wtorek, 24 sierpnia 2021

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII

Coś się kończy, coś się zaczyna

Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni zawsze bawić się ludzie, którzy czują do siebie sympatię i potrafią doskonale spędzać czas w swoim własnym gronie. Szczególnie dobrze zaś bawiła się tutaj Ewcia, już nie Sopel, która czuła coś, czego od dawna już nie czuła w swoim sercu: wielką radość i chęć życia. Wydawało się jej, że nigdy tak naprawdę nie znała tego uczucia, co nie było do końca prawdą. Tak właściwie, to miała już swego czasu możliwość poznać to piękne uczucie, dawno temu, gdy została matką i czerpała pierwsze radości z tego tytułu. Niestety, z czasem pozwoliła na to, aby proza życia i wszystko złe, co z nią związane odebrało jej wiedzę o radości, jaką można czerpać ze swego istnienia i zapomniała o tym pięknym uczuciu, a do tego była przekonana o tym, iż nigdy tak naprawdę tego uczucia nie miała możliwości poznać. Teraz zaś poczuła je ponownie, przypominając sobie powoli, że kiedyś je znała, a także i to, kiedy je poznała. Bardzo w tamtej chwili żałowała, iż pozwoliła sobie na tak karygodny błąd, jak zapomnienie o tym, czym jest radość, prosta i wielka radość, którą to każdy z nas czuć może przy chociażby najdrobniejszych rzeczach. Postanowiła sobie więc w duchu, że już nigdy więcej nie pozwoli sobie na tak tragiczny w skutkach błąd.
Tymczasem zabawa trwała w najlepsze i długo nie chciała się skończyć, choć prawdę mówiąc, jakoś nikt się do tego nie palił. Wszyscy byli zadowoleni i wręcz radośni, dlatego długo jeszcze jedli, pili, śpiewali, tańczyli i bawili się tak wesoło, jak jeszcze nigdy tego nie robili. Była to zabawa, której każdy z gości tak bardzo potrzebował, a szczególnie mała Aurelia i jej mama. I to one czerpały z niej chyba największą przyjemność. Choć pozostali goście nie ustępowali im w tej kwestii, a już szczególnie uśmiechający się od ucha do ucha profesor Dmuchawiec. Był on taki szczęśliwy, że ma wokół siebie tylu radosnych ludzi. Ich szczęście stanowiło jego szczęście i zamierzał to wszystkim okazać.
W końcu jednak nastąpiła pora, aby wszyscy powrócili do swoich domów, co było chyba najsmutniejszym momentem tego przyjęcia. Państwo Jedwabińscy i ich urocza córeczka pożegnali wszystkich gości, życząc im bardzo dobrej nocy, a przy okazji poprosili, aby ich odwiedzali, ponieważ ich obecność sprawia, że stają się dużo radośniejsi. Radość wszak posiada moc podobną do wódki: potrafi ona nieźle uzależniać, chociaż od wódki ma tę przewagę, że jest dużo zdrowsza. Oczywiście goście obiecali im, że będą im składać wizyty, a szczególnie obiecali to Maciek i Kreska, którzy bardzo kochali małą Aurelię i chcieli móc dalej spędzać z nią czas najczęściej, jak to tylko będzie możliwe.
Nie było jeszcze godziny policyjnej, a właściwie, to było jeszcze do niej dość czasu, aby wszyscy mogli wrócić do domu bez żadnych konsekwencji. Nie mogli jednak zwlekać, jeśli chcieli zdążyć na czas, więc pożegnali już ostatecznie swoich jakże miłych gospodarzy i ruszyli wszyscy w swoją stronę, do kamienicy na ulicy Roosevelta 5 i jeszcze innych miejsc.
Po dotarciu na miejsce, Piotr po cichu szepnął coś Maćkowi, ten zaś zaśmiał się delikatnie, a potem szepnął to samo na ucho Kresce, która zrobiła wymowną, ale też i zabawną minę, po czym powiedziała:
- Dziadku, czy Maciek może dzisiaj u nas spać? Jego starszy brat ma na tę noc jakieś swoje sprawy i obawiam się, że Maciek mógłby nie zasnąć przez to.
Dmuchawiec, który łatwo pojął, o co tutaj chodzi, uśmiechnął się delikatnie i odparł na to:
- Ależ oczywiście. Młody Ogorzałko zawsze jest tu mile widziany.
- To dobrze, bo będę dzisiaj w nocy bardzo zajęty i obawiam się, że mógłbym nieco przeszkadzać mojemu młodszemu bratu - dodał Piotr.
Po tych słowach, ujął pod rękę Gabrysię, która chyba nie do końca zrozumiała jego słowa i zaczęła się dopytywać, o co też może mu chodzić i jaką to ma pilną do załatwienia sprawę, ale on rzekł jej, że wszystkiego dowie się na miejscu i poszedł z nią na górę. Dmuchawiec zaś zabrał wnuczkę i jej chłopaka do siebie, gdzie cała wesoła trójka spędziła jeszcze trochę czasu, zjadając lekką kolację, a potem jeszcze profesor wziął gitarę, usiadł przy stoliku z młodymi i zaczął na niej grać.
- Przed snem najlepiej sobie pośpiewać. Wtedy milej się śpi - powiedział.
Już chwilę później, Dmuchawiec grał na gitarze i śpiewał wraz z młodymi bardzo wesołą piosenkę, która pamiętała jeszcze czasy Filaretów i Filomatów.

Precz, precz od nas smutek wszelki!
Zapal fajki, staw butelki.
Niech wesoło z przyjaciółmi
Słodki płynie czas.
Niech wesoło z przyjaciółmi
Słodki płynie czas.

Pijmy zdrowie Mickiewicz.
On nam słodkich chwil użycza.
Wszelkie troski koi boski
Jego lutni dźwięk.
Wszelkie troski koi boski
Jego lutni dźwięk.
Wszelkie troski koi boski
Jego lutni dźwięk.

Po tym małym popisie wokalnym, Dmuchawiec poszedł spać, życząc Kresce i Maćkowi dobrej nocy. Młodzi zaś lekko posprzątali po kolacji, potem zaś poszli do pokoju Kreski, w którym posłuchali nieco radia, a potem, upewniwszy się, że profesor już dawno śpi, zadowoleni poddali się najcudowniejszym pieszczotom, jakim mogli poddawać się tylko szczerze zakochani w sobie młodzi ludzie. Jakoś nie umieli sobie tego odmówić, zwłaszcza po tym, jak już poznali tego smak, który bardzo uzależniał i sprawiał, że oboje chcieli go znowu czuć i znowu i znowu. Tak, to było silniejsze od nich, ale ani przez chwilę nie żałowali. Bo czyż istnieje na tym lub innym świecie piękniejszy i słodszy zarazem sposób na to, żeby okazać ukochanej osobie swoją miłość? Chyba nie.
Po wszystkim, oboje ułożyli się wygodnie na łóżku, a Kreska przytulała się bardzo mocno do Maćka, trzymając głowę na jego ramieniu, a palcami pieszcząc włosy na jego torsie. Maciek bowiem, podobnie jak Piotr, posiadał na tej części swego ciała lekkie owłosienie, choć nie było ono na tyle mocne, co u jego brata. Kreska musiała przyznać, że te włosy na torsie sprawiały jej dużą przyjemność i miło było je gładzić. Zastanawiało ją, co teraz robią Gabrysia i Piotr, choć przecież doskonale się tego domyślała. Ciekawiło ją, czy Piotr też ma takie włosy na torsie i czy Gabrysia też czule je teraz pieści, przytulona ze swoim lubym w miłosnym uścisku. Szybko się jednak skarciła za te myśli. Przecież nie była to jej sprawa i nie powinna nawet w myślach zadawać sobie takich pytań. W końcu intymne relacje Piotra i Gabrysi nie były ani jej, ani Maćka sprawą. Choć miło by było wiedzieć, że oboje też stworzą taką szczęśliwą parę, jak ona i jej ukochany.
- Mój duży miś... Mój słodki miś tuliś - szeptała czule dziewczyna.
Znajdowała rozkosz, leżąc naga w ramionach swego ukochanego. Czułych, jak też i silnych ramionach. Marzyła zawsze o czymś takim, odkąd tylko czytała o tym w ładnych powieściach i miała możliwość zobaczyć to w jakimś filmie. Teraz mogła spełnić to marzenie. Cieszyło ją, że Maciek miał podobne marzenia i także czerpał ogromną przyjemność z tego, iż mógł ją do siebie przytulać, zwłaszcza w takiej sytuacji jak ta.
- Moja kruszynka - odpowiedział jej czułym głosem Maciek, dotykając czule i delikatnie opuszkami palców jej włosów i nagich pleców.
Czuł się teraz jak w niebie. Uwielbiał trzymać w objęciach Kreskę, zwłaszcza wtedy, kiedy była naga i jej ciało przylegało do jego. Było dla niego takie miękkie, takie młode i słodkie, jędrne i ciepłe. Zastanawiało go, czy jego starszy brat też nie marnuje czasu i spędza teraz upojne chwile z Gabrysią. Nie wiedział, że Kreska myśli dokładnie o tym samym. Ale podobnie jak ona, on również skarcił w końcu sam siebie za takie myśli, z którym wyrwało go głośne ziewanie ukochanie.
- Spać mi się chce. To co, Maciusiu? Idziemy spać? - zapytała słodko.
- Tak, chyba już pora - odpowiedział jej czule chłopak.
Następnie naciągnęli na siebie majtki, gdyż tak lepiej było im spać, bardziej higienicznie i przyjemnie (tak przynajmniej mówiła Gabrysia, kiedy rozmawiała z Kreską na tematy „między nami, kobietami”) i położyli się oboje na lewym boku: Kreska przodem, a Maciek za nią, czule ją obejmując.
- Dobranoc, Janeczko - szepnął czule młody Ogorzałko.
- Dobranoc, Maciusiu - odpowiedziała mu Kreska.
Chłopak wzruszony, pocałował delikatnie jej prawe ramię i szepnął:
- Kocham cię.
- Kocham cię - odpowiedziała mu szeptem Kreska.
Chwilę później oboje zasnęli, nie wiedząc, że podobna sytuacja ma miejsce na górze, u Piotra Ogorzałki, który w łóżku oddawał się przyjemnościom, jakich mógł tylko zaznać u boku swojej ukochanej Gabrysi. Z tą tylko różnicą, że starszy brat Maćka nie miał w sobie dość odwagi, aby wyznać ukochanej, co do niej czuje. Już przez chwilę pragnął tego zrobić, ale znowu powstrzymał się.
- Nie, jeszcze nie czas na to - powiedział sam do siebie w myślach - Jeszcze nie ma rozwodu z Januszem. I nie wiadomo, czy zechce go kiedykolwiek wziąć. Bo w sumie, nigdy mi tego nie obiecywała.
Spojrzał na Gabrysię, która już spała, wtulona w jego ramię zachłannie i tak słodko oddychając przez sen.
- Kocham cię, Gabrysiu - powiedział czule szeptem do ukochanej, delikatnie gładząc palcem jej plecy - Ale nie mogę ci tego powiedzieć. Jeszcze nie teraz. To nie jest jeszcze na to odpowiedni czas. Najpierw ureguluj swoje sprawy. Ja również muszę poukładać co nieco w moim życiu. Poza tym nie wiem, czy mogę dać ci to, o czym tak marzysz. Obawiam się, że nie. Nigdy nie będę takim mężczyzną, jakim zawsze chciałem być. Nie powiem ci więc ani słowa o mojej miłości. Wystarczy, że ja jestem na tym świecie nieszczęśliwy. Nie chcę cię w to wciągać.
Po tych słowach, pocałował ja w czoło, ułożył się na wznak i zasnął. W głębi serca zaś poczuł, że niesamowicie zazdrości Maćkowi, który mimo swoich wad, miał też jedną, pożyteczną zaletę. Był odważny. Umiał wprost powiedzieć swojej ukochanej, co do niej czuje. Pewnie teraz oboje robią coś pośród gwiazd albo też śpią słodko, przytuleni do siebie, wiedząc doskonale o tym, co też jedno czuje do drugiego i nie robiąc z tego tematu tabu. Jak on im tego zazdrościł. Ale cóż... On był już starszy od nich, bardziej ostrożny i niepewny swojej przyszłości. Zaś oni byli odważni i pełni ciekawych planów na przyszłość, co zresztą wydawało mu się jak najbardziej słuszne. W końcu, to przywilej młodzieży: brawura, odwaga i wiara w siebie oraz swoje siły. Co w tym dziwnego, że Maciek posiada te cechy, a Piotr już dawno z nich wyrósł?
Noc upłynęła obu braciom Ogorzałko bardzo przyjemnie. Poranek jednak już wyglądał nieco inaczej. Maciek bowiem obudził się u boku swojej ukochanej, zaś Piotr chociaż też to zrobił, to nie nacieszył się nią długo, ponieważ dziewczyna dość szybko zerwała się z łóżka i zaczęła nakładać na siebie ubranie.
- Muszę lecieć do siebie. Małą trzeba nakarmić. Mama i siostry obiecały się nią zająć pod moją nieobecność, ale przecież nie mogę wszystkiego zwalać na nie. Chyba sam rozumiesz.
Piotr oczywiście wszystko doskonale rozumiał, gdyż dawno miał już za sobą ten wiek, że smutek i niechęć rozstawania się z ukochaną sprawiały, że mógłby się o to łatwo obrazić. Kiedyś być może tak by postąpił, ale obecnie już dawno z tego wyrósł, więc rozumiał i nawet gdyby Gabrysia nie wyjaśniłaby mu tego, to i tak by to pojął i nie robiłby z tego problemu. Jedno tylko go smuciło i napawało lekkim niepokojem. Co z nią i z nim? Czy Janusz już ostatecznie zniknął z ich życia? Czy może wciąż będzie stał im na drodze? Dręczyło go to zbyt mocno, aby mógł to przemilczeć, dlatego zapytał:
- A co z nami? Co z Januszem? Czy rozwiedziesz się z nim?
- Oczywiście, to chyba jasne - odpowiedziała mu Gabrysia, siadając na łóżku tuż przy nim - Zapniesz mi sukienkę?
Piotr uśmiechnął się i spełnił jej życzenie, dodając przy tym dowcipnie, że zawsze bardzo chętnie będzie to robił, jednak zdecydowanie woli ją rozbierać niż ubierać. Gabrysia parsknęła śmiechem, odwróciła się do niego przodem, po czym rzekła dowcipnie:
- Jakoś wcale nie jestem zaskoczona.
Po tych słowach, pocałowała go delikatnie w usta i powiedziała:
- Wpadnę do ciebie później.
- A co będzie z nami? - zapytał Piotr - Bo wiesz, skoro odejdziesz od męża, to może...
- Porozmawiamy później. Muszę lecieć, obiecałam wrócić na rano. Chociaż nie mam już obowiązków żony, to mam wciąż obowiązki matki i myślę, że jeszcze długo będę je mieć. Trzymaj się, Piotrusiu.
Pomachała mu lekko palcami na pożegnanie i wyszła. Piotr natomiast bardzo głęboko westchnął i powiedział sam do siebie:
- Porozmawiamy później... O ile to później kiedykolwiek nadejdzie, bo znając ciebie, to i takie coś jest możliwe.
Tak wyglądał poranek starszego z braci Ogorzałko. Młodszy z kolei przeżył go w o wiele przyjemniejszy sposób, gdyż obudził się, zobaczył słodko śpiącą u swego boku Kreskę, po czym wzruszony pocałował z miłością jej ramię i szepnął:
- Kocham cię.
- Wiem, ja ciebie też kocham. Ale daj mi spać - odpowiedziała mu słodkim, choć też nieco zaspanym głosem dziewczyna.
- Nie wyspałaś się jeszcze?
- A dziwisz się? Siedzieliśmy do późna, potem jeszcze nasze słodkie figle do jeszcze bardziej późnej nocy i ty jesteś zdziwiony, że chcę jeszcze pospać?
- Tak, bo ja jestem jakoś wyspany.
Kreska odwróciła się do niego przodem i powiedziała żartobliwie:
- A to akurat mnie dziwi. Jak ty niby możesz po czymś takim być wyspany o tej porze?
- Bo działasz na mnie tak cudownie, że trudno się przy tobie nie wyspać.
Kreska zachichotała i pocałowała go czule w usta, a potem powiedziała:
- Też jesteś cudowny, ale daj mi nieco pospać. Jeszcze wcześnie.
Po tych słowach, wtuliła się czule w tors swego ukochanego i zasnęła, Maciek zaś powoli też zamknął oczy i na pewien czas ponownie zasnął. Leżeli tak jeszcze jakiś czas, aż w końcu Kreska się obudziła i pocałowała Maćka w usta, po czym lekko się podniosła i usiadła w samych majteczkach białej barwy na łóżku, wzięła do ręki okulary, nałożyła je sobie na nos, po czym zerknęła w stojące na nocnej szafce lusterko.
- O matko! Ale mam szopę na głowie! - zawołała zaszokowana.
- Niby gdzie? - spytał Maciek, który już się obudził i usiadł na łóżku.
- Na głowie. Nie widzisz?
Pokazała mu swoją fryzurę. Rzeczywiście, kilkanaście kosmyków tak jakby się jej rozeszło na wszystkie strony, ale dla Maćka nie była to jakaś straszna rzecz.
- Mnie tam się podobasz. Jesteś śliczna - powiedział.
- Śliczna, jasne - parsknęła śmiechem Kreska - Pewnie dlatego, że mam tylko majtki na sobie. A na głowie mam szopę! Wyglądam jak strach na wróble, jak mi to nieraz mówi dziadek.
- Ale taki kochany straszek na wróbelki. Kochany.
- Tak też mi mówi dziadek. Czy wy dwaj się zmówiliście, czy co?
- Nie, ja tylko mówię szczerą prawdę.
Kreska zachichotała i pocałowała go ponownie, po czym powiedziała:
- Zrobię nam śniadanie. Poczekasz?
- Mogę ci pomóc.
- Nie, sama to zrobię. Ty jesteś moim gościem i chcę cię rozpieszczać. Tylko najpierw poprawię sobie włosy.
- Mnie taka się bardziej podobasz, Janeczko. Taka naturalna, piękna, słodka...
- Prawie naga.
- Tak, to też.
Kreska uśmiechnęła się, czesząc sobie przed lusterkiem włosy.
- Wiesz co? Ty to naprawdę jesteś bratem Piotra.
- Bo obaj jesteśmy uroczy, przystojni i dobrzy... Wiesz w czym?
- Nie. Obaj lubicie piękne widoki i bywacie irytujący.
- Ale trudno nas nie kochać, prawda?
- Owszem, skromnisiu. Owszem.
Po tych słowach, Kreska doprowadziła jakoś swoje włosy do jakiego takiego porządku, wstała i nałożyła szlafrok na siebie, mówiąc:
- Poczekaj, Maciusiu. Zrobię nam śniadanie.
- A jak będziesz u mnie, to też będziesz robić mi śniadanie?
- Nie... Wtedy ty będziesz robić je mnie.
- Aha... To uczciwy układ.
Kreska wyszła do kuchni i wróciła już po paru minutach z talerzem pełnym kanapek. Gdy to zrobiła, zdjęła szlafrok, wsunęła się do łóżka obok Maćka i lekko się do niego przytuliła.
- Zawsze chciałam tak zjeść śniadanie - powiedziała.
- Przyznam ci się, że ja również - odparł czule Maciek.
Oboje zjedli posiłek, potem dość niechętnie wstali, czy też może raczej oboje jakoś wygrzebali się z łóżka i ubrali się, po czym wyszli z pokoju Kreski i poszli do salonu. Zastali tam Dmuchawca, który właśnie jadł swoje śniadanie.
- Witajcie, moje kochane misiaki. Czy dobrze wam się spało? - zapytał oboje bardzo życzliwym tonem.
- Nawet bardzo dobrze - odpowiedział w ich imieniu Maciek - Chyba jeszcze nigdy nam się tak przyjemnie nie spało jak teraz.
- Tak, ale za to ja miałam niezłą szopę na głowie i musiałam się porządnie uczesać - powiedziała Kreska do dziadka - Ale Maciek uważa, że wyglądam wtedy bardzo ładnie.
- Słuchaj się go, to jest bardzo mądry chłopak - stwierdził wesoło profesor.
- Wiele razy już jej to powtarzałem - zażartował sobie Maciek.
- Jaki skromniś - prychnęła zadziornie Kreska - Żebym wiedziała, że jesteś taki zarozumiały, to zastanowiłabym się sto razy, zanim się zgodziłam zostać twoją dziewczyną.
- To dobrze więc, że nie wiedziałaś i nie miałaś wątpliwości.
Kreska westchnęła delikatnie i spytała:
- Och, Maciusiu... Co ja w tobie widziałam?
Następnie zaśpiewała wesoło słowa jednej z piosenek Anny Jantar:

Co ja w tobie widziałam?
Po co mi taki ktoś?
Co ja w tobie widziałam?
Oczy, usta czy nos?

Maciek podłapał zabawę i odśpiewał jej:

Czasem spotka się kogoś.
Po wie słowo, a ty...

Kreska zachichotała i dokończyła:

Zamiast chodzić swą drogą,
Wolisz zostać z nim.

Dmuchawiec parsknął wraz z nimi gromkim śmiechem, mówiąc:
- Och, moje kochane misiaki. Moje dzieciaki złote. Dzięki wam w tym domu jest ciągle wesoło.
Nie wszystkim jednak dzisiaj było wesoło. Piotr Ogorzałko nie mógł tego o sobie powiedzieć, kiedy bowiem schodził na dół, aby sprawdzić, czy nie ma może jakiś listów do niego lub Maćka, zobaczył otwarte drzwi mieszkania Borejków, a w nich stojącą Gabrysię, która śmieje się z czegoś do rozpuku, a naprzeciwko niej stoi Janusz Pyziak, uśmiechnięty i zadowolony, z bukietem kwiatów w dłoni. Piotr poczuł, że serce mu wówczas zmroziło z rozpaczy. A więc tak ona zamierza wziąć rozwód z mężem? Śmiejąc się i żartując z nim, jakby nigdy nic? Poza tym, skoro tak wesoło się jej z nim rozmawia, to na pewno znowu sobie zamierza z nim jakoś życie ułożyć. W końcu, nie śmieje się i nie żartuje z kimś, kogo się nie darzy jakąś większą sympatią. Czyli to oznaczało, że kobieta chce nawiązać jakieś pozytywne relacje ze swoim jeszcze mężem. Tak pomyślał starszy Ogorzałko, a ponieważ nie chciał patrzeć na coś tak dla niego przerażającego, zawrócił szybko do siebie, w głowie mając tylko liczne złe myśli na temat ukochanej.
Gdyby jednak został na schodach dłużej i przysłuchałby się uważnie całej tej rozmowie, z pewnością usłyszałby coś, co by go uspokoiło. I zrozumiałby, o co tu chodzi. Abyśmy jednak my mogli to zrozumieć, musimy cofnąć się w czasie o parę minut, kiedy cała ta tajemnicza sytuacja miała swój początek.
Gabrysia właśnie bawiła się z córeczką, która to słodko chichotała, widząc jej miny, kiedy nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Kobieta podała więc dziecko matce, a potem poszła otworzyć i sprawdzić, kogo też sprowadza los o tej porze. Myślała, że to może Piotr, jednak to był ktoś zgoła inny: Janusz Pyziak. Stał on w progu z głupkowatą miną, a w dłoniach trzymał bukiet kwiatów.
- Witaj, kochanie. Przyniosłem ci coś.
To mówiąc, podsunął jej bukiet róż owiniętych w biały papier.
Gabrysia spojrzała na niego z kpiną w oczach i spytała:
- Ciekawe. Dziwi mnie, że nie kupiłeś kalafiora.
- Kalafiora? Jakiego kala...?
Wtem zrozumiał, o co jej chodzi. O to głupie przezwisko, które nadał jej w czasach szkolnych. Uśmiechnął się zwariowane i powiedział:
- Och, najdroższa. Zawsze doceniałem twoje poczucie humoru. Było zawsze bardzo piękne. Do tego ten słodki śmiech. Jest taki rozkoszny i aż przyjemnie się go słyszy.
- Tanie komplementy dla tanich panienek. Zachowaj je sobie dla tych swoich australijskich zdobyczy, bo na mnie to nie działa.
Janusz nie tracił jednak rezonu. W końcu nie po to tutaj przyszedł, aby się tak łatwo poddawać, dlatego powiedział, nie tracąc pogody ducha:
- Och, najmilsza. Słodka Gabrysiu... Chyba nie chcesz mi wypominać jednej chwili słabości całe moje życie.
- Jednej chwili słabości? JEDNEJ? - Gabrysia zaczęła się głośno śmiać - Ha ha ha! A to dobre! Ale z ciebie dowcipniś! Naprawdę strasznie mnie rozbawiłeś, wiesz? Jak jeszcze nigdy dotąd.
- Tak, dowcipny jestem, prawda? - zapytał wesoło Janusz.
Oboje rechotali tak przez chwilę i to właśnie w tej chwili nadszedł Piotr. Gdy tylko zobaczył małżonków rozbawionych, poczuł złość i zawód, a potem zawrócił do siebie, o czym jednak już wiemy. Gdyby jednak został chociaż chwilę dłużej, zobaczyłby, że Gabrysia szybko poważniejsze i rzuca ze złością:
- Zamknij się już lepiej, człowieku. Myślisz sobie, że przyjdziesz tu, dasz mi ten durny wiecheć, rzucisz parę żartów i wszystko będzie dobrze, tak?
- No... Tak... A co, nie? - spytał z głupia frant Janusz.
Sądził, że ponownie rozbawi Gabrysię i w ten sposób poprawi jej humor do tego stopnia, iż może zechce ona z nim rozmawiać. Tak się jednak nie stało. Jego żona, jeszcze żona, patrzyła na niego groźnie i powiedziała:
- Jesteś jeszcze bardziej żałosny niż myślałam.
- Czy mogę wejść? Po co rozmawiać na korytarzu?
- Nie, nie możesz tu wejść - powiedziała stanowczo Gabrysia - Nigdy więcej nie przekroczysz już progu tego mieszkania. Nie za to, co zrobiłeś naszej rodzinie.
- A co ja niby takiego zrobiłem?
Gabrysia spojrzała na męża ze wściekłością. On śmiał jeszcze o to pytać? Po tym, jak jej bezczelnie się przyznał do donosu na jej ojca, do zdrady i do tego, że chce robić karierę nawet kosztem ich małżeństwa? Po tym wszystkim ośmielał się pytać ją, co on takiego zrobił?
- Ty naprawdę mnie o to pytasz? Januszu Pyziaku, kpisz czy o drogę pytasz?
- No dobrze, może trochę narozrabiałem...
Gabrysia znowu wybuchła gromkim śmiechem, ale tym razem kpiąco.
- Trochę narozrabiałeś? Nie, mężusiu. Narozrabianie było wtedy, kiedy mnie urządziłeś tak, że zostałam matką szybciej niż planowałam. To było narozrabianie. To, co ty zrobiłeś teraz, było po prostu podłe. Doniosłeś na mojego ojca i państwa Ogorzałko, wyjechałeś i zostawiłeś mnie samą, zdradzałeś mnie i chciałeś robić sobie karierę naszym kosztem. To jest twoim zdaniem narozrabianie?
- Wiem o tym i uwierz mi, strasznie się tego wstydzę, najdroższa. Mówię ci to zupełnie poważnie. Wstyd mi za to.
Janusz oczywiście wcale nie wstydził się tego, co zrobił. Niczego ani trochę nie żałował. Żal mu było jedynie tego, iż już nie miał w garści tej swojej wrednej żoneczki. Poszedł przecież na milicję, aby złożyć donos na nią i na jej gacha, lecz jakiś tam porucznik, chyba o nazwisko Borewicz lub Borowicz, powiedział mu, że mają ważniejsze sprawy na głowie, niż godzenie zwaśnionych małżonków. A poza tym wziął go w taki krzyżowy ogień pytań, że w końcu Janusz wygadał się, jak to było naprawdę z tym jego upadkiem ze schodów i pobiciem przez Ogorzałkę. Pan porucznik stwierdził, że co jak co, ale Janusz sam jest sobie winien, skoro zdradzał żonę w Australii, to nie powinien wymagać od niej wierności. Poza tym, czego on oczekiwał? Zaatakował Piotra Ogorzałkę w jego własnym mieszkaniu, więc co? W jego mniemaniu pan Piotr grzecznie powinien pozwolić się pobić? Zwłaszcza po tym, co mu powiedział Pyziak? Janusz wściekł się, słuchając tej oto głupiej gadki, więc postanowił nieco nastraszyć tego mądralę, więc zaczął mówić, że należy do partii i jego przyjacielem jest pan minister Zawodny. To pierwsze było kłamstwem, gdyż do partii jeszcze nie wstąpił, a to drugie mocno wyolbrzymioną prawdą. Ale pan porucznik zlekceważył to, a nawet stwierdził:
- Ma pan na koncie poważniejsze błędy, więc i te pomińmy milczeniem.
Janusz ze złością wpatrywał się w tego podłego człowieka, który ośmielał się z niego kpić i zaczął domagać się spisania protokołu itd. Porucznik jednak z lekką złością, ale wciąż zachowując stoicki spokój, odparł:
- Proszę pana, niedawno złapaliśmy tego świra nekrofila, który zabił tu kilka osób i sprofanował sporo grobów. Musimy dowiedzieć się, ile jest naprawdę jego ofiar oraz jaki to ma związek z kilkoma zabójstwami w Warszawie. Więc teraz się tym zajmujemy i nie mamy czasu na to, aby mieszać się w prywatne sprawy męża i żony. Dodatkowo odnoszę wrażenie, że... Z całym do pana szacunkiem, sam pan sobie nagrabił i teraz powinien pan jakoś ugodzić się z żoną, a nie ciągle szukać z nią konfliktu. A na pana ministra Zawodnego bym się nie powoływał. Dzisiaj rano został on aresztowany za malwersacje i inne przestępstwa gospodarcze. Nie jest on więc teraz w stanie nikogo obronić ani kogokolwiek zniszczyć w obronie swoich protegowanych.
Janusz był wściekły, gdy to usłyszał. Porucznik zaś poradził mu, aby zamiast znowu się kłócić z żoną, kupił bukiet kwiatów, przyszedł do żony, przeprosił ja za wszystko, co jej zrobił i pogodził się z nią. Pyziak nie bardzo chciał słuchać tych rad, ale cóż... Postanowił tak zrobić, lecz nic to nie dało. Gabrysia nie zamierzała się nabierać na jego sztuczki. Patrzyła tylko na niego z kpią w oczach i mówiła:
- Nie licz na to, że kiedykolwiek ci wybaczę. Jeszcze dziś składam papiery o rozwód.
- Najdroższa, może jednak zechcesz dać mi kolejną szansę? W końcu wiesz... Byliśmy kiedyś tacy szczęśliwi...
- Nigdy nie byliśmy. W każdym razie, ja z tobą nie byłam. I nie, już mi nic nie mów. Po prostu idź precz i więcej mi się na oczy nie pokazuj. Zobaczymy się w sądzie, nie wcześniej.
Janusz zrozumiał, że już tutaj nie ugra, więc powiedział:
- A moje rzeczy? Muszę je stąd zabrać.
- Nie musisz. Już masz je spakowane.
Jak na zawołanie, w progu ukazała się Ida, mająca na twarzy coś na kształt mściwej satysfakcji. W dłoniach trzymała trzy pokaźne walizki, przepchnęła się tuż obok siostry i powiedziała:
- Proszę, szwagierku. To cały twój dobytek.
Po tych słowach, rzuciła je Januszowi na nogę. Janusz zawył z bólu, a Ida z miną pełną ironii, popatrzyła na niego i powiedziała szyderczo:
- Ojej, przepraszam. Nie chciałam. Boli cię nóżka?
Janusz spojrzał na nią groźnie i sapnął:
- Pożałujesz tego, gówniaro. I ty też, Kalafiorku. Może teraz wasze jest na wierzchu, ale jeszcze będziecie błagać mnie o to, żebym do was wrócił. Ja jeszcze tu wrócę. Może minister Zawodny siedzi, ale zdobędę sobie innych, lepszych oraz bardziej ustawionych przyjaciół. Pożałujecie tego, że ze mną zadarłyście.
- Ale zanim to się stanie, racz zabrać te swoje klamoty sprzed naszych drzwi i się stąd wynieść. Rozumiesz? - rzuciła złośliwie Ida.
Janusz ze złością złapał za swoje walizki i spojrzał groźnie na obie siostry. Te patrzyły na niego wesoło i zadowolone, z wyraźną satysfakcją, która doprowadzała go do szału. Musiał więc rzucić coś na odchodnym. Musiał im dociąć.
- Wiecie co? Niezłe z was jędze. Żaden facet z wami nie wytrzyma. Będziecie już do końca życia same.
- Być może, ale to już nie twoje zmartwienie - odparła złośliwie Gabrysia.
- A pewnie, już nie mój problem - powiedział ze złością i skierował swe kroki w kierunku schodów.
Jeszcze raz odwrócił się w kierunku żony i dodał:
- Żegnaj, Gabrielo. Wiesz, kiedyś nawet cię lubiłem.
- Ja ciebie nigdy - rzuciła ze złością Ida.
- Nie do ciebie mówiłem, smarkulo - warknął Janusz w jej kierunku - A co do ciebie, Gabrysiu, to bardzo mi przykro, że tak to się kończy. Ostatecznie, kiedyś mi było z tobą dobrze. I to całkiem dobrze.
- Cudownie, bo mnie z tobą nigdy - burknęła Gabrysia.
Janusz zazgrzytał zębami ze złości i powoli zszedł po schodach na dół. Jak to dobrze, że miał dokąd pójść. Jego kochanka, z którą zdradzał żonę w Australii, tak chętnie przyjęła go do siebie i liczyła na to, iż się rozwiedzie z Gabrysią i ożeni z nią. Oczywiście Pyziak nie zamierzał robić ani jednego, ani drugiego, ale w takiej sytuacji, w jakiej się znalazł, wiedział dobrze, iż musi być miły do tej głupiej cizi, bo inaczej przecież nie będzie miał gdzie mieszkać, a na to sobie pozwolić nie mógł. Póki co.
Gabrysia zaś uściskała serdecznie Idę za pomoc w sprawie z mężem, chociaż też lekko ją skarciła za to, iż podsłuchiwała jej prywatną rozmowę, ale jakoś nie umiała jej za to długo winić. Zbyt była zadowolona, aby się na kogokolwiek teraz złościć. Była radosna i szczęśliwa. Musiała się tą radością podzielić z kimś bardzo sobie bliskim. Poprosiła więc siostrę i mamę o zajęcie się Różą, a sama pobiegła na górę, do mieszkania Ogorzałków. Wskutek tego biegu, niechcący się potknęła i o mało nie wywróciła, ale nie zwróciła na to większej uwagi i pędziła jak szalona w kierunku mieszkania braci Ogorzałko. W końcu tam dotarła, po czym zapukała spokojnie i powoli, z trudem powstrzymując się przed tym, aby nie walić dziko w drzwi, choć bardzo miała na to ochotę. Tak się paliła, żeby zobaczyć ukochanego.
Otworzył jej Maciek. Spojrzał na nią zdumiony, ponieważ nigdy przedtem nie widział jej takiej rozochoconej jak teraz.
- Cześć, Maciusiu. Jest twój brat? - zapytała Gabrysia.
- A owszem, jest, ale jakiś taki... Nie w humorze - odpowiedział Maciek.
- Spokojnie. Jak mu powiem to, co mam powiedzieć, to się ucieszy.
- Oby tak było.
Po tych słowach, Maciek wpuścił ją do środka. Gabrysia wbiegła radośnie do mieszkania i oczywiście od razu skierowała swoje kroki w kierunku pokoju Piotra. Kątem oka dostrzegła, jak w salonie bawią się Kreska z Aurelią, która przyszła z wizytą do Ogorzałków, oczywiście za wiedzą swoich rodziców, którzy poszli we dwoje do kina i poprosili Piotra i Maćka, aby się nią mogli zająć na kilka godzin, jeśli to nie kłopot. Nie był to kłopot, obaj bracia chcieli, żeby Aurelia ich często odwiedzała, nawet jeśli jej rodzice mieli teraz dla niej więcej czasu.
- Dzień dobry, pani Gabrysiu - powiedziała grzecznie Aurelia.
- Dzień dobry, Aurelko - odpowiedziała jej serdecznie Gabrysia.
Nie miała jednak czasu, aby z nią rozmawiać. Weszła do pokoju Piotra. Ten siedział przy biurku i grał na gitarze. Kiedy jego ukochana stanęła w progu, nawet na nią nie spojrzał, tylko przygrywał dalej. Gabrysia uznała, że musi rzeczywiście być nie w humorze, ale mimo wszystko liczyła, iż mu go poprawi, więc rzuciła:
- Piotrusiu, posłuchaj... Mam dla ciebie wspaniałą wiadomość.
- Naprawdę? To super - burknął Piotr.
- Wiesz, chodzi o mojego męża, o tego bydlaka Janusza.
- Bydlaka? Sądziłem, że jesteście w jak najlepszej komitywie.
Gabrysia spojrzała na niego zdumiona. O co mu chodziło? Co on wygadywał?
- O czym ty mówisz?
- Nie udawaj. Przecież was widziałem. Śmialiście się tak, jakbyście oboje byli serdecznie przyjaciółmi.
Gabrysia zrozumiała już, o co mu chodzi. Westchnęła więc głęboko, gdyż już się bała, że być może Janusz narobił Piotrowi jakiś plotek na jej temat, ale skoro o to tylko chodziło, więc powiedziała:
- Ach, o tym mówisz. To nic takiego. Wyobraź sobie, że próbował mi się z tego, co zrobił tłumaczyć i chciał do mnie wrócić. Ale ja się nie zgodziłam.
- Doprawdy?
- Tak, doprawdy. Bo ja przecież nie chcę z nim być.
- Naprawdę? Sądziłem, że masz inne plany, bo tak wesoło rozmawialiście...
- Możesz skończyć temat? - zapytała Gabrysia, powoli tracąc panowanie nad sobą - Robisz się monotematyczny.
- Przykro mi, że tak to odbierasz - odpowiedział Piotr, wreszcie łaskawie na nią patrząc.
- Wreszcie się zgadzamy, bo mnie też jest przykro - odparła na to Gabrysia - A gdybyś nie był taki uparty i nieuprzejmy, to dowiedziałbyś się, że jeszcze dziś idę do sądu i składam papiery rozwodowe. Z Januszem już nic mnie nie łączy. No, może poza dzieckiem, ale to przecież nieistotne, bo Janusza nigdy Różyczka nie obchodziła. Za to sądziłam, że łączy mnie coś z tobą. Widać pomyliłam się.
Piotr wysłuchał tego ze zdumieniem i szokiem jednocześnie. A więc Gabunia, ta jego słodka Gabunia wreszcie zdecydowała się na męską decyzją i zerwała ze swoim mężem? Zamierzała zacząć nowe życie? Odcięła się od toksycznego typa i chce zacząć nowe życie? A on właśnie na nią naskoczył, gdy ta prawie wyznała mu miłość? Zrozumiał, że musi ją przeprosić. Zrozumiał to tym bardziej, że jego luba zmierzała właśnie w stronę wyjścia.
- Nie, poczekaj! Gabrysiu, posłuchaj mnie! Nie odchodź! Ja ci wytłumaczę...
- Nawet się nie trudź! - zawołała ze złością oraz rozpaczą Gabrysia i wybiegła z mieszkania.
Piotr załamał ręce, odwrócił się i zobaczył, że Maciek, Kreska i Aurelia patrzą na niego z miną pełną politowania pomieszanego z lekką złością.
- No co? - zapytał poirytowany - Co się tak gapicie?
- A czego ty tak sterczysz? Weź biegnij za nią! - zawołał Maciek.
- Powiedz, że ją kochasz - dodała Kreska.
- Poproś ją o rękę - pisnęła Aurelia.
- Cicho, smarkateria. Od kiedy dzieci będą mówić dorosłym, co mają robić? - burknął ze złością Piotr - Może dorośnijcie, zanim zaczniecie mi udzielać rad?
- Ja jestem dorosły - zauważył jego młodszy brat.
- Wiek nie jest równoznaczny z mądrością.
- Masz rację. Ty jesteś tego najlepszym przykładem.
- Młody, chcesz dostać w dziób?
- Weź za nią biegnij, bo ci ucieknie - zauważyła Kreska.
- I kup jej pierścionek - dodała Aurelia.
- Piotruś jest za skąpy na to ostatnie - zachichotał Maciek.
- Cicho być! Jeszcze mi tu waszych zasmarkanych rad brakowało! - warknął ze złością Piotr, choć dobrze wiedział, że cała trójka ma rację, to jednak duma mu nie pozwalała powiedzieć tego na głos.
- Och, masz ciężko za swoim bratem - powiedziała współczująco Kreska.
- Dopiero teraz to odkryłaś? - zapytał dowcipnie Maciek.
- Tak, bo wcześniej zawsze był miły.
- No widzisz, ty dopiero poznałaś jego prawdziwą naturę. Ja mam znacznie gorzej, bo muszę się z nim użerać od urodzenia.
- Bidulek się znalazł - burknął Piotr.
- Ale mądrzejszy od ciebie - odparł Maciek.
- I jeszcze jaki skromny.
- Być może. Ale posłuchaj mnie, braciszku. Zawsze dawałeś mi mądre rady na przyszłość i na całe życie. Teraz ja ci dam radę. Nie zmarnuj swojej szansy. Los ci daje szansę na ułożenie sobie życia z najbardziej do ciebie pasującą dziewczyną na świecie, a ty jeszcze to marnujesz?
- A nie pomyślałeś, że ja wolę być sam?
- Jeżeli tak, to czemu jesteś zły, że odeszła? Naprawdę musisz być tak dumny, żeby nie przyznać jeden jedyny raz, że popełniłeś błąd?
- Kto ci dał prawo mnie oceniać? Myślisz, że jesteś bardziej roztropny niż ja i wszyscy tu obecni?
- Tak. Jestem też bardziej inteligentny - rzucił Maciek i Kreska dała mu za to sójkę w bok.
- Zobaczymy, czy jak pożyjesz kilka lat dłużej, to dalej będziesz taki mądry.
- Dobrze, ale póki co, to w imię naszej męskiej przyjaźni, proszę cię, nie bądź głupi i napraw to, co zniszczyłeś.
- A jeśli ona nie zechce ze mną rozmawiać? - zapytał smutno Piotr.
- Jeśli nie spróbujesz, to się nie dowiesz - zauważyła Kreska.
- To co ja mam robić?
Cała trójka westchnęła głęboko, jakby rozmawiała z bardzo tępym dzieckiem, a nie dorosłym mężczyzna i zawołała chórem:
- BIEGNIJ ZA NIĄ!
Piotr szybko wybiegł z mieszkania i ruszył po schodach na dół. Widział przez okno, że Gabrysia jest na ulicy i chyba płacze, więc pobiegł tam szybko, wołając ją po imieniu.
- Gabusiu... Gabusiu, najmilsza... Zaczekaj...
- Zostaw mnie! - zawołała ze złością Gabrysia.
Po tonie jej głosu słychać było, że płakała przed chwilą. Piotr próbował jakoś ją pocieszyć, ale ta nie chciała z nim rozmawiać.
- Zostaw mnie w spokoju.
- Ale ja chcę ci wszystko wyjaśnić, wytłumaczyć...
- Ale ja nie chcę słuchać! Powiedziałeś mi już dosyć! A ja głupia sądziłam...
- Co sądziłaś?
- Że może...
- Co może?
- Że może ty i ja... Nieważne. Daj mi spokój.
Piotr próbował przez chwilę uspokoić Gabrysię, ale widząc wyraźnie, że nie daje to żadnego rezultatu, znowu stracił cierpliwość i zawołał:
- Jak można być taką upartą, nadętą zołzą?!
- Słucham? - spytała ze złością Gabrysia.
- Jesteś najbardziej upartą i złośliwą kobietą, jaką znam. Najbardziej upartą i nadętą zołzą, która nie chce mnie nawet wysłuchać...
- Dość już słuchałam...
- Która nie rozumie, że jeżeli tu jestem, to tylko dlatego, żeby powiedzieć ci coś, że jesteś strasznie ślepa...
- Dziękuję za komplement.
- I wredna i nie do wytrzymania...
- Mów dalej. Robi się coraz milej.
- Ale pomimo to jesteś też najcudowniejszą kobietą na świecie i cię kocham!
Gabrysia już miała mu znowu dociąć, gdy nagle usłyszała te piękne słowa i aż ją zamurowało. Zdumiona spojrzała na Piotra, złapała go czule za ręce i spytała:
- Co powiedziałeś?
- Że jesteś najbardziej nadętą, upartą zołzą...
- Nie, nie to! To później!
Piotr uspokoił się wreszcie, spojrzał czule jej w oczy i dodał:
- No... Że cię kocham.
Gabrysia delikatnie dotknęła jego policzka i zapytała:
- Nie mogłeś powiedzieć tego od razu?
- A nie wystarczająco ci to okazywałem?
- Dawałeś mi sprzeczne sygnały.
- Ty mi też.
- Owszem, to prawda. Dwa uparte kozły z nas, co nie?
- Nie... Z ciebie jest uparta koza, a ze mnie uparty kozioł. To co? Potrykamy się rogami? Jak koziołki poznańskie?
- Och, ty wariacie! - zawołała Gabrysia i rzuciła mu się na szyję - Kocham cię, kochanie moje.
I pocałowała go w usta, a on z rozkoszą objął ją i oddał jej pocałunek.
Wszystko to obserwowali przez okno mieszkania Maciek, Kreska i Aurelia. Ta ostatnia zaś klaskała z radości w dłonie.
- Nareszcie! - zawołała wesoło - Wreszcie ożeniłam Piotrusia i Gabrysię.
- Ty ożeniłaś? Dobre sobie - zachichotał Maciek.
- No tak - odparła nieco nadąsana Aurelia - A kto powiedział Piotrowi, żeby za nią biegł?
- My powiedzieliśmy.
- Tak, ale ja najgłośniej.
- Być może, ale proszę... Już nigdy więcej nie próbuj nikogo żenić.
- Dlaczego? Przecież tak dobrze mi poszło. Może was też ożenię?
Maciek i Kreska zaśmiali się, słysząc jej słowa i już mieli coś odpowiedzieć, gdy nagle usłyszeli dzikie krzyki dobiegające z ulicy. Szybko wyjrzeli przez okno z obawy, że być może ma miejsce jakiś pucz albo kolejne zamieszki. Maciek się wówczas przez chwilę poczuł jak bohater jakiegoś filmu. Wyobrażał już sobie, że te dwie młode damy, pozostawione pod jego opieką, musi chronić za wszelką cenę i jakoś im pomóc się wydostać z miasta.
Okazało się to jednak niepotrzebne, gdyż przyczyna krzyków była zupełnie inna. Na ulicy zebrali się bowiem ludzie, najpierw niewielka grupa, a potem ich było coraz więcej i więcej, aż w końcu zrobił się z tego spory tłum. Wszyscy też razem wiwatowali, ściskali się, całowali serdecznie i krzyczeli głośne: „Hurra”.
- Co się tu dzieje? - zapytała Aurelia.
- Nie mam pojęcia - odpowiedział Maciek.
- Może Polska została mistrzem świata w piłce nożnej? - zapytała Kreska.
Maciek spojrzał na nią ironicznie i powiedział:
- Obawiam się, że tego nawet nasze wnuki nie doczekają.
Potem wychylił się lekko przez okno i zawołał do Piotra:
- Braciszku, czego oni tak wiwatują?!
Piotr rozłożył bezradnie ręce na znak, że też nie wie, gdy nagle jeden z ludzi podbiegł do niego i uściskał go serdecznie. Wtedy poznał, iż jest to ich sąsiad, pan Gruszka, człowiek, który zawsze mu się wydawał dość wycofany.
- Panie Gruszka, co pan wyprawia? Co się tu dzieje? - zapytał Piotr.
- Nie wiesz pan? Wielka nowina! Wielka radość! - zawołał pan Gruszka.
- Co to znowu za nowina?
- Stan wojenny zniesiono! Właśnie dzisiaj! Godzinę temu! Koniec z czołgami na ulicach! Koniec z godzina policyjną! Koniec z kartkami na mięso! Wraca do nas porządek! Wraca spokój! Niech się pan cieszy, panie Piotrze! Niech się pan z nami wszystkimi cieszy!
Piotr spojrzał zdumiony na Gabrysię, która również była pełna radości, gdy tylko usłyszała te słowa, po czym oboje ponownie się uściskali i ucałowali, a zaraz potem krzyknęli do Maćka i dziewczyn, co się stało. Maciek, Kreska i Aurelia zaś powitali tę informację ogromną radością, również się uściskali i zaczęli tańczyć dziko po całym pokoju.
Tymczasem na ulicy zjawiła się też Melania z małą Różą na rękach, a wraz z nią Ida, Natalia i Patrycja, wszystkie zaciekawione, co się stało, a potem z radością dołączające do wspólnej euforii z powodu tej cudownej nowiny. W tłumie, między radosnymi ludźmi, dostrzec można było stojącego i patrzącego na to wszystko ze złością w oczach Janusza Pyziaka, który jako jedyny nie miał powodu do radości. Co prawda zmierzał w kierunku mieszkania swojej kochanki, ale perspektywa ta wcale go nie cieszyła. W głowie zaś rozważał już ewentualny powrót do Australii lub wyjazd do NRD, gdzie mógłby więcej zarobić i mógłby więcej zyskać. Nie miał powodów do radości, gdyż na właśnie zakończonym systemie politycznym mógłby zyskać bardzo wiele, a obecnie raczej nie był mile widziany przez tzw. demokratów. Ale spokojnie, jeszcze kiedyś tu wróci i oczywiście jako zwycięzca. Wróci tu, ale dopiero wtedy, gdy wszyscy zapomną o tym, że był kapusiem i tylko zyskał na stanie wojennym. Trochę czasu to zajmie, ale w końcu nadejdą jeszcze te dobre dni. Wystarczy tylko poczekać.
Nikt jednak nie zwrócił na niego uwagi. Wszyscy biegali po ulicy, śmiali się radośnie, wiwatowali i ściskali. Nagle pośród tego tłumu wynurzył się pewien pan w średnim wieku, lekko już siwawy, posiadacz niebieskich oczu, okularów mocno nałożonych na nos i delikatnie zakłopotanego wyrazu twarzy. Gabrysia pierwsza go dostrzegła i ledwie to się stało, zamurowało ją ze zdumienia, ale i radości.
- Tatuś? - szepnęła zaskoczona.
- Aniołek mój kochany - powiedział ojciec, zbliżając się do niej.
- Tatusiu? To naprawdę ty? Tatusiu!
Po tych słowach, Gabrysia rzuciła się ojcu w ramiona i uściskała go mocno, czule okrywając jego twarz pocałunkami, a także wołając do reszty:
- Mamo, Ida, Nutria, Pulpecja! Tata wrócił!
Wszystkie Borejkówny oraz ich mama z trudem usłyszały ją przez ten cały zgiełk, ale w końcu dostrzegły ją, jak również mężczyznę, którego ściskały i choć dawno już go nie widziały, teraz wszystkie bez trudu go rozpoznały i podbiegły do niego, ściskając go mocno i zachłannie, całując i obejmując. Ignacy Borejko, bo to był on, obejmował po kolei każdą ze swoich pań, całował ją delikatnie i mówił do nich kolejno czułym tonem:
- Gabrysiu, mój aniołeczku kochany. Ida, słodziutka. Jak ty radośnie dzisiaj wyglądasz.
- Ty także, tato - powiedziała do niego Ida zadziornym tonem - Ale nie bój się, humor szybko ci przejdzie, kiedy znowu zacznę się z tobą sprzeczać na temat Sienkiewicza.
Ignacy Borejko zachichotał. Rzeczywiście, on i Ida uwielbiali te swoje liczne sprzeczki na błahe tematy, a zwłaszcza na ten, czy Henryk Sienkiewicz pisał tylko dla sztuki, czy również dla pieniędzy. Ignacy uważał, że ten oto wielki pisarz swe wielkie dzieła czynił jedynie z miłości dla sztuki, jego córka zaś z czystej przekory chyba uważała, że raczej dla pieniędzy.
- Nie mogę się już tego doczekać, aż znowu się posprzeczamy, córeczko - odrzekł czule Ignacy Borejko i zaczął całować najmłodsze z córek - Natalka, moje kochanie. Jak ty wyrosłaś! Patrycjo, moja słodziutka. Tak mi brakowało twojego uśmiechu.
Potem spojrzał na żonę i uśmiechnął się do niej z miłością.
- Witaj, Melaniu. Cieszę się, że dbałaś o nasze dzieci pod moją nieobecność. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć, że nigdy mnie nie zawiedziesz.
- Witaj w domu, najdroższy - odparła Melania i uściskała go, potem czule też ucałowała i pokazała mu wnuczkę, którą Ignacy z radością przytulił do serca.
- No proszę, z pana to wielki szczęściarz - powiedział Piotr, podchodząc do niego wesoło - Błogosławiony między niewiastami.
Ignacy Borejko spojrzał na niego radośnie i od razu go poznał.
- Młody Ogorzałko. Jak widzę, bardzo zadowolony z życia. Czyżby spotkało cię wielkie szczęście, młody człowieku?
- Owszem, znalazłem właśnie pewien wyjątkowy skarb - powiedział Piotr.
Gabrysia uśmiechnęła się do niego serdecznie, zrobiła kilka kroków w jego kierunku, po czym wzięła go za rękę.
- Tak, to prawda. Jesteśmy oboje bardzo szczęśliwi.
Ignacy Borejko uśmiechnął się na ten widok, po czym dodał wesoło:
- No, teraz to mogę wreszcie odetchnąć z ulgą, że moja najstarsza córeczka jest w dobrych rękach. Nigdy nie lubiłem tego jej Juliusza.
- Janusza, tato - zauważyła Ida.
- Janusz czy Juliusz, jeden diabeł - mruknął na to Ignacy - Mało sympatyczny z niego jegomość. Nigdy nie traktował mojej Gabusi jak należy. I zawsze wyjadał mi ciastka z kredensu.
Melania radośnie zachichotała, wzięła go pod ramię i przytuliła się do niego. Pozostałe córki zrobiły podobnie, a Piotr i Gabrysia trzymali się za ręce, z radością spoglądając zarówno na ten widok, jak i na swoją przyszłość.
To wszystko zaś, z góry obserwowali Maciek, Kreska i Aurelia. Również byli tym wzruszeni, choć ta ostatnia mało rozumiała, co się wokół niej dzieje. Ale to nie miało dla niej znaczenia. Ważne było to, że wszyscy się cieszą, więc i ona była radosna i szczęśliwa.
- Kto by pomyślał? - powiedziała po chwili Kreska - Tyle zmian w tak bardzo krótkim czasie?
- Takie jest życie - odpowiedział jej Maciek - Idzie wciąż do przodu, a świat się zmienia.
- To prawda - westchnęła Kreska - No, ale kto by pomyślał, co?
- O czym? - zapytał Maciek.
- Kto by pomyślał, że obudzisz się któregoś ranka... - zaczęła dziewczyna.
- I znowu usłyszę dźwięk teleranka - dokończył wesoło jej chłopak - A całe nasze życie zacznie mi się malować w znacznie weselszych barwach.
- Tego się nikt nie spodziewał - wtrąciła mała Aurelia, która choć nie bardzo wiedziała, o co im chodzi, ale nie lubiła być pomijana w rozmowie.
- W rzeczy samej, moja droga. W rzeczy samej - powiedział Maciek, znowu spoglądając przez okno.
Poczuł, jak w jego dłoń wsuwa się dłoń Kreski i czule ją ścisnął, mówiąc:
- To wspaniałe zakończenie wielu spraw, prawda?
- Tak, ale nie do końca - odpowiedziała na to Kreska - To również wspaniały początek.
- W rzeczy samej - dodała Aurelia, naśladując ton Maćka.
Było to tak zabawne, że zakochani wybuchli gromkim śmiechem, który dość szybko zmieszał się z radosnymi krzykami na ulicy, które to oznajmiały całemu światu nie tylko zakończenie stanu wojennego, nie tylko wypuszczenie na wolność więźniów politycznych, ale również wielkie zmiany w Polsce i w życiu bohaterów, których mieliśmy okazję w tej opowieści poznać.

KONIEC

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...