wtorek, 18 maja 2021

Rozdział VIII

Rozdział VIII

Nowe spojrzenie

Profesor Czesław Dmuchawiec leżał na łóżku w szpitalu, mocno osłabiony po zawale, który to zdaniem lekarza, każdego innego człowieka w jego wieku mógłby zabić, ale jego jakoś nie potrafił.
- I bardzo dobrze - powiedział do pacjenta jego lekarz - Zobaczy pan, jak ten zawał pana nie zmógł, to nic pana nie zmoże. Dożyje pan setki albo i więcej lat.
- Dziękuję panu, panie doktorze - odpowiedział mu życzliwie Dmuchawiec.
Wciąż był osłabiony i mówił powoli i dość cicho, ale na tyle wyraźnie, że go można było zrozumieć. Chciał podziękować lekarzowi, więc lekko poklepał jego dłoń swoją na znak sympatii. Ten zaś uśmiechnął się do niego przyjaźnie i rzekł:
- Niech pan będzie dobrej myśli, panie profesorze. Jeszcze tak z parę dni i wyjdzie pan stąd, jestem tego pewien. Tylko musi się pan dobrze trzymać i nigdy nie forsować. Tylko cisza i spokój. Książki, radio, dobra muzyka...
- Zdziwi się pan, panie doktorze, ale odkąd jestem na emeryturze, nic innego mnie nie zajmuje - zachichotał Dmuchawiec - No, z wyjątkiem mojej wnuczki. Czy już pan ją o wszystkim powiadomił?
- Tak i zapytała, czy może pana odwiedzić. Zgodziłem się, ale postawiłem jej warunek, że nie może panu za długo czasu zajmować.
Dmuchawiec miał zasmuconą minę, gdy to usłyszał. Lekarz więc pospieszył z wyjaśnieniem.
- Proszę mnie zrozumieć, panie profesorze. Nie może się pan forsować, nawet emocjonalnie. W każdym razie nie teraz. Potem, jak już pan stąd wyjdzie, będzie pan mógł na więcej emocji sobie pozwolić, ale teraz jeszcze nie. Im mniej więc u pana emocji, tym lepiej.
- Obawiam się, panie doktorze, że to niemożliwe. Zawsze byłem osobą nad wyraz emocjonalną. Nigdy nie umiałem być osobą bezduszną i zimną.
- Tego panu nie zalecam. Po prostu radzę się oszczędzać.
- Oszczędzać na emocjach. Nie wiem, czy w moim wypadku jest to możliwe. Człowiek, który tak bardzo kocha jedyną wnuczkę, z pewnością nie umie kochać jej mniej i mniej się przejmować jej losem.
- Właśnie dla niej niech pan to zrobi, panie profesorze. W końcu, proszę pana, co się stanie, jeżeli się panu zejdzie z powodu nadmiaru emocji? Niech pan więc pomyśli o tym zagadnieniu: kto się zajmie pana wnuczką, gdy pana zabraknie?
Profesor milczał, zaniepokojony tym stwierdzeniem, a lekarz kontynuował:
- Dlatego właśnie proszę pana, w imieniu swoim i pana wnuczki, żeby się pan wziął za siebie i na razie odrzucił nadmiar emocji. Przynajmniej do czasu, aż się panu polepszy. A potem już opracujemy dla pana wskazówki zdrowotne i będzie dobrze, zobaczy pan, panie profesorze.
Dmuchawiec lekko pocieszony jego słowa, uśmiechnął się delikatnie, a zaraz potem dostrzegł przy wejściu do pokoju parę osób. Jedną z nich była Kreska ładnie ubrana, drugą Maciek stojący tuż obok niej, trzecią Gabrysia Borejko-Pyziak, jak zwykle niezbyt schludnie ubrana, w jakieś dżinsy, bluzkę, włosy spięte w kiepskiej jakości kok, a czwartą mała Aurelia, którą pozostali spotkali po drodze i ta uparła się, aby iść z nimi do pana profesora, bo chciała go zobaczyć, a poza tym jeszcze nigdy nie była w szpitalu i chciała wiedzieć, jak tam jest. Widok wszystkich wyżej przez nas wspomnianych osób wywołał wiele pozytywnych emocji w uczonym, który nie ukrywał swojej radości z tego powodu.
- Oho, chyba mam gości - powiedział do lekarza.
Medyk obejrzał się za siebie i uśmiechnął zadowolony, widząc osoby, które przyszły do Dmuchawca. Wstał więc od łóżka swego pacjenta i podszedł do nich, mówiąc:
- Która z pań jest wnuczką pana profesora?
- To ja - powiedziała Kreska.
Lekarz uśmiechnął się do niej delikatnie i dodał:
- Proszę mi wybaczyć mój żart. Domyślałem się, że to ty. Profesor zdążył mi już o tobie opowiedzieć. Po prostu żartami staram się rozbawić pacjentów, aby nie myśleli o tym, że są chorzy. Lepiej, żeby się śmiali, niż żeby mieli płakać. Płaczem nic sobie nie pomogą, a śmiechem poprawią sobie humor i szybciej wróci do nich zdrowie. Ale przepraszam, gadam od rzeczy. Idźcie do niego, tylko proszę was, nie siedźcie u niego długo. Dzisiaj musi jeszcze odpoczywać.
Lekarz odszedł, a goście profesora weszli do jego sali. Dmuchawiec bardzo życzliwie się do nich uśmiechnął, lekko wyciągając w ich kierunku rękę.
- Witajcie. Cieszę się, że do mnie przyszliście. Choć nie sądziłem, że aż tylu was tu przyjdzie - rzekł na tyle głośnym szeptem, na ile mógł sobie pozwolić.
- Przyjdzie jeszcze więcej, dziadku - powiedziała czule Kreska, siadając na krześle obok łóżka profesora.
Smutno jej było widzieć dziadka, kiedy ten mówił cicho i nie miał siły jeszcze mówić normalnie, ale jednocześnie cieszyło ją to, że lekarz nie widział żadnego niebezpieczeństwa i spodziewał się, że w ciągu paru dni profesor dojdzie do siebie na tyle, iż będzie mógł wrócić do domu.
- Zobaczysz, dziadku. Przyjdzie ich jeszcze więcej, bo wszyscy się bardzo o ciebie martwimy i życzymy ci rychłego powrotu do zdrowia - powiedziała głosem czułym i pełnym miłości.
- Lekarz twierdzi, że to będzie rychlej niż się wydaje - odpowiedział profesor, czule dotykając dłonią dłoni wnuczki - Zobaczysz, kochanie, jeszcze zatańczę na twoim weselu.
Kreska zachichotała z lekkim politowaniem.
- Dziadku, proszę. Myśl teraz o swoim zdrowiu, a nie o moim weselu.
- Będę zdrowy, jak ty będziesz brała ślub i miała wesele. Więc jak widzisz, te obie sprawy łączą się ze sobą bezpośrednio.
Kreska zachichotała wzruszona i ucałowała czule dłoń dziadka. Ten zaś drugą dłonią pogłaskał powoli jej głowę, spoglądając jednocześnie na Maćka.
- Młody Ogorzałko. Dobrze wyglądasz - powiedział życzliwie.
- Pan też dobrze wygląda, panie profesorze - rzekł do niego Maciek - Cieszę się, że ma się pan już lepiej. Razem z Janką się o pana martwiliśmy.
- Martwiliście się? To niedobrze. Nie powinniście się martwić. Powinniście być dobrej myśli.
- Staraliśmy się, ale wtedy jeszcze nic nie wiedzieliśmy.
- Ale teraz już wiecie, prawda?
- Tak i wiemy, że będzie dobrze.
Profesor uśmiechnął się do chłopaka i popatrzył na Gabrysię.
- No proszę, panna Borejko. O, pardon. Pani Pyziak. Moja ulubiona uczennica i najlepsza zarazem. Dobrze wyglądasz. Choć gust do strojów wciąż masz taki sam i nie mogę ci powiedzieć, aby mi się on podobał. Za mojej młodości panie zawsze chodziły w spódniczkach lub sukienkach, nawet nie myślały o spodniach.
- Już wtedy je nosiły, panie profesorze. Nosiły je, ale rzadko - odpowiedziała Gabrysia, uśmiechając się przy tym, gdyż słowa profesora bardzo ją rozbawiły - A poza tym, ja nie mam dla kogo nosić sukienek. Nie mam dla kogo się stroić.
- To źle, kochanie. To bardzo źle - odpowiedział jej Dmuchawiec.
- Źle, że nie mam dla kogo?
- Źle, że nie chcesz mieć dla kogo. Że potrzebujesz kogoś, dla kogo chcesz się stroić. Nie powinnaś nigdy potrzebować kogoś, dla kogo chcesz ładnie wyglądać. Powinnaś zawsze wyglądać ładnie dla samej siebie. Tak jest najlepiej. Ubierać się ładnie dla siebie samej. Tak po prostu.
- Czy to nie jest egoizm, panie profesorze? Stroić się dla siebie samej? Stroić się po to, aby się sobie podobać?
- Jeśli nawet, to pozytywny egoizm. Taki, który warto mieć. Taki, który każdy człowiek powinien w sobie mieć. Bo widzisz... Nie możesz oczekiwać od innych, że będziesz im się podobać, jeżeli sama sobie się nie podobasz. Znaczy możesz się im podobać w takiej sytuacji, to prawda. Ale widzisz, jeżeli ty sama się sobie nie podobasz, oni to wyczują.
- Jacy oni?
- Ludzie, Gabrysiu. Ludzie. Oni wyczuwają takie rzeczy. Wiedzą, czy sama się sobie podobasz, czy też nie. Czy masz szacunek do siebie, czy nie. Jeżeli tego nie masz, rzadko kiedy okażą ci to sami. Musisz najpierw sama to czuć, a potem dopiero wymagać tego od innych.
- Ale ja nie wymagam od innych, abym im się podobała.
- A może powinnaś? A jeśli nawet i nie, to może przede wszystkim powinnaś wymagać od siebie, abyś podobała się samej sobie?
Gabrysia zamyśliła się nad słowami dawnego nauczyciela, a ten uśmiechnął się lekko i powiedział:
- Wybacz mi, Gabrysiu, że tak mówię. Ale ja stary już jestem. Bardzo stary i do znacznie innych zwyczajów przywykłem niż te obecne. Ja w innych czasach się wychowałem, miałem inne obyczaje i inne gusta. Ale wy młodzi... Wy macie inne upodobania i zwyczaje, swoje własne. Nie mnie, staremu, je oceniać. I nie chcę cię krytykować. Cieszę się, że jesteś, choć trudno mi zauważyć, żebyś była szczęśliwa.
- A jaka mam być? Mąż w Australii, ojciec gdzieś tam...
Nie chciała mówić o tym, że jest aresztowany. Nie wiedziała, kto jeszcze ich słucha i jak może wykorzystać te informacje. Wolała dmuchać na zimne.
- Mama źle się czuje, ale psychicznie, nie fizycznie. Siostry różne problemy przynoszą, a zwłaszcza Ida, która ma ambicje piąć się w górę, ale nie ma środków, aby te ambicje zrealizować. A moja córeczka... Moja słodka Pyzunia, jak na razie bez ojca się chowa.
To mówiąc, Gabrysia opuściła ponuro wzrok na podłogę i powiedziała:
- Ale ja się nie skarżę. Ja się wcale nie skarżę. Inni mają gorzej. Ja się wcale na swój los nie skarżę.
- A może powinnaś? Może powinnaś częściej wyrzucać to z siebie? - zapytał profesor Dmuchawiec - Uwierz mi, to naprawdę pomaga.
- Ależ ja się naprawdę nie skarżę, panie profesorze - powiedziała Gabrysia jakby lekko spanikowanym tonem.
Czuła, że złamała swoje zasady. Złamała odwieczne zasady, jakie zawsze jej wpajała do głowy matka. Nie okazywać emocji. Cierpieć w milczeniu. Wszystko znosić ze stoickim spokojem. Nie pozwolić sobie na najmniejszą nawet czułość wobec siebie samego w obliczu cierpienia. Tylko wtedy będzie się na tyle silnym, aby przetrwać ciężki żywot. Jeśli masz się rozczulać, to nad kimś innym, a nie nad sobą. Bo rozczulanie się nad sobą to wstyd, to grzech oraz to egoizm. Tak zawsze matka jej mówiła. Teraz jednak, kiedy Gabrysia widziała profesora Dmuchawca, którego pamiętała jeszcze zdrowego i pełnego sił, leżącego w łóżku i mówiącego ściszonym głosem, wziął ją taki żal, tak ogromny smutek, że chociaż wiedziała, iż niedługo wyjdzie z tego, poczuła się bardzo przygnębiona. A tłumione w sobie emocje wyraziły się poprzez wypowiedzenie kilku słów za dużo i to w obecności innych. Tylko po co ona je mówiła? Chyba po to tylko, aby pokazać profesorowi, że mimo wszystko jest twarda i daje sobie jakoś radę. Ale chyba odniosła skutek odwrotny od zamierzonego.
- Zawsze byłaś uparta, Gabrysiu - powiedział z uśmiechem Dmuchawiec - I zawsze musiałaś postawić na swoim. Cokolwiek by się nie stało. Wciąż taka sama. Ten sam uparciuch. I jak tu cię nie lubić?
Po tych słowach spojrzał na Aurelię, która dygnęła lekko przed nim.
- A to kto?
- To Aurelia Jedwabińska. Córka Ewy Jedwabińskiej - wyjaśniła Gabrysia.
- Ewy Jedwabińskiej? - spytał profesor - Nie znam jej.
- Wcześniej nazywała się Milosz.
- Aha, to już wiem, która. Ewa... Bardzo przyjemna osóbka, ambitna, chociaż mało wrażliwa. A więc to jest jej córeczka? Jaka słodka. Bardzo przypomina swoją mamę.
To mówiąc, zwrócił się do Aurelii i zapytał czule:
- Jak się czujesz, maleńka?
- Dobrze, proszę pana. Pan jest dziadkiem Kreski?
- Tak. Słyszałem, że się lubicie.
- Tak, ale jeszcze bardziej z Maćkiem. To mój braciszek.
To mówiąc, ścisnęła delikatnie dłoń chłopaka, ten zaś obdarzył ją radosnym uśmiechem, czując się szczęśliwy, że tak urocza istotka darzy go uczuciem.
- Naprawdę? To cudownie. A więc kochacie się? - spytał wesoło profesor.
- Bardzo - odpowiedziała Aurelia i lekko wtuliła się w chłopca.
- No i jak tu nie kochać naszej małej Aurelii? - spytała czule Kreska, patrząc z zachwytem na ten cudowny widok.
- Takich aniołków nie można nie kochać - odpowiedział Dmuchawiec - I też się dziwię tym, którym jednak się to udaje. Jak to dobrze, że wy jesteście inni. To bardzo dobrze. Ludziom potrzeba miłości, a zwłaszcza dzieciom.
Chwilę później do sali weszła pielęgniarka i poprosiła, aby wszyscy wyszli, bo ona musi zbadać pacjenta, a poza tym on musi odpocząć. Wszyscy pożegnali więc profesora i powoli opuścili salę, choć wyraźnie zrobili to z niechęcią. Każde z nich wolałoby jeszcze tutaj zostać, ale cóż było robić?
Po tej wizycie, zaszli do pokoju, w którym to leżała Natalia Borejko. Na całe szczęście ona również miała się już nieco lepiej i mogła przyjąć gościa w osobie swojej starszej siostry, do której była niezwykle podobna. Maciek wtedy pomyślał sobie, że gdyby teraz ktoś zobaczył obie Borejkówny, a nie widziałby ich nigdy wcześniej, to nie miałby najmniejszych wątpliwości, co do tego, że są siostrami.
- Jak się masz, Nutrio? - zapytała czule Gabrysia.
Nazywała swoją młodszą siostrę „Nutrią” ze względu na jej ogromną słabość do kąpieli, które mogła brać o każdej porze dnia. Lubiła też pływać i nurkować, co jej wychodziło naprawdę dobrze i stąd właśnie pochodził jej przydomek.
- Dobrze, Gabusiu. A ty? - spytała Natalia.
- Też w porządku. Jakoś się żyje - powiedziała Gabrysia - Przyszłam tutaj z przyjaciółmi. Wszyscy chcą, abyś jak najszybciej wyzdrowiała.
Dziewczynka zakasłała mocno w dłoń, poprawiła sobie lekko włosy i odparła:
- Dziękuję. Też bym chciała już stąd wyjść. Nie lubię szpitali.
- Dlaczego? Tu jest tak ładnie - powiedziała Aurelia, rozglądając się dookoła siebie - Tak biało i ślicznie.
Natalia spojrzała na nią z lekką kpiną w oczach.
- Inaczej byś mówiła, jakbyś musiała tu leżeć i kaszleć, tak jak ja.
Po tych słowach, znowu zakaszlała, na szczęście słabiej niż poprzednio.
- Ojej, kaszlesz, biedactwo - powiedziała przejęta Kreska - A bierzesz może leki od pana doktora?
- Biorę, ale nie wiem, czy one coś pomogą - stwierdziła ponuro Natalia.
- Mojemu tacie zawsze pomagają wierszyki - wtrąciła się Aurelia - Jak tata jest smutny, bo przychodzi do niego szef, to prosi, żebym opowiedziała wierszyk i od razu się czuje lepiej.
- To może nam opowiesz jakiś? - zaproponowała Gabrysia.
Aurelii nie trzeba było o to dwa razy prosić. Podstawiła sobie krzesło, zaraz na nie weszła, stanęła wyprostowana, założyła ręce za plecy i wyrecytowała:

Stary jesteś, śmierć cię czeka.
Garbarz po twą skórę pośle.
Już niedługo twego życia.
Mój ty biedny, stary ośle.

Tu urwała, a jej przyjaciele oraz zebrane w pokoju drzwi patrzyły na nią lekko zmieszani, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
- Dalej zapomniałam - rzuciła przepraszająco Aurelia.
- I dobrze. Nie wiadomo, jakby się to skończyło - powiedział Maciek.
- To jest kuriozalne - stwierdziła Kreska.
- I groteskowe - dodał Maciek - Nie wiem, czy mam śmiać się, czy płakać.
- Kto cię nauczył tego wierszyka? - zapytała Gabrysia.
- Tata - odpowiedziała dziewczynka, wyraźnie nie wiedząc, dlaczego ludzie patrzą na nią jak na jakieś dziwactwo - Ale znam też fajne piosenki. Tata mnie ich nauczył.
- Już się boję - rzucił zgryźliwie Maciek.
Miał słuszność, ponieważ Aurelia, niezrażona tym, co powiedział, zarzuciła sobie znowu ręce za plecy i zaśpiewała:

Ukochany kraj! Umiłowany kraj!
Ukochany i miasta i wioski...

- Stop! - zawołał Maciek, przerywając ten występ.
Dziewczynka spojrzała na niego zdumiona, nie wiedząc, dlaczego przerwał jej występ, a chłopak popatrzył na nią złośliwie i rzucił:
- Młoda, to nie jest piosenka, tylko propaganda.
- A co to jest propaganda? - spytała Aurelia, schodząc z krzesła.
- Wciskanie kitu - odparł Maciek - Wmawianie komuś tego, co się samemu myśli, a co nie zawsze jest zgodne z prawdą. To tak, jakbym ja ci powiedział, że śledzik i lody są przepyszne, a ty byś ich nie lubiła.
- Ale ja lubię śledzika i lody - odparła szczerze Aurelia.
- Dobra, to był niewłaściwy przykład - burknął Maciek - To może tak...
- To tak, jakbym ja ci powiedziała, że Matylda jest ładna i kochana, choć w to nie wierzysz i wiesz, że to nieprawda - wtrąciła się Kreska.
- Aha, już rozumiem - zachichotała wesoło dziewczynka - To mój tatuś często robi propagandę, bo mówi swojemu szefowi, że jego żona jest bardzo ładna, a ona jest bardzo brzydka, a jak przychodzą do nas, do tatuś zawsze: „Jak pięknie pani dzisiaj wygląda”.
- To akurat jest lizusostwo, nie propaganda - stwierdził Maciek.
Aurelia zaproponowała, że zaśpiewa kolejną piosenkę, ale tym razem Kreska zasugerowała, że mogą coś dzieciom poczytać, a ponieważ te miały na oddziale kilka książek dla dzieci, bez wahania się na to zgodziły. Zatem Kreska z Maćkiem, który zaoferował się do pomocy, usiedli wygodnie przy łóżku Natalii i zaczęli im czytać sympatyczną książeczkę, a żeby było jeszcze ciekawiej, zmieniali w trakcie czytania głosy, aby brzmieć bardziej wiarygodnie. Do tego dzielili się tym jakże im miłym obowiązkiem czytania, dzięki czemu szło im wygodniej i przyjemniej. I nie tylko im. Również ich słuchacze, czyli dzieci oraz Gabrysia z Aurelią, były wręcz zachwycone i kiedy już książeczka się skończyła, to zapytali, czy mogą im coś zaśpiewać lub zatańczyć. Aurelia aż paliła się do tego planu. Maciek i Kreska nie bardzo, bo nie przepadali zbytnio za tego typu zabawami, ale skoro tak słodkie dzieci ich prosiły, nie można im było odmówić. Puścili więc po kolei kilka płyt na gramofonie, na których nagrane były różne wesołe utwory w sam raz do tańczenia. Maciek i Kreska tańczyli wesoło do nich, aż potem trafiła się niespodziewanie pośród tych piosenek jedna jeszcze przedwojenna, śpiewana przez Adama Astona, której słowa szły następująco:

Czy wiesz, mała miss,
Że odkąd cię znam...
Czy wiesz, nie poznaję siebie sam.
Bo ty, mała miss,
Zmieniłaś mi świat,
Że znów kocham pierwszy raz od lat.

To jakaś dziwna rzecz.
To jakiś cud, nie wiem sam.
Lecz jedno wiem, że dziś
Dla ciebie życie swe dam.

Czy wiesz, mała miss,
Że odkąd cię znam,
To fakt, nie poznaję siebie sam.

Maciek lubił ten utwór, pamiętał bardzo dobrze, jaka jego tata śpiewał go jego mamie, kiedy oczywiście jeszcze byli z nim i z Piotrem. Dlatego teraz z radością udawał, że śpiewa tę piosenkę przed Aurelią, która chichotała wesoło i potem, gdy po słowach nastąpiła wstawka muzyczna, zatańczyła z nim dziko po całej sali, rzecz jasna starając się dopasować swoje ruchy do melodii. Maciek, choć nie był jakimś mistrzem tańca, robił podobnie i już po chwili dali prawdziwie doskonały popis umiejętności tanecznych. Dzieciaki oczywiście powitały go gromką salwą braw, która jednak nie spodobała się za bardzo pielęgniarkom, które wyprosiły z pokoju gości, uznając, że dość tu siedzą i niech już pójdą sobie i nie robią hałasu, bo ten pacjentom nie służy. Musieli więc wyjść, choć nie sprawiło im to żadnej przyjemności.
- Ale było fajnie. Przyjdziemy tu jeszcze? - spytała podekscytowana Aurelia.
- Na pewno, Natalia się ucieszy - odpowiedziała jej Gabrysia.
- I mój dziadek też - dodała Kreska i zachichotała - A swoją drogą, Maciek, to naprawdę super tańczyłeś z Aurelią. Musicie zatańczyć przed moim dziadkiem. On bardzo lubi wodewile.
- Obawiam się, że bardzo mi daleko do przedwojennych amantów - odparł na to Maciek.
- Maciek! - zawołał nagle ktoś młodego Ogorzałkę.
Chłopak obejrzał się za siebie i zauważył podchodzącą do niego Matyldę. Jej widok zdenerwował go, podobnie jak i Kreskę, która zacisnęła zęby ze złości, a po głowie przeszła jej jedna myśl: „Czego ona chce?”.
- Co się stało, Matylda? - zapytał Maciek - Jestem nieco zajęty.
- Widzę - odrzekła dziewczyna, z pogardą lustrując Kreskę wzrokiem - Czy możesz ze mną porozmawiać, na osobności?
- Nie, nie może - rzuciła ze złością Aurelia.
- To zajmie tylko chwilę - powiedziała Matylda.
Maciek przeprosił wszystkich i odszedł na bok z dziewczyną, po czym zaczął z nią po cichu rozmawiać.
- Wiedźma - syknęła ze złością Kreska.
- Chcę ją kopnąć w kostkę - powiedziała Aurelia.
Kreska spojrzała na nią uważnie i lekko zaniepokojona, że mała jeszcze być może zechce wprowadzić myśli w czyn.
- Aurelia, nie wolno tak robić - skarciła dziewczynkę, chociaż w głębi duszy sama miała na to ochotę.
- A dlaczego?
- Bo nie możemy zawsze robić tego, co chcemy.
- Dlaczego? Ja zawsze robię to, co chcę.
- Być może, ale nie można tak.
- A ty nie robisz zawsze tego, czego chcesz?
- No oczywiście, że nie. Przecież nie podłożyłam Matyldzie nogi ani też nie wepchnęłam jej do kałuży.
- Szkoda.
- Sama żałuję. Ale zrozum, nie można tak robić. Nie zawsze możemy robić to, na co mamy ochotę. Ładnie by ten świat wyglądał, jakby tak wszyscy ludzie na nim robili tylko to, co chcą.
- No, ja też myślę, że ładnie. Nawet bardzo ładnie - odrzekła na to Aurelia, będąc święcie o tym przekonana.
Tymczasem Maciek skończył rozmawiać z Matyldą i wrócił do przyjaciół, po czym wraz z nimi ruszył w kierunku domu na ulicy Roosevelta 5.
- Czego chciała? - zapytała Kreska.
- Pogadać o bzdurach - odparł wymijająco Maciek.
Kreska uznała, że chłopak nie chce o tym mówić, więc nie drążyła tematu. Maciek zaś podszedł do Gabrieli i powiedział:
- Proszę pani, zauważyłem coś dzisiaj.
- Co takiego? - spytała Gabrysia.
- Coś bardzo ciekawego. Chodzi o Jankę.
- O Kreskę?
- Tak, ale wolę mówić do niej Janka.
- Od kiedy?
- Od wczoraj. Właściwie, to zawsze powinienem tak do niej mówić.
- No więc, jakiego odkrycia dokonałeś?
- Zauważyłem Jankę w zupełnie innym świetle.
- W jakim?
- W innym. Takim wesołym, radosnym, dziewczęcym. I nie rozumiem teraz jednego.
- Mianowicie?
- Dlaczego nie widziałem jej takiej wcześniej?
- Pewnie dobrze się kryła przed tobą.
- Ale dlaczego, proszę pani?
- Kto to może wiedzieć? Serce dziewczyny jest pełne tajemnic. Wielu z nich nie poznasz nigdy. Inne poznasz stopniowo. Ale mam prośbę, Maciusiu.
- Jaką?
- Nie mów do mnie „Proszę pani”. Jak tak mówisz, to czuję się strasznie stara. A przecież nie jestem wiele starsza od ciebie. Mam zaledwie dwadzieścia pięć lat.
- Dwadzieścia pięć? - zdziwił się Maciek.
- A co? Pewnie wyglądam na czterdzieści, co? Ewentualnie trzydzieści parę - zachichotała zadziornie Gabrysia - Tak, wiem o tym. Postarzałam się nieco, odkąd wyszłam za mąż. Ale jestem wciąż bardzo młoda. Przynajmniej z wyglądu. Bo w duszy to różnie bywa. Co? Nie uwierzyłbyś, że jestem tylko siedem lat starsza od ciebie? Pozory mylą, prawda?
- Oj tak, niekiedy nawet bardzo - odpowiedział Maciek, zerkając na Kreskę, a potem na Matyldę, wciąż stojącą na ulicy w miejscu, w którym ją zostawił.

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...