią w głosie Maciek - I naprawdę wcale tak nie myślisz o mnie, jak to mówiłaś na przystanku?
- Ależ nie, oczywiście, Maciusiu - mówiła słodkim tonem Matylda - Jak ty mogłeś pomyśleć, że ja tak właśnie uważam?
Jej głos był tak słodki, że aż kapał z niego miód. Ktoś inny z pewnością by się dał przekonać, jednak Maciek wyczuwał w tym wszystkim dobrze przygotowaną i przećwiczoną przed lustrem rolę. Oczywiście mógł się mylić, ale czuł z jakiegoś powodu, że się nie myli. Dlatego postanowił zabawić się kosztem dziewczyny i choć przez chwilę poudawać, że wierzy jej słowom.
- Naprawdę zrobiło mi się wtedy przykro, gdy mówiłaś to wszystko - rzekł do niej przyjaznym tonem - No, ale skoro mówisz, że to nic takiego...
- Super - zachichotała zadowolona Matylda - To co, Maciusiu? Wpadniesz do mnie jutro w południe, na moje urodziny?
- To one są już jutro?
- Tak. Wybacz, że dopiero teraz ci mówię, ale nie było wcześniej okazji.
- No dobrze, skoro zapraszasz, to przyjdę.
Matylda rozpromieniła się cała na twarzy, gdy to usłyszała.
- Jak to dobrze! Maciusiu, będziesz gościem honorowym, zobaczysz!
Maciek uśmiechnął się zadowolony, ciesząc się, że dziewczyna dała się tak łatwo nabrać na jego podstęp. Dlatego postanowił tym bardziej zjawić się u niej, aby móc w odpowiedni sposób potem jej dać nauczkę. Widział bowiem doskonale, że nie czuje ona nawet najmniejszej skruchy z powodu tego, co zrobiła. W końcu jej żal był udawany, aż nazbyt było to widoczne. Kiedyś, gdy Maciek nie widział świata poza nią, byłby w stanie w to uwierzyć. Teraz jednak nie był w stanie tego zrobić. Za to miał wielką ochotę wyrównać z tą wiedźmą rachunki.
Dlatego też przygotował się na to spotkanie. Ubrał się elegancko, uczesał się i wyczyścił sobie buty, a potem poszedł, zaopatrzony przy tym w niewielki bukiet kwiatków, najbardziej tani, jaki tylko był możliwy. Zaszedł więc do mieszkania Matyldy, która podała mu wcześniej adres swego domu, a gdy tylko tam dotarł, to zapukał do drzwi. Otworzyła mu Matylda. Była jakaś przygnębiona. Na widok chłopaka jednak uśmiechnęła się zadowolona.
- Jak się cieszę, że jesteś - powiedziała - Przyszedłeś pierwszy, jeszcze się nie zaczęło.
- No to mi się rzeczywiście nieźle trafiło - rzucił Maciek, z trudem ukrywając swoją złośliwość - Wszystkie przysmaki jeszcze nietknięte. W sam raz zatem, aby taki łasuch jak ja mógł je wszystkie zjeść.
- Spokojnie, tylko zostaw coś dla pozostałych gości - powiedziała Matylda, wpuszczając go do środka.
Maciek wszedł do środka i podał jej bukiet kwiatów. Dziewczyna przyjęła tak lekko zmieszana, ponieważ spodziewała się czegoś innego ze strony chłopaka.
- Co to za kwiaty? - zapytała.
- Żonkile - odpowiedział Maciek.
- A dlaczego nie róże?
- Bo były za drogie. Nie na moją kieszeń. Musiałbym pracować cały rok u twojego ojca, aby mnie było stać na porządny bukiet.
Matylda zrozumiała przytyk, bez trudu rozpoznając swoje własne słowa, ale nie zamierzała dawać się sprowokować, tylko uśmiechnęła się delikatnie i odparła:
- Jakie piękne. Śliczny prezent, naprawdę.
- Dziękuję, przekażę tej uroczej pani na Jeżycach, od której to kupiłem, że ci się one spodobały - powiedział wesoło Maciek - Jak się inni dowiedzą, jakie sławy zaopatrują się u niej w kwiaty i jak je lubią, wszyscy będą chcieli je kupować.
Matylda zgorszyła się myślą o tym, że ktoś się dowie, iż ona lub ktoś dla niej kupował kwiaty od baby na bazarze, ale oczywiście nie okazała tego, tylko bardzo delikatnie włożyła bukiet do wazonu z wodą i zaprosiła chłopaka do salonu.
- Mam zdjąć buty? Nie chcę pobrudzić wam posadzek. Zapewne z Mediolanu je twój tata przywiózł, prawda? - spytał ironicznie Maciek.
- Nie, te z Holandii przywiózł, ale spokojnie. Mamy sprzątaczkę, po przyjęciu wszystko posprząta - wyjaśniła Matylda.
- Ulala... Burżuazja pierwsza klasa. No proszę, socjalizm wokół nas, a wciąż panuje wyzysk człowieka przez człowieka.
- My nie należymy do partii. Tata po prostu dobrze zarabia.
Jasne, pomyślał Maciek. A portrety Bieruta i Gomułki na ścianie, to jest tylko wypadek przy pracy, tak? Pomyłka sprzątaczki, zatwardziałej towarzyszki KPP i przedstawicielki klasy pracującej?
Matylda zaprowadziła go do salonu, w którym chłopak zobaczył jej mamę, panią Stągiewkę. Sprawdzała ona właśnie, czy na stole wszystko jest w porządku i czy nie brakuje na nim niczego.
- O, jak widzę, przyszedł pierwszy gość - powiedziała kobieta, nie kryjąc przy tym swojego zachwytu.
- Mamo, to jest Maciek - przedstawiła go Matylda.
Kobieta przywitała się uprzejmie z chłopakiem i powiedziała do córki, aby ta zaprosiła gościa do stołu i z nim porozmawiała, a jak przyjdą kolejni goście, to już będzie można zaczynać. Sama wyszła z salonu, aby nie przeszkadzać młodym. Jak była jednak w przedpokoju, gdzie Matylda zostawiła kwiaty od Maćka, zawołała do córki:
- Matyldo, a kto zostawił te paskudne kwiaty? Znowu sprzątaczka?
- Nie wiem, mamo. Chyba tak! - zawołała do niej córka, próbując przy tym ukryć swoje zmieszanie.
Wstyd jej się było przyznać, że gość, którego zaprosiła do siebie, przyniósł coś tak żałosnego.
- Och, to po prostu wstyd. Ta kobieta nie ma za grosz gustu - powiedziała pani Stągiewka, wchodząc jeszcze na chwilę do salonu.
- Dlaczego? - spytała Matylda.
- Kto przynosi żonkile komuś na urodziny? Przecież chyba wszyscy wiedzą, że one symbolizują zazdrość, miłość bez wzajemności, pewność siebie i egoizm. Ja nie wiem, jak tak głupich ludzi można wypuszczać w świat, żeby nie wiedzieli o czymś tak oczywistym.
Matylda też tego nie wiedziała, dlatego nie chcąc źle wypaść w oczach matki, milczała, czując przy tym, że płonie ze wstydu. Maciek z kolei wyglądał na bardzo zadowolonego, ale też nic nie mówił.
Pani Stągiewka wyszła, natomiast Maciek zadowolony obserwował Matyldę i jej coraz większe poirytowanie. Już dawno minęła godzina 12:00 w południe i nikt nie przychodził. A przecież jasno powiedziała wszystkim, o której mają się zjawić. Co oni sobie w ogóle wyobrażali? Już ona im powie do słuchu, zobaczą. Niech no tylko się tutaj zjawią. Wtedy ona powie im do słuchu. Chociaż nie, może nie tak od razu. Może niech jej najpierw dadzą prezenty. Potem się pomyśli nad tym, jak im dopiec.
- Coś chyba goście się spóźniają - powiedział po chwili milczenia Maciek.
- Spokojnie, zaraz przyjdą - odpowiedziała Matylda, chociaż sama już coraz bardziej w to wątpiła.
- Aha, przyjdą. A jak nie przyjdą, to i tak żadna strata. Więcej dla nas.
To mówiąc, odkroił sobie powoli kawałek czekoladowego tortu, po czym jak najmniej elegancko nałożył go na swój talerz, używając przy tym tylko i wyłącznie własnych palców.
- Nie pogniewasz się, że skosztuję? - spytał złośliwym tonem.
- Oczywiście, śmiało. Częstuj się. W końcu po to on tu jest - odparła Matylda.
Była zgorszona zachowaniem chłopaka, który doskonale się przy tym bawił. Jakby nigdy nic nakładał sobie kolejne łakocie na talerz i wcinał je bez krępacji, a potem polewał sobie wodę sodową i lemoniadę, przy okazji głośno bekając, kiedy tylko miał na to ochotę. Matylda załamana zaczęła wówczas dziękować Bogu za to, że nie ma tu nikogo z gości, bo inaczej spłonęłaby ze wstydu, gdyby wszyscy jej przyjaciele zobaczyli, z kim ona się zadaje.
- Słuchaj, Matylda. A możesz mi jeszcze raz wyjaśnić, jak to było z tym, co tam gadałaś na przystanku? - zapytał Maciek, mając pełne usta, które zapchał sobie kolejnym kawałkiem tortu.
- Już ci mówiłam, Danuśka mnie podpuściła i gadałam tak tylko po to, aby zamknęła swój głupi dziób - wyjaśniła Matylda.
W duchu modliła się o to, aby coś się wreszcie stało i miała pretekst, aby już porzucić towarzystwo Maćka. Teraz jednak nie mogła tego zrobić, w końcu był on jedynym gościem na jej urodzinach, a dodatkowo jeszcze przedstawiła go mamie. Jak mogłaby teraz powiedzieć jej, że on nie powinien się tu zjawić, bo nie dość, że jest biedny, to jeszcze źle wychowany? Taki wstyd, taki skandal. Matka nie może się o tym dowiedzieć,
- Rozumiem. A więc w normalnej sytuacji nie przyznałabyś się do tego, że ty i ja się spotykamy ze sobą? - zapytał Maciek.
- Oczywiście, że nie. Chyba rozumiesz, że muszę dbać w szkole o swoją i nie tylko swoją, bo i rodziców, reputację - odpowiedziała mu Matylda, ze złości będąc bardzo szczerą.
- A co jest takiego obraźliwego w tym, że się spotykasz ze mną?
- Nic, ale widzisz... Niektórzy mogą uważać, że popełniam mezalians.
Maciek parsknął śmiechem, kiedy tylko to usłyszał.
- Mezalians? A to dobre! Ordynatowa Michorowska się znalazła! Będzie mi tu mówić o mezaliansach.
Chłopak zaczął się śmiać. Matyldzie zaś z gniewu pociemniało w oczach. Nie wytrzymała dłużej w spokoju i zapytała ze złością:
- A co ty sobie myślałeś? Że to honor zadawać się z tobą, takim biedakiem i to jeszcze z nizin, którego rodzice siedzą w więzieniu i którego brat jest podejrzany politycznie? Sądziłeś, że to taki honor dla mnie?
Starała się z trudem zachować spokój, choć miała wielką ochotę wrzeszczeć, tupać nogami i gryźć.
- Nie, wcale tak nie myślałem - odpowiedział jej Maciek, który nagle całkiem przestał się śmiać - Po prostu sądziłem, to wszystko nie ma znaczenia dla kogoś, kto wyraził zainteresowanie moją osobą.
Mówił teraz zupełnie poważnie, spokojnie i stanowczo, a zarazem z jakimś wyraźnym wyrzutem w głosie. Matylda poczuła wówczas, że chłopak ma do niej żal i choć podświadomie czuła, iż ma on rację, nie była w stanie się przed nikim do tego przyznać. A już najmniej przed samą sobą.
- Musisz mnie zrozumieć - powiedziała z wyrzutem w głosie - Jestem córką swoich rodziców. Oni bardzo dbają o to, abym zawsze obracała się w przyzwoitym towarzystwie.
- To po co mi w ogóle zawracałaś głowę? - zapytał ze złością Maciek.
- Ja tobie? Sam zacząłeś za mną łazić - odparła z ironią Matylda.
- A ty mi na to pozwoliłaś. Nic do mnie nie czujesz, może poza pogardą, a mimo to pozwoliłaś mi coś do siebie poczuć i nawet zaprosiłaś tutaj, aby pokazać mi, że ci zależy, a potem dalej się mną bawić, jak to zapowiadałaś na przystanku.
Matylda zmieszała się lekko, ale nie na tyle, aby nie odpowiedzieć mu:
- A co ty sobie myślałeś? Twój brat jest podejrzany politycznie, twoi rodzice siedzą w więzieniu za zdradę naszej socjalistycznej Polski, a ty sam co? Nie masz za wiele kasy, chodzisz chyba miesiąc w tych samych ciuchach, mieszkasz sobie w jakieś pipidówce wraz z bratem. Co myślałeś? Że będę dumna z takiego chłopaka?
- To zapytam jeszcze raz: po co mi w ogóle zawracałaś głowę?
- Bo chciałam się zabawić, rozumiesz? Taka jestem. Bawię się takimi głupimi facetami jak ty. Jako dziecko byłam nieraz obiektem kpin ze strony kolegów. Teraz jestem kimś i teraz to ja kpię sobie z innych. Z takich jak ty.
Maciek spojrzał na Matyldę poważnym wzrokiem i rzucił ironicznie:
- Boże, jaka ty jesteś żałosna. Co ja w tobie widziałem?
To mówiąc wstał od stołu i spytał, gdzie jest łazienka, bo chce się umyć. Gdy Matylda mu ją wskazała, poszedł umyć sobie dłonie i twarz, a Matylda usłyszała pukanie do drzwi. Pomyślała sobie, że to pewnie jej tak długo oczekiwanie goście, więc szybko podbiegła im otworzyć. W drzwiach jednak stała Danuśka. Wyglądała na bardzo smutną.
- Danuśka! Nareszcie jakaś miła i przyjemna wizyta! - zawołała uradowana Matylda - Wejdź, proszę.
- Nie mogę, ja tylko na chwilę - powiedziała Danuśka śmiertelnie poważnym tonem.
Matylda przelękła się. Teraz i ta będzie miała do niej o coś pretensje?
- A więc o co chodzi?
- Chciałam ci powiedzieć, że twoi goście nie przyjdą. Opowiedziałam im o tym, jak potraktowałaś Maćka, jak przy mnie go obgadywałaś z czegoś tak bardzo banalnego jak bieda.
- A co ci do tego? I dlaczego tak nagle go bronisz?
- Bo sama jestem z biednej rodziny i choć obecnie mi się powodzi, nigdy nie zapomniałam o tym, kim jestem. Kim byłam. Gardząc Maćkiem, gardzisz także i mną. Gardzisz wszystkimi, którzy stoją choćby o stopień niżej od ciebie.
- Danuśka, ale to przecież nie tak.
- A niby jak? A zresztą, to nieważne. Wszyscy już wiedzą, jak zachowałaś się wobec Maćka i wspólnie uznali, że nie chcą się zadawać z kimś, kto tak łatwo potępia innych za to tylko, że są od niego biedniejsi. Bo prędzej czy później spotka ich z twojej strony to samo. Wystarczy tylko, że lekko im się powinie noga i już będą gorsi w twoich oczach. Mam rację?
Matylda zmieszała się i nie wiedziała przez chwilę, co ma powiedzieć. Zaś Danuśka dostrzegła stojącego niedaleko nich Maćka, który właśnie umył ręce i z uwagą przysłuchiwał się rozmowie.
- Maciek, chciałam cię przeprosić - powiedziała Danuśka - Nie wiem, co we mnie wstąpiło, że na początku śmiałam się z ciebie wraz z nią. Jesteś w porządku chłopak, nie zasłużyłeś na takie traktowanie. Wiele o tym myślałam i zrozumiałam, że zachowałam się po prostu beznadziejnie. Przepraszam cię jeszcze raz.
Maciek nie wyczuwał w jej głosie fałszu ani udawania. Danuśka mówiła do niego całkiem szczerze. Nie była dobrze wyszkoloną aktorką, tylko uczciwą osobą, która nie chciała go zranić i teraz przeprasza za swoje zachowanie.
- Nie gniewam się. Przeprosiny przyjęte - odpowiedział.
- Dziękuję ci. A co do ciebie, Matyldo... - to mówiąc, Danuśka zwróciła się w kierunku swojej ex-przyjaciółki - Chcę, żebyś wiedziała, że mam cię dosyć. Dla zabawy bawisz się ludźmi, kpisz z nich i dokuczasz im z byle powodu. Kiedyś to mnie bawiło, bo za długo się z tobą zadawałam i zachowywałam się, tak jak ty. Ale już mam tego dosyć. Nie minie za wiele czasu, zanim zaczniesz plotkować o mnie i wyśmiewać mnie, a sądzę, że po tym, co ci właśnie powiedziałam, stanie się to szybciej niż później. Ale wiesz co? Nic mnie to już nie obchodzi. Zrozumiałam, że nie chcę takiego życia. Nie chcę dawać ci powodu do plotkowania na innych, aby uniknąć plotkowania o mnie. Zrywam więc naszą znajomość. Możesz sobie na mnie plotkować, ile tylko chcesz. W świecie Matyldy Stągiewki liczy się tylko Matylda Stągiewka. Ja na pewno nie. A więc dość tego. Koniec z nami. Idę sobie. Tobie, Maciek, też radzę iść.
- Zaraz pójdę, tylko też muszę coś powiedzieć naszej solenizantce.
Po tych słowach podszedł do Matyldy, popatrzył jej głęboko w oczy i rzekł:
- „Farewell, miss Iza. Farewell”.
- Jaka Iza? Mam na imię Matylda - zdziwiła się dziewczyna.
Maciek uśmiechnął się ironicznie.
- W zeszłym roku omawialiśmy tę lekturę. Sądziłem, że choć trochę wiedzy masz w tej swojej ślicznej głowie, ale widzę, że się pomyliłem. Chociaż właściwie, to liczyłem na to, że nie będziesz wiedziała, o co chodzi... To mi znacznie ułatwia całą sprawę. Żegnaj więc, pusta i żałosna lalko.
Matylda dopiero teraz zrozumiała, do jakiej książki nawiązał Maciek, ale nie była już w stanie się obronić przed jego zarzutem. Było już za późno, aby chociaż trochę zachować twarz. Maciek zaś poprawił sobie lekko włosy dłonią i wyszedł. W drzwiach o mało nie wpadł na ojca Matyldy, który właśnie wracał z pracy.
- Witam, pan Stągiewka? - zapytał uprzejmym tonem.
- Tak, to ja. A ty jesteś kolegą Matyldy? - zapytał zaintrygowany ojciec.
- Nie powiedziałbym, że nim jestem. W każdym razie nie teraz. No, ale gdzie moje maniery? Zapomniałem się przedstawić. Maciej Ogorzałko.
Słysząc jego nazwisko, pan Stągiewka zmieszał się lekko, a Maciej doskonale to wychwycił. Wiedział już, że trafił w czuły punkt.
- Po pańskiej minie wnoszę, że domyśla się pan, kim jestem. Pozwolę sobie więc sprecyzować. Maciej Ogorzałko, brat tego podejrzanego politycznie kolesia i syn tych aresztowanych wywrotowców, zdrajców naszej socjalistycznej ojczyzny. Wiem, że moja obecność może zaszkodzić panu w karierze, dlatego już się stąd zbieram. Żegnam serdecznie. Jakże słodki bywa smak pożegnania.
A smak zemsty jeszcze smaczniejszy, dodał w myślach. Jego zemsta bowiem smakowała tortem czekoladowym.
Maciek zszedł wraz z Danuśką na dół, a ojciec spiorunował Matyldę dzikim wzrokiem, zamykając za sobą drzwi.
- Kogo ty sprowadzasz do naszego domu, co?! Chcesz, żebyśmy mieli przez ciebie kłopoty?! Jeżeli się ktoś dowie, że taki element bywał u nas, możemy mieć problemy!
- Przepraszam, tato - jęknęła Matylda, a w jej oczach zaszkliły się łzy.
Załamana pobiegła do swojego pokoju, mijając po drodze matkę, która tak była zajęta pochłanianiem jakiegoś taniego romansidła, że nie słyszała nic z tego, co tu zaszło. Zapytała więc z głupia frant:
- Co się stało?
Nikt jednak nie udzielił jej odpowiedzi.
Matylda zaś wpadła do swego pokoju, upadła na łóżko i zaczęła w nie dziko płakać. Za co ją to wszystko spotyka? Za co? Przecież ona tylko mówiła prawdę. Ten cały Maciek sam sobie wmówił, że mogą być razem, ona przecież niczego mu nie obiecywała. A że chciała, aby ją całował i go kokietowała? I co z tego? To jest powód, aby ją tak zranić? A to, że go obgadywała na ulicy? Wielka mi rzecz. Jej koleżanki bardziej podle obgadują nawet swoich facetów, a co dopiero obcych. A więc czego on oczekiwał? Wszystkie tak robią. Kokietują, bawią się facetami, po czym rzucają ich. Wszystkie jej koleżanki tak robiły. Dlaczego więc ona miałaby być inna?
Teraz pewnie sobie gada z tą głupią Danuśką. A potem pójdzie do tej swojej Kreski. Do tej głupiej Krechowicz. Na pewno oboje będą mieli z niej niezły ubaw. Widziała ich na ulicy, jak śmiali się z niej. Pewnie teraz też będą to robić. Pewnie tak. A wcześniej pośmieją się z niej on i Danuśka.
No właśnie... Danuśka... Krechowicz... Tej głupiej Krechowicz bardzo zależy na Maćku. Nie trzeba być jasnowidzem, aby to dostrzec. Ciekawe tylko, czy dalej jej będzie zależeć, jak się dowie o swoim ulubieńcu i o Danuśce? Jak się dowie o nich odpowiednich rzeczy?
Zadowolona oraz dysząc żądzą zemsty, Matylda wstała i wybiegła z pokoju, a potem z mieszkania. Musiała szybko znaleźć dozorcę. On na pewno ma książkę telefoniczną. Zwykle dozorcy je mają. Na pewno będzie tam też numer tej głupiej Krechowicz. Jeden telefon do niej zmieni triumf Maćka w jedną wielką porażkę. Zobaczy, co to znaczy zadzierać ze Stągiewką.

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...