wtorek, 24 sierpnia 2021

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII

Coś się kończy, coś się zaczyna

Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni zawsze bawić się ludzie, którzy czują do siebie sympatię i potrafią doskonale spędzać czas w swoim własnym gronie. Szczególnie dobrze zaś bawiła się tutaj Ewcia, już nie Sopel, która czuła coś, czego od dawna już nie czuła w swoim sercu: wielką radość i chęć życia. Wydawało się jej, że nigdy tak naprawdę nie znała tego uczucia, co nie było do końca prawdą. Tak właściwie, to miała już swego czasu możliwość poznać to piękne uczucie, dawno temu, gdy została matką i czerpała pierwsze radości z tego tytułu. Niestety, z czasem pozwoliła na to, aby proza życia i wszystko złe, co z nią związane odebrało jej wiedzę o radości, jaką można czerpać ze swego istnienia i zapomniała o tym pięknym uczuciu, a do tego była przekonana o tym, iż nigdy tak naprawdę tego uczucia nie miała możliwości poznać. Teraz zaś poczuła je ponownie, przypominając sobie powoli, że kiedyś je znała, a także i to, kiedy je poznała. Bardzo w tamtej chwili żałowała, iż pozwoliła sobie na tak karygodny błąd, jak zapomnienie o tym, czym jest radość, prosta i wielka radość, którą to każdy z nas czuć może przy chociażby najdrobniejszych rzeczach. Postanowiła sobie więc w duchu, że już nigdy więcej nie pozwoli sobie na tak tragiczny w skutkach błąd.
Tymczasem zabawa trwała w najlepsze i długo nie chciała się skończyć, choć prawdę mówiąc, jakoś nikt się do tego nie palił. Wszyscy byli zadowoleni i wręcz radośni, dlatego długo jeszcze jedli, pili, śpiewali, tańczyli i bawili się tak wesoło, jak jeszcze nigdy tego nie robili. Była to zabawa, której każdy z gości tak bardzo potrzebował, a szczególnie mała Aurelia i jej mama. I to one czerpały z niej chyba największą przyjemność. Choć pozostali goście nie ustępowali im w tej kwestii, a już szczególnie uśmiechający się od ucha do ucha profesor Dmuchawiec. Był on taki szczęśliwy, że ma wokół siebie tylu radosnych ludzi. Ich szczęście stanowiło jego szczęście i zamierzał to wszystkim okazać.
W końcu jednak nastąpiła pora, aby wszyscy powrócili do swoich domów, co było chyba najsmutniejszym momentem tego przyjęcia. Państwo Jedwabińscy i ich urocza córeczka pożegnali wszystkich gości, życząc im bardzo dobrej nocy, a przy okazji poprosili, aby ich odwiedzali, ponieważ ich obecność sprawia, że stają się dużo radośniejsi. Radość wszak posiada moc podobną do wódki: potrafi ona nieźle uzależniać, chociaż od wódki ma tę przewagę, że jest dużo zdrowsza. Oczywiście goście obiecali im, że będą im składać wizyty, a szczególnie obiecali to Maciek i Kreska, którzy bardzo kochali małą Aurelię i chcieli móc dalej spędzać z nią czas najczęściej, jak to tylko będzie możliwe.
Nie było jeszcze godziny policyjnej, a właściwie, to było jeszcze do niej dość czasu, aby wszyscy mogli wrócić do domu bez żadnych konsekwencji. Nie mogli jednak zwlekać, jeśli chcieli zdążyć na czas, więc pożegnali już ostatecznie swoich jakże miłych gospodarzy i ruszyli wszyscy w swoją stronę, do kamienicy na ulicy Roosevelta 5 i jeszcze innych miejsc.
Po dotarciu na miejsce, Piotr po cichu szepnął coś Maćkowi, ten zaś zaśmiał się delikatnie, a potem szepnął to samo na ucho Kresce, która zrobiła wymowną, ale też i zabawną minę, po czym powiedziała:
- Dziadku, czy Maciek może dzisiaj u nas spać? Jego starszy brat ma na tę noc jakieś swoje sprawy i obawiam się, że Maciek mógłby nie zasnąć przez to.
Dmuchawiec, który łatwo pojął, o co tutaj chodzi, uśmiechnął się delikatnie i odparł na to:
- Ależ oczywiście. Młody Ogorzałko zawsze jest tu mile widziany.
- To dobrze, bo będę dzisiaj w nocy bardzo zajęty i obawiam się, że mógłbym nieco przeszkadzać mojemu młodszemu bratu - dodał Piotr.
Po tych słowach, ujął pod rękę Gabrysię, która chyba nie do końca zrozumiała jego słowa i zaczęła się dopytywać, o co też może mu chodzić i jaką to ma pilną do załatwienia sprawę, ale on rzekł jej, że wszystkiego dowie się na miejscu i poszedł z nią na górę. Dmuchawiec zaś zabrał wnuczkę i jej chłopaka do siebie, gdzie cała wesoła trójka spędziła jeszcze trochę czasu, zjadając lekką kolację, a potem jeszcze profesor wziął gitarę, usiadł przy stoliku z młodymi i zaczął na niej grać.
- Przed snem najlepiej sobie pośpiewać. Wtedy milej się śpi - powiedział.
Już chwilę później, Dmuchawiec grał na gitarze i śpiewał wraz z młodymi bardzo wesołą piosenkę, która pamiętała jeszcze czasy Filaretów i Filomatów.

Precz, precz od nas smutek wszelki!
Zapal fajki, staw butelki.
Niech wesoło z przyjaciółmi
Słodki płynie czas.
Niech wesoło z przyjaciółmi
Słodki płynie czas.

Pijmy zdrowie Mickiewicz.
On nam słodkich chwil użycza.
Wszelkie troski koi boski
Jego lutni dźwięk.
Wszelkie troski koi boski
Jego lutni dźwięk.
Wszelkie troski koi boski
Jego lutni dźwięk.

Po tym małym popisie wokalnym, Dmuchawiec poszedł spać, życząc Kresce i Maćkowi dobrej nocy. Młodzi zaś lekko posprzątali po kolacji, potem zaś poszli do pokoju Kreski, w którym posłuchali nieco radia, a potem, upewniwszy się, że profesor już dawno śpi, zadowoleni poddali się najcudowniejszym pieszczotom, jakim mogli poddawać się tylko szczerze zakochani w sobie młodzi ludzie. Jakoś nie umieli sobie tego odmówić, zwłaszcza po tym, jak już poznali tego smak, który bardzo uzależniał i sprawiał, że oboje chcieli go znowu czuć i znowu i znowu. Tak, to było silniejsze od nich, ale ani przez chwilę nie żałowali. Bo czyż istnieje na tym lub innym świecie piękniejszy i słodszy zarazem sposób na to, żeby okazać ukochanej osobie swoją miłość? Chyba nie.
Po wszystkim, oboje ułożyli się wygodnie na łóżku, a Kreska przytulała się bardzo mocno do Maćka, trzymając głowę na jego ramieniu, a palcami pieszcząc włosy na jego torsie. Maciek bowiem, podobnie jak Piotr, posiadał na tej części swego ciała lekkie owłosienie, choć nie było ono na tyle mocne, co u jego brata. Kreska musiała przyznać, że te włosy na torsie sprawiały jej dużą przyjemność i miło było je gładzić. Zastanawiało ją, co teraz robią Gabrysia i Piotr, choć przecież doskonale się tego domyślała. Ciekawiło ją, czy Piotr też ma takie włosy na torsie i czy Gabrysia też czule je teraz pieści, przytulona ze swoim lubym w miłosnym uścisku. Szybko się jednak skarciła za te myśli. Przecież nie była to jej sprawa i nie powinna nawet w myślach zadawać sobie takich pytań. W końcu intymne relacje Piotra i Gabrysi nie były ani jej, ani Maćka sprawą. Choć miło by było wiedzieć, że oboje też stworzą taką szczęśliwą parę, jak ona i jej ukochany.
- Mój duży miś... Mój słodki miś tuliś - szeptała czule dziewczyna.
Znajdowała rozkosz, leżąc naga w ramionach swego ukochanego. Czułych, jak też i silnych ramionach. Marzyła zawsze o czymś takim, odkąd tylko czytała o tym w ładnych powieściach i miała możliwość zobaczyć to w jakimś filmie. Teraz mogła spełnić to marzenie. Cieszyło ją, że Maciek miał podobne marzenia i także czerpał ogromną przyjemność z tego, iż mógł ją do siebie przytulać, zwłaszcza w takiej sytuacji jak ta.
- Moja kruszynka - odpowiedział jej czułym głosem Maciek, dotykając czule i delikatnie opuszkami palców jej włosów i nagich pleców.
Czuł się teraz jak w niebie. Uwielbiał trzymać w objęciach Kreskę, zwłaszcza wtedy, kiedy była naga i jej ciało przylegało do jego. Było dla niego takie miękkie, takie młode i słodkie, jędrne i ciepłe. Zastanawiało go, czy jego starszy brat też nie marnuje czasu i spędza teraz upojne chwile z Gabrysią. Nie wiedział, że Kreska myśli dokładnie o tym samym. Ale podobnie jak ona, on również skarcił w końcu sam siebie za takie myśli, z którym wyrwało go głośne ziewanie ukochanie.
- Spać mi się chce. To co, Maciusiu? Idziemy spać? - zapytała słodko.
- Tak, chyba już pora - odpowiedział jej czule chłopak.
Następnie naciągnęli na siebie majtki, gdyż tak lepiej było im spać, bardziej higienicznie i przyjemnie (tak przynajmniej mówiła Gabrysia, kiedy rozmawiała z Kreską na tematy „między nami, kobietami”) i położyli się oboje na lewym boku: Kreska przodem, a Maciek za nią, czule ją obejmując.
- Dobranoc, Janeczko - szepnął czule młody Ogorzałko.
- Dobranoc, Maciusiu - odpowiedziała mu Kreska.
Chłopak wzruszony, pocałował delikatnie jej prawe ramię i szepnął:
- Kocham cię.
- Kocham cię - odpowiedziała mu szeptem Kreska.
Chwilę później oboje zasnęli, nie wiedząc, że podobna sytuacja ma miejsce na górze, u Piotra Ogorzałki, który w łóżku oddawał się przyjemnościom, jakich mógł tylko zaznać u boku swojej ukochanej Gabrysi. Z tą tylko różnicą, że starszy brat Maćka nie miał w sobie dość odwagi, aby wyznać ukochanej, co do niej czuje. Już przez chwilę pragnął tego zrobić, ale znowu powstrzymał się.
- Nie, jeszcze nie czas na to - powiedział sam do siebie w myślach - Jeszcze nie ma rozwodu z Januszem. I nie wiadomo, czy zechce go kiedykolwiek wziąć. Bo w sumie, nigdy mi tego nie obiecywała.
Spojrzał na Gabrysię, która już spała, wtulona w jego ramię zachłannie i tak słodko oddychając przez sen.
- Kocham cię, Gabrysiu - powiedział czule szeptem do ukochanej, delikatnie gładząc palcem jej plecy - Ale nie mogę ci tego powiedzieć. Jeszcze nie teraz. To nie jest jeszcze na to odpowiedni czas. Najpierw ureguluj swoje sprawy. Ja również muszę poukładać co nieco w moim życiu. Poza tym nie wiem, czy mogę dać ci to, o czym tak marzysz. Obawiam się, że nie. Nigdy nie będę takim mężczyzną, jakim zawsze chciałem być. Nie powiem ci więc ani słowa o mojej miłości. Wystarczy, że ja jestem na tym świecie nieszczęśliwy. Nie chcę cię w to wciągać.
Po tych słowach, pocałował ja w czoło, ułożył się na wznak i zasnął. W głębi serca zaś poczuł, że niesamowicie zazdrości Maćkowi, który mimo swoich wad, miał też jedną, pożyteczną zaletę. Był odważny. Umiał wprost powiedzieć swojej ukochanej, co do niej czuje. Pewnie teraz oboje robią coś pośród gwiazd albo też śpią słodko, przytuleni do siebie, wiedząc doskonale o tym, co też jedno czuje do drugiego i nie robiąc z tego tematu tabu. Jak on im tego zazdrościł. Ale cóż... On był już starszy od nich, bardziej ostrożny i niepewny swojej przyszłości. Zaś oni byli odważni i pełni ciekawych planów na przyszłość, co zresztą wydawało mu się jak najbardziej słuszne. W końcu, to przywilej młodzieży: brawura, odwaga i wiara w siebie oraz swoje siły. Co w tym dziwnego, że Maciek posiada te cechy, a Piotr już dawno z nich wyrósł?
Noc upłynęła obu braciom Ogorzałko bardzo przyjemnie. Poranek jednak już wyglądał nieco inaczej. Maciek bowiem obudził się u boku swojej ukochanej, zaś Piotr chociaż też to zrobił, to nie nacieszył się nią długo, ponieważ dziewczyna dość szybko zerwała się z łóżka i zaczęła nakładać na siebie ubranie.
- Muszę lecieć do siebie. Małą trzeba nakarmić. Mama i siostry obiecały się nią zająć pod moją nieobecność, ale przecież nie mogę wszystkiego zwalać na nie. Chyba sam rozumiesz.
Piotr oczywiście wszystko doskonale rozumiał, gdyż dawno miał już za sobą ten wiek, że smutek i niechęć rozstawania się z ukochaną sprawiały, że mógłby się o to łatwo obrazić. Kiedyś być może tak by postąpił, ale obecnie już dawno z tego wyrósł, więc rozumiał i nawet gdyby Gabrysia nie wyjaśniłaby mu tego, to i tak by to pojął i nie robiłby z tego problemu. Jedno tylko go smuciło i napawało lekkim niepokojem. Co z nią i z nim? Czy Janusz już ostatecznie zniknął z ich życia? Czy może wciąż będzie stał im na drodze? Dręczyło go to zbyt mocno, aby mógł to przemilczeć, dlatego zapytał:
- A co z nami? Co z Januszem? Czy rozwiedziesz się z nim?
- Oczywiście, to chyba jasne - odpowiedziała mu Gabrysia, siadając na łóżku tuż przy nim - Zapniesz mi sukienkę?
Piotr uśmiechnął się i spełnił jej życzenie, dodając przy tym dowcipnie, że zawsze bardzo chętnie będzie to robił, jednak zdecydowanie woli ją rozbierać niż ubierać. Gabrysia parsknęła śmiechem, odwróciła się do niego przodem, po czym rzekła dowcipnie:
- Jakoś wcale nie jestem zaskoczona.
Po tych słowach, pocałowała go delikatnie w usta i powiedziała:
- Wpadnę do ciebie później.
- A co będzie z nami? - zapytał Piotr - Bo wiesz, skoro odejdziesz od męża, to może...
- Porozmawiamy później. Muszę lecieć, obiecałam wrócić na rano. Chociaż nie mam już obowiązków żony, to mam wciąż obowiązki matki i myślę, że jeszcze długo będę je mieć. Trzymaj się, Piotrusiu.
Pomachała mu lekko palcami na pożegnanie i wyszła. Piotr natomiast bardzo głęboko westchnął i powiedział sam do siebie:
- Porozmawiamy później... O ile to później kiedykolwiek nadejdzie, bo znając ciebie, to i takie coś jest możliwe.
Tak wyglądał poranek starszego z braci Ogorzałko. Młodszy z kolei przeżył go w o wiele przyjemniejszy sposób, gdyż obudził się, zobaczył słodko śpiącą u swego boku Kreskę, po czym wzruszony pocałował z miłością jej ramię i szepnął:
- Kocham cię.
- Wiem, ja ciebie też kocham. Ale daj mi spać - odpowiedziała mu słodkim, choć też nieco zaspanym głosem dziewczyna.
- Nie wyspałaś się jeszcze?
- A dziwisz się? Siedzieliśmy do późna, potem jeszcze nasze słodkie figle do jeszcze bardziej późnej nocy i ty jesteś zdziwiony, że chcę jeszcze pospać?
- Tak, bo ja jestem jakoś wyspany.
Kreska odwróciła się do niego przodem i powiedziała żartobliwie:
- A to akurat mnie dziwi. Jak ty niby możesz po czymś takim być wyspany o tej porze?
- Bo działasz na mnie tak cudownie, że trudno się przy tobie nie wyspać.
Kreska zachichotała i pocałowała go czule w usta, a potem powiedziała:
- Też jesteś cudowny, ale daj mi nieco pospać. Jeszcze wcześnie.
Po tych słowach, wtuliła się czule w tors swego ukochanego i zasnęła, Maciek zaś powoli też zamknął oczy i na pewien czas ponownie zasnął. Leżeli tak jeszcze jakiś czas, aż w końcu Kreska się obudziła i pocałowała Maćka w usta, po czym lekko się podniosła i usiadła w samych majteczkach białej barwy na łóżku, wzięła do ręki okulary, nałożyła je sobie na nos, po czym zerknęła w stojące na nocnej szafce lusterko.
- O matko! Ale mam szopę na głowie! - zawołała zaszokowana.
- Niby gdzie? - spytał Maciek, który już się obudził i usiadł na łóżku.
- Na głowie. Nie widzisz?
Pokazała mu swoją fryzurę. Rzeczywiście, kilkanaście kosmyków tak jakby się jej rozeszło na wszystkie strony, ale dla Maćka nie była to jakaś straszna rzecz.
- Mnie tam się podobasz. Jesteś śliczna - powiedział.
- Śliczna, jasne - parsknęła śmiechem Kreska - Pewnie dlatego, że mam tylko majtki na sobie. A na głowie mam szopę! Wyglądam jak strach na wróble, jak mi to nieraz mówi dziadek.
- Ale taki kochany straszek na wróbelki. Kochany.
- Tak też mi mówi dziadek. Czy wy dwaj się zmówiliście, czy co?
- Nie, ja tylko mówię szczerą prawdę.
Kreska zachichotała i pocałowała go ponownie, po czym powiedziała:
- Zrobię nam śniadanie. Poczekasz?
- Mogę ci pomóc.
- Nie, sama to zrobię. Ty jesteś moim gościem i chcę cię rozpieszczać. Tylko najpierw poprawię sobie włosy.
- Mnie taka się bardziej podobasz, Janeczko. Taka naturalna, piękna, słodka...
- Prawie naga.
- Tak, to też.
Kreska uśmiechnęła się, czesząc sobie przed lusterkiem włosy.
- Wiesz co? Ty to naprawdę jesteś bratem Piotra.
- Bo obaj jesteśmy uroczy, przystojni i dobrzy... Wiesz w czym?
- Nie. Obaj lubicie piękne widoki i bywacie irytujący.
- Ale trudno nas nie kochać, prawda?
- Owszem, skromnisiu. Owszem.
Po tych słowach, Kreska doprowadziła jakoś swoje włosy do jakiego takiego porządku, wstała i nałożyła szlafrok na siebie, mówiąc:
- Poczekaj, Maciusiu. Zrobię nam śniadanie.
- A jak będziesz u mnie, to też będziesz robić mi śniadanie?
- Nie... Wtedy ty będziesz robić je mnie.
- Aha... To uczciwy układ.
Kreska wyszła do kuchni i wróciła już po paru minutach z talerzem pełnym kanapek. Gdy to zrobiła, zdjęła szlafrok, wsunęła się do łóżka obok Maćka i lekko się do niego przytuliła.
- Zawsze chciałam tak zjeść śniadanie - powiedziała.
- Przyznam ci się, że ja również - odparł czule Maciek.
Oboje zjedli posiłek, potem dość niechętnie wstali, czy też może raczej oboje jakoś wygrzebali się z łóżka i ubrali się, po czym wyszli z pokoju Kreski i poszli do salonu. Zastali tam Dmuchawca, który właśnie jadł swoje śniadanie.
- Witajcie, moje kochane misiaki. Czy dobrze wam się spało? - zapytał oboje bardzo życzliwym tonem.
- Nawet bardzo dobrze - odpowiedział w ich imieniu Maciek - Chyba jeszcze nigdy nam się tak przyjemnie nie spało jak teraz.
- Tak, ale za to ja miałam niezłą szopę na głowie i musiałam się porządnie uczesać - powiedziała Kreska do dziadka - Ale Maciek uważa, że wyglądam wtedy bardzo ładnie.
- Słuchaj się go, to jest bardzo mądry chłopak - stwierdził wesoło profesor.
- Wiele razy już jej to powtarzałem - zażartował sobie Maciek.
- Jaki skromniś - prychnęła zadziornie Kreska - Żebym wiedziała, że jesteś taki zarozumiały, to zastanowiłabym się sto razy, zanim się zgodziłam zostać twoją dziewczyną.
- To dobrze więc, że nie wiedziałaś i nie miałaś wątpliwości.
Kreska westchnęła delikatnie i spytała:
- Och, Maciusiu... Co ja w tobie widziałam?
Następnie zaśpiewała wesoło słowa jednej z piosenek Anny Jantar:

Co ja w tobie widziałam?
Po co mi taki ktoś?
Co ja w tobie widziałam?
Oczy, usta czy nos?

Maciek podłapał zabawę i odśpiewał jej:

Czasem spotka się kogoś.
Po wie słowo, a ty...

Kreska zachichotała i dokończyła:

Zamiast chodzić swą drogą,
Wolisz zostać z nim.

Dmuchawiec parsknął wraz z nimi gromkim śmiechem, mówiąc:
- Och, moje kochane misiaki. Moje dzieciaki złote. Dzięki wam w tym domu jest ciągle wesoło.
Nie wszystkim jednak dzisiaj było wesoło. Piotr Ogorzałko nie mógł tego o sobie powiedzieć, kiedy bowiem schodził na dół, aby sprawdzić, czy nie ma może jakiś listów do niego lub Maćka, zobaczył otwarte drzwi mieszkania Borejków, a w nich stojącą Gabrysię, która śmieje się z czegoś do rozpuku, a naprzeciwko niej stoi Janusz Pyziak, uśmiechnięty i zadowolony, z bukietem kwiatów w dłoni. Piotr poczuł, że serce mu wówczas zmroziło z rozpaczy. A więc tak ona zamierza wziąć rozwód z mężem? Śmiejąc się i żartując z nim, jakby nigdy nic? Poza tym, skoro tak wesoło się jej z nim rozmawia, to na pewno znowu sobie zamierza z nim jakoś życie ułożyć. W końcu, nie śmieje się i nie żartuje z kimś, kogo się nie darzy jakąś większą sympatią. Czyli to oznaczało, że kobieta chce nawiązać jakieś pozytywne relacje ze swoim jeszcze mężem. Tak pomyślał starszy Ogorzałko, a ponieważ nie chciał patrzeć na coś tak dla niego przerażającego, zawrócił szybko do siebie, w głowie mając tylko liczne złe myśli na temat ukochanej.
Gdyby jednak został na schodach dłużej i przysłuchałby się uważnie całej tej rozmowie, z pewnością usłyszałby coś, co by go uspokoiło. I zrozumiałby, o co tu chodzi. Abyśmy jednak my mogli to zrozumieć, musimy cofnąć się w czasie o parę minut, kiedy cała ta tajemnicza sytuacja miała swój początek.
Gabrysia właśnie bawiła się z córeczką, która to słodko chichotała, widząc jej miny, kiedy nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Kobieta podała więc dziecko matce, a potem poszła otworzyć i sprawdzić, kogo też sprowadza los o tej porze. Myślała, że to może Piotr, jednak to był ktoś zgoła inny: Janusz Pyziak. Stał on w progu z głupkowatą miną, a w dłoniach trzymał bukiet kwiatów.
- Witaj, kochanie. Przyniosłem ci coś.
To mówiąc, podsunął jej bukiet róż owiniętych w biały papier.
Gabrysia spojrzała na niego z kpiną w oczach i spytała:
- Ciekawe. Dziwi mnie, że nie kupiłeś kalafiora.
- Kalafiora? Jakiego kala...?
Wtem zrozumiał, o co jej chodzi. O to głupie przezwisko, które nadał jej w czasach szkolnych. Uśmiechnął się zwariowane i powiedział:
- Och, najdroższa. Zawsze doceniałem twoje poczucie humoru. Było zawsze bardzo piękne. Do tego ten słodki śmiech. Jest taki rozkoszny i aż przyjemnie się go słyszy.
- Tanie komplementy dla tanich panienek. Zachowaj je sobie dla tych swoich australijskich zdobyczy, bo na mnie to nie działa.
Janusz nie tracił jednak rezonu. W końcu nie po to tutaj przyszedł, aby się tak łatwo poddawać, dlatego powiedział, nie tracąc pogody ducha:
- Och, najmilsza. Słodka Gabrysiu... Chyba nie chcesz mi wypominać jednej chwili słabości całe moje życie.
- Jednej chwili słabości? JEDNEJ? - Gabrysia zaczęła się głośno śmiać - Ha ha ha! A to dobre! Ale z ciebie dowcipniś! Naprawdę strasznie mnie rozbawiłeś, wiesz? Jak jeszcze nigdy dotąd.
- Tak, dowcipny jestem, prawda? - zapytał wesoło Janusz.
Oboje rechotali tak przez chwilę i to właśnie w tej chwili nadszedł Piotr. Gdy tylko zobaczył małżonków rozbawionych, poczuł złość i zawód, a potem zawrócił do siebie, o czym jednak już wiemy. Gdyby jednak został chociaż chwilę dłużej, zobaczyłby, że Gabrysia szybko poważniejsze i rzuca ze złością:
- Zamknij się już lepiej, człowieku. Myślisz sobie, że przyjdziesz tu, dasz mi ten durny wiecheć, rzucisz parę żartów i wszystko będzie dobrze, tak?
- No... Tak... A co, nie? - spytał z głupia frant Janusz.
Sądził, że ponownie rozbawi Gabrysię i w ten sposób poprawi jej humor do tego stopnia, iż może zechce ona z nim rozmawiać. Tak się jednak nie stało. Jego żona, jeszcze żona, patrzyła na niego groźnie i powiedziała:
- Jesteś jeszcze bardziej żałosny niż myślałam.
- Czy mogę wejść? Po co rozmawiać na korytarzu?
- Nie, nie możesz tu wejść - powiedziała stanowczo Gabrysia - Nigdy więcej nie przekroczysz już progu tego mieszkania. Nie za to, co zrobiłeś naszej rodzinie.
- A co ja niby takiego zrobiłem?
Gabrysia spojrzała na męża ze wściekłością. On śmiał jeszcze o to pytać? Po tym, jak jej bezczelnie się przyznał do donosu na jej ojca, do zdrady i do tego, że chce robić karierę nawet kosztem ich małżeństwa? Po tym wszystkim ośmielał się pytać ją, co on takiego zrobił?
- Ty naprawdę mnie o to pytasz? Januszu Pyziaku, kpisz czy o drogę pytasz?
- No dobrze, może trochę narozrabiałem...
Gabrysia znowu wybuchła gromkim śmiechem, ale tym razem kpiąco.
- Trochę narozrabiałeś? Nie, mężusiu. Narozrabianie było wtedy, kiedy mnie urządziłeś tak, że zostałam matką szybciej niż planowałam. To było narozrabianie. To, co ty zrobiłeś teraz, było po prostu podłe. Doniosłeś na mojego ojca i państwa Ogorzałko, wyjechałeś i zostawiłeś mnie samą, zdradzałeś mnie i chciałeś robić sobie karierę naszym kosztem. To jest twoim zdaniem narozrabianie?
- Wiem o tym i uwierz mi, strasznie się tego wstydzę, najdroższa. Mówię ci to zupełnie poważnie. Wstyd mi za to.
Janusz oczywiście wcale nie wstydził się tego, co zrobił. Niczego ani trochę nie żałował. Żal mu było jedynie tego, iż już nie miał w garści tej swojej wrednej żoneczki. Poszedł przecież na milicję, aby złożyć donos na nią i na jej gacha, lecz jakiś tam porucznik, chyba o nazwisko Borewicz lub Borowicz, powiedział mu, że mają ważniejsze sprawy na głowie, niż godzenie zwaśnionych małżonków. A poza tym wziął go w taki krzyżowy ogień pytań, że w końcu Janusz wygadał się, jak to było naprawdę z tym jego upadkiem ze schodów i pobiciem przez Ogorzałkę. Pan porucznik stwierdził, że co jak co, ale Janusz sam jest sobie winien, skoro zdradzał żonę w Australii, to nie powinien wymagać od niej wierności. Poza tym, czego on oczekiwał? Zaatakował Piotra Ogorzałkę w jego własnym mieszkaniu, więc co? W jego mniemaniu pan Piotr grzecznie powinien pozwolić się pobić? Zwłaszcza po tym, co mu powiedział Pyziak? Janusz wściekł się, słuchając tej oto głupiej gadki, więc postanowił nieco nastraszyć tego mądralę, więc zaczął mówić, że należy do partii i jego przyjacielem jest pan minister Zawodny. To pierwsze było kłamstwem, gdyż do partii jeszcze nie wstąpił, a to drugie mocno wyolbrzymioną prawdą. Ale pan porucznik zlekceważył to, a nawet stwierdził:
- Ma pan na koncie poważniejsze błędy, więc i te pomińmy milczeniem.
Janusz ze złością wpatrywał się w tego podłego człowieka, który ośmielał się z niego kpić i zaczął domagać się spisania protokołu itd. Porucznik jednak z lekką złością, ale wciąż zachowując stoicki spokój, odparł:
- Proszę pana, niedawno złapaliśmy tego świra nekrofila, który zabił tu kilka osób i sprofanował sporo grobów. Musimy dowiedzieć się, ile jest naprawdę jego ofiar oraz jaki to ma związek z kilkoma zabójstwami w Warszawie. Więc teraz się tym zajmujemy i nie mamy czasu na to, aby mieszać się w prywatne sprawy męża i żony. Dodatkowo odnoszę wrażenie, że... Z całym do pana szacunkiem, sam pan sobie nagrabił i teraz powinien pan jakoś ugodzić się z żoną, a nie ciągle szukać z nią konfliktu. A na pana ministra Zawodnego bym się nie powoływał. Dzisiaj rano został on aresztowany za malwersacje i inne przestępstwa gospodarcze. Nie jest on więc teraz w stanie nikogo obronić ani kogokolwiek zniszczyć w obronie swoich protegowanych.
Janusz był wściekły, gdy to usłyszał. Porucznik zaś poradził mu, aby zamiast znowu się kłócić z żoną, kupił bukiet kwiatów, przyszedł do żony, przeprosił ja za wszystko, co jej zrobił i pogodził się z nią. Pyziak nie bardzo chciał słuchać tych rad, ale cóż... Postanowił tak zrobić, lecz nic to nie dało. Gabrysia nie zamierzała się nabierać na jego sztuczki. Patrzyła tylko na niego z kpią w oczach i mówiła:
- Nie licz na to, że kiedykolwiek ci wybaczę. Jeszcze dziś składam papiery o rozwód.
- Najdroższa, może jednak zechcesz dać mi kolejną szansę? W końcu wiesz... Byliśmy kiedyś tacy szczęśliwi...
- Nigdy nie byliśmy. W każdym razie, ja z tobą nie byłam. I nie, już mi nic nie mów. Po prostu idź precz i więcej mi się na oczy nie pokazuj. Zobaczymy się w sądzie, nie wcześniej.
Janusz zrozumiał, że już tutaj nie ugra, więc powiedział:
- A moje rzeczy? Muszę je stąd zabrać.
- Nie musisz. Już masz je spakowane.
Jak na zawołanie, w progu ukazała się Ida, mająca na twarzy coś na kształt mściwej satysfakcji. W dłoniach trzymała trzy pokaźne walizki, przepchnęła się tuż obok siostry i powiedziała:
- Proszę, szwagierku. To cały twój dobytek.
Po tych słowach, rzuciła je Januszowi na nogę. Janusz zawył z bólu, a Ida z miną pełną ironii, popatrzyła na niego i powiedziała szyderczo:
- Ojej, przepraszam. Nie chciałam. Boli cię nóżka?
Janusz spojrzał na nią groźnie i sapnął:
- Pożałujesz tego, gówniaro. I ty też, Kalafiorku. Może teraz wasze jest na wierzchu, ale jeszcze będziecie błagać mnie o to, żebym do was wrócił. Ja jeszcze tu wrócę. Może minister Zawodny siedzi, ale zdobędę sobie innych, lepszych oraz bardziej ustawionych przyjaciół. Pożałujecie tego, że ze mną zadarłyście.
- Ale zanim to się stanie, racz zabrać te swoje klamoty sprzed naszych drzwi i się stąd wynieść. Rozumiesz? - rzuciła złośliwie Ida.
Janusz ze złością złapał za swoje walizki i spojrzał groźnie na obie siostry. Te patrzyły na niego wesoło i zadowolone, z wyraźną satysfakcją, która doprowadzała go do szału. Musiał więc rzucić coś na odchodnym. Musiał im dociąć.
- Wiecie co? Niezłe z was jędze. Żaden facet z wami nie wytrzyma. Będziecie już do końca życia same.
- Być może, ale to już nie twoje zmartwienie - odparła złośliwie Gabrysia.
- A pewnie, już nie mój problem - powiedział ze złością i skierował swe kroki w kierunku schodów.
Jeszcze raz odwrócił się w kierunku żony i dodał:
- Żegnaj, Gabrielo. Wiesz, kiedyś nawet cię lubiłem.
- Ja ciebie nigdy - rzuciła ze złością Ida.
- Nie do ciebie mówiłem, smarkulo - warknął Janusz w jej kierunku - A co do ciebie, Gabrysiu, to bardzo mi przykro, że tak to się kończy. Ostatecznie, kiedyś mi było z tobą dobrze. I to całkiem dobrze.
- Cudownie, bo mnie z tobą nigdy - burknęła Gabrysia.
Janusz zazgrzytał zębami ze złości i powoli zszedł po schodach na dół. Jak to dobrze, że miał dokąd pójść. Jego kochanka, z którą zdradzał żonę w Australii, tak chętnie przyjęła go do siebie i liczyła na to, iż się rozwiedzie z Gabrysią i ożeni z nią. Oczywiście Pyziak nie zamierzał robić ani jednego, ani drugiego, ale w takiej sytuacji, w jakiej się znalazł, wiedział dobrze, iż musi być miły do tej głupiej cizi, bo inaczej przecież nie będzie miał gdzie mieszkać, a na to sobie pozwolić nie mógł. Póki co.
Gabrysia zaś uściskała serdecznie Idę za pomoc w sprawie z mężem, chociaż też lekko ją skarciła za to, iż podsłuchiwała jej prywatną rozmowę, ale jakoś nie umiała jej za to długo winić. Zbyt była zadowolona, aby się na kogokolwiek teraz złościć. Była radosna i szczęśliwa. Musiała się tą radością podzielić z kimś bardzo sobie bliskim. Poprosiła więc siostrę i mamę o zajęcie się Różą, a sama pobiegła na górę, do mieszkania Ogorzałków. Wskutek tego biegu, niechcący się potknęła i o mało nie wywróciła, ale nie zwróciła na to większej uwagi i pędziła jak szalona w kierunku mieszkania braci Ogorzałko. W końcu tam dotarła, po czym zapukała spokojnie i powoli, z trudem powstrzymując się przed tym, aby nie walić dziko w drzwi, choć bardzo miała na to ochotę. Tak się paliła, żeby zobaczyć ukochanego.
Otworzył jej Maciek. Spojrzał na nią zdumiony, ponieważ nigdy przedtem nie widział jej takiej rozochoconej jak teraz.
- Cześć, Maciusiu. Jest twój brat? - zapytała Gabrysia.
- A owszem, jest, ale jakiś taki... Nie w humorze - odpowiedział Maciek.
- Spokojnie. Jak mu powiem to, co mam powiedzieć, to się ucieszy.
- Oby tak było.
Po tych słowach, Maciek wpuścił ją do środka. Gabrysia wbiegła radośnie do mieszkania i oczywiście od razu skierowała swoje kroki w kierunku pokoju Piotra. Kątem oka dostrzegła, jak w salonie bawią się Kreska z Aurelią, która przyszła z wizytą do Ogorzałków, oczywiście za wiedzą swoich rodziców, którzy poszli we dwoje do kina i poprosili Piotra i Maćka, aby się nią mogli zająć na kilka godzin, jeśli to nie kłopot. Nie był to kłopot, obaj bracia chcieli, żeby Aurelia ich często odwiedzała, nawet jeśli jej rodzice mieli teraz dla niej więcej czasu.
- Dzień dobry, pani Gabrysiu - powiedziała grzecznie Aurelia.
- Dzień dobry, Aurelko - odpowiedziała jej serdecznie Gabrysia.
Nie miała jednak czasu, aby z nią rozmawiać. Weszła do pokoju Piotra. Ten siedział przy biurku i grał na gitarze. Kiedy jego ukochana stanęła w progu, nawet na nią nie spojrzał, tylko przygrywał dalej. Gabrysia uznała, że musi rzeczywiście być nie w humorze, ale mimo wszystko liczyła, iż mu go poprawi, więc rzuciła:
- Piotrusiu, posłuchaj... Mam dla ciebie wspaniałą wiadomość.
- Naprawdę? To super - burknął Piotr.
- Wiesz, chodzi o mojego męża, o tego bydlaka Janusza.
- Bydlaka? Sądziłem, że jesteście w jak najlepszej komitywie.
Gabrysia spojrzała na niego zdumiona. O co mu chodziło? Co on wygadywał?
- O czym ty mówisz?
- Nie udawaj. Przecież was widziałem. Śmialiście się tak, jakbyście oboje byli serdecznie przyjaciółmi.
Gabrysia zrozumiała już, o co mu chodzi. Westchnęła więc głęboko, gdyż już się bała, że być może Janusz narobił Piotrowi jakiś plotek na jej temat, ale skoro o to tylko chodziło, więc powiedziała:
- Ach, o tym mówisz. To nic takiego. Wyobraź sobie, że próbował mi się z tego, co zrobił tłumaczyć i chciał do mnie wrócić. Ale ja się nie zgodziłam.
- Doprawdy?
- Tak, doprawdy. Bo ja przecież nie chcę z nim być.
- Naprawdę? Sądziłem, że masz inne plany, bo tak wesoło rozmawialiście...
- Możesz skończyć temat? - zapytała Gabrysia, powoli tracąc panowanie nad sobą - Robisz się monotematyczny.
- Przykro mi, że tak to odbierasz - odpowiedział Piotr, wreszcie łaskawie na nią patrząc.
- Wreszcie się zgadzamy, bo mnie też jest przykro - odparła na to Gabrysia - A gdybyś nie był taki uparty i nieuprzejmy, to dowiedziałbyś się, że jeszcze dziś idę do sądu i składam papiery rozwodowe. Z Januszem już nic mnie nie łączy. No, może poza dzieckiem, ale to przecież nieistotne, bo Janusza nigdy Różyczka nie obchodziła. Za to sądziłam, że łączy mnie coś z tobą. Widać pomyliłam się.
Piotr wysłuchał tego ze zdumieniem i szokiem jednocześnie. A więc Gabunia, ta jego słodka Gabunia wreszcie zdecydowała się na męską decyzją i zerwała ze swoim mężem? Zamierzała zacząć nowe życie? Odcięła się od toksycznego typa i chce zacząć nowe życie? A on właśnie na nią naskoczył, gdy ta prawie wyznała mu miłość? Zrozumiał, że musi ją przeprosić. Zrozumiał to tym bardziej, że jego luba zmierzała właśnie w stronę wyjścia.
- Nie, poczekaj! Gabrysiu, posłuchaj mnie! Nie odchodź! Ja ci wytłumaczę...
- Nawet się nie trudź! - zawołała ze złością oraz rozpaczą Gabrysia i wybiegła z mieszkania.
Piotr załamał ręce, odwrócił się i zobaczył, że Maciek, Kreska i Aurelia patrzą na niego z miną pełną politowania pomieszanego z lekką złością.
- No co? - zapytał poirytowany - Co się tak gapicie?
- A czego ty tak sterczysz? Weź biegnij za nią! - zawołał Maciek.
- Powiedz, że ją kochasz - dodała Kreska.
- Poproś ją o rękę - pisnęła Aurelia.
- Cicho, smarkateria. Od kiedy dzieci będą mówić dorosłym, co mają robić? - burknął ze złością Piotr - Może dorośnijcie, zanim zaczniecie mi udzielać rad?
- Ja jestem dorosły - zauważył jego młodszy brat.
- Wiek nie jest równoznaczny z mądrością.
- Masz rację. Ty jesteś tego najlepszym przykładem.
- Młody, chcesz dostać w dziób?
- Weź za nią biegnij, bo ci ucieknie - zauważyła Kreska.
- I kup jej pierścionek - dodała Aurelia.
- Piotruś jest za skąpy na to ostatnie - zachichotał Maciek.
- Cicho być! Jeszcze mi tu waszych zasmarkanych rad brakowało! - warknął ze złością Piotr, choć dobrze wiedział, że cała trójka ma rację, to jednak duma mu nie pozwalała powiedzieć tego na głos.
- Och, masz ciężko za swoim bratem - powiedziała współczująco Kreska.
- Dopiero teraz to odkryłaś? - zapytał dowcipnie Maciek.
- Tak, bo wcześniej zawsze był miły.
- No widzisz, ty dopiero poznałaś jego prawdziwą naturę. Ja mam znacznie gorzej, bo muszę się z nim użerać od urodzenia.
- Bidulek się znalazł - burknął Piotr.
- Ale mądrzejszy od ciebie - odparł Maciek.
- I jeszcze jaki skromny.
- Być może. Ale posłuchaj mnie, braciszku. Zawsze dawałeś mi mądre rady na przyszłość i na całe życie. Teraz ja ci dam radę. Nie zmarnuj swojej szansy. Los ci daje szansę na ułożenie sobie życia z najbardziej do ciebie pasującą dziewczyną na świecie, a ty jeszcze to marnujesz?
- A nie pomyślałeś, że ja wolę być sam?
- Jeżeli tak, to czemu jesteś zły, że odeszła? Naprawdę musisz być tak dumny, żeby nie przyznać jeden jedyny raz, że popełniłeś błąd?
- Kto ci dał prawo mnie oceniać? Myślisz, że jesteś bardziej roztropny niż ja i wszyscy tu obecni?
- Tak. Jestem też bardziej inteligentny - rzucił Maciek i Kreska dała mu za to sójkę w bok.
- Zobaczymy, czy jak pożyjesz kilka lat dłużej, to dalej będziesz taki mądry.
- Dobrze, ale póki co, to w imię naszej męskiej przyjaźni, proszę cię, nie bądź głupi i napraw to, co zniszczyłeś.
- A jeśli ona nie zechce ze mną rozmawiać? - zapytał smutno Piotr.
- Jeśli nie spróbujesz, to się nie dowiesz - zauważyła Kreska.
- To co ja mam robić?
Cała trójka westchnęła głęboko, jakby rozmawiała z bardzo tępym dzieckiem, a nie dorosłym mężczyzna i zawołała chórem:
- BIEGNIJ ZA NIĄ!
Piotr szybko wybiegł z mieszkania i ruszył po schodach na dół. Widział przez okno, że Gabrysia jest na ulicy i chyba płacze, więc pobiegł tam szybko, wołając ją po imieniu.
- Gabusiu... Gabusiu, najmilsza... Zaczekaj...
- Zostaw mnie! - zawołała ze złością Gabrysia.
Po tonie jej głosu słychać było, że płakała przed chwilą. Piotr próbował jakoś ją pocieszyć, ale ta nie chciała z nim rozmawiać.
- Zostaw mnie w spokoju.
- Ale ja chcę ci wszystko wyjaśnić, wytłumaczyć...
- Ale ja nie chcę słuchać! Powiedziałeś mi już dosyć! A ja głupia sądziłam...
- Co sądziłaś?
- Że może...
- Co może?
- Że może ty i ja... Nieważne. Daj mi spokój.
Piotr próbował przez chwilę uspokoić Gabrysię, ale widząc wyraźnie, że nie daje to żadnego rezultatu, znowu stracił cierpliwość i zawołał:
- Jak można być taką upartą, nadętą zołzą?!
- Słucham? - spytała ze złością Gabrysia.
- Jesteś najbardziej upartą i złośliwą kobietą, jaką znam. Najbardziej upartą i nadętą zołzą, która nie chce mnie nawet wysłuchać...
- Dość już słuchałam...
- Która nie rozumie, że jeżeli tu jestem, to tylko dlatego, żeby powiedzieć ci coś, że jesteś strasznie ślepa...
- Dziękuję za komplement.
- I wredna i nie do wytrzymania...
- Mów dalej. Robi się coraz milej.
- Ale pomimo to jesteś też najcudowniejszą kobietą na świecie i cię kocham!
Gabrysia już miała mu znowu dociąć, gdy nagle usłyszała te piękne słowa i aż ją zamurowało. Zdumiona spojrzała na Piotra, złapała go czule za ręce i spytała:
- Co powiedziałeś?
- Że jesteś najbardziej nadętą, upartą zołzą...
- Nie, nie to! To później!
Piotr uspokoił się wreszcie, spojrzał czule jej w oczy i dodał:
- No... Że cię kocham.
Gabrysia delikatnie dotknęła jego policzka i zapytała:
- Nie mogłeś powiedzieć tego od razu?
- A nie wystarczająco ci to okazywałem?
- Dawałeś mi sprzeczne sygnały.
- Ty mi też.
- Owszem, to prawda. Dwa uparte kozły z nas, co nie?
- Nie... Z ciebie jest uparta koza, a ze mnie uparty kozioł. To co? Potrykamy się rogami? Jak koziołki poznańskie?
- Och, ty wariacie! - zawołała Gabrysia i rzuciła mu się na szyję - Kocham cię, kochanie moje.
I pocałowała go w usta, a on z rozkoszą objął ją i oddał jej pocałunek.
Wszystko to obserwowali przez okno mieszkania Maciek, Kreska i Aurelia. Ta ostatnia zaś klaskała z radości w dłonie.
- Nareszcie! - zawołała wesoło - Wreszcie ożeniłam Piotrusia i Gabrysię.
- Ty ożeniłaś? Dobre sobie - zachichotał Maciek.
- No tak - odparła nieco nadąsana Aurelia - A kto powiedział Piotrowi, żeby za nią biegł?
- My powiedzieliśmy.
- Tak, ale ja najgłośniej.
- Być może, ale proszę... Już nigdy więcej nie próbuj nikogo żenić.
- Dlaczego? Przecież tak dobrze mi poszło. Może was też ożenię?
Maciek i Kreska zaśmiali się, słysząc jej słowa i już mieli coś odpowiedzieć, gdy nagle usłyszeli dzikie krzyki dobiegające z ulicy. Szybko wyjrzeli przez okno z obawy, że być może ma miejsce jakiś pucz albo kolejne zamieszki. Maciek się wówczas przez chwilę poczuł jak bohater jakiegoś filmu. Wyobrażał już sobie, że te dwie młode damy, pozostawione pod jego opieką, musi chronić za wszelką cenę i jakoś im pomóc się wydostać z miasta.
Okazało się to jednak niepotrzebne, gdyż przyczyna krzyków była zupełnie inna. Na ulicy zebrali się bowiem ludzie, najpierw niewielka grupa, a potem ich było coraz więcej i więcej, aż w końcu zrobił się z tego spory tłum. Wszyscy też razem wiwatowali, ściskali się, całowali serdecznie i krzyczeli głośne: „Hurra”.
- Co się tu dzieje? - zapytała Aurelia.
- Nie mam pojęcia - odpowiedział Maciek.
- Może Polska została mistrzem świata w piłce nożnej? - zapytała Kreska.
Maciek spojrzał na nią ironicznie i powiedział:
- Obawiam się, że tego nawet nasze wnuki nie doczekają.
Potem wychylił się lekko przez okno i zawołał do Piotra:
- Braciszku, czego oni tak wiwatują?!
Piotr rozłożył bezradnie ręce na znak, że też nie wie, gdy nagle jeden z ludzi podbiegł do niego i uściskał go serdecznie. Wtedy poznał, iż jest to ich sąsiad, pan Gruszka, człowiek, który zawsze mu się wydawał dość wycofany.
- Panie Gruszka, co pan wyprawia? Co się tu dzieje? - zapytał Piotr.
- Nie wiesz pan? Wielka nowina! Wielka radość! - zawołał pan Gruszka.
- Co to znowu za nowina?
- Stan wojenny zniesiono! Właśnie dzisiaj! Godzinę temu! Koniec z czołgami na ulicach! Koniec z godzina policyjną! Koniec z kartkami na mięso! Wraca do nas porządek! Wraca spokój! Niech się pan cieszy, panie Piotrze! Niech się pan z nami wszystkimi cieszy!
Piotr spojrzał zdumiony na Gabrysię, która również była pełna radości, gdy tylko usłyszała te słowa, po czym oboje ponownie się uściskali i ucałowali, a zaraz potem krzyknęli do Maćka i dziewczyn, co się stało. Maciek, Kreska i Aurelia zaś powitali tę informację ogromną radością, również się uściskali i zaczęli tańczyć dziko po całym pokoju.
Tymczasem na ulicy zjawiła się też Melania z małą Różą na rękach, a wraz z nią Ida, Natalia i Patrycja, wszystkie zaciekawione, co się stało, a potem z radością dołączające do wspólnej euforii z powodu tej cudownej nowiny. W tłumie, między radosnymi ludźmi, dostrzec można było stojącego i patrzącego na to wszystko ze złością w oczach Janusza Pyziaka, który jako jedyny nie miał powodu do radości. Co prawda zmierzał w kierunku mieszkania swojej kochanki, ale perspektywa ta wcale go nie cieszyła. W głowie zaś rozważał już ewentualny powrót do Australii lub wyjazd do NRD, gdzie mógłby więcej zarobić i mógłby więcej zyskać. Nie miał powodów do radości, gdyż na właśnie zakończonym systemie politycznym mógłby zyskać bardzo wiele, a obecnie raczej nie był mile widziany przez tzw. demokratów. Ale spokojnie, jeszcze kiedyś tu wróci i oczywiście jako zwycięzca. Wróci tu, ale dopiero wtedy, gdy wszyscy zapomną o tym, że był kapusiem i tylko zyskał na stanie wojennym. Trochę czasu to zajmie, ale w końcu nadejdą jeszcze te dobre dni. Wystarczy tylko poczekać.
Nikt jednak nie zwrócił na niego uwagi. Wszyscy biegali po ulicy, śmiali się radośnie, wiwatowali i ściskali. Nagle pośród tego tłumu wynurzył się pewien pan w średnim wieku, lekko już siwawy, posiadacz niebieskich oczu, okularów mocno nałożonych na nos i delikatnie zakłopotanego wyrazu twarzy. Gabrysia pierwsza go dostrzegła i ledwie to się stało, zamurowało ją ze zdumienia, ale i radości.
- Tatuś? - szepnęła zaskoczona.
- Aniołek mój kochany - powiedział ojciec, zbliżając się do niej.
- Tatusiu? To naprawdę ty? Tatusiu!
Po tych słowach, Gabrysia rzuciła się ojcu w ramiona i uściskała go mocno, czule okrywając jego twarz pocałunkami, a także wołając do reszty:
- Mamo, Ida, Nutria, Pulpecja! Tata wrócił!
Wszystkie Borejkówny oraz ich mama z trudem usłyszały ją przez ten cały zgiełk, ale w końcu dostrzegły ją, jak również mężczyznę, którego ściskały i choć dawno już go nie widziały, teraz wszystkie bez trudu go rozpoznały i podbiegły do niego, ściskając go mocno i zachłannie, całując i obejmując. Ignacy Borejko, bo to był on, obejmował po kolei każdą ze swoich pań, całował ją delikatnie i mówił do nich kolejno czułym tonem:
- Gabrysiu, mój aniołeczku kochany. Ida, słodziutka. Jak ty radośnie dzisiaj wyglądasz.
- Ty także, tato - powiedziała do niego Ida zadziornym tonem - Ale nie bój się, humor szybko ci przejdzie, kiedy znowu zacznę się z tobą sprzeczać na temat Sienkiewicza.
Ignacy Borejko zachichotał. Rzeczywiście, on i Ida uwielbiali te swoje liczne sprzeczki na błahe tematy, a zwłaszcza na ten, czy Henryk Sienkiewicz pisał tylko dla sztuki, czy również dla pieniędzy. Ignacy uważał, że ten oto wielki pisarz swe wielkie dzieła czynił jedynie z miłości dla sztuki, jego córka zaś z czystej przekory chyba uważała, że raczej dla pieniędzy.
- Nie mogę się już tego doczekać, aż znowu się posprzeczamy, córeczko - odrzekł czule Ignacy Borejko i zaczął całować najmłodsze z córek - Natalka, moje kochanie. Jak ty wyrosłaś! Patrycjo, moja słodziutka. Tak mi brakowało twojego uśmiechu.
Potem spojrzał na żonę i uśmiechnął się do niej z miłością.
- Witaj, Melaniu. Cieszę się, że dbałaś o nasze dzieci pod moją nieobecność. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć, że nigdy mnie nie zawiedziesz.
- Witaj w domu, najdroższy - odparła Melania i uściskała go, potem czule też ucałowała i pokazała mu wnuczkę, którą Ignacy z radością przytulił do serca.
- No proszę, z pana to wielki szczęściarz - powiedział Piotr, podchodząc do niego wesoło - Błogosławiony między niewiastami.
Ignacy Borejko spojrzał na niego radośnie i od razu go poznał.
- Młody Ogorzałko. Jak widzę, bardzo zadowolony z życia. Czyżby spotkało cię wielkie szczęście, młody człowieku?
- Owszem, znalazłem właśnie pewien wyjątkowy skarb - powiedział Piotr.
Gabrysia uśmiechnęła się do niego serdecznie, zrobiła kilka kroków w jego kierunku, po czym wzięła go za rękę.
- Tak, to prawda. Jesteśmy oboje bardzo szczęśliwi.
Ignacy Borejko uśmiechnął się na ten widok, po czym dodał wesoło:
- No, teraz to mogę wreszcie odetchnąć z ulgą, że moja najstarsza córeczka jest w dobrych rękach. Nigdy nie lubiłem tego jej Juliusza.
- Janusza, tato - zauważyła Ida.
- Janusz czy Juliusz, jeden diabeł - mruknął na to Ignacy - Mało sympatyczny z niego jegomość. Nigdy nie traktował mojej Gabusi jak należy. I zawsze wyjadał mi ciastka z kredensu.
Melania radośnie zachichotała, wzięła go pod ramię i przytuliła się do niego. Pozostałe córki zrobiły podobnie, a Piotr i Gabrysia trzymali się za ręce, z radością spoglądając zarówno na ten widok, jak i na swoją przyszłość.
To wszystko zaś, z góry obserwowali Maciek, Kreska i Aurelia. Również byli tym wzruszeni, choć ta ostatnia mało rozumiała, co się wokół niej dzieje. Ale to nie miało dla niej znaczenia. Ważne było to, że wszyscy się cieszą, więc i ona była radosna i szczęśliwa.
- Kto by pomyślał? - powiedziała po chwili Kreska - Tyle zmian w tak bardzo krótkim czasie?
- Takie jest życie - odpowiedział jej Maciek - Idzie wciąż do przodu, a świat się zmienia.
- To prawda - westchnęła Kreska - No, ale kto by pomyślał, co?
- O czym? - zapytał Maciek.
- Kto by pomyślał, że obudzisz się któregoś ranka... - zaczęła dziewczyna.
- I znowu usłyszę dźwięk teleranka - dokończył wesoło jej chłopak - A całe nasze życie zacznie mi się malować w znacznie weselszych barwach.
- Tego się nikt nie spodziewał - wtrąciła mała Aurelia, która choć nie bardzo wiedziała, o co im chodzi, ale nie lubiła być pomijana w rozmowie.
- W rzeczy samej, moja droga. W rzeczy samej - powiedział Maciek, znowu spoglądając przez okno.
Poczuł, jak w jego dłoń wsuwa się dłoń Kreski i czule ją ścisnął, mówiąc:
- To wspaniałe zakończenie wielu spraw, prawda?
- Tak, ale nie do końca - odpowiedziała na to Kreska - To również wspaniały początek.
- W rzeczy samej - dodała Aurelia, naśladując ton Maćka.
Było to tak zabawne, że zakochani wybuchli gromkim śmiechem, który dość szybko zmieszał się z radosnymi krzykami na ulicy, które to oznajmiały całemu światu nie tylko zakończenie stanu wojennego, nie tylko wypuszczenie na wolność więźniów politycznych, ale również wielkie zmiany w Polsce i w życiu bohaterów, których mieliśmy okazję w tej opowieści poznać.

KONIEC

niedziela, 15 sierpnia 2021

Rozdział XXXVII

Rozdział XXXVII

Nowy początek dla wielu spraw

Maciek i Kreska umówili się tego dnia na spacer po mieście. Pogoda była tak piękna, że grzechem byłoby ją marnować siedząc w domu i młodzi postanowili tego nie robić. Wzięli się zatem czule za ręce i wyszli z kamienicy, pogwizdując sobie wesoło jakąś skoczną melodię, dobrze im obojgu znaną. W progu niemalże wpadli na Janusza Pyziaka, który wyglądał na nieźle zdenerwowanego. Na twarzy miał ślady bójki, widać nieźle oberwał od kogoś, ale od kogo, tego zakochani już nie wiedzieli.
- Z drogi, szczeniaki! - krzyknął w ich stronę Pyziak, machając przy tym dość brutalnie rękami.
Maciek i Kreska odskoczyli na oba boki, aby nie przeszkadzać mężczyźnie, który parł na nich niczym czołg, a kiedy już się przedarł do środka, zaczął dziko wchodzić po schodach, chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim mieszkaniu.
- A temu co się stało? - zapytała Kreska.
- Nie mam pojęcia - odpowiedział jej Maciek - Widziałaś jego gębę? Ktoś go nieźle stłukł.
- Nie chcę być wredna, ale zasłużył sobie na to. Cham i prostak, a dodatkowo jeszcze krzywdził Gabrysię.
- Może wreszcie przestanie to robić. 
- Tak sądzisz?
- Po takim laniu, sam bym złagodniał. A swoją drogą, to ciekawi mnie, kto go tak urządził.
- A co nas to obchodzi? Mamy przecież swoje sprawy.
- Masz rację, Janeczko. Nic nam do tego.
To mówiąc, Maciek radośnie ujął ponownie dłoń swojej ukochanej i wyszedł z nią z kamienicy na ulicy Roosevelta 5. Oboje skierowali swoje kroki w kierunku głębi miasta. Nie wiedzieli, co się stało z Januszem, kto go tak urządził, gdzie był, skąd właśnie wrócił i dlaczego tak się wściekł. Nie wiedzieli tego, ale też prawdę mówiąc, jakoś nie specjalnie ich to wszystko przejmowało. Choć dobrze wiedzieli, że nie jest to uczucie zbyt szlachetne, cieszyli się, że ktoś urządził w taki sposób tego podłego człowieka, którego nigdy nie darzyli sympatią, który ranił wiele razy swoim zachowaniem ich serdeczną przyjaciółkę Gabrysię. Nie obchodził obojga jego los. Zresztą mieli o czym myśleć, spacerując ulicami Poznania.
- Jak myślisz, Janeczko... Będzie jeszcze kiedyś normalnie w tym świecie? - zapytał czule Maciek, patrząc z miłością na swoją ukochaną.
Kreska odpowiedziała mu delikatnym i miłosnym wzrokiem, namyślając się, co mogłaby rzec na coś takiego, aż w końcu wydobyła z siebie następujące słowa:
- Na świecie nigdy nie będzie normalnie. Bo nie ma chyba czegoś takiego jak normalność. Poza tym, Maciusiu... Co to niby jest normalność? Kto decyduje o tym, co jest na tym świecie normalne i naturalne, a co nie? Jeśli jest ktoś na tym świecie, kto o tym decyduje, to na pewno nie my. Nie, najdroższy... My na takie coś nie mamy najmniejszego wpływu. My nie decydujemy o tym, co jest na tym świecie normalne, a co nie. A skoro nie mamy na to wpływu, to chyba nie warto się nad tym zastanawiać.
- Może masz rację? - spytał sam siebie Maciek i lekko zachichotał - Wybacz, za dużo książek się naczytałem i odbija mi teraz. Rozmyślam o rzeczach, które są zupełnie bez znaczenia.
- Myśliciel z ciebie, ale nie tylko tobie tak odbija. Mnie czasami też, ale nie myślę o tym zbyt często, bo bym zwariowała, rozmyślając nad sprawami, na jakie nie mam żadnego wpływu. Nie mogłabym myśleć o tym, że nie mogę nic zrobić z tak wieloma rzeczami na tym świecie. Ta świadomość bezsilności by mnie zabiła. Dlatego o tym nie myślę. Wolę myśleć o tym, na co mam wpływ.
- A jakie masz marzenia na przyszłość?
- Nie myślę o przyszłości. Znaczy myślę, ale nie wybiegam w nią zbyt daleko. Wolę nie snuć za dalekich planów, bo potem one mogą nie wyjść i co wtedy? Będę miała żal do siebie, do ciebie, do wszystkich innych za to, że te plany się nigdy nie ziściły. Po co mi to? Lepiej myśleć o najbliższej przyszłości, coś sobie zaplanować na najbliższe dni i po prostu to realizować.
- Ciekawa filozofia.
- Dziadek mnie tego nauczył. On też tak robi, choć często ucieka jeszcze we wspomnienia i przeszłość, ale nie zapomina o tym, co się dzieje teraz. Ja robię tak samo. Dlatego wydaje mi się, że nie mam marzeń.
- Każdy ma jakieś marzenia, Janeczko.
- Może i każdy, ale wiesz... Ja nie jestem „każdy”. Ja jestem ja. Nie mam więc raczej marzeń, a w każdym razie nic o tym nie wiem, żebym je miała. Bo w sumie, po co mieć marzenia? Po co myśleć o takich rzeczach, których nie masz i nie wiesz sam, czy je kiedykolwiek zdobędziesz? Przecież to głupie.
Po tych słowach, Kreska delikatnie się uśmiechnęła do Maćka i spytała:
- A ty masz jakieś marzenia?
- No oczywiście, że mam - odpowiedział jej wesoło chłopak - I wiążą się one ściśle z pewną uroczą okularniczką.
- Naprawdę? - zachichotała słodko Kreska, a jej śmiech wydał się Maćkowi dźwiękiem przecudnych dzwoneczków, których to dźwięk był mu najmilszą rzeczą na świecie, obok jej pocałunków, pieszczot, uśmiechów oraz dotyku jej nagiego ciała, którego miał możliwość zaznać i którego nieraz jeszcze zaznać pragnął.
- Tak, naprawdę - odpowiedział po chwili Maciek.
- A powiesz mi, jakie to marzenie?
- Żeby pewna słodka okularniczka wyszła kiedyś za mnie i urodziła mi dzieci, a najlepiej bliźnięta: chłopczyka i dziewczynkę. I żeby oboje mieli niebieski oczy, jak ona, bo niebieski to najpiękniejszy kolor świata.
- To oświadczyny? - zapytała dowcipnie Kreska.
- Może. A przyjęłabyś je, gdyby nimi były?
- Może.
Po chwili oboje parsknęli śmiechem, zaśmiewając się z tego żartu. Uśmiech im jednak zszedł z twarzy, kiedy zobaczyli przechodzącą pobliską ulicą Matyldę, tę głupią i strasznie zarozumiałą dziewczynę, która tak bardzo im zaszkodziła i która ostatnio na ich oczach dostała naprawdę niezłą nauczkę. Szła ona właśnie w towarzystwie jakiegoś nowego chłopaka. Widocznie Jacek Lelujko z nią zerwał i nie chciał mieć z nią nic wspólnego, zwłaszcza po tych ekscesach w operze. Nie przeszkodziło jej to, oczywiście, prędko znaleźć sobie kolejnego wielbiciela.
- No proszę, kogo ja tu widzę? - spytał ironicznie Maciek na jej widok - Toż to panna Matylda de La Mole.
- Raczej Matylda de La Głupota - odparła złośliwie Kreska.
Wyżej wspomniana osoba zauważyła ich, po czym jak na zawołanie zaczęła nagle zachłannie całować się z chłopakiem, który jej towarzyszył. Maciek i Kreska poczuli obrzydzenie, widząc ten pełen fałszu i zakłamania obraz.
- Och, jakie to żałosne - powiedziała po chwili Kreska - Przecież ona robi to na pokaz. Chce się przed nami popisać.
- Wiesz, jakby co, to możemy pójść w jej ślady - zażartował sobie Maciek.
Kreska uśmiechnęła się do niego delikatnie, ale pokręciła przecząco głową.
- Nie, Maciusiu. Wybacz, ale nie. Jakoś nie mam ochoty na całowanie się na ulicy. Nie, żebym nie lubiła całowania się z tobą, ale wiesz... Ja tam wolę to robić w miejscu bardziej intymnym. Poza tym, nienawidzę pokazówek i nie będę ich dla nikogo robić. Nie chcę zniżać się do jej poziomu.
Maciek musiał przyznać swojej ukochanej rację, jednocześnie czując w sercu, że podziwia ją jeszcze bardziej za tak mądre podejście do życia.
- Masz rację. Pokazówki są żałosne.
Matylda zaś dalej całowała się ze swoim chłopakiem, a potem oboje ruszyli w swoją stronę, dziewczyna jednak co chwila zerkała na zakochanych i uśmiechała się do nich w sposób nad wyraz złośliwy. Maciek jednak nie zareagował na to w żaden sposób, a jego obojętność wyraźnie dobiła Matyldę, bo nie tego oczekiwała i dalszy jej spacer tego dnia nie był już tak miły jak przedtem. Dodatkowo niedługo potem posprzeczała się z chłopakiem, który z nią spacerował, a ten z nią zerwał i panna Stągiewka pozostała sama, oczywiście z poczuciem ogromnej krzywdy, jaka ją spotkała.
Ale tego Maciek i Kreska już nie wiedzieli, a gdyby nawet wiedzieli, to raczej nie specjalnie by ich to obeszło, ponieważ byli zajęci rozmową ze sobą i spacerem, który kontynuowali. Osoba Matyldy wprawiła ich w coś, co by nazwać można przygnębieniem z powodu żałosności zachowania pewnych osób, jak też i tego, że te osoby są bogate i wpływowe, mają władzę i pozycję, mogą wszystko, a oni, ludzie z zasadami są nikim w ich oczach. Choć mieli w nosie opinie takich osób o sobie, jednak teraz to wywołało w sercach obojga dziwny smutek.
- Skąd się takie osoby biorą na świecie? - spytał Maciek.
- Z rozpieszczania ich bogactwem - odpowiedziała mu Kreska - Bogactwem, a także pozycją społeczną i innymi takimi degradującymi bzdurami.
Maciek pokiwał lekko głową na znak, że się z nią zgadza, pomyślał nad tym przez chwilę, a potem powiedział:
- Raz mi mówiono, że są na tu na ziemi...
- Białe anioły z skrzydłami jasnymi - dokończyła za niego Kreska.
Maciek uśmiechnął się do niej życzliwie.
- Widzę, że to znasz.
- Oczywiście, że znam. Narcyza Żmichowska. Cytował to Wokulski, którego tak uwielbiasz.
- Nie uwielbiam Wokulskiego. Uwielbiam powieść o nim. To pewna różnica. Choć wydaje mi się czasami, że przypominam Wokulskiego. Mnie również dobiła żałosna i pusta lalka.
Kreska przyjrzała się chłopakowi uważnie i spytała:
- Kochasz ją jeszcze?
Maciek pokręcił przecząco głową.
- Nie. Wydaje mi się, że nigdy tak naprawdę jej nie kochałem.
- To po co za nią latałeś?
- Bo zakochałem się w swojej własnej wizji jej postaci. Bo wydawało mi się, że ona jest inna i wierzyłem w to tak mocno, że zacząłem tak ją widzieć. A ona nie była ani przez chwilę warta moich starań.
- Czyli kochałeś Matyldę ze swoich marzeń?
- Tak, jak Wokulski kochał Izabelę ze swoich marzeń. Istotę, która nigdy nie istniała.
Po tych słowach, chłopak uśmiechnął się do Kreski delikatnie, bardzo czule ścisnął jej dłoń i powiedział:
- Ale teraz znalazłem swoją panią Stawską i jestem z nią szczęśliwy.
- Ale wiesz chyba, że Wokulski nie był z panią Stawską na końcu, prawda?
- A kto powiedział, że nie był? To, że książka tego nie mówi, nie znaczy, że nie stało się tak nieco później.
- Aha... Tak to sobie kombinujesz. A w sumie, czemu nie? Nie wiemy, co się działo po wydarzeniach z powieści. Równie dobrze twoja wizja jest prawdziwa.
- No i sama widzisz.
Maciek czule ścisnął dłoń swojej ukochanej i zaczęli oboje iść przed siebie, pozbywając się już raz na zawsze ponurego widma Matyldy, które nie stało i już nigdy nie miało stać nad nimi cieniem.
Szli dalej, rozmawiając o wesołych tematach, żartując sobie i drocząc się przy tym ze sobą w taki sposób, w jaki zawsze robią to zakochane osoby. Nie patrzyli na mijający czas, bo wiadomo, że szczęśliwi czasu nie liczą, a oni byli ze sobą nad wyraz szczęśliwi. Nigdy nie byli tak szczęśliwi jak wtedy. Ta chwila mogła dla nich trwać już wiecznie Ale wiadomo, wszystko musi mieć kiedyś swój koniec i ta oto chwila też musiała się zakończyć, a nastąpiło to w chwili, gdy oboje zawrócili w kierunku Jeżyc i w pobliżu kamienicy na ulicy Roosevelta 5 natknęli się na troje osób, z których jedna na pozostałe bardzo głośno krzyczała. Tą krzyczącą była Ida. A pozostała dwójka to byli Sławek Lewandowski oraz Danuśka.
- Myślałam, że mnie kochasz! Jak mogłeś mi to zrobić?! - krzyczała Ida ze łzami w oczach.
- Ale o co ci chodzi? Przecież sama z nim zerwałaś - zauważyła Danuśka.
- Ty się nie odzywaj, bo nie masz prawa głosu - warknęła w jej stronę Ida, po czym spojrzała na swojego byłego chłopaka - Dlaczego mi to zrobiłeś? To ty tak mnie kochasz, że łatwo sobie znalazłeś pociechę?
- Po pierwsze, zachowaj trochę większą kulturę. Nie wszyscy muszą słyszeć nasze kłótnie - zauważył ze stoickim spokojem Sławek - Po drugie, powiedziałaś mi ostatnio, że nie pasujemy do siebie, że masz mnie dość i to koniec. Jak niby to miałem interpretować?
- Przecież nie powiedziałam wtedy, że z tobą zrywam. A poza tym, jeśli nawet bym to zrobiła, to przecież nigdy nie powiedziałam, że rzucam cię na zawsze. Ja po prostu potrzebowałam czasu, aby to wszystko sobie przemyśleć i zrozumieć.
- Aha, a ja miałem czekać na to, aż się uspokoisz i czekać, aż się ze mną znów pogodzisz? Wybacz, ale ja mam swoją godność. Parę razy to zniosłem w imię tego uczucia do ciebie, jednak w końcu przeciągnąłeś strunę mojej cierpliwości. Już nie mogę tego dłużej wytrzymać. Przykro mi, ale sama się o to prosiłaś.
Ida popatrzyła na niego groźnie, wzięła się pod boki i powiedziała:
- Aha, rozumiem. I dlatego, że przez chwilę się zapomniałam i rzuciłam ci w złości kilka niemiłych słów, ty musisz od razu poszukać sobie pociechy?
- Słucham? - Sławek parsknął śmiechem, słysząc jej uwagę - Przez chwilę się zapomniałaś? Dziewczyno, przecież ty się wiele razy już tak zapominałaś. Ty masz jakieś wyraźne problemy ze złością. Za szybko się wściekasz. A poza tym, masz takie ambicje, które mi nie pasują.
- A co ty masz do moich ambicji?
- Nic, mogą być. Właściwie, to są w porządku.
- No właśnie, więc w czym problem?
- W tym, że nie pasują one do mnie.
- No tak, bo ty nie masz w ogóle żadnych ambicji. Tylko chciałbyś pójść w ślady tatusia i prowadzić jakiś cholerny tramwaj przez całe swoje cholerne życie!
Sławek westchnął głęboko i powiedział:
- Widzisz? O tym właśnie mówię. Nie szanujesz moich ambicji, podchodzisz do nich kpiąco.
- A co mam szanować? Przecież ty nie masz w ogóle ambicji.
- I widzisz? Dlatego do siebie nie pasujemy. Tak ambitna osoba nie pasuje do osoby tak mało ambitnej i nieżyciowej jak ja.
- A ona do ciebie pasuje? - Ida ze złością wskazała na Danuśkę.
- Zdecydowanie lepiej niż ty - odparł ponuro Sławek.
Ida ze złością, machnęła ręka na to wszystko, po czym odeszła w kierunku, z którego właśnie przyszli Maciek i Kreska. Mruczała przy tym pod nosem:
- Wszyscy faceci to świnie.
Wtem dostrzegła zakochanych. Widok ich szczęśliwych i trzymających się za ręce, doprowadził ją do jeszcze większej złości.
- Kolejny prosiak. Teraz chodzi z tobą za rączkę i jest wszystko bardzo fajnie, a potem i tak cię zostawi dla innej. Lepiej rzuć tego prosiaka, zanim zostawi ciebie i będziesz przez niego miała złamane serce.
Po tych słowach, odeszła w swoją stronę.
- Ale ona nerwowa - powiedział Maciek.
- Taki ma temperament - stwierdziła Kreska - Dlatego zawsze jakoś lepiej się dogadywałam z Gabrysią.
- Ja też. Ona przynajmniej jest normalna.
- Ida też jest normalna. Tylko wiesz... Ma swój charakterek, ale podobno jest też dobrą siostrą i córką, tak przynajmniej Gabrysia mówi, a ja nie mam powodu, żeby jej nie wierzyć. Po prostu w relacjach z chłopakami nie zawsze jej wychodzi. Ale nie martw się. Wyrośnie z tego.
- A jeśli nie?
- To wtedy współczuję jej przyszłemu, ambitnemu mężowi. Osiwieje przez nią i jej pomysły.
- Biedaczek.
I oboje parsknęli śmiechem, po czym podeszli do Sławka i Danusi. Kreska tak lekko zmieszała się na widok Danusi, w końcu widziała ją, jak nie tak znów dawno całowała Maćka na ulicy, więc nie miała pewności, czy aby relacja ze Sławkiem, o jakiej właśnie oboje usłyszeli, nie była jedynie kiepską próbą pozbycia się uczucia do Maćka. Dlatego miała poważne wątpliwości, jak powinna się zachować w takiej sytuacji. Jej ukochany z kolei nie miał żadnych wątpliwości w tej sprawie.
- Witajcie. Co tam? Miłość kwitnie?
Danusia zarumieniła się delikatnie, a Sławek delikatnie ścisnął ją za rękę, po czym powiedział czule:
- Właściwie, to nie wiemy jeszcze, czy coś z tego będzie, choć oboje bardzo się lubimy i może nawet coś więcej. Ale wiecie... Za szybko, aby mówić o jakimś większym uczuciu.
- No właśnie, nie chcemy się spieszyć - dodała Danusia - Wszystko w swoim czasie, po kolei. Mamy przecież czas.
- Rozumiem - powiedziała uroczo Kreska, odzyskując dobry humor - Czyli z Idą, to już nic nie będzie?
- Raczej nie. Zrozumiałem to podczas tego przyjęcia u twojego dziadka. No i nieco wcześniej rozmawiałem z Aurelią, która była świadkiem mojej kłótni z Idą. Porozmawiałam z małą i ona mi w prosty, uroczy sposób pomogła zrozumieć, że nie powinienem tracić czas na taką osobę. A potem na przyjęciu, kiedy Ida znowu się do mnie przyczepiła, miałem dość. No i wtedy przysiadła się do mnie Danusia i zaczęła ze mną rozmawiać i tak jakoś wyszło między nami, że teraz miło nam się ze sobą spędza czas.
- Nie obiecujemy sobie jednak niczego - dodała Danusia - Po prostu chcemy się lepiej poznać, spędzić więcej czasu ze sobą i w ogóle. Wierzę, że nam się uda tego dokonać. Ale nie chcemy za mocno wybiegać w przyszłość.
- No właśnie - rzuciła zadziornie Kreska i spojrzała wymownie na Maćka.
Jej ukochany zaśmiał się i zapytał:
- A czy więcej was łączy niż ciebie i Idę?
- Tak, moim zdaniem tak - odpowiedział mu na to Sławek - Przede wszystkim oboje lubimy podobne książki i mamy podobne zainteresowania. No i jeszcze coś. Danusia uwielbia tramwaje.
- Naprawdę?
- Poważnie. To mnie szczególnie zachwyciło. I nie przeszkadza jej, że ja także chcę być motorniczym.
- To bardzo uczciwy zawód - powiedziała Danusia - Nie wiem, jak ktoś może coś do niego mieć.
- W sumie nie chodzi o sam zawód, tylko o to, że jest mało ambitny zdaniem niektórych - zauważyła Kreska.
- Dla mnie nie musi być ambitny. Ważne, żeby był uczciwy - stwierdziła na to Danusia.
- No, skoro tak, to wszystko chyba jasne - powiedziała wnuczka Dmuchawca, bardzo zadowolona i to nie tylko dlatego, że kolejna zakochana para pojawiła się w pobliżu, ale również i dlatego, że to oznaczało, iż Maciek jest bezpieczny i Danka nie będzie robić na niego swoich zakusów.
- W takim razie, życzymy wam dużo szczęścia i powodzenia - rzekł bardzo przyjaźnie młody Ogorzałko.
- Dziękujemy. My wam też - powiedział Sławek.
Następnie Sławek i Danusia odeszli w swoją stronę. Maciek i Kreska długo się w nich wpatrywali, aż nie zniknęli za horyzontem.
- Myślisz, że im się uda? - zapytał Maciek swojej ukochanej.
- Mam nadzieję. Życzę im tego z całego serca - odpowiedziała czule Kreska - Jeśli tylko to jest prawdziwe uczucie i będą o nie codziennie dbali, to musi im się udać. Nie ma dwóch zdań.
- Masz rację.
- Pewnie, że mam rację. A w razie czego, Sławek to fajny chłopak. Nie będzie ta, to będzie inna.
Maciek zastanowił się nad jej słowami, rozważając je sobie w głowie.
- Nie będzie ta, to inna. Ciekawe...
- Co takiego? - spytała Kreska.
- Przypomina mi się, że leciała u twojego dziadka na przyjęciu taka piosenka. Możliwe, że ona zainspirowała Sławka do tego, aby dał sobie spokój z Idą.
- Jaka piosenka?
- A taka jedna, bardzo wesoła. Śpiewał ją Andrzej Bogucki. Znam ją dobrze, bo mój tata bardzo ją lubił.
- A przypomnisz mi ją? Jak ona idzie?
Maciek uśmiechnął się do dziewczyny z miłością, po czym stanął w pozycji godnej prawdziwego artysty i zaczął wesoło śpiewać:

Statystyka uczy, że mężczyzn jest mniej.
Nie śmiej się. Jak chcesz, to się śmiej.
Ja mimo to znoszę te humory i złość,
Ale nie śmiej się, bo mógłbym mieć dość.
Ja nie grożę, broń Boże!
Powiedz tak albo nie.
Tylko nie mów już: może,
Jeszcze nie wiem, kto wie?
Bo ja liczę do trzech,
Dość napsułaś mi krwi.
Raz, dwa i...

Nie będziesz ty, to będzie inna.
To będzie inna.
I nie pomogą ci łzy.
Raz, dwa, trzy i będzie inna.
I będziesz winna
Ty sama, tylko ty.

Żal ci będzie, ja wiem, jak nikomu.
Będziesz gryźć się, ja wiem.
Czekać w domu
Na mój list, na telefon, na znak,
A ja będę inną tulić, wiesz jak.

No, nie bądź zła i tak dziecinna
I tak dziecinna, bo nie pomogą ci łzy.
Tego dnia, gdy będzie inna,
Pierwsza lepsza, byle nie ty.

W niedzielę dam anons w kurierze przez front:
Gentleman młody i blond,
Przystojny, subtelny, zamożny - to ja.
Szuka żony na rok albo dwa.
Przecież przyjdą tysiące, będą o mnie się rwać
Przecież całe miesiące u mych drzwi będą stać.
Jeszcze liczę do trzech,
Jeszcze wracam od drzwi.
Raz, dwa i...

Nie będziesz ty, to będzie inna.
To będzie inna
I nie pomogą tu łzy.
Raz, dwa, trzy. Gdy będzie inna...
I będziesz winna
Ty sama, tylko ty.

Będziesz gryźć się, ja wiem, nadaremnie.
Każdy dzień będzie pusty beze mnie.
W każdą noc będzie czegoś ci brak,
A ja będę inną tulić, wiesz jak.

Nie bądź zła i tak dziecinna.
I tak dziecinna,
Bo nie pomogą tu łzy.
Tego dnia, gdy będzie inna,
Pierwsza lepsza... Czemu nie ty?

Kreska parsknęła śmiechem, ubawiona tymi przyśpiewkami.
- Jesteś uroczy, wiesz? Powinieneś być artystą rewiowym.
- Myślałem raczej o byciu nauczycielem. Jak twój dziadek.
- Poważnie? Chcesz być jak on?
- Owszem, bo twój dziadek bardzo mi imponuje. To jest wspaniały człowiek. I bardzo dobrze cię wychował. Oczywiście na spółkę z rodzicami.
- Dziękuję. To miłe, co mówisz.
- To szczera prawda.
Kreska znowu zachichotała i przytuliła się do niego czule. Potem oboje weszli do środka. Musieli się przebrać, ponieważ za godzinę mieli być u Jedwabińskich na uroczystym obiedzie. Ponieważ szli w gości, musieli założyć znacznie bardziej eleganckie stroje niż te, które nosili podczas spaceru. Ostatecznie przecież chcieli pokazać swój szacunek do gospodarzy, nawet jeśliby ich nie lubili. A do niedawna ich nie lubili, obecnie zaś chcieli ich poznać na nowo, jeżeli oczywiście faktycznie chcieli się zmienić, tak jak deklarowali. Maciek i Kreska bardzo pragnęli tego, aby Ewcia Sopel, jak i jej wiecznie zapracowany mąż się zmienili i nie tylko dla swego własnego dobra, lecz dla dobra Aurelii, która przecież tak bardzo ich kochała i tak bardzo potrzebowała.
Godzinę później u Jedwabińskich zeszli się goście. Byli to Maciek, Kreska, profesor Dmuchawiec, Piotr, Gabrysia z siostrami, córką i matką. Był tam również Robert Rojek, który akurat towarzyszył Natalii i odprowadził ją na miejsce, jednak Eugeniusz serdecznie poprosił, aby i on z nimi został na posiłku, bo czemu nie? W końcu im ich więcej, tym weselej.
Obiad był naprawdę smaczny. Chociaż Ewa nie znała się zbyt dobrze ani na gotowaniu, ani na pieczeniu, tym razem wyszło jej wszystko idealnie, do czego się znacznie przyczyniła sąsiadka, która nieraz im gotowała i piekła, a ostatnio tego nie mogła zrobić z powodu wyjazdu do córki, która zaszła w ciążę i którą nasza bohaterka się opiekowała. Teraz jednak mogła powrócić do Poznania i oczywiście Ewa skorzystała z okazji, aby poprosić ją o pomoc w przygotowaniu czegoś nad wyraz smacznego i przepysznego dla zaproszonych gości. Kobieta zaś stanęła na wysokości zadania, czego efekty mogli podziwiać wszyscy zebrani. Najpierw więc nastąpił główny posiłek, czyli pyszna zupa pomidorowa z makaronem, potem zaś drugie danie, czyli ziemniaki i smakowite kotlety, a na końcu kruche ciasteczka. Oto jak wyglądał obiad u Jedwabińskich. Kiedy zaś wszyscy zajadali się deserem, gospodyni wspaniała i powiedziała:
- Chciałabym was wszystkich przeprosić i zarazem podziękować wam. Wam wszystkim.
Goście wpatrywali się w nią z uwagą, z kolei zaś Ewa kontynuowała:
- Ostatnimi czasy mocno naprawdę zraniłam swoich bliskich i nie umiałam się zatroszczyć o swoje dziecko. Korzystałam więc z okazji, aby ją podrzucać wam lub pozwalałam, aby do was przychodziła i dostawała od was to, czego sama jej nie umiałam dać. Miłości, ciepła i serdeczności. Przy was wszystkich się śmiała i była szczęśliwa. Przy mnie nie. Dlatego chcę was przeprosić. Przepraszam was za to, że kazałam wam robić to, czego sama nie umiałam. I że nie umiałam być wam za to należycie wdzięczna. Ale teraz to się zmieni. Obiecuję wam to. Zmieni się to na lepsze. W ciągu ostatnich paru dni miałam wiele okazji do myślenia. Dlatego przemyślałam sobie wiele spraw i już wiem, na czym polegały moje błędy. I mogę wam obiecać, że dołożę wszelkich starań, aby się zmienić na lepsze. Już podjęłam w tym celu odpowiedni kroki i mój mąż może to poświadczyć.
- To prawda - potwierdził Eugeniusz - Sam ją odprowadzałem na spotkanie z psychologiem. Bo wiecie, Ewa chodzi już na terapię.
- Tak, chodzę na terapię - rzekła smutno Ewa - I widzę teraz, jak bardzo były mi one potrzebne. Jak bardzo raniłam siebie i innych. Spotkałam na terapii kilka osób podobnych do mnie. Z podobnymi problemami. Tego właśnie było mi trzeba. Zobaczyć siebie samą w innych osobach. Dzięki temu wiem już, co muszę w sobie zmienić. Ale nie zrozumiałabym tego bez was. Bez was wszystkich, gdyż każde z was na swój sposób pomogło mi, dając Aurelii tyle miłości i dobroci, jakiej ja nie umiałam okazać. Dlatego dziękuję wam za to. Dziękuję i wasze zdrowie.
To mówiąc, podniosła kieliszek z sokiem, który miała w ręku i powiedziała:
- Wasze zdrowie, kochani.
Wszyscy zaczęli klaskać, kiedy skończyła przemowę, a Ewa po raz pierwszy od bardzo dawna publicznie rozpłakała się, wzruszona tym, co właśnie ją spotkało. Mąż objął ją mocno i pocałował ją delikatnie, a Aurelia zaśmiała się słodko, po czym spojrzała na Maćka i Kreskę, prosząc:
- Wy też się pocałujcie.
- O nie, nie ma mowy. Janka bardzo nie lubi pokazówek - odpowiedział jej w żartobliwy sposób Maciek.
- Ale przytulić mnie możesz - odparła na to Kreska, a Maciek od razu z tego pozwolenia skorzystał.
Wszystkiemu temu przyglądała się wzruszona Melania Borejko. Ona również się nauczyła wielu mądrych rzeczy z tej całej przygody. Rozmowa z małą Aurelią, a potem jej matką pomogła jej zrozumieć wiele spraw. Po tym wszystkim bardzo uważnie porozmawiała z Gabrysią i dowiedziała się od niej, jak wiele ta ma jej do zarzucenia i co to jest. Tym razem jednak Melania nie próbowała w żaden sposób się przed tymi oskarżeniami bronić. Wysłuchała ich cierpliwie i kiedy już litania żalów wobec niej dobiegła końca, powiedziała:
- Mogłabym powiedzieć ci, córeczko, że miałam swoje powody do takiego, a nie innego zachowania. Że tak zostałam wychowana, że w takich czasach żyłam i wtedy musiałam taka być i weszło mi to w nawyk, ale nie powiem tego. Wiem już dobrze, że te czasy dawno minęły i teraz muszę być inna wobec ciebie, jak również i pozostałych moich córek. Zraniłam was tym, że wiecznie skupiałam się na swoim bólu. Zraniłam tym, że nie chciałam nigdy w relacji z wami okazywać wam nazbyt wiele czułości, tylko tyle, ile trzeba, czyli w moim wypadku prawie wcale. Nigdy nie umiałam was do siebie przytulić, a jeśli już, to pozwalałam wam tulić się do mnie. A to przecież nie to samo. Nie pozwalałam wam mówić o tym, co was boli. To wszystko było żałosne i teraz to widzę. Nie chcę jednak więcej taka być. Chcę być lepsza. Aurelia pokazała mi, jak wielka radość panuje w moim sercu, kiedy z miłością kogoś do siebie przytulę. A rozmowa z jej mamą pomogła mi pojąć, jakie błędy w swoim życiu jako matka popełniłam. Nie można tłumić w sobie bólu. Nie można twierdzić, że nie wolno mówić o tym, co boli, bo to nie wypada, bo inni na tym świecie mocniej cierpią, a mówienie o naszym bólu jest egoizmem. Dlatego nie zwierzacie mi się. Dlatego z ojcem miałyście zawsze lepsze relacje. Dlatego ja nie jestem wam do niczego potrzebna. Ale chcę być potrzebna. Bardzo tego chcę, bo inaczej mogę być taka jak Ewa, chociaż nie... Ona jest lepsza ode mnie. Sama zauważyła, że jest coś z nią nie tak. Tylko nie umiała z tym walczyć. Ale umiała dostrzegać swoje wady. Ja nawet tego nie umiałam zrobić. Ale chcę to zmienić. Pozwolisz mi na to, Gabusiu? Pozwolisz?
Gabrysia nic nie powiedziała, tylko przytuliła się do matki i rozpłakały się obie nad tym straconym czasem, który zmarnowały, odsuwając się od siebie i nad tym czasem, który jeszcze im pozostał i podczas którego mogą jeszcze tak wiele w swoim życiu zmienić, co oczywiście zamierzały zrobić.
Melania przypomniała sobie to wszystko i z jeszcze większą radością patrzyła teraz na Ewę i jej przemianę. Z równym wzruszeniem przyglądał się tej oto pięknej scenie Dmuchawiec, który pochylił się w kierunku pani Borejko i szepnął:
- Chyba życie w Jeżycach zmierza ku lepszemu.
- Tak. Chyba idzie ku lepszemu, panie profesorze - odpowiedziała mu cicho, mając na twarzy radosny uśmiech.
Tymczasem posiłek trwał dalej, a potem Aurelia wciągnęła Maćka, Kreskę i Natalię, Roberta i Patrycję w wesołą zabawę, która trwała długo i mocno zdołała wykończyć młodego Ogorzałkę, ledwie dyszącego, kiedy tyle dziewczyn naraz go osaczyło i zmusiło do dzikiej zabawy, także nawet pomoc Roberta niewiele mu w tym pomogła.
- Rany, skąd te dziewczynki mają tyle energii? - zapytał, gdy usiadł sobie na chwilę, aby odpocząć i złapać oddech.
- Lepiej nie narzekaj, tylko nabieraj wprawy - powiedziała do niego czule, a zarazem dowcipnie Kreska - W końcu, kto chce mieć ze mną bliźnięta, co?
- Ale to w przyszłości.
- Więc tym bardziej teraz zacznij się przygotowywać.
Maciek uśmiechnął się do niej wesoło, odsapnął jeszcze chwilę i powrócił do zabawy, która trwała tak długo, dopóki nie rozpoczęła się dobranocka. Wówczas to dzieci rzuciły wszystko i podbiegły do telewizora, oglądając kolejne przygody tak lubianej przez siebie Pszczółki Mai. Po niej zaś odbyły się wiadomości, które to z kolei zainteresowały dorosłych. A były one bardzo ciekawe i zawierały niezwykle ważne dla wszystkich informacje.
W sumie nie były to typowe wiadomości, co raczej konferencja prasowa, na czele której stał Jerzy Urban. Ów człowiek przekazał innym dziennikarzom, jak i również całej Polsce, że oto Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (nazywana przez wszystkich złośliwie WRONĄ) została właśnie rozwiązania z powodu swej indolencji i nieudolności, a do tego jeszcze wyszły na jaw różne machlojki, jakich dopuszczali się członkowie tej ponoć szlachetnej instytucji państwowej. Oznaczało to, że zaraz posypały się aresztowania osób podejrzanych o przekręty. Szczególne obrzydzenie u pana Urbana zdobył niejaki minister Zawodny, który jako minister finansów mocno uszczknął sobie pieniędzy z kasy państwa i za te oto pieniądze kupował różne drogie prezenty swojej kochance, chociaż był takim przykładnym mężem i ojcem. Człowiek ten został dziś rano aresztowany w swoim mieszkaniu i zabrany do aresztu, gdzie będzie czekał na proces o zdefraudowanie kilkunastu miliardów złotych.
Gabrysia uśmiechnęła się zadowolona, kiedy to usłyszała. Zatem gazeta, którą jej pokazał Piotr mówiła prawdę. Oznaczało to, że jej szanowny małżonek stracił swojego błogosławionego mecenasa i nie może w żaden sposób jej szantażować, gdyż powoływanie się na osobę pana ministra Zawodnego nie przyniesie mu już żadnych korzyści. Oczywiście o byciu posłem i towarzyszem partyjnym też może zapomnieć, w końcu jedyną osobą, która mogła mu to zagwarantować był właśnie pan minister, a on poszedł siedzieć. Prawdopodobnie więc milicja będzie raczej mało przychylnie patrzeć na osoby, które będą chciały uważać tego oto człowieka, dawnego członka WRON-u za swego protektora. Może nawet takie osoby zostaną uznane za współwinne? Gabrysia nie miałaby nic przeciwko temu, aby i jej mąż został aresztowany z tego powodu, choć podejrzewała, że na takie coś, to on jest chyba nazbyt sprytny. Ale cóż... Przynajmniej stracił plecy, na których tak mocno się ostatnio opierał. To zawsze duży plus.
Piotr Ogorzałko również był zadowolony. Wiedział co prawda od rana o tym, co się stało z panem Zawodnym, gdyż przeczytał o tym w „Trybunie Ludu”. Było to napisane na pierwszej stronie i tylko z tego powodu kupił ten szmatławiec, który w innej sytuacji nie wziąłby nawet do ręki z powodu tak często umieszczanej tam propagandy komunistycznej. Dlatego też nie czuł ani odrobiny strachu podczas rozmowy z Januszem Pyziakiem, który w niczym się jeszcze nie orientował i z przyjemnością dał już całkiem upust swoim uczuciom do niego, kiedy ten złożył mu swoją kuszącą i jakże korzystną propozycję. Wiedział, że może sobie na to pozwolić, bo teraz Janusza już nikt nie obroni i nikt nie pomści jego krzywd.
- A mówili, że wrona orła nie pokona - zaśmiał się głośno - Chociaż raz mieli rację. Chociaż raz takie hasełko nie było tylko pustym frazesem.
- To może niedługo skończy się stan wojenny? - rzekł profesor Dmuchawiec.
- Miejmy taką nadzieję. Dość mam już godzin policyjnych i innych takich - dodała Ida - Nie można nawet późnym wieczorem wracać do domu.
- A zatem, proponuję nowy toast, moi kochani - rzekł Eugeniusz, wstając oraz wznosząc szklankę z sokiem malinowym.
Wszyscy tutaj pili jedynie sok lub herbatę, gdyż Jedwabińscy byli od zawsze abstynentami, a dodatkowo były tu dzieci i nikt nie chciał ryzykować, że któreś z nich może łyknąć tego zakazanego dla nich płynu. Dodatkowo jeszcze dla Ewy już sam widok alkoholu wywołał niemiłe wspomnienia i nie była w stanie nawet na niego patrzeć, więc zastąpiono go napojami bezprocentowymi.
- Proponuję toast... Za lepszą przyszłość - powiedział Eugeniusz.
- Za lepszą przyszłość! - zawołali wszyscy, również ochoczo wznosząc ten toast, czując jednocześnie w sercu wiele nadziei na lepsze jutro dla siebie i swoich bliskich.

czwartek, 12 sierpnia 2021

Rozdział XXXVI

Rozdział XXXVI

Piotr wyrównuje rachunki

Minęło kilka dni od tej pięknej i radosnej chwili, w której Jedwabińscy raz na zawsze pogodzili się nie tylko z Aurelią, ale i z braćmi Ogorzałko i między nimi ponownie nawiązana została ogromna nić sympatii, która miała podstawy do tego, aby przemienić się w coś znacznie mocniejszego i silniejszego. Wszyscy byli tym faktem bardzo uradowani, zwłaszcza mała Aurelia, która bardzo cierpiała z tego powodu, że nie może swobodnie przytulić się do swojej mamy, gdyż ta unika z jej strony i w ogóle ze strony wszystkich ludzi jakichkolwiek cieplejszych uczuć oraz ich objawów. Teraz mogła się do niej swobodnie przytulać, kiedy tylko miała na to ochotę i skwapliwie z tego korzystała. Ewa zaś odkryła, ku swojemu zdumieniu, że naprawdę sprawia jej to ogromną przyjemność i teraz często tuliła córkę do siebie i składała czułe, matczyne pocałunki na jej twarzy. Oczywiście nie zmieniła się od razu w osobę świętą i dobrą. Nie, takie zmiany nie zachodzą od razu ani na jedno pstryknięcie palcami. Poważne zmiany zawsze potrzebują dużej liczby czasu i tak też było tutaj, tak więc nie obyło się tu bez terapii, na jakie zaczęła chodzić Ewa, oczywiście przy ogromnym wsparciu swojego męża. Wierzyła, że uda jej się przez to wszystko przejść, a mąż i przyjaciele na czele z Piotrem dodawali jej każdego dnia nadzieję na to i utwierdzali w tym, iż słusznie postępuje. Dzięki temu zaczęła wierzyć w siebie, jak również wierzyć w znacznie lepszą przyszłość dla siebie oraz swojej rodziny.
Odzyskanie nadziei przez Ewę uradowało bardzo jej męża, a do jego radości dołączyło też i to, że zdołał odzyskać przyjaźń Piotra, którego zawsze bardzo cenił i szanował, który był mu niemal jak młodszy brat i który teraz znowu był mu tym, kim był w starych i dobrych czasach: wiernym druhem i przyjacielem. Mógł teraz z nim spędzać czas, rozmawiać, pójść na piwo i powymieniać się poglądami jak za starych, dobrych czasów. Dodatkowo jeszcze szef Eugeniusza, kiedy ten wyjaśnił mu, iż nie będzie mógł teraz tak często bywać na przyjęciach, zabawach czy też polowaniach, które on urządzał, ponieważ musi naprawić pewne sprawy w swojej rodzinie i musi dbać o nią w taki sposób, jak ona na to zasługuje, nie tylko nie wyraził żadnej złości z tego powodu, a wręcz powiedział, iż doskonale rozumie i podziwia go za to, że w tych czasach, kiedy każdy tylko myśli o sobie i swoich potrzebach, znalazła się taka właśnie osoba jak Eugeniusz Jedwabiński i że myśli on właśnie o swojej rodzinie, którą stawia na pierwszym miejscu. Obiecał też mu awans w najbliższym czasie.
- Człowiek, który tak dba o rodzinę, że nawet ryzykuje z tego powodu utratę względów szefa, zasługuje na mój szacunek i poważanie, a także na to, aby mieć o wiele lepsze stanowisko pracy niż ma je obecnie. Dlatego cieszy mnie, że pan jest właśnie takim człowiekiem, panie Eugeniuszu.
Jak zatem widać, państwo Jedwabińscy nie mieli powodów do narzekania, w przeciwieństwie do Piotra Ogorzałki, który chociaż odzyskał dawnego przyjaciela i czuł z tego powodu wielką radość to jednak nie mógł powiedzieć o sobie, że jest całkowicie szczęśliwy. W końcu wszyscy wokół niego byli szczęśliwi w miłości, a on jeden nie mógł tego o sobie powiedzieć. Ostatecznie już drugi raz złamano mu serce. Najpierw zrobiła to jego ukochana z miejsca pracy, a potem Gabrysia, która teraz unikała go jak ognia i nie chciała się z nim spotykać. Co prawda, zrobiła to w końcu, ale niestety tylko raz i jedynie po to, aby mu wyjawić, że jej mąż zdradzał ją w tej całej Australii, lecz nie zamierza brać rozwodu i oczekuje od niej, iż będzie mu wierna i nie będzie robiła żadnych problemów, ani też nawet nie pomyśli o rozwodzie. Piotr nie rozumiał, po co się bawić w takie głupie pomysły i jaki w tym wszystkim cel ma Janusz Pyziak, jednak musiał zaakceptować decyzję Gabrysi, co oczywiście zrobił, choć bez najmniejszej radości ze swojej strony. Przecież kochał ją i to całym sercem. Jeszcze nigdy wcześniej nie był zakochany aż tak mocno, jeszcze nigdy miłość nie dawała mu tyle radości, więc bolało go to, że ta miłość musi w taki sposób się kończyć. Co prawda, od początku przewidywał taki właśnie rozwój wypadków, ale mimo wszystko decyzja Gabrysi bardzo go bolała i chociaż Eugeniusz Jedwabiński oraz Maciek starali się jak mogli, żeby dobrze się czuł, nie umiał spełnić ich życzenia i być wesołym. Trudno w końcu radować się życiem, gdy chce się wyć z rozpaczy. A Piotr miał właśnie na to ochotę. Popełnił właściwie największy błąd z możliwych. Obiecywał sobie przecież, że nigdy więcej już nikt mu nie złamie serca, ale mimo to właśnie do tego doszło: kobieta złamała mu serce i to kobieta niezwykle wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju, bo równie piękna, co inteligentna, a do tego bardzo wrażliwa i dobra. Jej dobroć można było porównać jedynie z jej urodą, a jej uroda była oszałamiająca, zwłaszcza wtedy, gdy była naga i nie kryła swoich wdzięków przed nim. Wtedy był tak zachwycony jej osobą, że nawet nie umiał oderwać od niej wzroku. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się czuć tego wszystkiego przy jakiekolwiek kobiecie. Chociaż może i czuł, ale na pewno nie tak intensywnie, jak przy tej istocie, którą w myślach nazywał Galateą, co w jego ustach oznaczało „ideał kobiecości”. Niestety, on nie był Pigmalionem i nie był w stanie jej ożywić, poprawić jej uległy wobec mężusia charakter ani uczynić cokolwiek, co sprawiłoby, że oboje byliby w końcu szczęśliwi.
Piotr siedział w swoim mieszkaniu i rozmyślał na ten temat, jednocześnie też pomstując na samego siebie za swoją głupotę. Jak mógł ponownie pozwolić na to, aby złamano mu serce? Przecież to było od początku wiadome, jak to się skończy. To było jasne jak słońce i każdy inny człowiek, który umiał logicznie myśleć, z całą pewnością zdołałby wyciągnąć takie wnioski. Niestety, Piotr się zakochał, a to oznaczało, że w kwestii miłości nie umiał logicznie myśleć. Wiadomo przecież, iż człowiek zakochany chodzi jak pijany, jak to śpiewała Hanka Ordonówna. Tak, on właśnie był pijany, kompletnie głupi, skoro wierzył w miłość, skoro mimo swego zdrowego rozsądku pozwolił sobie na cień nadziei na to, że będzie jeszcze kiedyś szczęśliwy w miłości. Bo przecież cień nadziei w nim został, zwłaszcza odkąd ta cudowna i jedyna w swoim rodzaju istota płci żeńskiej, o której to marzył od tak dawna, złamała swoje zasady i poszła z nim do łóżka, przeżywając najpiękniejsze zbliżenie na świecie... Najpiękniejsze zarówno dla niej, jak i dla niego.
Jego rozmyślania przerwało nagle pukanie do drzwi. Choć Piotr nie miał teraz najmniejszej nawet ochoty na wizyty kogokolwiek, wstał z fotela, podszedł do drzwi i nawet nie patrząc w wizjer, otworzył je. Zobaczył wówczas, stojącego w progu Janusza Pyziaka.
- Witaj - powiedział do niego spokojny i bardzo opanowanym tonem, który przy odrobinie wyobraźni można by uznać za przyjazny.
Piotr oparł się łokciem o próg, popatrzył z kpiną w oczach na rywala i rzekł najbardziej złośliwie, jak się tylko dało:
- Proszę, proszę, proszę... Któż to mnie odwiedził? Sam Janusz Pyziak. Jakiż wielki zaszczyt mnie kopnął. Wielki pan Janusz zniżył się, aby obcować z prostym ludem, takim jak ja.
- Jak widzę, poczucie humoru wciąż cię nie opuszcza - odpowiedział bardzo ironicznie Janusz Pyziak - Nic się nie zmieniłeś odkąd ostatni raz cię widziałem. Czy mogę wejść? Nie chcę rozmawiać w progu.
Piotr tylko lekko rozłożył ręce i wpuścił mężczyznę do środka, a gdy ten już przekroczył próg, zamknął za nim drzwi, po czym zaczął go z uwagą obserwować. Janusz zaś zaczął oglądać jego mieszkanie, jakby to było muzeum i jakby chciał coś z tej obserwacji wyciągnąć. W końcu powiedział:
- Widzę, że wciąż mieszkasz w nie najlepszych warunkach. Niezbyt to chyba dobre warunki mieszkalne dla dorosłego faceta i dorastającego chłopaka.
- I przyszedłeś tu tylko po to, aby mi to powiedzieć? - zapytał złośliwie Piotr.
- Nie, nie tylko, choć powód, dla którego tu przyszedłem, częściowo wiążę się z tym, o czym mówimy.
- To ciekawe. A mógłbyś rozwinąć temat?
- Oczywiście, że mógłbym. Zresztą po to tu przyszedłem.
Po tych słowach, Janusz odwrócił się przodem do Piotra i powiedział:
- Przyszedłem tutaj w sprawie dość delikatnej i myślę, że domyślasz się, o co mi chodzi.
- Wiesz, nigdy nie próbowałbym być domyślniejszy od wielkiego człowieka, który bywa w Australii i zwiedził cały świat - odparł z kpiną Piotr - Dlatego miło mi będzie, jeżeli powiesz mi sam, co cię sprowadza.
Janusz uśmiechnął się do niego ironicznie, po czym odparł:
- Może masz rację. Zagrajmy w otwarte karty, bez zbędnej subtelności.
- Zwłaszcza, że to słowo jest ci kompletnie obce - rzucił Ogorzałko.
Pyziak zlekceważył jego wypowiedź. Nie miał teraz ochoty na sprzeczki ani potyczki słowne, dlatego powiedział:
- Chodzi o moje rogi, Piotrze. A konkretnie o rogi, które ty i moja żona mi wiele razy przyprawialiście, kiedy ja ciężko i uczciwie pracowałem na rodzinę za granicą.
Piotr parsknął śmiechem, słysząc ostatnie słowa tej wypowiedzi.
- Małe sprostowanie. Po pierwsze, nie wiele razy, tylko kilka. Po drugie, ty i ciężka praca? Nie rozśmieszaj mnie. Po trzecie zaś, nikt ci nie kazał jeździć na drugi koniec świata, żeby zarobić na rodzinę. Twoja rodzina, o ile dobrze wiem, nigdy cię o to nie prosiła. No i po czwarte... Naprawdę uważasz, że w sytuacji, w jakiej się znajdujesz, zarzucanie komuś zdrady jest właściwe?
- A czemu miałoby nie być? - zapytał Janusz Pyziak, przybierając groźny ton - Zaciągnąłeś moją żonę do łóżka i zabawiłeś się z nią moim kosztem.
- A skąd ty to niby wiesz, co?
- Od osoby godnej zaufania.
Piotr uśmiechnął się ironicznie. Dobrze wiedział, o kogo chodzi. O tę podłą i starą wiedźmę z dołu, która nic innego nie robi, tylko wiecznie węszy, podsłuchuje przez szklankę przyłożoną do ściany i czerpie przyjemność z cudzego nieszczęścia, a czyjeś szczęście drażni ją niemiłosiernie. Tak, pani Szczepańska była kapusiem i to najgorszego sortu. Czasami Piotr zastanawiał się, czy nie współpracowała aby ze służbami specjalnymi, co zresztą bardzo by do niej pasowało. Nieraz przecież już składała donosy na milicję, choćby wtedy, gdy Gabrysia Borejko jeszcze jako nastolatka, założyła ugrupowanie szkolne nazywane ESD, czyli Eksperymentalny Sygnał Dobra. Pani Szczepańska podsłuchiwała pod ścianą za pomocą szklanki i wyciągnęła z tego błędne wnioski, jakoby jej sąsiadka produkuje LSD i oczywiście zaraz złożyła donos na milicję. Na szczęście milicja, gdy przyjechała na miejsce, od razu wszystko wyjaśniła i obyło się bez konsekwencji prawnych. Ale tak czy inaczej, pani Szczepańska wtedy pokazała, na co ją stać. Dodatkowo, od tamtej chwili znienawidziła Borejków i korzystała z każdej okazji, aby im w jakikolwiek sposób dokuczyć. Teraz pewnie z przyjemnością doniosła Januszowi o romansie Gabrysi z Januszem, chociaż jak się o nim dowiedziała, tego już Piotr nie wiedział.
- Osoba godna zaufania? - rzekł po chwili Ogorzałko - Nawet domyślam się, kogo masz na myśli. Nie sądzisz jednak, że przyjmowanie za pewnik informacji od kogoś takiego ubliża twojej godności?
- Ale nie zaprzeczasz, że takie coś miało miejsce, prawda? - spytał Janusz.
- Skoro już wiesz i prawda już jest ujawniona, nie będę jej zaprzeczał. Byłoby to głupie i nie ma żadnego sensu. Powiedz mi więc, co zamierzasz zrobić z tym fantem? Pobić mnie? To by nawet do ciebie pasowało, wiesz? To zresztą podobno jest bardzo męskie: zrozpaczony rogacz bije i to dotkliwie kochanka swojej żony. Jakie to typowe.
- Nie, wcale nie po to tutaj przyszedłem, choć w mordę powinieneś dostać, bo sobie zasłużyłeś. I nawet nie próbuj zaprzeczać.
- Nawet nie próbuję. Ale czemu nie zamierzasz dać mi w mordę?
- Ponieważ jestem człowiekiem rozsądnym oraz praktycznym i uważam takie zachowanie za niewłaściwe. Chociaż zdrada mojej żony bardzo mnie boli, jak też i to, że zachęciłeś ją do niemoralnego zachowania.
Piotr nie wytrzymał i parsknął śmiechem pełnym kpiny i szyderstwa.
- Naprawdę? Uważaj, bo się wzruszę. Ciebie boli serce po zdradzie żony?
- A tak. Co w tym dziwnego?
- Wiesz... Nie jestem specjalistą, ale wydaje mi się, że aby kogoś bolało serce, musi je najpierw mieć.
- A ja niby nie mam serca? Harowałem jak wół za granicą, żeby moim bliskim żyło się jak najlepiej, a ona tymczasem z tobą...
Chciał już powiedzieć jakieś wulgarne słowo, ale się pohamował i rzekł:
- Prowadziła się niemoralnie.
- Wiesz, skoro już jesteśmy przy niemoralności, to wydaje mi się, że jesteś ostatnią osobą, która powinna się na ten temat wypowiadać - powiedział złośliwie Piotr - Harowałeś jak wół, tak? I może jeszcze mi powiesz, że w pocie czoła ciężko zarabiałeś pieniądze na rodzinę?
- A tak, a żebyś wiedział. A co? Wątpisz w to?
- Nie, ależ skąd. Zwłaszcza, że widziałem dowody twojej pracy w pocie czoła za granicą. Gabrysia mi je pokazała. Swoją drogą, bardzo ładne kangury są w tej twojej Australii. Rzeczywiście, musiałeś pracować nad nimi w pocie czoła, choć coś mi mówi, że nie tylko czoło ci się wtedy spociło.
Janusz zrozumiał, o czym mówi Piotr i zamruczał ze złości, zaciskając przy tym dłoń w pięść. Był wściekły, że żona pokazała kochankowi te parszywe zdjęcia, które wysłała jej osoba życzliwa. Swoją drogą, Janusz podejrzewał, że to ta głupia baba, jego kochanka z Australii wysłała jej te zdjęcia. W końcu nikt inny nie mógł im je zrobić i nikt inny nie miał w tym interesu. A jaki ona miała w tym interes? Chciała go zmusić, aby się szybciej rozwiódł z żoną i związał z nią. Cóż... Jeśli idiotka na to liczyła, to przeliczyła się i to bardzo.
- Także więc... - ciągnął dalej Piotr - Muszę powiedzieć, że wydaje mi się, iż w świetle tego, o czym mówimy, naprawdę jesteś ostatnią osobą, która powinna się wypowiadać na temat moralnego zachowania.
- Dobrze, a zatem nie owijajmy w bawełnę, bo widzę, że z tobą to lepiej jest mówić wprost, o co chodzi.
- Tak jest dużo lepiej.
- No właśnie. Chciałbym więc powiedzieć, że chociaż serce bardzo mnie boli z powodu zdrady mojej żony, to jednak chcę, abyś wiedział, że nie zamierzam się z tego powodu z Gabrysią rozwodzić.
To Piotra mocno zdziwiło. Spodziewał się, że w takiej sytuacji jako pierwszy by zarządzał rozwodu, jak chyba postąpiłby każdy normalny facet na jego miejscu. On jednak chce ratować małżeństwo. Dlaczego?
- To mnie zaskoczyłeś. A dlaczego nie chcesz się rozwodzić?
- Ponieważ obiecałem ci grać w otwarte karty, to powiem otwarcie. Rozwód nie leży w moim interesie.
- Doprawdy? - uśmiechnął się ironicznie Piotr.
- Tak, właśnie tak - potwierdził Janusz - Jestem nieco staroświecki i uważam, że rodzina zawsze powinna się trzymać razem. Zwłaszcza, jeśli ma w tym interes.
- A jaki ty masz w tym interes?
- Bardzo prosty. Awans społeczny.
- Nie rozumiem.
- To bardzo proste. Słyszałeś o ministrze Zawodnym?
- Ministrze finansów w naszym kochanie WRON-ie? Owszem, słyszałem. A co? To twój krewny?
- Nie, ale miałem przyjemność go poznać w Australii. Był tam na wakacjach i zawarliśmy razem sporą zażyłość, zwłaszcza podczas polowania na strusie emu.
- Nie wątpię. Ale co ma jedno do drugiego?
- Otóż minister Zawodny sprawdza obecnie mój życiorys i wszystko, co ma ze mną wspólnego. Jak dotąd niczego złego u mnie nie zobaczyli i dlatego też już niedługo wstąpię w szeregi partii.
- No proszę. Jakoś wcale mnie to nie dziwi. To wręcz idealne towarzystwo dla ciebie. Sami komuniści i złodzieje. Sam nie wiem, którzy gorsi.
- Tylko bez takich. Ja nie jestem złodziejem, a za takie teksty możesz długo nie zobaczyć swoich bliskich. Możesz trafić tam, gdzie twoi rodzice. I co? A może myślisz, że zostaniesz męczennikiem i nakręcą o tobie film? Już widzę nagłówki. „Człowiek z godności”.
- Za to o filmie o tobie byłby dopiero hitem. I już wiem, jaki nosiłby on tytuł. „Człowiek z błota”. Idealna nazwa, czyż nie?
Janusz spojrzał na niego spode łba, zazgrzytał lekko zębami i powiedział:
- Pomijając twoją impertynencję, oznajmić ci muszę, że niedługo wszyscy się będą do mnie zwracać per „towarzyszu”. A być może w przyszłości będę nawet posłem.
- No tak. Jeśli wejdziesz między wrony, towarzyszu, bądź czerwony.
- Zgadza się. I nie wstydzę się tego, że zamierzam być czerwony. Bo wiesz, ja przynajmniej do czegoś dojdę. Będę sławny, bogaty i osiągnę wszystko. A ty? Co niby osiągniesz z tym swoim wiecznym nonkonformizmem?
- O, jakie piękne słowa teraz znasz. Musiałeś się podszkolić przy tym swoim ministrze.
- Podróże kształcą. Mógłbyś sam spróbować.
- Dzięki, wolę już być nonkonformistą z godnością niż próżnym oportunistą.
- Super, piękne słowa, ale jeżeli ten próżny oportunista może ci coś doradzić...
- Jakoś nie chcę słuchać twoich rad.
- Będziesz musiał.
- No proszę, jakie czasy nam nastały. Muszę słuchać rad człowieka, który ma kręgosłup moralny zrobiony z gumy.
Janusz Pyziak z trudem już nad sobą panował, ale mimo wszystko zachował spokój i powiedział:
- Moja rada jest prosta. Wiem, że ty i moja żona coś do siebie czujecie. Wiem też, że będzie mnie ona z tobą ponownie zdradzać, to tylko kwestia czasu.
- Skąd to przypuszczenie?
- To proste. Ladacznica zawsze będzie ladacznicą. Ma to we krwi.
Piotr popatrzył na niego wściekle, jakby chciał go uderzyć, ale powstrzymał się przed tym i tylko dodał:
- Rozumiem, że oceniasz ją swoją miarką.
- A niby jaką mam ją oceniać? - zapytał Janusz - Zresztą ja wcale nie żądam od niej wierności. Sam nie zamierzam być wierny i nie oczekuję, że ona też będzie mi wierna.
- Męska wersja pani Dulskiej.
- Nie wiem, może... Ale póki mam z tego korzyści, zamierzam tak robić.
- Co ja mam z tym wszystkim wspólnego?
- Sprawa jest prosta. Moja żona nie musi być wierna, jednak niech zachowuje pozory. Od ciebie oczekuję tego samego. Jeżeli już musicie się spotykać, róbcie to chociaż dyskretnie. A zapewniam, że nie pożałujecie. Póki będą miał dobrą opinię i będę przestrzegał tradycyjnych wartości rodzinnych, wtedy moja kariera będzie bezpieczna. A co za tym idzie, wam też uszczknie się coś z pańskiego stołu.
- Aha, czyli za udział w twojej grze pozorów, dostanie się nam coś z twojego stołu? Ludzki pan z ciebie.
- A i owszem, jestem ludzki i bardzo wyrozumiały. Mogłem przecież dawno ją pogonić i zrobić z niej ladacznicę przed sądem. Ale po co?
- Rzeczywiście, po co? Nie masz w tym interesu. Dlatego tego nie robisz. W innej sytuacji, to byś w ogóle się nie wahał.
- Być może, ale zmierzając do sedna. Jeżeli ty i moja droga żona zachowacie wszelką dyskrecję, nie tylko nie będę wam stał na drodze, ale nawet załatwię ci z czasem jakieś dobre stanowisko. Będziesz mógł sobie do końca życia opływać w dostatki i twój braciszek też. Wiem, że masz godność osobistą, która zabrania ci przyjmowania takich propozycji, ale... Zastanów się. Jeżeli nie obchodzi cię twój własny los, to pomyśl o bracie. Pomyśl, jakie on może z tego wyciągnąć korzyści na przyszłość. Zwłaszcza, że chyba planuje założenie rodziny.
- To już jego prywatna sprawa, co on planuje. A co do mnie... Ta oferta brzmi dość kusząco. Mówisz mi to, jako przyszły poseł?
- Póki co, mówię jako prywatny człowiek.
Piotr uśmiechnął się dowcipnie, jakby przyszedł mu do głowy jakiś pomysł, po czym rzekł:
- A więc mówisz do mnie jako prywatny?
- Tak, to nasza prywatna rozmowa.
- I mogę ci jako prywatnemu odpowiedzieć?
- Oczywiście, wręcz oczekuję od ciebie odpowiedzi.
Piotr podszedł bliżej Janusza, pomyślał przez chwilę, a następnie powiedział:
- Widzisz, to mój brat zaczytuje się w klasykach i lubi ich cytować. Ale wiesz, teraz zrobię wyjątek i to ja zacytuję jednego z nich, a konkretnie Sienkiewicza.
- O, to ciekawe. A więc słucham. Co by Sienkiewicz powiedział na to, co ja ci właśnie powiedziałem?
- Słuchaj więc uważnie, Januszu Pyziaku... „[i]Jesteś łotr, łajdak i śmierdzące bydlę[/i]”.
Janusz Pyziak zatrząsł się z gniewu, gdy to usłyszał.
- Coś ty powiedział?
- „Skończone, śmierdzące bydlę” - dokończył Piotr - „Wystarczy, czy mam ci jeszcze w oczy splunąć?”.
Janusz próbował go uderzyć, ale Piotr się uchylił, po czym zadał mu kilka, a raczej kilkanaście ciosów pięścią. Bił go po twarzy, po brzuchu, po biodrach i po wszystkim, po czym się tylko dało. Chciał mu odpłacić za to, co powiedział. Za wszystkie obraźliwe słowa skierowane do niego, za te wszystkie przepłakane przez jego ukochaną Gabrysię noce, za nazwanie jej ladacznicą i za to, że Piotr nie mógł z jego powodu się z nią ożenić i być ojcem dla jej małej, słodkiej córeczki. Za to wszystko, jak również za tę podle niemoralną propozycję teraz oberwało się panu Pyziakowi. W końcu przestał go okładać, kiedy ten leżał na podłodze, wijąc się przy tym z bólu. Piotra wtedy opuściła żądza zemsty, złapał Janusza za poły jego ubrania i powiedział:
- Wynoś się, śmieciu. Nie jesteś tego wart.
Po tych słowach wyrzucił go za drzwi. Chciał już je za nim zamknąć, kiedy to nagle usłyszał głośny łomot, jakby coś ciężkiego spadło po schodach. Prędko więc wybiegł z mieszkania, aby zobaczyć, co się stało. Wyjrzał przez barierkę i wtedy zobaczył leżącego na półpiętrze Janusza, który właśnie z wielkim trudem zbierał się z podłogi. Piotr nie mógł się powstrzymać, aby nie wybuchnąć śmiechem, więc zrobił to, a potem zawołał ironicznie:
- Prywatnemu, nie posłowi!
I wrócił do siebie.
Janusz zaś wstał, otarł krwawiący nos i spojrzał w górę, skąd właśnie zleciał ze schodów i wysyczał wściekle:
- Pożałujesz tego, Ogorzałko. Pożałujesz... I ta twoja latawica też.
Po tych słowach odszedł, w głowie już układając sobie plan zemsty.
Nieświadomy tego Piotr siedział sobie spokojnie w mieszkaniu, rozkoszując się tym, jak doskonale wyrównał rachunki z tym łajdakiem. Ale nie nacieszył się tą chwilą zbyt długo, ponieważ nagle ktoś zaczął głośno walić pięścią w jego drzwi. Nieco niespokojny pomyślał, że to pewnie Janusz Pyziak wrócił z kumplami, aby się na nim zemścić, dlatego ostrożnie podszedł do wizjera i zajrzał przez niego. Jednak osoba, którą zobaczył w wizjerze, nie była Pyziakiem, tylko jego żoną i to mocno zdenerwowaną. Piotr więc spokojnie otworzył jej drzwi i powiedział:
- Witaj, co cię sprowadza?
- Ty już bardzo dobrze wiesz - powiedziała ze złością Gabrysia, wparowując do środka.
Piotr zamknął za nią drzwi i przeszedł z nią do salonu.
- Jak mogłeś to zrobić? - zapytała Gabrysia.
- Co masz na myśli? - odpowiedział pytaniem na pytanie Piotr.
- Ty dobrze wiesz. Był u mnie przed chwilą Janusz. Powiedział mi, jak go urządziłeś. Zresztą nie musiał nic mówić. Widziałam, co mu zrobiłeś.
- Ach, o to ci chodzi. Wiesz, przeceniasz mój udział w tej sprawie. Ja go tylko parę trąciłem moją pięścią za to, że nazwał cię ladacznicą i złożył mi bardzo, ale to bardzo niemoralną propozycję.
- Jaką znowu niemoralną propozycję?
Piotr więc opowiedział jej, z czym przyszedł do niego Janusz.
- I za to wszystko oberwał, jednak ja go tylko lekko trąciłem. Co z tego, że pięścią? To nie było nic poważnego. Całą resztę, którą widziałaś, zrobiły schody.
- Strasznie śmieszne, wiesz? Pobiłeś go, zrzuciłeś ze schodów i uważasz to za zabawne?
- Ej, ja go nie zrzucałem ze schodów. Sam z nich zleciał.
- Nie zmienia to faktu, że zapowiedział, że cię zniszczy.
- Wiele mi może zrobić.
- A owszem, może... Ma przecież za kumpla ministra Zawodnego. Może nas zniszczyć i to jeszcze dzisiaj.
Piotr parsknął śmiechem, jakby coś go rozbawiło, po czym sięgnął po gazetę „Trybuna Ludu”, który dzisiaj kupił.
- Nie jestem pewien. Poczytaj sobie to.
Gabrysia spojrzała ze wstrętem na gazetę, której nie użyłaby do otarcia sobie potu z czoła, a co dopiero do czytania.
- Czytasz taką gadzinówkę?
- Dzisiaj wyjątkowo tak. Poczytaj ją sobie, a zrozumiesz, dlaczego mam tak doskonały humor.
Gabrysia nie chciała go początkowo słuchać, w końcu jednak ustąpiła, wzięła do ręki i zaczęła czytać artykuł na pierwszej stronie. Ledwie to zrobiła, a od razu zrozumiała, o co chodziło Piotrowi i mimowolnie uśmiechnęła się zadowolona, czując przy tym, że jej obawy względem Janusza były zdecydowanie przesadzone.

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...