wtorek, 3 sierpnia 2021

Rozdział XXXV

Rozdział XXXV

Wyjaśnione sprawy

Następnego dnia rano, profesor Dmuchawiec zaprosił braci Ogorzałko i małą Aurelię do siebie na śniadanie. Chciał z nimi omówić kilka spraw, a przy tej okazji również poznać nieco lepiej córkę Ewy Jedwabińskiej, gdyż nie miał dotąd takiej możliwości. Widział ją co prawda w szpitalu, gdy wraz z Kreską i Maćkiem go odwiedziła, parę razy też ją zobaczył na ulicy z matką, ale nigdy nie rozmawiał z nią zbyt długo, ani nie zanotował wcześniej w pamięci tego, że Aurelia jest córką jednej z jego najlepszych uczennic. Bał się, że być może oznacza to, iż z pamięcią u niego coraz gorzej. Kreska jednak była zdania, że przesadza i niepotrzebnie się doszukuje takich niepokojących rzeczy w swoim zdrowiu.
- Oj, dziadku. Daj spokój - mówiła do niego matczynym tonem - Osoba taka mądra jak ty i z taką ilością wiedzy w głowie nie może jej tak po prostu stracić.
- W tym właśnie problem, że z moją wiedzą wszystko jest w porządku. To już raczej z pamięcią o tym, co niedawno mi ktoś powiedział jest trochę gorzej - rzekł na to Dmuchawiec.
- Proszę cię... Ja też nie zawsze umiem zapamiętać to, co mi ktoś mówi, a już zwłaszcza, kiedy słyszę to tylko raz. Nie ma więc co panikować.
- Ty jesteś młoda, więc nie masz się czego obawiać. Ale ze mną nie jest tak łatwo. Muszę dużo ćwiczyć swoją pamięć. Dużo czytać, dużo słuchać radia, dużo z ludźmi rozmawiać... Lekarz uważa, że to bardzo pomaga w moim przypadku.
- Skoro tak mówi, to na pewno wie, co mówi.
- No, tego nie byłbym taki pewien. Lekarze bardzo często się mylą.
- Jak wszyscy. Ale sam mnie kiedyś uczyłeś, dziadku, że lęk przed błędami nie może nas zniechęcić do życia.
Dmuchawiec uśmiechnął się delikatnie do wnuczki i bardzo czule ją do siebie przytulił, gładząc pieszczotliwie jej włosy.
- Dobrze cię wychowałem, wnusiu. Wyrosłaś na piękną, mądrą dziewczynę. Na pewno też dobrze wychowasz swoje dzieci.
Kreska lekko się zarumieniła, słysząc wzmiankę o dzieciach. Owszem, bardzo je chciała kiedyś mieć z Maćkiem, ale wszystko w swoim czasie. Dlatego dodała:
- Wiesz, chyba za wcześnie, aby o tym mówić.
- Nie, aby mówić, to nie za wcześnie. Robić za wcześnie, ale mówić zawsze wolno. A nawet powinno się mówić. Twój ukochany powinien wiedzieć, jakie są twoje plany względem jego osoby. Może z niektórymi z nich się nie zgadza?
- Z tymi się na pewno zgodzi, dziadku.
- A skąd wiesz?
- Bo sam mi wyznał, że ma podobne plany względem mnie.
Dmuchawiec znowu się zaśmiał i delikatnie dotknął dłonią policzka wnuczki.
- Oboje jesteście naprawdę uroczą parą. Dobraną jak w korcu maku. Bardzo do siebie pasujecie. Dobrze, że jesteście razem. Jest mi to pociechą na stare lata. Obyście byli ze sobą szczęśliwi, moje kochana misiaki.
Kreska uśmiechnęła się czule do dziadka, przypominając sobie, że nieżyjąca już babcia Iwona lubiła tak mówić do niej i do Dmuchawca, co zawsze im obojgu sprawiało ogromną przyjemność. Teraz dziadek mówił tak o niej i o Maćku, w ten sposób dając jej do zrozumienia, że traktuje jej chłopaka już jak członka rodziny. Musi to przy okazji powiedzieć Maćkowi. Na pewno się ucieszy.
Rozmowę przerwało pukanie do drzwi. To przyszli z wizytą zaproszeni goście z piętra wyżej, czyli Piotr, Maciek i trzymająca się ręki tego drugiego Aurelia. Cała trójka była w wyśmienitych humorach, a zwłaszcza mała Jedwabińska, która się wyspała i miała bardzo przyjemne sny, przez co obudziła obu braci Ogorzałko w wesoły sposób, śpiewając głośno i wołając, aby już wstali, bo pora na śniadanie. Obaj nie przepadali za tego typu pobudkami, ale znieśli to wszystko z godnością, bo czego się nie robi dla swojej małej ulubienicy? Kiedy zaś mieli robić śniadanie, zadzwoniła do nich Kreska z prośbą, aby przyszli zjeść ów posiłek do nich, na co oczywiście cała trójka się zgodziła, a zwłaszcza Aurelia, która na samą myśl o tym, że może zjeść śniadanie w towarzystwie dziewczyny, skakała z radości i wręcz poganiała obu braci, aby ci się w końcu ubrali i zeszli z nią na dół, gdyż ona już chce do Kreski i dodała dowcipnie, że może Maciek będzie się znowu z Janką całował, bo ona bardzo pragnie to zobaczyć. Piotr oczywiście podłapał to i zaczął sobie stroić żarty z brata, dodając, iż sam chętnie by na to popatrzył, na co Maciek mu się odgryzł stwierdzeniem, że on z kolei chciałby zobaczyć Piotra całującego się z Gabrysią, co Aurelia także podłapała, dodając, iż Gabrysia jest bardzo ładna i na pewno chciałaby się też całować z Piotrem. Starszy Ogorzałko jednak kazał jej i Maćkowi pilnować swojego nosa, po czym zmieszał się i poszedł się przebrać, a jego młodszy brat i Aurelia przez chwilę jeszcze mieli z tego niezły ubaw.
W końcu jednak cała trójka ubrała się już do wyjścia i przyszła do mieszkania profesora Dmuchawca, który wraz ze swą wnuczką przywitał serdecznie gości i zaprosił ich do stołu. Śniadanie jeszcze nie było gotowe, ale Kreska już krzątała się w kuchni, a Maciek zaoferował jej swoją pomoc.
- Musisz ją dobrze przypilnować, chłopcze - powiedział wesoło Dmuchawiec do Maćka, zerkając przy tym na Kreskę - To bardzo dobra dziewczyna, ale jakoś w kuchni nie sprawdza się najlepiej. Musisz więc albo ją podszkolić, albo siebie, jeśli nie chcesz umrzeć z głodu.
- Spokojnie, Janka dobrze sobie radzi w kuchni. A czego nie umie, to przecież się nauczy - odpowiedział mu na to rozbawionym tonem Maciek.
- Może i tak, ale nie zaszkodzi, jak ją trochę zmotywujesz do tego, aby lepiej sobie radziła w kuchni. Przypilnuj jej, aby się nie leniła, a będzie dobrze.
- Janka nie jest leniuchem, panie profesorze.
- Żebyś się nie zdziwił, kawalerze. Żebyś się jeszcze nie zdziwił.
Kreska nie była obrażona za te żarty, bo dobrze wiedziała, że dziadek tylko sobie żartuje, gdyż ma doskonały humor i musi dać mu upust. Dlatego pokręciła jedynie lekko głową i wróciła do swoich zajęć, a Maciek ochoczo pomagał jej w tym, zaś Aurelia, widząc to, jak oboje doskonale się przy tym bawią, dołączyła do nich i już po chwili cała trójka szykowała posiłek w kuchni.
- Fajnie nam idzie, co nie? - spytała dziewczynka, gdy już osiągali postępy.
- Pewnie, a co myślałaś? - odpowiedział jej wesoło Maciek - W końcu takich dwóch, jak nas trzech, to nie ma ani jednego.
- Och, ty i te twoje mądrości - pokręciła głową z lekkim politowaniem Kreska - Ale zawsze umiesz mnie nimi rozbawić.
- Za to mnie przecież kochasz, prawda? - zapytał uroczo Maciek, przysuwając lekko twarz do twarzy swojej ukochanej.
- Zastanawiam się właśnie, czy za to również - odpowiedziała mu zadziornie Kreska i cmoknęła go w usta, co Aurelia powitała wesołymi oklaskami.
Chciała zawołać, aby jeszcze się pocałowali, ale wtem, z radia, które wesoło przygrywało całej trójce w kuchni, wydobyły się pierwsze takty uroczej piosenki Anny Jantar, a zaraz potem dołączyły do nich następujące słowa:

Zimno jak sto diabłów, leje deszcz.
Świat uderzył w płacz.
Nawet kropli słońca, bury zmierzch,
A w tym wszystkim ja.
Cały peron w swetrze z wełny chmur
Skulił się jak pies.
Wietrzy gdzieś wagonów sznur,
Zgubionych w mokrej mgle. Ho-ho!

Zawsze gdzieś czeka ktoś. Tak już jest, tak musi być.
Czy w pogodne, czy w deszczowe dni. Ho-ho!
Zawsze gdzieś czeka ktoś i by miłość mogła wejść
Trzyma dla niej wciąż otwarte drzwi.


Kreska i Maciek, którzy znali tę piosenkę, podrygiwali wesoło pod jej rytm i udawali, że śpiewają ją dla Aurelii, ta zaś była tym tak rozbawiona, że wesoło im przyklaskiwała, co zachęcało ich do dalszego występu, z tego więc powodu oboje kontynuowali szykowanie śniadania, podrygując przy tym w rytm piosenki, zaś w radiu Anna Jantar śpiewała dalej:

Zły semafor milczy, patrzy w dal.
Łowi stukot kół.
Chciałby już odpocząć, jak i ja.
Wejść pod kołdrę snu.
Gdy podniesie ramie, co tam deszcz!
Co mi chmurny cień!
Będzie to, ty przecież wiesz,
Najpogodniejszy dzień. Ho-ho!

Zawsze gdzieś czeka ktoś. Tak już jest, tak musi być.
Czy w pogodne, czy w deszczowe dni. Ho-ho!
Zawsze gdzieś czeka ktoś i by miłość mogła wejść
Trzyma dla niej wciąż otwarte drzwi.

Zawsze gdzieś czeka ktoś. Tak już jest, tak musi być.
Czy w pogodne, czy w deszczowe dni. Ho-ho!
Zawsze gdzieś czeka ktoś i by miłość mogła wejść
Trzyma dla niej wciąż otwarte drzwi.


Gdy piosenka dobiegła końca, nastąpiło jakieś wiadomości, ale Kreska już ich nie słuchała, bo wyłączyła radio i wraz ze swoimi pomocnikami nałożyła pyszne śniadanie na talerze, po czym podała je na stół z uśmiechem godnym gospodyni profesora Dmuchawca.
- Podano do stołu. Smacznego wszystkim - powiedziała serdecznie.
- Dziękujemy! - zawołali chórem wszyscy zebrani i zabrali się za posiłek.
Śniadanie było przygotowane z największą starannością, a do tego włożono w nie wiele serca, dlatego nie zdziwi nikogo na pewno stwierdzenie, iż wszystkim tu zebranym doskonale ono smakowało. Dodatkowo przy posiłku prowadzono bardzo wesołe rozmowy, w których szczególnie brylował Dmuchawiec, rozbawiając gości zabawnymi anegdotami ze swojej młodości, od których niektórych zaczęły wręcz boleć brzuchy ze śmiechu. Nikt jednak nie śmiał przeszkadzać profesorowi ani też prosić, aby przestał. Wręcz przeciwnie, chcieli ich słuchać jak najdłużej i zapewne słuchaliby ich jeszcze długo, gdyby nie rozległo się nagle ponowne pukanie do drzwi.
- Oho! Mamy kolejnych gości. Ciekawe, kto to tym razem? - spytał profesor.
- Pewnie ta stara jędza z dołu - powiedział złośliwie Maciek - Znowu przyszła powiedzieć, że przeszkadzają jej odgłosy dobrej zabawy, czyli dla niej hałas.
- Maćku, nie należy tak mówić o naszej sąsiadce - odpowiedział Piotr i dodał dość figlarnym tonem: - Ona nie jest starą jędzą, tylko starą wiedźmą. Tylko dać jej miotłę, to odleci.
Aurelia dusiła się ze śmiechu od tego żartu, a Kreska tymczasem otworzyła drzwi i zamarła zdumiona, gdy tylko zobaczyła, kto w nich stoi. A byli to państwo Jedwabińscy, oboje jacyś smutni, ale sympatyczni.
- Witaj, Janko. Jest twój dziadek? - zapytał przyjaznym tonem Eugeniusz.
- Tak, proszę pana. Jest w domu - odpowiedziała Kreska i ustąpiła im miejsca w progu - Wejdziecie państwo?
- Owszem, jeśli można - odparła równie uprzejmie Ewa.
Oboje weszli do środka i już po chwili znaleźli się w salonie, mówiąc jakże uprzejmie „Dzień dobry”. Na ich widok cała wesoła rozmowa umilkła, zaś Aurelia przerażona zadrżała, przez chwilę nawet bała się ruszyć, potem zaś podbiegła do Maćka i wspięła się na jego kolana, zrzuciła mu rączki na szyję i wtuliła swoją twarz w jego policzek. Chłopak zaś przytulił czule dziewczynkę do serca, spojrzał groźnie na Jedwabińskich i rzekł poważnym, niemalże dorosłym tonem:
- Jeżeli chce pani znowu karcić Aurelię, to nie zamierzamy tego słuchać.
- Właśnie, dość już się małej oberwało od was, a zwłaszcza od ciebie - dodał wyzywająco Piotr, patrząc złowrogo na Ewę.
Jej męża nie zaszczycił spojrzeniem nawet poprzez kąt oka. Nie czuł do tego człowieka nic poza wstrętem i pogardą, a jako człowiek z natury uczciwy nie miał zamiaru udawać, że jest inaczej. Nie chciał dawać Eugeniuszowi nadziei na to, że kiedyś obaj znowu będą przyjaciółmi, więc nie zamierzał wprowadzać go w złudne przekonanie, iż mu przebaczył.
- Ależ nam wcale nie o to chodzi - odpowiedział Eugeniusz, nie przejmując się zachowaniem Piotra.
- A co państwu chodzi? - zapytał Maciek.
Aurelia wciąż tuliła policzek do jego policzka i nie odwróciła ani razu głowy w stronę swojej matki, która powiedziała:
- Chciałam was wszystkich bardzo przeprosić za moje wczorajsze zachowanie w waszym mieszkaniu. Nie powinnam była tak się unosić i mówić te wszystkie podłe słowa.
- Przyszliśmy tutaj, bo nie zastaliśmy was w mieszkaniu i podejrzewaliśmy, że jesteście tutaj - wtrącił Eugeniusz - Jak widzę, mieliśmy rację.
- Owszem, mieliście rację - powiedział ponuro Piotr, oczywiście nie patrząc na pana Jedwabińskiego - A więc przyznajesz, moja droga, że wczoraj zachowałaś się wobec nas skandalicznie?
- Tak, przyznaję szczerze, że tak właśnie było - powiedziała ze skruchą Ewa.
- Nie nas przepraszaj, tylko Aurelię - odparł na to Piotr - To znaczy, nas też możesz. Nie zaszkodzi więc, jeśli to zrobisz, ale przede wszystkim przeproś swoją córkę.
Ewa spojrzała na Aurelię, która dalej nie umiała na nią spojrzeć, co najwyżej lekko tylko zerkała w jej kierunku, ale mimo wszystko nie była jeszcze w stanie spojrzeć jej w oczy. Pani Jedwabińska doskonale wiedziała, co jest tego przyczyną, dlatego westchnęła głęboko, czując przy tym, jak serce pęka jej z rozpaczy. Mimo to zdobyła się na odwagę i powiedziała czułym tonem:
- Córeczko... Kochanie, przepraszam cię. Przepraszam cię za to, co wczoraj ci powiedziałam. Naprawdę nie chciałam ci tego powiedzieć. I córeczko... Nie ma w tym twojej winy. Nic mnie nie usprawiedliwia i nie ty tutaj zawiniłaś, tylko ja. To ja jestem wszystkiemu winna. Ja i tylko ja.
Aurelia delikatnie zerknęła w kierunku swojej mamy, która widząc to, dalej mówiła do niej czule:
- Przepraszam cię, kochanie. Przepraszam cię za wszystko. Obiecuję, że już nigdy cię nie zawiodę. Będę najlepszą mamą na świecie. Będę się starać, będę cię kochać, będę często cię przytulać. Tylko proszę, wybacz mi.
- Wybacz mamie, córeczko. Ona więcej tego nie zrobi - wtrącił Eugeniusz - I obiecuję ci, że mama pójdzie na terapię. Obiecuję ci, więcej nie będzie krzyczeć i nie będzie już taka zła na nas. Obiecuję.
Aurelia delikatnie zeszła z kolan Maćka, który z uśmiechem lekko popchnął ją w stronę Jedwabińskich, mówiąc:
- Idź, Aurelko. Idź śmiało.
- Tak, kochanie. Idź, to twoja mama. Idź, nie bój się - dodała czule Kreska.
Dziewczynka delikatnie podeszła do swojej mamy, choć wciąż się lekko jej bała po tym, co niedawno od niej usłyszała. Gdy zbliżyła się do Ewy, ta kucnęła przy niej i bardzo mocno ją do siebie przytuliła. Ledwie to zrobiła, a poczuła, jak w jej sercu pojawia się wielka radość i poczucie szczęścia, jakiego już dawno nie czuła. Zrozumiała, jak wiele traciła przez ten czas nie umiejąc przytulić do siebie swojej córki i że musi to koniecznie nadrobić. Przytuliła ją więc mocno, a Aurelka czując, że jest bezpieczna w ramionach matki, zarzuciła jej rączki na szyję i wtuliła się bardzo mocno w jej ramię.
- Tak mi przykro, kochanie. Tak bardzo mi przykro - mówiła Ewa, robiąc przy tym łzy szczęścia z oczu - Ale obiecuję, że już nigdy więcej cię nie skrzywdzę. Już nigdy więcej nie będę na ciebie krzyczeć i zwalać na ciebie winę.
- Zobaczymy, jak dotrzymasz danego słowa - powiedział Piotr, nie bardzo jej słowom dowierzając.
Ewa spojrzała na niego ponuro, nie mając jednak do niego pretensji. Dobrze wiedziała, że zasłużyła sobie na taki przytyk, więc aby zakończyć ostatecznie ten temat, powiedziała:
- Obiecuję, że więcej nie będę się tak zachowywać. Choć na pewno nie będzie łatwo. Ale pójdę na terapię. Porozmawiałam z Eugeniuszem. Pomógł mi zrozumieć to, jak bardzo skrzywdziłam jego, Aurelię i siebie. Trzy osoby skrzywdziłam, a to wszystko tylko po to, żeby nie pozwolić sobie na zrozumienie oczywistego faktu, że mam problem i muszę sobie jakoś z nim poradzić. Mam problem, teraz to wiem. Właściwie, to zawsze to wiedziałam, ale nie rozumiałam... Nie, kogo ja oszukuję? Ja nie chciałam tego rozumieć. Przerażona perspektywą zamiany w swoją własną matkę wypierałam to z siebie tak mocno, że sama w końcu zaczęłam w to wierzyć. Wmówiłam sobie różne bajki na swój temat i uwierzyłam w ich prawdziwość. Wy jednak pomogliście mi zrozumieć, że to błąd. Wy wszyscy, a zwłaszcza mój mąż, którego nie doceniałam i czepiałam się go za byle co.
- Nie, ja też nie jestem bez winy - odpowiedział na to ponuro Eugeniusz - Ja też popełniłem poważny błąd. Widziałem od dawna, że Ewa ma problem, a mimo to nie zrobiłem nic, aby jej pomóc. Nie uratowałem jej, kiedy tego potrzebowała. Nie robiłem tego, bo kiedy wspominałem o tym za pierwszym razem, dostawała zaraz ataków złości, więc dla świętego spokoju odpuściłem. To był błąd. Teraz to wiem i więcej go nie popełnię. Oboje uciekaliśmy od problemów. Ja w pracę, Ewa w agresję wobec innych.
- Ważne, że zrozumieli swój problem i chcecie go naprawić - powiedział na to profesor Dmuchawiec - To już pierwszy krok do tego, żeby polepszyć swoje życie.
- Tak, ma pan rację - powiedziała smutno Ewa - Ale zdecydowanie nie tylko mojej córce należą się przeprosiny. Piotrze... Tobie również się one należą, bo się zachowałam po prostu żałośnie. Krzyczałam na ciebie i twoich bliskich, obraziłam was i serdecznie was teraz za to przepraszam.
- Doprawdy? - zapytał złośliwie Piotr, patrząc na kobietę spode łba - Mojego brata także?
- Tak, jego również. I jego dziewczynę też - powiedziała Ewa i spojrzała ze smutkiem w oczach na Maćka i Kreskę - Przepraszam was oboje. Naprawdę was bardzo przepraszam za wszystko, co wam powiedziałam, za wszystko, co zrobiłam i za to, że byłam taką fatalną nauczycielką.
Maciek i Kreska patrzyli uważnie na kobietę, nie wiedząc, co mają na to odpowiedzieć, w końcu jednak się odezwali i powiedzieli, że nie mają do niej żalu, ale liczą na to, iż następne lekcje z nią, już po wakacjach, będą dużo lepsze. Ewa ze swej strony obiecała im, że tak właśnie będzie i między nimi zapanowała zgoda.
Chwilę później Jedwabińscy siedzieli przy stole z profesorem, jego wnuczkę oraz braćmi Ogorzałko, rozmawiając ze sobą wesoło jak ze starymi przyjaciółmi. Jedynie Piotr był jakiś dziwnie ponury, nie prowadził z nikim rozmów, a także nie patrzył wciąż w kierunku Eugeniusza, a jeżeli już zerknął na niego, to obdarzał go wzrokiem pełnym pogardy i niechęci. Jedwabiński czuł na sobie to spojrzenie, ale nie reagował na to początkowo, jednak kiedy kolejny raz spojrzenia jego i Piotra się spotkały i znowu zobaczył w oczach ex-przyjaciela pogardę i złość, poczuł, że już dłużej tego nie wytrzyma, więc i wstał od stołu, mówiąc:
- Czy mógłbym porozmawiać z Piotrem na osobności?
- Po co? Ja ci nie mam nic do powiedzenia, a już na pewno nie tego, czego by nie mogli usłyszeć inni - odparł na to złośliwie Piotr.
- Ale ja mam ci coś do powiedzenia i wolałbym, aby to była rozmowa poufna. Pójdziesz ze mną dobrowolnie, czy mam wyciągnąć cię stąd siłą?
Piotr popatrzył na nią z uwagą na Eugeniusza, jakby się zastanawiał, czy ten człowiek, którego kiedyś tak dobrze znał, byłby w stanie to zrobić. Wreszcie wstał od stołu, westchnął głęboko i powiedział:
- Tylko kilka minut, bo nie mam ochoty więcej czasu na ciebie tracić.
- Możecie porozmawiać w moim pokoju - zaproponował Dmuchawiec.
Obaj panowie wyrazili na to zgodę i weszli do wskazanego im pomieszczenia, gdzie przeszli do meritum.
- Dobra, mów więc, czego chcesz - powiedział Piotr, krzyżując ze złością ręce na piersi.
- Posłuchaj mnie, Piotrze - zaczął mówić Eugeniusz - Chciałem ci powiedzieć na sam początek, że bardzo mnie boli twoje zachowanie. Byliśmy przecież kiedyś przyjaciółmi i jeśli chodzi o moją osobę, to nic się pod tym względem nie zmieniło i to ani przez chwilę.
- A jeżeli chodzi o mnie, to bardzo wiele się zmieniło - odparł Piotr.
- No i właśnie w tym sęk - rzucił Eugeniusz z lekką złością - Odkąd tylko się przeprowadziliśmy do Poznania i odkryliśmy, że mieszkamy blisko siebie, ani razu nas nie odwiedziłeś. Ani razu nie spędziłeś z nami czasu.
- A może nie chcę spędzać z wami czasu? Czy tak trudno to zrozumieć?
- Owszem, trudno, bo nie wiem, czym sobie na to zasłużyłem. Czym cię tak bardzo zraniłem, że zachowujesz się tak, jakbyś nie chciał mnie znać, a w twoich oczach widzę jedynie pogardę, gdy na mnie patrzysz. Dlaczego tak jest? Powiedz mi, proszę, dlaczego?
Piotr westchnął z wyraźną niechęcią, pokazując, że nie chce o tym mówić, ale też zrozumiał, że jeżeli tego nie powie, to Eugeniusz nie da mu spokoju i w końcu to z niego wyciśnie. Dlatego opuścił ręce i patrząc groźnie na swego rozmówcę, odpowiedział:
- Dlaczego? A dlatego, że sprzedałeś wszystkie nasze ideały, które mieliśmy, gdy byliśmy młodsi. Sprzedałeś się, człowieku. Sprzedałeś się złotemu cielcowi, a wszystkie swoje ideały oddałeś do lamusa.
- No tak, już rozumiem - mruknął złośliwie Eugeniusz - Piotr Ogorzałko i te jego ideały połączone z pogardą do praktycznego podejścia do życia. Tylko wiesz, mój przyjacielu, ideałami się nie najesz.
- Ach tak, oczywiście - prychnął z kpiną Piotr - A więc za perspektywę sutego brzucha sprzedałeś siebie, naszą przyjaźń i wszystkie nasze ideały.
- Łatwo ci mówić o ideałach, kiedy jesteś kawalerem i nie masz na karku ani żony, która spodziewa się twojego dziecka ani tego dziecka. Łatwo wtedy mówić o ideałach, bo jeżeli coś pójdzie nie tak, to wtedy za swoje ideały płacisz tylko ty.
Piotr przez chwilę nic na to nie odpowiedział, jakby rozważał w głowie to, co usłyszał, po czym powiedział, ale już spokojniejszym tonem:
- Jestem w stanie zrozumieć to, że dla rodziny zapisałeś się do partii. Że dla żony i córki, która miała się wtedy narodzić, porzuciłeś wszelkie ideały. Ale tego, że mnie sprzedałeś nigdy nie zrozumiem. Nie zrozumiem i ci nie wybaczę.
Eugeniusz otworzył szeroko oczy ze zdumienia, jakby Piotr właśnie oznajmił mu, że za chwilę nastąpi koniec świata. Przez chwilę nie wierzył w to, co słyszy, a kiedy zrozumiał, że Ogorzałko mówi to wszystko na poważnie, zapytał:
- Człowieku, o czym ty bredzisz? Ja ciebie sprzedałem? Niby kiedy, co?
- A wtedy w Warszawie, kiedy razem pracowaliśmy. Ktoś złożył donos na mnie, że biorę udział w produkcji ulotek propagandowych.
- Człowieku, przecież to twoja cizia cię wydawała, nie ja! Była kablem i to od samego początku. Była agentką SB, wszyscy o tym wiedzą.
- Tak, ale ty również przecież brałeś udział w tym, co ja robiłem, a z jakiegoś powodu ciebie nic za to nie spotkało. Ciebie jakoś nie wydała.
- Może dlatego, że nie byłem tak głupi, aby jej o tym gadać? A poza tym, ja wam nie pomagałem. Ja po prostu milczałem o tym, co wy robicie.
- Ale ona ciebie nie wsypała. A przecież o wszystkim wiedziałeś. Byłeś zatem współwinny. Powinieneś polecieć razem ze mną, a mimo to tak się nie stało. Jak mi to wytłumaczysz?
- A może w taki sposób, że po prostu nie mieli na mnie żadnych dowodów i tylko dlatego uniknąłem odpowiedzialności za współudział?
- Tak, ty uniknąłeś, a ja dostałem wilczy bilet na pracę w Warszawie i nawet tu, w Poznaniu z trudem udaje mi się coś złapać od czasu do czasu.
- Uważasz się za poszkodowanego? - zapytał złośliwie Eugeniusz - A przecież to mnie zawdzięczasz, że jeszcze chodzisz po wolności.
- O czym ty mówisz? - spytał zdumiony Piotr - To przecież nie twoja zasługa, że mogę być tutaj, a nie w pace.
- Człowieku, gdyby nie ja, siedziałbyś teraz w więzieniu.
- Jak to, gdyby nie ty?
- A dzięki komu uniknąłeś pierdla, co? Jak ci się wydaje?
- Dzięki kolegom. Wszyscy koledzy się za mną wstawili, a firma nie chciała ryzykować zatargu ze wszystkimi pracownicami i dlatego mi darowali.
Eugeniusz parsknął śmiechem, kiedy to usłyszał.
- Człowieku, to ja się za tobą wstawiłem. To dzięki mnie chodzisz wciąż po wolności. To dzięki mnie i temu, że wstąpiłem nieco wcześniej do partii. Dzięki temu miałem taką siłę przebicia, aby ich przekonać do zmiany zdania w twojej sprawie. To ja ich przekonałem, że jesteś nic nie wartą płotką z opozycji i nie warto tracić na ciebie cennego dla nich czasu. Nikt z twoich kolegów się za tobą nie wstawił, chociaż ci pewnie mówili, że było inaczej. Ale taką plotkę rzucono, aby uciszyć temat. Nikt się za tobą nie wstawił. Tylko ja. Tylko ja to zrobiłem. Ryzykowałem wiele, bo mogli mnie nie posłuchać, a wręcz mogli mnie zamknąć razem z tobą. Na szczęście znałem kilka osób dosyć wysoko postawionych, które poznałem w partii, dlatego wystarczyło parę telefonów i odpuścili ci. Oczywiście nie za darmo. Ceną tego był wilczy bilet dla ciebie. No, ale chyba lepsze to niż więzienie, prawda?
Piotr był w niemałym szoku, kiedy to usłyszał. Dotąd wyobrażał sobie na temat Eugeniusza wiele nieprzyjemnych rzeczy, postrzegał go jako zdrajcę i to nie tylko zdrajcę ich ideałów, ale również zdrajcę ich przyjaźni. Teraz jednak widział, jak bardzo się myli. Co prawda nie miał pewności, że Eugeniusz mówi prawdę, ale z drugiej strony, po co miałby kłamać? Po co miałby tak zabiegać o zachowanie ich przyjaźni, gdyby był zwykłym szpiclem? Przecież wiedział doskonale, że Piotr już nie zadaje się z Solidarnością i nic z niego nie wyciśnie. Interesowność zatem nie wchodziła tu w grę. Co innego szczera i prawdziwa przyjaźń.
- Naprawdę nie wiem, co ci mam powiedzieć - rzekł po chwili Piotr.
- To u ciebie bardzo nietypowe - zażartował sobie Eugeniusz
- Więc co mam zrobić?
- Może po prostu przeprosić i powiedzieć, że się pomyliłeś? Że nawet ty się czasami mylisz?
- Czasami, przyjacielu. Czasami.
Po tych słowach, Piotr uściskał Eugeniusza, a ten objął go jak brata, jak kogoś sobie bardzo bliskiego, kogo dawno chciał uściskać, czego nie miał okazji i teraz mógł to nadrobić. To było dla niego wspaniałe, podobnie jak i dla Piotra, który naraz poczuł, jakby kamień spadł mu z serca, a on sam zrozumiał, że nie wszyscy ludzie, których kiedyś znał, byli łajdakami.
- Wybacz mi, przyjacielu - powiedział zasmuconym tonem Piotr - Wybacz mi, że w ciebie zwątpiłem. I w twoją uczciwość.
- I ty mi wybacz, że bardziej nie zabiegałem o odzyskaniu twojej przyjaźni - rzekł Eugeniusz, wypuszczając go już z objęć - Ale zrozum, musiałem zapisać się do partii. Musiałem jakoś zadbać o swoją rodzinę. Ale nie jestem komunistą. Ja nie jestem oddany generałowi i tej jego klice. Po prostu chcę dbać o swoich bliskich, a wiem dobrze, że walcząc z partią tego nie zrobię. Wolę więc wieść spokojnie życie i dalekie od wszelkich wywrotowych działań. Ale nie jestem jednym z nich. Ja po prostu żyję z nimi w zgodzie, bo inaczej się nie da. Poza tym... W partii nie siedzą same świnie.
- Tak, one siedzą w kinie na seansach filmów propagandowych - rzucił Piotr.
Eugeniusz zachichotał, rozbawiony tym stwierdzeniem, z którym całkowicie się zgadzał. Stwierdzenie to, sięgające jeszcze czasów II wojny światowej, wciąż było w wielu przypadkach aktualne.
- Tak, to prawda. Ale w partii jest wielu dobrych ludzi, którzy naprawdę chcą coś zmienić na lepsze. Jeżeli będziemy zwalczać całą partię, nic na tym nie zyska ani Polska, ani my. Jeżeli jednak będziemy do nich należeć i spokojnie realizować jedną po drugiej nasze reformy, wtedy wygramy.
- Być może, ale to już nie jest moja bajka. Ja od polityki się już całkowicie odciąłem. Za dużo mnie kosztowała.
- Nie dziwię ci się. Ale w dużej mierze sam jesteś po części sobie winien.
- Jak to?
- Byłeś zbyt wielkim idealistą, mój przyjacielu. Nie widziałeś, że Solidarność przede wszystkim chciała władzy dla siebie, a nie dla narodu. Chciała ona swojego dobra, a nie dobra Polski. I obawiam się, że nadal tego chce.
- Tak, masz rację, Eugeniuszu. To wszystko prawda i teraz to widzę. I żałuję, że zobaczyłem to tak późno. Rozumiem więc, co masz na myśli. W mojej walce o ideały miałem chyba praktycznie wszystkich przeciwko sobie. Zarówno partię, jak i wodzów Solidarności, którzy nigdy nie byli takimi marzycielami jak ja. Bo tacy jak ja byli właściwie zagrożeniem dla ich działalności. Musiałem zatem tą walkę przegrać, bo miałem wszystkich przeciwko sobie. Ty się uchowałeś, ponieważ o wiele szybciej to zauważyłeś.
- I mogę teraz z tego skorzystać. Jeżeli chcesz, pogadam z kim trzeba i może uda się cofnąć ci wilczy bilet i znowu będziesz mógł normalnie pracować. Bo w końcu, przez cały ten czas, odkąd go dostałeś, nie zrobiłeś nic wywrotowego. Nie zrobiłeś nic, aby się władzy narazić. Wiodłeś bardzo życie spokojnego obywatela nie łamiącego prawa.
- Nie wiem, czy „nie łamiącym prawo”. Popełniłem raczej kilka grzeszków.
- Jak choćby?
- Jak choćby załatwiłem bratu pirackie wersje kaset VHS z filmami.
Eugeniusz myślał, że pęknie ze śmiechu, kiedy to usłyszał. Złapał się rękami za brzuch i powiedział:
- A bo to ty jeden tak robisz? Wielu partyjniaków tak robi, ja sam czasami tak robiłem. Myślisz, że partia przejmuje się czymś takim? To już sprawa dla milicji, nie dla nich.
Po tych słowach spoważniał i dodał:
- A zresztą milicja obecnie ma ważniejsze sprawy na głowie. Słyszałeś o tym nekrofilu, który działał ostatnio w Poznaniu?
- Tak, niezły z niego świrus. Ale chyba już go złapali, prawda?
- Tak, ale wciąż w jego sprawie wiele spraw jest niejasnych. Tym się teraz milicja zajmuje, nie ma zatem czasu ani także ochoty ścigać pokątnych handlarzy kasetami wideo. Zresztą, gdyby tak mieli zamykać wszystkich, którzy bawią się w tworzenie i sprzedawanie tych kaset, to by więzienia były już przepełnione. Także więc, jeżeli to jedyne twoje winy, to weź się nie przejmuj. Partia na to nie zwróci uwagi. A ty będziesz mógł wrócić do pracy.
- Wolałbym sam tego dokonać, a nie korzystać z protekcji.
Eugeniusz uśmiechnął się lekko i powiedział:
- A myślisz, że skąd masz te wszystkie fuchy, jakie dostałeś ostatnio? To ja ci je załatwiłem. Pogadałem z kim trzeba i proszę. Piotruś Ogorzałko ma pieniądze na życie.
- Więc to też byłeś ty?
- Tak, przyjacielu. Nie oczekuję, że będziesz mnie za to całować po rękach, ale odnowienie przyjaźni ze mną będzie mi wystarczającą nagrodą.
Piotr uśmiechnął się do Eugeniusza i ponownie go uściskał, po czym obaj podali sobie ostatecznie ręce na znak zgody.
- To jak? Między nami wszystko dobrze? - zapytał Jedwabiński.
- Jak najbardziej - odparł Ogorzałko.
Wrócili do salonu, gdzie właśnie Kreska puściła z adaptera płytę Anny Jantar, która właśnie śpiewała jeden ze swoich najsłynniejszych utworów:

Tak mało trzeba nam i dużo tak,
Żeby szczęśliwym być, drugiemu szczęście dać.
Wystarczy ciepło rąk, muśnięcie warg.
Wystarczy, żeby ktoś pokochał nas.
Żeby szczęśliwym być i szczęście dać,
Tak mało trzeba nam i dużo tak.

Nim wygramy własny los,
Musimy wierzyć w tyle słów,
Czy złe, czy dobre są.
Nim przyjdzie ktoś w nasz sen,
Powszedni dzień. Nie powiem mu,
Że nic, bo przecież wie.

Tak mało trzeba nam, a dużo tak,
Żeby szczęśliwym być, drugiemu szczęście dać.
Wystarczy ciepło rąk, muśnięcie warg.
Wystarczy, żeby ktoś pokochał nas.
Żeby szczęśliwym być i szczęście dać,
Tak mało trzeba nam i dużo tak.

Nie uwierzę w smutek dnia.
Uśmiechem słońca dotknę ust,
Nim świt przemieni nas.
Świat będzie śnił swój sen, powszedni dzień.
Wy w nim będziecie szli nie wiedząc, że...

Tak mało trzeba nam i dużo tak,
Żeby szczęśliwym być, drugiemu szczęście dać.
Wystarczy ciepło rąk, muśnięcie warg.
Wystarczy, żeby ktoś pokochał nas.
Żeby szczęśliwym być i szczęście dać,
Tak mało trzeba nam i dużo tak.

Tak mało trzeba nam i dużo tak,
Żeby szczęśliwym być, drugiemu szczęście dać.
Wystarczy ciepło rąk, muśnięcie warg.
Wystarczy, żeby ktoś pokochał nas.
Żeby szczęśliwym być i szczęście dać,
Tak mało trzeba nam i dużo tak.


- Wspaniała piosenka - powiedział Piotr, siadając przy stole.
- Oj tak. I zmuszająca do myślenia - dodała Ewa Jedwabińska, czule do siebie przytulając swoją córeczkę - Bo tak naprawdę do szczęścia potrzeba nam miłości. Tylko tyle i aż tyle.
- Nie każdego na nią stać - powiedział smutno Maciek - Ale każdy może ją dać, jeśli tylko chce.
- Uwierz mi, chłopcze, to nie jest takie proste. Zwłaszcza, kiedy człowieka dręczą demony przeszłości.
- Tak, ale i na nie są sposoby.
- Masz rację i zamierzam użyć tych sposobów, aby ratować swoją rodzinę.
- Kto by pomyślał, że jedna piosenka może zmusić do myślenie niż wiele naukowych książek? - zapytał wesoło Dmuchawiec - Ale co chcecie? W końcu tę piosenkę śpiewa nasza krajanka.
- Jaka krajanka? - zapytała Ewa.
- Ania Jantar, oczywiście.
- Ania była z Poznania?
- Oczywiście, nie wiedziałaś o tym?
- Proszę wybaczyć, ale miałam ostatnio inne sprawy na głowie, niż śledzenie popisów znanych gwiazd muzyki wokalnej.
- Szkoda, bo ta gwiazda była uczennicą dziadka - wtrąciła Kreska.
- Myślałem, że tylko Maryla Rodowicz - powiedział Maciek.
- Ona też, ale to wtedy, jak dziadek był nauczycielem w Warszawie. Potem się przeniósł do Poznania i miał w swojej klasie samą Anię Jantar. Oczywiście wtedy się tak nie nazywała, tylko Anna Maria Szmeterling.
- Szmeterling? Dziwne nazwisko.
- Dlatego je zmieniła, żeby zyskać sławę. Wyobrażasz to sobie, jakby tak ją zapowiadali? - spytała dowcipnie Kreska - Przed państwem Anna Szmeterling!
Wszyscy parsknęli śmiechem, a Piotr podłapał żart i powiedział:
- A wyobrażacie sobie takie coś? Przed państwem Apolonia Chałupiec!
Wszyscy znowu się zaśmiali, poza Ewą, która zapytała, o kogo teraz chodzi. Piotr wywrócił załamany oczami i powiedział:
- O Polę Negri. Ewa, naprawdę nie wiesz, kto to był?
- Wybacz, mówiłam ci, że gwiazdy mnie nie interesują.
- O matko, Aurelio, jaka matka ci się trafiła? Nauczycielka, która ma braki w edukacji - zaśmiał się żartobliwie Piotr - Eugeniuszu, musisz się porządnie za nią wziąć, aby nie przynosiła ci wstydu.
- Nie bój się, już się ja się za nią wezmę - rzekł wesoło Eugeniusz, patrząc przy tym czule na żonę.
- A ja się wezmę za ciebie - dodała zadziornie Ewa, czując przy tym, że po raz pierwszy od bardzo dawna znowu chce się jej śmiać.

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...