Rozdział II
Dwóch młodzieńców i mała dama
Dwóch młodzieńców i mała dama
Kiedy Kreska wyszła, Maciek zajął się swoimi sprawami. Zaczął od
zrobienia lekkiego porządku w swoim pokoju. Nigdy nie był bałaganiarzem i
nie miał zbyt wiele do sprzątania, ale mimo wszystko warto było od
czasu do czasu posprzątać to miejsce. Ostatecznie bałagan jest dowodem
chaosu w głowie, a nasz bohater lubił mieć w głowie wszystko
uporządkowane. Z tego też powodu zamierzał mieć zawsze pewność, iż w
jego pokoju będzie mu się dobrze myślało, a nigdy jakoś nie potrafił
myśleć w bałaganie. Dlatego też w jego miejscu odosobnienia, jak to je
czasami nazywał, zawsze wszystko leżało tam, gdzie leżeć powinno, a
jeżeli raz czy dwa zdarzało się inaczej, Maciek brał się za porządki i
teraz też tak było. Nie musiał wiele sprzątać, gdyż bałaganu nie było,
ale kilka rzeczy, jak odkrył, z nie do końca jasnych powodów zmieniło
swoje położenie i trzeba było je doprowadzić na właściwe miejsce, co
oczywiście zrobił.
- Dobra, porządek już chyba jest - powiedział Maciek, rozglądając się wokół siebie z uwagą - Jak ktoś jeszcze przyjdzie, nie będzie miał się czego uczepić.
Nagle dostrzegł leżący na jego biurku zwinięty w rulon plakat. Zdziwił się, bo nie pamiętał, aby go tu kładł, ale widocznie to zrobił i zapomniał, co przecież już niekiedy mu się zdarzało. Zaintrygowany rozwinął go i zachichotał. Na plakacie widniała bowiem naga Brigitte Bardotte leżąca na brzuchu i ukazująca widzom swe jakże ładne plecy i zgrabne pośladki, która kusząco uśmiechała się do każdego widza. No tak, to był z całą pewnością plakat Piotra. Tylko jak on się tutaj znalazł? Maciek nie pamiętał, kiedy go zdjął z jego ściany i schował u siebie, aby się w niego wpatrywać i rozmyślać, czy tak powinna wyglądać jego przyszła ukochana. Chociaż aktorka była po prostu piękna i niezwykle kusząca, to chyba jednak nie nadawała się do jego obrazu idealnej partnerki życiowej. Choć w innych kwestiach na pewno dawała sobie radę.
Maciek zachichotał, oglądając plakat. Cały Piotr, udawało mu się niekiedy dla siebie i brata załatwić jakiś fajny plakat filmowy z ładną aktorką, choć jeśli chodzi o te plakaty przedstawiające piękne aktorki z zagranicy, to nie były one takie łatwe do zdobycia, zwłaszcza teraz, w lipcu 1983 roku, kiedy stan wojenny trwał sobie w najlepsze. Wtedy bowiem wszelkie produkty z krajów imperialistycznych uważano za wrogie, a państwo polskie wszak powinno radzić sobie samo, a już na pewno bez pomocy burżuazyjnych sąsiadów ze zgniłego Zachodu. Mimo wszystko jednak możliwość załatwienia sobie takich plakatów istniała i na całe szczęście nie było to nielegalne, choć z całą pewnością niemile widziane przez polskie władze, dlatego lepiej było to załatwiać po cichu. A jak już się udało, to cieszyły one bardzo oczy każdego miłośnika prawdziwego piękna. A na czym jak na czym, ale na pięknie to Piotr się bardzo dobrze znał. I miał zawsze w swoim pokoju czym cieszyć oczy. Obok Bardotki w stroju Ewy przecież wisiał tam także m.in. plakat Sylvii Kristel w jednym z jej niezbyt grzecznych filmów, czy chociażby Sophie Loren w bikini. Z kolei Maciek zaspokajał swoją własną potrzebę piękna w postaci plakatów bardziej (oczywiście jego zdaniem) subtelnych. Pośród nich znajdował się plakat ukazujący Annę Dymną w letniej sukience, amerykańską aktorkę Annette Funicello w serialu o przygodach Zorro, Carrie Fisher w roli księżniczki Lei Organy z tego świetnego filmu sf „Gwiezdne Wojny” (oczywiście nie samej, lecz w otoczeniu jej wiernych towarzyszy), a także jeszcze kilka innych. Patrząc na te plakaty, Maciek nieraz sobie wyobrażał, że żyje w jakimś lepszym od tego świecie, przeżywa przygody u boku wiernych przyjaciół i oczywiście zdobywa także serce ukochanej, z którą potem zakłada rodzinę, po czym żyje długo i szczęśliwie. Choć wiedział, że te marzenia są równie realistyczne, co rządzenie Polską w sposób inny niż pokręcony do reszty, to lubił się od czasu do czasu w nich zanurzać. Teraz też to zrobił i już sobie wyobrażał siebie w roli kogoś podobnego do Luke’a Skywalkera, który ratuje księżniczkę Leię z rąk podłego lorda Vadera, kiedy to nagle usłyszał dzwonek i głośne pukanie do drzwi.
- Proszę, otwarte! - zawołał instynktownie.
Rozległ się dźwięk otwieranych drzwi i już po chwili ktoś wszedł do środka. Maciek odłożył plakat Bardotki na biurko i uśmiechnął się ironicznie do własnych marzeń. Jakież one były zwariowane. Równie mocno, co on sam.
Pogrążony w swoich myślach nie zauważył, że ktoś ostrożnie kuka do jego pokoju, po czym wesoło staje w jego progu. To była dziewczynka około siedmio lub ośmioletnia, o jasnych blond włosach i niebieskich oczach, ubrana w różową sukienkę i beret typu francuskiego. W dłoniach trzymała rakietę do badmintona i udając, że gra na niej jak na gitarze, zaśpiewała wesoło:
Dzień dobry, cześć i czołem.
Pytacie, skąd się wziąłem?
Jestem Wesoły Romek.
Mam na przedmieściach domek.
A w domku wodę, światło i gaz.
Więc powtarzam jeszcze raz...
Jestem Wesoły Romek.
Mam na przedmieściach domek.
A w domku wodę, światło, gaz...
- Nie bój, nie bój. Wyłączą ci - rzucił dowcipnie Maciek, szczerząc przy tym wesoło zęby.
Poznał oczywiście ten występ z filmu „Miś” Stanisława Barei. I rozpoznał też oczywiście bez trudu dziewczynkę, która właśnie go odwiedziła w jego samotni. To była Aurelia Jedwabińska, córka tej nauczycielki, której nikt w szkole nie lubił i nic dziwnego, gdyż pani Ewa Jedwabińska była osobą apodyktyczną, surową oraz ogólnie zarozumiałą i przekonaną o tym, że uczniowie to tylko obiekty jej jakże dziwacznych badań psychologicznych, którym chciała ich co chwila poddawać. Zarówno ona, jak i jej wiecznie zapracowany mąż, zarabiający mnóstwo pieniędzy (nie wiadomo dokładnie, dzięki jakim koneksjom) nie mieli wiele czasu opiekować się swoim dzieckiem i często podrzucali je sąsiadom, a zwłaszcza Ogorzałkom.
- Co jest, Aurelia? Nawiałaś rodzicom? - zapytał Maciek.
- Nie, mama niedługo też wpadnie - odpowiedziała Aurelia i z wielką uwagą wpatrywała się w chłopaka - A ty gdzie byłeś, zanim przyszłam?
- W świecie swoich marzeń.
- A ładnie w nim jest?
- Nawet nie wiesz, jak bardzo.
Aurelia zachichotała, po czym uściskała czule Maćka, którego bardzo lubiła i to z wzajemnością. Następnie skierowała swój wzrok na biurko. Jej uwagę przykuł tajemniczy plakat zwinięty w rulon.
- A co robisz w tym świecie? - zapytała.
- A to, co zwykle. Walczę z różnymi draniami - odpowiedział Maciek nieco rozmarzonym tonem - I oczywiście zawsze wygrywam.
Aurelia tymczasem rozwinęła plakat i spojrzała na niego ubawiona.
- Ta pani nie jest ubrana - oznajmiła - Nie jest jej zimno?
Maciek dopiero teraz zauważył, co ona robi i przerażony szybko wyrwał jej plakat z rąk, wołając przy tym:
- Nie dotykaj! To nie moje, to Piotra.
- To dlaczego nie jest u Piotra?
- Przypadkiem się zawieruszyło u mnie.
- A dlaczego ta pani jest goła? - dociekała dalej ciekawska Aurelia - Czy Piotr nie może jej ubrać?
- Nie, ponieważ ona lubi tak się opalać, a on lubi, kiedy ona to robi - wyjaśnił jej Maciek.
- Lubi tę panią bez ubrania?
- Owszem.
- A po co?
- Bo panie bez ubrania są bardzo ładne.
- I Piotr je lubi?
- Każdy chłopak lubi.
- Piotr też?
- Też.
- A czemu Piotr nie ma swojej pani bez ubrania naprawdę, tylko na plakacie?
- To już jego musisz zapytać.
- Zapytam i mi powie. A ja mu znajdę taką panią bez ubrania i na pewno się z nią ożeni i już nie będzie samotny.
Maciek uśmiechnął się z politowaniem. Ta dziewczynka widziała świat w tak bardzo kolorowych barwach i w tak prosty, uroczy sposób, że nie sposób się na nią było gniewać, nawet wtedy, kiedy próbowała wszystkich dookoła swatać. Prawdę mówiąc, to pięknie wyglądałby świat, gdyby wszyscy ludzie myśleli tak prostymi kategoriami i mieli tak proste potrzeby jak ona.
Nagle do pokoju weszła wysoka i chuda jak szczapa kobieta, ubrana w letnią sukienkę barwy zielonej i w okularach na nosie, który wysoko zadzierała z powodu swego obecnego statusu społecznego. Do niedawna była w miarę normalna, na ile to tylko było możliwe, ale gdy ona i jej mąż wybili się ponad swoich znajomych, zaczęła się tak popisywać, na co to ją nie stać, że po prostu szkoda słów. Podobno jej dom był tak sterylnie urządzony, iż przerażał już samym swoim wyglądem, tak bardzo sterylnym, że aż strasznym. Sama Ewa Jedwabińska zaś była dokładnie taka, jak jej mieszkanie. Wysoka i chuda, o elegancko uczesanych włosach barwy hebanu, jasno niebieskich oczach, niemalże szarych, a przede wszystkim pustych, pozbawionych jakichkolwiek emocji.
- Ja tylko kilka słów, bo zaraz muszę pędzić dalej - rzuciła z progu, nie dając Maćkowi nawet dojść do słowa - Mała musi pozostać u was na noc, ponieważ idę dzisiaj z mężem na ważne przyjęcie i nie wrócimy raczej do domu, dlatego wy się nią zajmijcie. Tu macie pieniądze za fatygę. I jeszcze jedno. Mieliśmy dzisiaj iść w trójkę do opery, ale z powodu tego przyjęcia to jest niemożliwe. Dlatego wy z nią idźcie. Tutaj macie bilety. Bawcie się dobrze. I nie bójcie się nic, to ładne i lekkie przedstawienie dla dzieciaków. Będziecie się dobrze bawić.
- Dziękuję, proszę pani - powiedział mocno skołowany Maciek - Ja chciałem tylko zapytać...
- Nie mam czasu. Już i tak jestem spóźniona, a wszystko przez tę paniusię Borejkównę. Jakby mnie nie zagadała w klatce, to byłabym tu dużo wcześniej i nie musiałabym tak pędzić, ale co poradzić? Ja muszę już lecieć. Pa, córeczko. A wam bardzo dziękuję. Jak dobrze, że Aurelia może liczyć na sąsiadów.
Po tych słowach, pani Jedwabińska wyleciała jak z procy z mieszkania i po chwili dało się słyszeć na schodach głośne kroki, jakby ktoś po nich zbiegał.
- Tak, bardzo dobrze. Bo na rodziców jakoś nie może liczyć - rzucił złośliwie Maciek do siebie samego.
Po tych słowach rzucił wzrokiem na pozostawione przez kobietę bilety oraz niewielki plik pieniędzy. No cóż, przynajmniej płaciła im za fatygę. Tyle dobrego.
Niedługo potem Maciek przypomniał sobie, że Piotr go prosił, aby wziął kilka kartek i kupił trochę mięsa oraz jeszcze parę innych rzeczy. Chłopak zabrał więc ze sobą Aurelię, która bardzo lubiła chodzić z nim na zakupy i poszedł po sprawunki. Dość szybko dotarli do mięsnego, postali nieco w kolejce i kupili trochę mięsa, po czym udali się na Rynek Jeżycki, który to znajdował się w pobliżu kamienicy na ulicy Roosevelta 5, a potem zaczęli wybierać poszukiwane przez siebie produkty. Aurelia dzielnie asystowała w tej czynności Maćkowi, który powoli i ostrożnie, z należytą starannością dobierał produkty, aż znalazł właściwie, a gdy już to zrobił, zaraz za nie zapłacił i zapakował wszystko do siatek.
- Dobra, możemy iść - powiedział do Aurelii.
Wtem podniósł głowę i zobaczył ją. Matyldę. Stała sobie z jakąś koleżanką, mając na sobie piękną sukienkę z importu, dobierając sobie jakieś kolczyki czy też inne coś. Obie były w bardzo dobrym humorze, bo zaśmiewały się do rozpuku, opowiadając sobie nawzajem coś, co musiało być dla nich niezwykle zabawne. Wtem Matylda odwróciła się i ich spojrzenia nagle się spotkały. Maciek poczuł w tamtej chwili, że czerwieni się zawstydzony, zaś Matylda obdarzyła go przyjaznym uśmiechem i lekko pokiwała mu palcami na znak, że miło go jej widzieć. Chłopak poczuł, że serce mu mocniej wali w piersi, a zaraz potem, iż ktoś dziko ciągnie go w przeciwnym niż Matylda oraz jej koleżanka kierunku. Tym kimś była Aurelia, wyraźnie naburmuszona.
- Możemy już iść - powiedziała niemal rozkazująco do Maćka.
Chłopak bardzo niechętnie oderwał wzrok od obiektu westchnień, po czym powoli i jeszcze bardziej niechętnie ruszył z dziewczynką w kierunku domu.
- Nie lubię jej - rzuciła po chwili Aurelia.
- Kogo? - spytał Maciek.
- Tej głupiej Matyldy.
- Dlaczego?
- Bo jest głupia.
- A czemu jest głupia?
- Bo jej nie lubię.
Maciek parsknął śmiechem. Naprawdę, typowo dziecięca logika. Nie lubi jej, bo jest głupia, a jest głupia, bo jej nie lubi.
- Ciekawe stwierdzenie - powiedział ubawiony.
- I głupio się śmieje - stwierdziła Aurelia.
- Jak dla mnie, śmieje się bardzo ładnie.
- Tak śmieją się tylko głupie dziewczyny.
- Skąd to wiesz?
- Tatuś mi mówił. A on się na tym zna. On jest ten... No... - dziewczynka nie umiała sobie przypomnieć właściwego słowa - Tym jakimś na i...
- Idiotą?
- Nie. Inaczej.
- Inwalidą?
- Nie. Inte... Inte... Intelektualistą! I mówił mi, że jak się dziewczyna śmieje na całe gardło i to publicznie, to jest głupia.
- Twój tata po prostu lubi ciche i spokojne kobiety, dlatego tak gada.
- A o czym gada? - rozległ się nagle znajomy głos.
Nasza dwójka przypadkiem wpadła na Kreskę, która również wracała z rynku i miała w dłoniach dwie siatki zakupów.
- A o niczym takim - odpowiedział jej wesoło Maciek.
Jakoś nie chciał rozmawiać z nią o Matyldzie, czując trochę, że to taki nieco niezręczny dla niego temat. Aurelia jednak tak nie uważała, bo zaraz powiedziała:
- O takiej jednej Matyldzie, która się podoba Maćkowi, a ja jej nie lubię, bo jest głupia i się głośno śmieje publicznie.
Maciek poczuł, że płonie ze wstydu oraz złości, z kolei Kreska spojrzała na Aurelię z wyraźnym zainteresowaniem.
- Poważnie, Aurelio? - zapytała - Maciek jest zakochany?
- Zakochany to lekka przesada. Po prostu... Zainteresowany - odparł Maciek, mając wówczas wielką ochotę udusić Aurelię.
- Zainteresowany - zakpiła sobie lekko Kreska - To ciekawe. A ja znam tę całą Matyldę?
- Pewnie tak, chodzi do naszej klasy. To Stągiewka.
- Aha, Stągiewka. Już rozumiem.
- Ona jest głupia i ciągle się śmieje i jest strasznie chuda - mruczała ze złością w głosie Aurelia - I wygląda jak strach na wróble.
Kreska uśmiechnęła się z lekką satysfakcją i powiedziała:
- Wiesz, nie powinnaś tak mówić o osobie, której nie znasz.
W głębi serca była tego samego zdania, co dziewczynka, dlatego też trudno jej było przekonywać małą do zmiany zdania.
- Ale to przecież prawda. A Maciek się w nią wpatruje jak w obrazek i pewnie o niej marzy, jak jest w swojej krainie fantazji - stwierdziła dziewczynka.
- Ach, tak. To ciekawe - powiedziała Kreska i dziwnie pochmurniała.
- Masz chyba ciężkie siatki. Może pomóc ci je nieść? - zapytał Maciek, chcąc prędko zmienić ten niemiły dla niego temat.
- Nie, dziękuję. Dam sobie radę - odparła dumnie Kreska.
- Ale ja chciałbym pomóc.
- Obejdzie się. Zajmij się swoją krainą fantazji. Ja muszę wracać do mojego dziadka i prawdziwego świata.
Po tych słowach odeszła, dumnie unosząc głowę w górę.
- Co jej się stało? Co ja takiego powiedziałem? - zapytał Maciek.
Aurelia tylko wzruszyła ramionami na znak, że też tego nie wie.
- Ech, baby! Ja ich nigdy nie zrozumiem - mruknął ze złością w głosie.
Pociągnął dziewczynkę ze sobą, ściskając w jednej ręce jej dłoń, a w drugiej siatkę z zakupami i poszli do domu. Zastali tam już Piotra, który właśnie wrócił po wykonanej fuszce. Był wyraźnie zmęczony, ale też zadowolony z siebie.
- O, jesteś już, młody! To dobrze. Zrobiłeś może zakupy? - zapytał z miejsca, gdy tylko zobaczył brata - Aurelia, jak miło cię widzieć. Dziś też zostajesz u nas na noc?
- Tak i idę z wami do opery - odpowiedziała mu dziewczynka.
Piotr popatrzył zdumiony to na Aurelię, to na Maćka, który uśmiechnął się do niego przepraszając i wyjaśnił, o co chodzi.
- O rany, ta cała pani profesor już mnie zaczyna irytować - rzekł ze złością starszy Ogorzałko - Ona sobie myśli, że ja będę chodził do opery dla jej własnego widzimisię? I może mam jeszcze bilety dla nas kupować, bo ona ma taki kaprys?
- Bilety już mamy. Mamuśka Aurelii zostawiła - sprostował Maciek.
- Aha, to co innego. Przynajmniej ta rozrywka nie będzie na mój koszt - rzekł Piotr, wyraźnie udobruchany.
- Weź przestań. Opera jest bardzo ładna - powiedział Maciek.
- A czy ja mówię, że nie, młody? Ale kosztuje, a nas na takie zbytki nie stać. Ale skoro ona płaci, to inna sprawa. Mam tylko nadzieję, że przedstawienie kończy się przed godziną policyjną.
- Spokojnie, kończy się. Sprawdziłem to. Wszystko w porządku. Wrócimy na noc do domu, zanim zacznie się nocny patrol.
- Super. I mała zostaje u nas na noc. Trzeba jej uszykować miejsce do spania. Tam, gdzie zwykle.
- A nie mogę spać z tobą albo z Maćkiem? - spytała Aurelia - Chyba, że macie jakieś nie ubrane panie mieć dzisiaj u siebie.
Piotr popatrzył z uwagą na dziewczynkę, która uśmiechnęła się do niego tak słodko, jak tylko umiała najlepiej. Teraz mężczyzna bardzo przypominał jej Maćka takiego starszego o ponad dziesięć lat. Podobieństwo obu braci do siebie było nad wyraz uderzające i nie sposób było go nie zauważyć. Nie dało się też ukryć przed nikim faktu, że obaj są ze sobą spokrewnieni.
- Jakie nieubrane panie? O czym ty mówisz? - zapytał Piotr.
Aurelia oczywiście natychmiast pospieszyła z odpowiedzią.
- Takie jak na tym plakacie, który widziałam u Maćka. Maciek mówi, że to jest twój plakat i że ty lubisz nieubrane panie i każdy chłopak je lubi. To ja się go wtedy zapytałam, czemu nie masz takiej pani na żywo, a on mi na to, że muszę o to zapytać ciebie, więc pytam.
Maciek spocił się z nerwów na całej twarzy, a Piotr spojrzał groźnie w jego stronę i powiedział:
- Aurelia, idź umyj buzię i ręce, zaraz jemy obiad.
Dziewczynka poszła do łazienki wykonać polecenie, a Piotr, upewniwszy się, że mała ich nie usłyszy, zapytał ze złością:
- Mogę więc, skąd mój plakat wziął się w twoim pokoju, młody?
- Nie pamiętam już. Chciałem go zobaczyć z jakiegoś powodu i ten no... Sam jakoś nie wiem, jak to wyszło... Miałem ci go oddać, ale nie zdążyłem.
- To lepiej zdąż zrobić to teraz, zanim mała wróci, bo się wkurzę.
Maciek szybko przyniósł z pokoju plakat i oddał go Piotrowi.
- Na przyszłość, wara od moich rzeczy - rzucił ze złością jego starszy brat.
- W porządku. Ale jak coś, to mi daj znać. Pójdę spać do Kreski albo kogo, żeby ci nie przeszkadzać w flirtach z twoją lubą - odparł Maciek, szczerząc przy tym zęby w zwariowanym uśmiechu - Tylko czy nie będzie zazdrosna o te twoje ślicznotki, które wiszą na twojej ścianie?
Piotr skierował w stronę brata palec wskazujący i wysyczał:
- Młody, ty... ty... ty mi nie podskakuj, bo obudzisz się któregoś ranka i już nie będzie teleranka.
- Tylko stanie u drzwi Załoga G i Miś Kolabor - rzucił dowcipnie Maciek.
Znał dobrze ten tekst, Piotr go wydobył z jakiegoś zabawnego kabaretu. Choć w oryginale chyba była mowa o niedzieli, nie zaś o poranku, ale nie był pewien. A zresztą i tak jakoś nie miał obecnie za bardzo ochoty na kabaret. Choć śmiał się z żartu, jaki teraz padł, ciągle w głowie miał czarujący śmiech Matyldy kontrastujące z dziwnym zachowaniem Kreski i nie wiedział już, co wywołuje w jego głowie większe zawirowanie.
- Dobra, porządek już chyba jest - powiedział Maciek, rozglądając się wokół siebie z uwagą - Jak ktoś jeszcze przyjdzie, nie będzie miał się czego uczepić.
Nagle dostrzegł leżący na jego biurku zwinięty w rulon plakat. Zdziwił się, bo nie pamiętał, aby go tu kładł, ale widocznie to zrobił i zapomniał, co przecież już niekiedy mu się zdarzało. Zaintrygowany rozwinął go i zachichotał. Na plakacie widniała bowiem naga Brigitte Bardotte leżąca na brzuchu i ukazująca widzom swe jakże ładne plecy i zgrabne pośladki, która kusząco uśmiechała się do każdego widza. No tak, to był z całą pewnością plakat Piotra. Tylko jak on się tutaj znalazł? Maciek nie pamiętał, kiedy go zdjął z jego ściany i schował u siebie, aby się w niego wpatrywać i rozmyślać, czy tak powinna wyglądać jego przyszła ukochana. Chociaż aktorka była po prostu piękna i niezwykle kusząca, to chyba jednak nie nadawała się do jego obrazu idealnej partnerki życiowej. Choć w innych kwestiach na pewno dawała sobie radę.
Maciek zachichotał, oglądając plakat. Cały Piotr, udawało mu się niekiedy dla siebie i brata załatwić jakiś fajny plakat filmowy z ładną aktorką, choć jeśli chodzi o te plakaty przedstawiające piękne aktorki z zagranicy, to nie były one takie łatwe do zdobycia, zwłaszcza teraz, w lipcu 1983 roku, kiedy stan wojenny trwał sobie w najlepsze. Wtedy bowiem wszelkie produkty z krajów imperialistycznych uważano za wrogie, a państwo polskie wszak powinno radzić sobie samo, a już na pewno bez pomocy burżuazyjnych sąsiadów ze zgniłego Zachodu. Mimo wszystko jednak możliwość załatwienia sobie takich plakatów istniała i na całe szczęście nie było to nielegalne, choć z całą pewnością niemile widziane przez polskie władze, dlatego lepiej było to załatwiać po cichu. A jak już się udało, to cieszyły one bardzo oczy każdego miłośnika prawdziwego piękna. A na czym jak na czym, ale na pięknie to Piotr się bardzo dobrze znał. I miał zawsze w swoim pokoju czym cieszyć oczy. Obok Bardotki w stroju Ewy przecież wisiał tam także m.in. plakat Sylvii Kristel w jednym z jej niezbyt grzecznych filmów, czy chociażby Sophie Loren w bikini. Z kolei Maciek zaspokajał swoją własną potrzebę piękna w postaci plakatów bardziej (oczywiście jego zdaniem) subtelnych. Pośród nich znajdował się plakat ukazujący Annę Dymną w letniej sukience, amerykańską aktorkę Annette Funicello w serialu o przygodach Zorro, Carrie Fisher w roli księżniczki Lei Organy z tego świetnego filmu sf „Gwiezdne Wojny” (oczywiście nie samej, lecz w otoczeniu jej wiernych towarzyszy), a także jeszcze kilka innych. Patrząc na te plakaty, Maciek nieraz sobie wyobrażał, że żyje w jakimś lepszym od tego świecie, przeżywa przygody u boku wiernych przyjaciół i oczywiście zdobywa także serce ukochanej, z którą potem zakłada rodzinę, po czym żyje długo i szczęśliwie. Choć wiedział, że te marzenia są równie realistyczne, co rządzenie Polską w sposób inny niż pokręcony do reszty, to lubił się od czasu do czasu w nich zanurzać. Teraz też to zrobił i już sobie wyobrażał siebie w roli kogoś podobnego do Luke’a Skywalkera, który ratuje księżniczkę Leię z rąk podłego lorda Vadera, kiedy to nagle usłyszał dzwonek i głośne pukanie do drzwi.
- Proszę, otwarte! - zawołał instynktownie.
Rozległ się dźwięk otwieranych drzwi i już po chwili ktoś wszedł do środka. Maciek odłożył plakat Bardotki na biurko i uśmiechnął się ironicznie do własnych marzeń. Jakież one były zwariowane. Równie mocno, co on sam.
Pogrążony w swoich myślach nie zauważył, że ktoś ostrożnie kuka do jego pokoju, po czym wesoło staje w jego progu. To była dziewczynka około siedmio lub ośmioletnia, o jasnych blond włosach i niebieskich oczach, ubrana w różową sukienkę i beret typu francuskiego. W dłoniach trzymała rakietę do badmintona i udając, że gra na niej jak na gitarze, zaśpiewała wesoło:
Dzień dobry, cześć i czołem.
Pytacie, skąd się wziąłem?
Jestem Wesoły Romek.
Mam na przedmieściach domek.
A w domku wodę, światło i gaz.
Więc powtarzam jeszcze raz...
Jestem Wesoły Romek.
Mam na przedmieściach domek.
A w domku wodę, światło, gaz...
- Nie bój, nie bój. Wyłączą ci - rzucił dowcipnie Maciek, szczerząc przy tym wesoło zęby.
Poznał oczywiście ten występ z filmu „Miś” Stanisława Barei. I rozpoznał też oczywiście bez trudu dziewczynkę, która właśnie go odwiedziła w jego samotni. To była Aurelia Jedwabińska, córka tej nauczycielki, której nikt w szkole nie lubił i nic dziwnego, gdyż pani Ewa Jedwabińska była osobą apodyktyczną, surową oraz ogólnie zarozumiałą i przekonaną o tym, że uczniowie to tylko obiekty jej jakże dziwacznych badań psychologicznych, którym chciała ich co chwila poddawać. Zarówno ona, jak i jej wiecznie zapracowany mąż, zarabiający mnóstwo pieniędzy (nie wiadomo dokładnie, dzięki jakim koneksjom) nie mieli wiele czasu opiekować się swoim dzieckiem i często podrzucali je sąsiadom, a zwłaszcza Ogorzałkom.
- Co jest, Aurelia? Nawiałaś rodzicom? - zapytał Maciek.
- Nie, mama niedługo też wpadnie - odpowiedziała Aurelia i z wielką uwagą wpatrywała się w chłopaka - A ty gdzie byłeś, zanim przyszłam?
- W świecie swoich marzeń.
- A ładnie w nim jest?
- Nawet nie wiesz, jak bardzo.
Aurelia zachichotała, po czym uściskała czule Maćka, którego bardzo lubiła i to z wzajemnością. Następnie skierowała swój wzrok na biurko. Jej uwagę przykuł tajemniczy plakat zwinięty w rulon.
- A co robisz w tym świecie? - zapytała.
- A to, co zwykle. Walczę z różnymi draniami - odpowiedział Maciek nieco rozmarzonym tonem - I oczywiście zawsze wygrywam.
Aurelia tymczasem rozwinęła plakat i spojrzała na niego ubawiona.
- Ta pani nie jest ubrana - oznajmiła - Nie jest jej zimno?
Maciek dopiero teraz zauważył, co ona robi i przerażony szybko wyrwał jej plakat z rąk, wołając przy tym:
- Nie dotykaj! To nie moje, to Piotra.
- To dlaczego nie jest u Piotra?
- Przypadkiem się zawieruszyło u mnie.
- A dlaczego ta pani jest goła? - dociekała dalej ciekawska Aurelia - Czy Piotr nie może jej ubrać?
- Nie, ponieważ ona lubi tak się opalać, a on lubi, kiedy ona to robi - wyjaśnił jej Maciek.
- Lubi tę panią bez ubrania?
- Owszem.
- A po co?
- Bo panie bez ubrania są bardzo ładne.
- I Piotr je lubi?
- Każdy chłopak lubi.
- Piotr też?
- Też.
- A czemu Piotr nie ma swojej pani bez ubrania naprawdę, tylko na plakacie?
- To już jego musisz zapytać.
- Zapytam i mi powie. A ja mu znajdę taką panią bez ubrania i na pewno się z nią ożeni i już nie będzie samotny.
Maciek uśmiechnął się z politowaniem. Ta dziewczynka widziała świat w tak bardzo kolorowych barwach i w tak prosty, uroczy sposób, że nie sposób się na nią było gniewać, nawet wtedy, kiedy próbowała wszystkich dookoła swatać. Prawdę mówiąc, to pięknie wyglądałby świat, gdyby wszyscy ludzie myśleli tak prostymi kategoriami i mieli tak proste potrzeby jak ona.
Nagle do pokoju weszła wysoka i chuda jak szczapa kobieta, ubrana w letnią sukienkę barwy zielonej i w okularach na nosie, który wysoko zadzierała z powodu swego obecnego statusu społecznego. Do niedawna była w miarę normalna, na ile to tylko było możliwe, ale gdy ona i jej mąż wybili się ponad swoich znajomych, zaczęła się tak popisywać, na co to ją nie stać, że po prostu szkoda słów. Podobno jej dom był tak sterylnie urządzony, iż przerażał już samym swoim wyglądem, tak bardzo sterylnym, że aż strasznym. Sama Ewa Jedwabińska zaś była dokładnie taka, jak jej mieszkanie. Wysoka i chuda, o elegancko uczesanych włosach barwy hebanu, jasno niebieskich oczach, niemalże szarych, a przede wszystkim pustych, pozbawionych jakichkolwiek emocji.
- Ja tylko kilka słów, bo zaraz muszę pędzić dalej - rzuciła z progu, nie dając Maćkowi nawet dojść do słowa - Mała musi pozostać u was na noc, ponieważ idę dzisiaj z mężem na ważne przyjęcie i nie wrócimy raczej do domu, dlatego wy się nią zajmijcie. Tu macie pieniądze za fatygę. I jeszcze jedno. Mieliśmy dzisiaj iść w trójkę do opery, ale z powodu tego przyjęcia to jest niemożliwe. Dlatego wy z nią idźcie. Tutaj macie bilety. Bawcie się dobrze. I nie bójcie się nic, to ładne i lekkie przedstawienie dla dzieciaków. Będziecie się dobrze bawić.
- Dziękuję, proszę pani - powiedział mocno skołowany Maciek - Ja chciałem tylko zapytać...
- Nie mam czasu. Już i tak jestem spóźniona, a wszystko przez tę paniusię Borejkównę. Jakby mnie nie zagadała w klatce, to byłabym tu dużo wcześniej i nie musiałabym tak pędzić, ale co poradzić? Ja muszę już lecieć. Pa, córeczko. A wam bardzo dziękuję. Jak dobrze, że Aurelia może liczyć na sąsiadów.
Po tych słowach, pani Jedwabińska wyleciała jak z procy z mieszkania i po chwili dało się słyszeć na schodach głośne kroki, jakby ktoś po nich zbiegał.
- Tak, bardzo dobrze. Bo na rodziców jakoś nie może liczyć - rzucił złośliwie Maciek do siebie samego.
Po tych słowach rzucił wzrokiem na pozostawione przez kobietę bilety oraz niewielki plik pieniędzy. No cóż, przynajmniej płaciła im za fatygę. Tyle dobrego.
Niedługo potem Maciek przypomniał sobie, że Piotr go prosił, aby wziął kilka kartek i kupił trochę mięsa oraz jeszcze parę innych rzeczy. Chłopak zabrał więc ze sobą Aurelię, która bardzo lubiła chodzić z nim na zakupy i poszedł po sprawunki. Dość szybko dotarli do mięsnego, postali nieco w kolejce i kupili trochę mięsa, po czym udali się na Rynek Jeżycki, który to znajdował się w pobliżu kamienicy na ulicy Roosevelta 5, a potem zaczęli wybierać poszukiwane przez siebie produkty. Aurelia dzielnie asystowała w tej czynności Maćkowi, który powoli i ostrożnie, z należytą starannością dobierał produkty, aż znalazł właściwie, a gdy już to zrobił, zaraz za nie zapłacił i zapakował wszystko do siatek.
- Dobra, możemy iść - powiedział do Aurelii.
Wtem podniósł głowę i zobaczył ją. Matyldę. Stała sobie z jakąś koleżanką, mając na sobie piękną sukienkę z importu, dobierając sobie jakieś kolczyki czy też inne coś. Obie były w bardzo dobrym humorze, bo zaśmiewały się do rozpuku, opowiadając sobie nawzajem coś, co musiało być dla nich niezwykle zabawne. Wtem Matylda odwróciła się i ich spojrzenia nagle się spotkały. Maciek poczuł w tamtej chwili, że czerwieni się zawstydzony, zaś Matylda obdarzyła go przyjaznym uśmiechem i lekko pokiwała mu palcami na znak, że miło go jej widzieć. Chłopak poczuł, że serce mu mocniej wali w piersi, a zaraz potem, iż ktoś dziko ciągnie go w przeciwnym niż Matylda oraz jej koleżanka kierunku. Tym kimś była Aurelia, wyraźnie naburmuszona.
- Możemy już iść - powiedziała niemal rozkazująco do Maćka.
Chłopak bardzo niechętnie oderwał wzrok od obiektu westchnień, po czym powoli i jeszcze bardziej niechętnie ruszył z dziewczynką w kierunku domu.
- Nie lubię jej - rzuciła po chwili Aurelia.
- Kogo? - spytał Maciek.
- Tej głupiej Matyldy.
- Dlaczego?
- Bo jest głupia.
- A czemu jest głupia?
- Bo jej nie lubię.
Maciek parsknął śmiechem. Naprawdę, typowo dziecięca logika. Nie lubi jej, bo jest głupia, a jest głupia, bo jej nie lubi.
- Ciekawe stwierdzenie - powiedział ubawiony.
- I głupio się śmieje - stwierdziła Aurelia.
- Jak dla mnie, śmieje się bardzo ładnie.
- Tak śmieją się tylko głupie dziewczyny.
- Skąd to wiesz?
- Tatuś mi mówił. A on się na tym zna. On jest ten... No... - dziewczynka nie umiała sobie przypomnieć właściwego słowa - Tym jakimś na i...
- Idiotą?
- Nie. Inaczej.
- Inwalidą?
- Nie. Inte... Inte... Intelektualistą! I mówił mi, że jak się dziewczyna śmieje na całe gardło i to publicznie, to jest głupia.
- Twój tata po prostu lubi ciche i spokojne kobiety, dlatego tak gada.
- A o czym gada? - rozległ się nagle znajomy głos.
Nasza dwójka przypadkiem wpadła na Kreskę, która również wracała z rynku i miała w dłoniach dwie siatki zakupów.
- A o niczym takim - odpowiedział jej wesoło Maciek.
Jakoś nie chciał rozmawiać z nią o Matyldzie, czując trochę, że to taki nieco niezręczny dla niego temat. Aurelia jednak tak nie uważała, bo zaraz powiedziała:
- O takiej jednej Matyldzie, która się podoba Maćkowi, a ja jej nie lubię, bo jest głupia i się głośno śmieje publicznie.
Maciek poczuł, że płonie ze wstydu oraz złości, z kolei Kreska spojrzała na Aurelię z wyraźnym zainteresowaniem.
- Poważnie, Aurelio? - zapytała - Maciek jest zakochany?
- Zakochany to lekka przesada. Po prostu... Zainteresowany - odparł Maciek, mając wówczas wielką ochotę udusić Aurelię.
- Zainteresowany - zakpiła sobie lekko Kreska - To ciekawe. A ja znam tę całą Matyldę?
- Pewnie tak, chodzi do naszej klasy. To Stągiewka.
- Aha, Stągiewka. Już rozumiem.
- Ona jest głupia i ciągle się śmieje i jest strasznie chuda - mruczała ze złością w głosie Aurelia - I wygląda jak strach na wróble.
Kreska uśmiechnęła się z lekką satysfakcją i powiedziała:
- Wiesz, nie powinnaś tak mówić o osobie, której nie znasz.
W głębi serca była tego samego zdania, co dziewczynka, dlatego też trudno jej było przekonywać małą do zmiany zdania.
- Ale to przecież prawda. A Maciek się w nią wpatruje jak w obrazek i pewnie o niej marzy, jak jest w swojej krainie fantazji - stwierdziła dziewczynka.
- Ach, tak. To ciekawe - powiedziała Kreska i dziwnie pochmurniała.
- Masz chyba ciężkie siatki. Może pomóc ci je nieść? - zapytał Maciek, chcąc prędko zmienić ten niemiły dla niego temat.
- Nie, dziękuję. Dam sobie radę - odparła dumnie Kreska.
- Ale ja chciałbym pomóc.
- Obejdzie się. Zajmij się swoją krainą fantazji. Ja muszę wracać do mojego dziadka i prawdziwego świata.
Po tych słowach odeszła, dumnie unosząc głowę w górę.
- Co jej się stało? Co ja takiego powiedziałem? - zapytał Maciek.
Aurelia tylko wzruszyła ramionami na znak, że też tego nie wie.
- Ech, baby! Ja ich nigdy nie zrozumiem - mruknął ze złością w głosie.
Pociągnął dziewczynkę ze sobą, ściskając w jednej ręce jej dłoń, a w drugiej siatkę z zakupami i poszli do domu. Zastali tam już Piotra, który właśnie wrócił po wykonanej fuszce. Był wyraźnie zmęczony, ale też zadowolony z siebie.
- O, jesteś już, młody! To dobrze. Zrobiłeś może zakupy? - zapytał z miejsca, gdy tylko zobaczył brata - Aurelia, jak miło cię widzieć. Dziś też zostajesz u nas na noc?
- Tak i idę z wami do opery - odpowiedziała mu dziewczynka.
Piotr popatrzył zdumiony to na Aurelię, to na Maćka, który uśmiechnął się do niego przepraszając i wyjaśnił, o co chodzi.
- O rany, ta cała pani profesor już mnie zaczyna irytować - rzekł ze złością starszy Ogorzałko - Ona sobie myśli, że ja będę chodził do opery dla jej własnego widzimisię? I może mam jeszcze bilety dla nas kupować, bo ona ma taki kaprys?
- Bilety już mamy. Mamuśka Aurelii zostawiła - sprostował Maciek.
- Aha, to co innego. Przynajmniej ta rozrywka nie będzie na mój koszt - rzekł Piotr, wyraźnie udobruchany.
- Weź przestań. Opera jest bardzo ładna - powiedział Maciek.
- A czy ja mówię, że nie, młody? Ale kosztuje, a nas na takie zbytki nie stać. Ale skoro ona płaci, to inna sprawa. Mam tylko nadzieję, że przedstawienie kończy się przed godziną policyjną.
- Spokojnie, kończy się. Sprawdziłem to. Wszystko w porządku. Wrócimy na noc do domu, zanim zacznie się nocny patrol.
- Super. I mała zostaje u nas na noc. Trzeba jej uszykować miejsce do spania. Tam, gdzie zwykle.
- A nie mogę spać z tobą albo z Maćkiem? - spytała Aurelia - Chyba, że macie jakieś nie ubrane panie mieć dzisiaj u siebie.
Piotr popatrzył z uwagą na dziewczynkę, która uśmiechnęła się do niego tak słodko, jak tylko umiała najlepiej. Teraz mężczyzna bardzo przypominał jej Maćka takiego starszego o ponad dziesięć lat. Podobieństwo obu braci do siebie było nad wyraz uderzające i nie sposób było go nie zauważyć. Nie dało się też ukryć przed nikim faktu, że obaj są ze sobą spokrewnieni.
- Jakie nieubrane panie? O czym ty mówisz? - zapytał Piotr.
Aurelia oczywiście natychmiast pospieszyła z odpowiedzią.
- Takie jak na tym plakacie, który widziałam u Maćka. Maciek mówi, że to jest twój plakat i że ty lubisz nieubrane panie i każdy chłopak je lubi. To ja się go wtedy zapytałam, czemu nie masz takiej pani na żywo, a on mi na to, że muszę o to zapytać ciebie, więc pytam.
Maciek spocił się z nerwów na całej twarzy, a Piotr spojrzał groźnie w jego stronę i powiedział:
- Aurelia, idź umyj buzię i ręce, zaraz jemy obiad.
Dziewczynka poszła do łazienki wykonać polecenie, a Piotr, upewniwszy się, że mała ich nie usłyszy, zapytał ze złością:
- Mogę więc, skąd mój plakat wziął się w twoim pokoju, młody?
- Nie pamiętam już. Chciałem go zobaczyć z jakiegoś powodu i ten no... Sam jakoś nie wiem, jak to wyszło... Miałem ci go oddać, ale nie zdążyłem.
- To lepiej zdąż zrobić to teraz, zanim mała wróci, bo się wkurzę.
Maciek szybko przyniósł z pokoju plakat i oddał go Piotrowi.
- Na przyszłość, wara od moich rzeczy - rzucił ze złością jego starszy brat.
- W porządku. Ale jak coś, to mi daj znać. Pójdę spać do Kreski albo kogo, żeby ci nie przeszkadzać w flirtach z twoją lubą - odparł Maciek, szczerząc przy tym zęby w zwariowanym uśmiechu - Tylko czy nie będzie zazdrosna o te twoje ślicznotki, które wiszą na twojej ścianie?
Piotr skierował w stronę brata palec wskazujący i wysyczał:
- Młody, ty... ty... ty mi nie podskakuj, bo obudzisz się któregoś ranka i już nie będzie teleranka.
- Tylko stanie u drzwi Załoga G i Miś Kolabor - rzucił dowcipnie Maciek.
Znał dobrze ten tekst, Piotr go wydobył z jakiegoś zabawnego kabaretu. Choć w oryginale chyba była mowa o niedzieli, nie zaś o poranku, ale nie był pewien. A zresztą i tak jakoś nie miał obecnie za bardzo ochoty na kabaret. Choć śmiał się z żartu, jaki teraz padł, ciągle w głowie miał czarujący śmiech Matyldy kontrastujące z dziwnym zachowaniem Kreski i nie wiedział już, co wywołuje w jego głowie większe zawirowanie.