Rozdział XVII
Czy musimy się wiecznie kłócić?
Piotr usiadł koło radia i nastawił odbiornik na właściwą stację, upewniwszy się wcześniej, że głośnik nie jest ustawiony na najwyższą rozdzielczość głosu. Nie chciał ryzykować, że ktoś usłyszy, jak słucha tej stacji, której zamierzał wysłuchać. Nikt nie powinien o tym wiedzieć, gdyż owa stacja nie była stacją legalną. To była stacja Solidarności, która przekazywała pewne i niezniszczone przez poprawność polityczną wiadomości. Piotr co prawda w ogóle już nie wierzył w Solidarność ani głoszone przez nią idee, ale wiedział, że stacja niejeden raz przekazywała bardzo ważne informacje, zwłaszcza na temat więźniów politycznych, o których losie się dowiadywali, aby przekazywać potem te wieści ich bliskim i to właśnie za pomocą tej stacji. Piotr co prawda uważał, że to za mało i że o wiele lepiej by Solidarność i jej zwolennicy wyszli na tym, gdyby tak szefowie tej grupy politycznej w jakiś sposób starali się uwolnić swoich ludzi i może nawet umożliwili im ucieczkę z kraju w bezpieczne miejsce. Wiedział, że na pewno mogli tego dokonać, w końcu przywódcy Solidarności nie byli wcale biednymi ludźmi, mieli swoje dojścia i możliwości. Dlaczego więc tego nie robili? Jakoś Piotr nie wierzył w to, że nie mieli oni takiej możliwości. Uważał, że na pewno byli w stanie tego dokonać, lecz celowo porzucali swoich zwolenników na pastwę losu, aby w ten sposób pozyskać sobie męczenników ich jedynej słusznej sprawy. A im więcej ich mieli, tym lepiej dla nich. Tym większą nienawiścią darzono na świecie i w Polsce komuchów i tym więcej ludzi odwracało się od nich. Dlatego bez wahania poświęcano jednostki, które uznano za nic nie warte, aby osiągnąć upragniony przez siebie cel. Tak było zawsze i Piotr był pewien, że nadal tak jest. Dlatego jego serce już dawno przestało być z Solidarności oraz jakimkolwiek ugrupowaniem politycznym, jednak zawsze było z rodzicami, dlatego jeżeli istniała jakakolwiek szansa na to, aby czegoś się o nich dowiedzieć, on zamierzał z niej skorzystać. Nastawił więc radio i z dużą dozą uwagi zaczął słuchać.
Niestety, pomimo bardzo uważnego nasłuchiwania, nie usłyszał żadnych, ani wprost wypowiedzianych, ani też zakamuflowanych wiadomości na temat swoich rodziców, czyli państwa Ogorzałków. Słuchał jednak dalej, aby mieć pewność, że nie przegapi niczego, co mogłoby mieć jakiekolwiek dla niego znaczenie. Jednak było to zajęcie bezproduktywne, gdyż usłyszał wiele wieści z świata i o tym, jak to dzielni obrońcy demokracji cierpią i walczą za swoją sprawę i jak to ich bojowy duch wciąż pozostaje niezłomny, a także, że wierzą, iż walka ta przyniesie w końcu jakiś pozytywny skutek, ale poza tym nic na temat jego rodziców.
- Wszystko bardzo pięknie, ale co z tego? - zapytał nieco poirytowany z tego powodu Piotr - Może zamiast ogólników opowiecie mi coś sensownego? Jakieś dla mnie istotne szczegóły?
Wtem usłyszał pukanie do drzwi. Ściszył więc radio, po czym bardzo powoli podszedł do wyjścia i zapytał:
- Kto tam?
- Swoi - odpowiedział mu znajomy, kobiecy głos.
Rozpoznał po tym głosie Gabrysię. Uśmiechnął się i z ulgą otworzył drzwi. Zobaczył przed sobą uśmiechniętą i jak zwykle uroczą postać swojej serdecznej przyjaciółki, która wielokrotnie działała mu na nerwy, ale mimo to wciąż jakoś nie umiał pozbyć się swojej słabości do niej. Pomimo tego, że znowu była w dżinach i koszuli na guziki, wciąż wyglądała całkiem uroczo.
- Szanowny pan udziela audiencji? - zapytała dowcipnie dziewczyna.
- A i owszem. Szanowny pan jej udziela, a zwłaszcza miłym paniom - odparł na to dowcipnym tonem Piotr i wpuścił dziewczynę do środka.
Ta weszła, a gdy to zrobiła, zamknął za nią drzwi i spytał:
- Co cię sprowadza w moje skromne progi, moja droga?
- Moja obietnica - odpowiedziała mu przyjaźnie Gabrysia - W końcu wczoraj obiecałam ci, że przyjdę i jakoś ci się odwdzięczę za wczorajszą pomoc.
- Ale wiesz, naprawdę nie musisz. To przecież nie było nic wielkiego.
- Przeciwnie, Piotrze. To było coś naprawdę wielkiego. W każdym razie dla mnie. I chcę, żebyś to wiedział. Żaden facet nie zrobił dla mnie tyle, ile ty zrobiłeś.
- Oj, chyba przesadzasz - zaśmiał się Piotr.
- Mówię całkiem serio - odpowiedziała mu Gabriela.
Patrzyli sobie przez chwilę w oczy, nie wiedząc, co powiedzieć. Czuli się w tej chwili bardzo dziwnie. Gabrysia dlatego, że powiedziała tak ważne słowa do Piotra, który na zmianę działał jej na nerwy i poprawiał humor, do którego miała dość mieszane uczucia. Piotr z kolei dlatego, że jeszcze nigdy nie słyszał od żadnej kobiety tak pięknych i miłych słów, jak właśnie te. Dzięki nim zrobiło mu się nagle ciepło na sercu, a całe jego ciało przeszły przyjemne dreszcze. Chciał już coś na to, co rzekła Gabrysia odpowiedzieć, gdy wtem radio nagle zatrzeszczało i złapało jakieś nowe dźwięki. Przypomniał sobie wówczas, że nie wyłączył tego ustrojstwa i przerażony zrozumiał, co mogło mu teraz grozić. Szybko więc podbiegł do radia i chciał już je wyłączyć, gdy Gabrysia, która podeszła do niego, złapała go lekko za rękę i powiedziała:
- Zwariowałeś? Sami swoi.
Piotr uśmiechnął się wówczas przepraszająco, dopiero teraz przypominając sobie, że przecież Gabrysia również należała, a przynajmniej duchem, do opozycji, a już zwłaszcza od chwili, w której jej ojciec został aresztowany i internowany. Z tego więc powodu nie musiał się przed nią bać słuchać nielegalnych audycji.
- Wybacz, czasami zapominam, że oboje jedziemy na tym samym wózku.
Była to prawda, w końcu jego rodzice zostali internowani wraz z jej ojcem i kto jak kto, ale Gabrysia na pewno doskonale wiedziała, co on musi czuć. Dlatego też oboje usiedli przy radiu i zaczęli słuchać.
Tymczasem w stacji przekazali jeszcze kilka ciekawych informacji, a potem, aby pokrzepić wszystkich członków opozycji i więźniów politycznych, rozpoczęli nadawanie nieformalnego hymnu Solidarności, który Piotr bardzo dobrze znał. Hymn idący w taki oto sposób:
On natchniony i młody był, ich nie policzyłby nikt.
On im dodawał pieśnią sił. Śpiewał, że blisko już świt.
Świec tysiące palili mu, znad głów unosił się dym.
Śpiewał, że czas, by runął mur, a oni śpiewali wraz z nim.
Wyrwij murom zęby krat.
Zerwij kajdany, połam bat.
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!
Wkrótce na pamięć znali pieśń i sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść, dreszcze na wskroś serc i dusz.
Śpiewali więc, klaskali w rytm, jak wystrzał poklask ich brzmiał.
I ciążył łańcuch, zwlekał świt, a on wciąż śpiewał i grał.
Wyrwij murom zęby krat.
Zerwij kajdany, połam bat.
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat.
Po tych słowach miał miejsce długi fragment muzyczny, jakby próbował on zastępować brakującą zwrotkę, a potem padły takie oto słowa:
Wyrwali murom zęby krat.
Zerwali kajdany, złamali bat.
A murów nie ma, nie ma, nie ma.
Pogrzebały stary świat.
Ten refren wzbudził wielkie oburzenie Piotra. Ku zdumieniu Gabrysi, z dużą dozą złości wyłączył on radio i powiedział:
- Parszywi kłamcy. Nawet tutaj muszą kłamać.
- O czym ty mówisz? O co ci chodzi? - spytała Gabrysia - Nie podoba ci się ta piosenka?
- Przeciwnie, bardzo mi się podoba. Więcej ci powiem, mój ojciec przyjaźnił się z jej autorem, Kaczmarskim. Mówił mi, że Kaczmarski przewidywał, iż kiedyś ta piosenka przestanie być jego własnością i stanie się narzędziem politycznym w ręku tych, co uważają, że tylko rewolucją można obalić reżim.
- Może czasami nie ma innego wyjścia?
- Może, ale tak czy siak Kaczmarski podobno przeczuwał, że jego piosenkę czeka taki los. No i oczywiście miał rację.
- A co spotkało jego piosenkę?
- Usunięto z niej trzecią zwrotkę i prawdziwe zakończenie.
- Naprawdę? - Gabrysia nie posiadała się ze zdumienia, gdy to usłyszała - To jak ta piosenka idzie naprawdę?
- Pierwsza i druga zwrotka tak, jak słyszałaś. Ale trzecia, której tu w ogóle nie zaśpiewali, idzie tak...
To mówiąc, Piotr wziął do ręki gitarę, uderzył dłonią w jej stronę z czymś, co można było nazwać natchnieniem i zaczął grać, a potem zaśpiewał:
Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas.
I z pieśnią, że już blisko świt, szli ulicami miast.
Zwalali pomniki i rwali bruk. „Ten z nami! Ten przeciw nam!
Kto sam, ten nasz największy wróg!”. A śpiewak także był sam.
Patrzył na równy tłumów marsz.
Milczał wsłuchany w kroków huk.
A mury rosły, rosły, rosły.
Łańcuch kołysał się u nóg...
Patrzy na równy tłumów marsz.
Milczy wsłuchany w kroków huk.
A mury rosną, rosną, rosną.
Łańcuch kołysze się u nóg...
Po zaśpiewaniu tych słów, Piotr odłożył gitarę i powiedział:
- Ot, tak właśnie to szło.
- Rozumiem. Czyli to nie jest piosenka zachęcająca do buntu, co raczej taka antyrewolucyjna pieśń, zachęcają do zmian, ale w sposób pozytywistyczny - rzekła Gabrysia z uwagą - A przynajmniej ja tak to interpretuję, bo nie wiem, jak ty.
- Ja mam dokładnie takie samo zdanie w tej sprawie - odrzekł na to Piotr - Teraz już chyba rozumiesz, dlaczego tak bardzo się zezłościłem, gdy usłyszałem na własne uszy to, co wcześniej było dla mnie jedynie plotką.
- Czyli słyszałeś, że przerobioną tę piosenkę tak, aby była wygodna dla tych, co są z opozycji?
- Tak, a Kaczmarski pewnie jest załamany. Przecież nie chciał tworzyć nigdy hymnu dla Solidarności, tylko pieśń ponadczasową, dla każdego człowieka i dla każdego narodu, dla każdego pokolenia. A tymczasem stała się ona jeszcze jednym z elementów propagandy. Miałem nadzieję, że to radio jako jedyne, oprócz Radia Wolna Europa, nadaje tylko prawdę. Jak widać, nawet oni kłamią jak z nut, kiedy jest im to wygodne.
- Wiesz, ja tam bym tego nie nazwała kłamstwem. Raczej po prostu taką lekką przeróbką stworzoną po to, aby nie dobijać ludzi siedzących w więzieniu i tych, co czekają na ich wypuszczenie. Bo przyznasz, że oryginał nie jest specjalnie dla nich optymistyczny.
- Ale jest pozytywnym zimnym prysznicem, ostrzegającym przed tym, że jeśli nawet wywołają rewolucję, nic na tym nie zyskają. A jeśli nawet, to bardzo szybko jeden reżim zostanie zastąpiony kolejnym, bo rewolucja przemienia ludzi w bestie, a zwłaszcza oszalały z nienawiści tłum.
Gabrysia musiała przyznać, że Piotr miał rację w tym, co mówi. Teraz o wiele lepiej mogła zrozumieć go niż wtedy, gdy się sprzeczali na temat jego dziennika. Mimo wszystko wciąż uważała, że nazbyt pesymistycznie on patrzy na te sprawy i dlatego powiedziała:
- Ale może nie musi tak być? Może jedna wielka rewolucja jest w stanie w sposób skuteczny pokazać władzy, że opozycja walczy i trzeba się z nią liczyć?
Piotr popatrzył na nią uważnie i nastawił radio na głośniejszy odbiór, mówiąc:
- Lepiej dmuchać na zimne. Nie wiemy, kto jeszcze słucha.
- Daj spokój, chyba przesadzasz. Przecież praktycznie wszyscy w kamienicy na ulicy Roosevelta 5, w której mieszkamy, należą do opozycji albo przynajmniej do krytyków władzy - zauważyła Gabrysia.
- Mimo wszystko wolę nie toczyć takich rozmów przy wyłączonym radiu - odparł na to Piotr, nastawiając nieco głośniej utwór Czajkowskiego, który zaczął właśnie lecieć na jakieś stacji - A wracając do rozmowy, to powiedz mi, czy już nie raz i nie dwa historia nie pokazała nam, czym się kończą rewolucje? Przypomnieć ci rewolucję we Francji na końcu XVIII wieku?
- To była skrajność, która do tego wymknęła się spod kontroli.
- A uważasz, że rewolucję da się w jakikolwiek sposób kontrolować? Przecież rewolucja to jest bestia, która zerwie się ze smyczy, na co czekała bardzo wiele lat i teraz ma do tego możliwość, a gdy raz zostanie uwolniona lub sama się uwolni, nie daruje już nikomu, kto w ten czy też inny sposób jej się naraził. Aż w końcu zacznie ona, niczym jakiś pokręcony Saturn, zżerać własne dzieci.
- Mimo wszystko uważam, że tym ludziom, którzy siedzą za sprawę, przyda się bardzo taka otucha jak przerobiona piosenka Kaczmarskiego. Powinni wiedzieć o tym, że ich cierpienie nie idzie na marne.
- A skąd wiesz, że nie idzie na marne? Przecież nie masz żadnej pewności, że jak te mury runą i pogrzebią stary świat, nagle wszystko odmieni się na lepsze.
- Wszystko może nie, ale większość... A potem stopniowo...
- Może i tak, ale zmiany nie można wprowadzać rewolucją. Niszczenie jakiś pomników czy zrywanie bruków z chodników i ciskanie nimi w przeciwników nie stworzy nowego społeczeństwa, tej cywilizacji miłości, o której mówisz.
- Nie mówię, że popieram takie zwyczaje, ale... Ale przecież trzeba zawsze coś robić.
- Coś robić rzeczywiście trzeba. Tylko co? Na pewno nie rewolucję. Strajki i inne takie nikomu nie pomogą. Władze rozpędzą je na cztery wiatry, zagłodzą tych ludzi, co strajkują, zagonią ponownie do roboty i tyle tej rewolucji. A tych, co im się najwięcej narażą, wsadzą do więzienia. I oczywiście nie mówię tu o wodzach takich rebelii, bo oni na pewno nie poniosą żadnej kary za swoje czyny.
- Wydaje mi się, że oni pierwsi padliby ofiarą represji w takiej sytuacji.
Piotr uśmiechnął się jak dorosły, który musi tłumaczyć dziecku coś, co jest aż nadto oczywiste i co dziecko z powodu swojej naiwności jeszcze nie rozumie.
- Bujasz w obłokach, Gabrysiu. Niby jak mieliby ukarać przywódców, skoro nawet nie wiedzą, kim oni są?
- Ale w czasie strajków przecież prawie zawsze aresztowano przywódców.
- Przywódców strajków i owszem. Ale nie przywódców opozycji. Oni się na takich strajkach nigdy nie zjawiają.
- Jak to?
- Przecież to oczywiste. Oni nie biorą udziału w demonstracjach i strajkach. Są na to za mądrzy. Oni tylko je organizują i obserwują z bezpiecznego miejsca ich przebieg oraz skutki. Ci, co stają na czele takich sytuacji są tylko wyznaczeni przez przywódców opozycji do tej jednej konkretnej akcji. I oni ponoszą konsekwencje w razie czego. Przywódcy opozycji są wciąż bezpieczni. Jest to dość praktyczne podejście, bo przecież oni odpowiadają za całość opozycji i nie będą ryzykować, że ich w czasie takich walk zabiją. Ale także i cyniczne, bo jak przychodzi co do czego, to nie poniosą oni żadnej odpowiedzialności za swoje czyny. Więcej nawet, nie zamierzają takiej odpowiedzialności ponosić. A kiedy ktoś z ich grupy wpada i trafia do więzienia, to jest uważany za męczennika i staje się kolejnym narzędziem propagandowym i to dla obu stron. Dla władzy jako dowód na to, że nie można się cackać z opozycją, zaś dla opozycji jako dowód na to, jak podła, straszna i okrutna jest władza. A ci „męczennicy” cierpią na tym najwięcej.
Gabrysia słuchała z uwagą słów Piotra, nie mając pojęcia, co by miała mu na to odpowiedzieć. Chciałaby wystąpić w obronie Solidarności, w obronie jej idei i przywódców, ale też prawdę mówiąc, czy jej rozmówca nie miał aby racji? Wszak jej ojciec i jego rodzice byli właśnie takimi męczennikami sprawy. Za coś, co było dość niewielkim przewinieniem, poszli do więzienia i to bez prawa do wizyt czy też korespondencji. Byli internowani, a przywódcy Solidarności nie zrobili nic, aby ich uratować. Chociaż, czy mieli taką możliwość? Czy rzeczywiście mogli coś dla nich zrobić? Czy Piotr słusznie odsądzał ich od czci i wiary?
- Wiesz, takie są efekty wielkiej polityki. Ale faktem jest, że dla sprawy takie osoby też służą jako męczennicy i robią coś dobrego dla opozycji.
- Może i robią, ale nie sądzisz, że za dużo mamy męczenników, a za mało tych, którzy naprawdę coś robią?
- A co twoim zdaniem powinni robić? Rozwalać ściany od celi dynamitem i uwalniać więźniów?
- Chociażby to.
- Daj spokój. Przecież przywódcy Solidarności nie mogą wiedzieć, ilu ludzi tak naprawdę ich popiera i nie mogą o wszystkich wiedzieć i każdego z osobna z paki wyciągać. To jest fizycznie niemożliwe.
- Nie mówię, że każdego. Ale jakoś nie robią tak wobec nikogo, to chyba już zmusza do myślenia, prawda?
Gabrysi trudno było na to odpowiedzieć, więc zmieniła nieco temat:
- Tak czy inaczej, ja uważam, że takie podnoszące na duchu piosenki są nam bardzo potrzebne. A zwłaszcza te zachęcające do walki.
- Do rewolucji, chciałaś powiedzieć. Bo ta piosenka w wersji przerobionej do rewolucji właśnie zachęca - sprostował Piotr.
- A jeśli nawet, to co? Ci ludzie siedzący w więzieniach politycznych muszą mieć jakieś idee, w które wierzą. Muszą wiedzieć, że ich walka ma sens.
- A może powinni wiedzieć, że walka, którą oni podjęli, nie ma sensu, a już zwłaszcza w wersji rewolucyjnej?
- Nie popieram rewolucji, ale jakoś trzeba działać. Może nie rewolucją, ale jakąś demonstracją czy coś...
- Demonstrację łatwo można uznać za rewolucję. Są one na rękę władzy, bo dzięki temu mogą pokazać, że rządy silnej ręki i tzw. zamordyzm są konieczne.
- Zamordyzm?
- Tak, trzymanie obywateli za mordę i bicie ich po tej mordzie, gdy zaczną się stawiać. Demonstracje są tylko pożywką dla władzy.
- Co ty gadasz?
- Taka jest prawda. Słyszałaś o wydarzeniach z 56 roku? Tutaj, w Poznaniu wielu ludzi wyszło wtedy z fabryki Cegielskiego, żeby strajkować. Wiesz, co ich spotkało? Wojsko na nich wyjechało czołgami i z karabinami. Rąbali do nich jak do kaczek. Zabili wiele osób, w tym niewinnego małego chłopca. Rozumiesz to? Oni zabili wtedy małego chłopca. Co tym bydlakom zrobił taki mały chłopiec, że trzeba go było aż zabić? Jak takie małe i niewinne dziecko może zagrozić władzy? Powiem ci: nijak! Po prostu było im potrzeba wtedy ofiar, aby złapać wszystkich obywateli za mordę.
- Wiem o tym, ale ostatecznie to się obróciło przeciwko nim. Musieli potem uspokoić się nieco.
- I co z tego? Czy to wróci życie ludziom, którzy wtedy zginęli? A kolejne już demonstracje są tylko dowodem na to, że Polakami nie można inaczej rządzić, jak ich tylko za mordę wziąć, bo inaczej, jak im odpuścić, zaczną się znowu burzyć. A ci demonstranci przecież nie mieli broni. A mimo to do nich strzelano. Powiedz mi więc, jakby władze zareagowały na jawną rewolucję? Zwłaszcza teraz, gdy mamy to, co mamy? Powiem ci. Potraktowano by ich jeszcze gorzej. Uwierz mi, wojsko, które nie miało oporów strzelać do ludzi w roku 56... Żołnierze, którzy nie wahali się strzelać do całkiem bezbronnych demonstrantów oraz małego dziecka, nie będą mieli żadnych skrupułów, aby rąbać z karabinów maszynowych do uzbrojonych po zęby rewolucjonistów. Tak to więc się skończy. Morzem krwi i trupami na ulicach. I nawet jeśli rewolucja wygra, to i tak nic na tym nie zyskamy. A już na pewno nie tacy prości ludzie jak ty czy ja. Zyskają jedynie tacy ludzie jak Wałęsa, Kuroń, Wyszyński czy ten głupi klecha Jankowski. Tylko oni na tym zyskają, bo dobiorą się do władzy i już jej nie oddadzą. A tacy ludzie jak my już zawsze będą klepać starą biedę. Dla nas nic się nie zmieni. Może tylko tyle, że wolno nam już będzie włóczyć się po mieście po 22:00. I może nie będzie tak wielkich kolejek w sklepie i kartek na mięso. Wybacz, ale to niewiele. To będzie tylko i wyłącznie taka niewielka zmiana w naszym życiu. Za mała, aby z jej powodu poświęcać bliskich nam ludzi.
- Pamiętaj, że mój ojciec i twoi rodzice wciąż żyją. Nikt nie oczekuje od nich ofiary z życia, aby się poświęcali.
- Teraz może i nie, ale kto wie, jak to będzie w przyszłości? Poza tym mam do rodziców ogromny żal.
- Za to, że walczą o to, w co wierzą?
- Za to, że ta walka była dla nich o wiele ważniejsza niż własne dzieci. Chcą wywracać świat do góry nogami, a nie umieją zadbać o swoich synów.
- Potępiasz ich działalność?
- Nie, ale jestem zdania, iż o wiele więcej by z nich było pożytku, gdyby tak zamiast naprawiać świat zajęli się rodziną, swoim własnym podwórkiem. Bo to od niego trzeba zacząć naprawę świata.
- Jakby wszyscy zamiatali tylko swoje podwórko i nic nie robili dla świata, to ten świat nigdy by nie ruszył do przodu.
- Przeciwnie. Gdyby każdy dbał o swój kawałek świata, który został mu dany i wraz z innymi jedynie w odpowiedni sposób dołożył swoją cegiełkę do naprawy świata, byłoby dużo lepiej i świat ruszyłby do przodu prędzej czy później.
- A może twoi rodzice, działając dla opozycji, dołożyli właśnie swoją cegiełkę do tego, aby ten świat naprawić?
- Może... Ale wolałbym ich widzieć w domu całych i zdrowych, niż widzieć w nich męczenników za sprawę.
- A ty myślisz, że ja bym nie wolała, aby ojciec był z nami?! - zawołała już ze złością w głosie Gabrysia, a w jej oczach pojawiły się łzy - Myślisz, że mi go nie brakuje i czasami sama na niego nie pomstuję za to, że bawił się w opozycję i za to poszedł siedzieć?! Że miło mi jest patrzeć na to, jak matka z powodu tego, co się stało, zamknęła się w sobie i przy byle okazji użala się nad sobą i mnie się czepia o byle co?! Uważasz, że ja mam łatwo w życiu i nie mam też czasami dość już tej całej głupiej sytuacji, w jakiej się znajduję?! Ale zamiast tylko i wyłącznie jojczeć na to, jakie to mnie spotkało nieszczęście i jak podłe jest życie, próbują coś robić. Cytując ciebie: sprzątam własne podwórko. I nie mam w tym wsparcia nikogo, a już na pewno nie tych, których bym potrzebowała. Ale ja coś przynajmniej robię. A ty co robisz?! Tylko siedzisz i gadasz i narzekasz na świat. Nie powiem, żebyś nie miał racji, ale zastanów się, co by było, gdyby tak nagle wszyscy poszli za twoim przykładem i tylko swoim podwórkiem się zajęli? Gdyby nie było ludzi, którzy w ten czy inny sposób popchnęli ten świat do przodu?! Którzy poświęcali wszystkie swoje siły na to, aby budować pociągi, samoloty, samochody, rozwijali medycynę czy oświatę?! Co by było, gdyby zamiast to robić, tylko zajęliby się naprawą tego, co nazywasz swoim podwórkiem?! Świat stanąłby w miejscu! Tak jak ty!
- Może i ja stoję w miejscu, ale zawsze będę przeciwko tym, którzy chcą w jakiś sposób zbawić lub naprawić świat kosztem własnej rodziny.
- Mój ojciec nie robił nigdy nic kosztem swojej rodziny!
- To czemu go tutaj nie ma, co?!
Gabrysi w oczach ponownie zaszkliły się łzy. Złość, jaka się w niej zbierała za to wszystko, co ją spotyka ostatnio, była nazbyt wielka, aby mogła teraz nad nią zapanować. Musiała ją z siebie wyrzucić i to na Piotra, dlatego zawołała:
- Bo przynajmniej coś robi! A ty stoisz w miejscu i już w nim zostaniesz!
Po tych słowach rozpłakała się i chciała uciec, jednak Piotr złapał ją mocno w ramiona i przycisnął do serca. Gabrysia początkowo próbowała wyrwać mu się z objęć, jednak szybko jej przeszło. Wtuliła się tylko w młodego mężczyznę i bardzo mocno zaczęła płakać w jego ramię.
- Czy my zawsze musimy się kłócić? - zapytała.
- Taka chyba nasza natura - zażartował sobie Piotr - Ale spokojnie, na pewno nie będziemy robić tego zawsze. Tylko w kwestii poglądów na życie mamy nieco inne podejście.
- Tak, bo ty jesteś mizantropem, a ja idealistką. Jak powiedziałaś, szkodliwą dla świata.
- Jak to?
- No tak. A nie ty mi mówiłeś, że idealiści są szkodliwi dla świata?
- Mówiłem różne rzeczy, nie zawsze przemyślane.
Gabrysia spojrzała na niego z uwagą i uśmiechnęła się przez łzy.
- Poważnie? Piotr Ogorzałko przyznaje się do błędu? To coś nowego.
- Nie do błędu, tylko do tego, że mogłem w pewnej sprawie nie przemyśleć zbyt dobrze tego, co mówiłem. Idealiści bywają szkodliwi dla świata, a zwłaszcza wtedy, kiedy poświęcają dla swoich idei wszystko, łącznie z bliskimi. Gdy chcą z miejsca zbawić cały świat, a nie wychodzi im nawet z własną rodziną. I nie mówię tego o twoim ojcu, tylko o moich rodzicach.
- Wiem. Nie powinnam się była unosić.
- A ja mówić takim tonem, który cię obraża. Przepraszam.
- Wybaczam. A ty wybacz mi te moje prowokacje do kłótni. I tego starego capa także.
- Nazwałaś mnie starym capem? Nie pamiętam.
- Wtedy, kiedy ty nazwałeś mnie niedojrzałą.
- Aha, wtedy. Już o tym zapomniałem.
- Więc nie wracajmy do tego.
- Jaka ładna z was para - odezwał się nagle jakiś dziecięcy głosik.
Piotr i Gabrysia odskoczyli od siebie i zobaczyli wtedy stojących niedaleko nich Maćka, Kreskę i Aurelię. Wszyscy byli wyraźnie rozbawieni tym, co widzieli, a już zwłaszcza mała Jedwabińska.
- Rzeczywiście, piękna z was para - powiedziała Kreska.
- To co? Pocałujecie się? Bo oni nie chcieli - rzuciła z takim jakby wyrzutem w głosie Aurelia, zerkając na Maćka i Kreskę.
Piotr i Gabrysia jednak nie zamierzali się całować, odsunęli się od siebie, zaś Aurelia zrobiła bardzo zawiedzioną minę.
- O nie! A tak chciałam zobaczyć, jak się ktoś całuje! To nie fair!
- Spokojnie, Aurelko. Jeszcze zobaczysz - powiedział Maciek i zwrócił się do starszego brata: - Słuchaj, możecie już wyłączyć to radio? Słychać je na klatce.
Piotr dopiero wtedy sobie przypomniał, że przecież nie wyłączył jeszcze radia i ono wciąż gra, aby zagłuszyć w ten sposób ewentualne niebezpieczne rozmowy polityczne, jakie on i Gabrysia mogliby ze sobą toczyć. Przerażony szybko dopadł odbiornika i wyłączył go.
- Jak tam wycieczka? - zapytała Gabrysia Kreskę.
- Bardzo fajna - odpowiedziała wnuczka Dmuchawca.
- Doskonale się bawiliśmy - dodał Maciek.
- Tak, ale Maciek i Kreska nie chcieli się całować - rzekła z wyrzutem Aurelia - A ty nie chcesz się całować z Piotrem. A ja tak chcę zobaczyć, jak się całujecie. Dlaczego wy nie chcecie się całować?
- Bo pocałunek to bardzo ważna sprawa. Można go wymienić tylko z kimś, kogo się kocha - stwierdziła poważnie Gabrysia.
- To pokochaj Piotra i się z nim pocałuj - odparła na to Aurelia, a następnie z powagą zerknęła na Maćka i Kreskę, dodając: - A wy się pokochajcie i też całujcie.
- Ale kochanie, to nie idzie tak od razu - odpowiedział jej braterskim tonem Maciek - Na wszystko potrzeba czasu.
- Mieliście dosyć czasu - burknęła Aurelia.
- Czasami trzeba go dużo więcej - stwierdził Maciek.
- Dobra, kochani. Dosyć tego gadania o pocałunkach - odpowiedział Piotr, wchodząc do pokoju - Jestem głodny i to już pora na obiad. Zostaniecie może na obiedzie, moje panie?
- Jasne, chętnie - odpowiedziała wesoło Kreska.
- A ty będziesz gotować? - zapytała Aurelia.
Gabrysia uderzyła się wtedy otwartą dłonią w czoło i zawołała:
- Gotować! No tak! Zupełnie zapomniałam! Przyszłam was przecież zapytać, czy mogę wam coś ugotować z mięsa, które kupiłam dzięki życzliwości Piotra, a potem Piotr mnie zagadał i wyleciało mi z głowy.
- Ja ciebie? Dobre sobie! - prychnął z kpiną Piotr.
- Dobra, słuchajcie. Poczekajcie na mnie chwilkę. Ja się przebiorę, przyniosę nieco mięska i możemy się brać za obiadek.
Po tych słowach, Gabrysia uśmiechnęła się życzliwie do wszystkich, po czym wybiegła z pokoju.
- Ona wróci? - zapytał niespokojnie Maciek.
- Tak, na pewno. A czemu pytasz? - zdziwił się Piotr.
- Bo tak nagle wybiegła, jakby chciała przed tobą uciec - odparł chłopak.
- I do tego płakała - zauważyła Kreska - Powiedz, co jej zrobiłeś?
- Nic. Rozmawialiśmy tylko o polityce i życiu - odpowiedział Piotr.
- Rzeczywiście, niesamowicie ciekawe tematy do rozmowy - rzuciła z kpiną w głosie Kreska - Pewnie płakała ze śmiechu i stąd te łzy, prawda?
- A kto powiedział, że ją rozbawiałem?
- Więc ją doprowadziłeś do łez?
- A kto powiedział, że ją doprowadziłem do łez?
- Więc co się stało?
- Nie wasza sprawa - burknął ze złością Piotr - Tego mi tu jeszcze brakowało. Wścibskich smarkaczy, którzy mnie zaraz posądzają o nie wiadomo co.
- Więc czemu Gabrysia najpierw płacze, a potem się śmieje? - spytał Maciek.
- Bo to kobieta, a kobiety już takie są - odpowiedział złośliwie Piotr - Ja ich chyba nigdy nie zrozumiem.
- Ktoś mądry mi powiedział, że nie należy je rozumieć, tylko kochać - rzucił złośliwie Maciek, uśmiechając się przy tym zadziornie.
- Musiał to być bardzo mądry facet - stwierdził Piotr, lekko się uśmiechając.
- A skąd wiesz, że to facet? - zapytała Kreska.
- Intuicja.
- To mężczyźni mają coś takiego?
- Oczywiście. Za to kobiety mają co innego.
- A co takiego?
- Brak możliwości zrozumienia ich. Zapamiętaj to sobie, mój braciszku: nigdy nie próbuj zrozumieć kobiet. Jedyne, co musisz o nich wiedzieć, to fakt, że mają one, bez względu na pochodzenie, wiek czy rasę, dwie cechy wspólne.
- Jakie?
- Pierwsza jest taka, że nie można ich nigdy zrozumieć. A druga jest taka, że nie ważne, czy mają pięć lat, czy pięćdziesiąt, zawsze nas doprowadzą do szału.
Kreska ubawiona jego stwierdzeniem, które bynajmniej w ustach Piotra nie brzmiało zbyt szczerze, zapytała:
- A dlaczego?
- Bo one już takie są. No, może z wyjątkiem ciebie, Janeczko.
- Więc jestem wyjątkiem od reguły?
- Nie, wyjątkiem potwierdzającym regułę - uciął rozmowę Piotr - A teraz do łazienki marsz, umyć ręce i pomagać mi przy obiedzie!
- Super! Będzie obiad z Gabrysią - zawołała wesoło Aurelia - I może wreszcie się ktoś pocałuje!
Niestety, pomimo bardzo uważnego nasłuchiwania, nie usłyszał żadnych, ani wprost wypowiedzianych, ani też zakamuflowanych wiadomości na temat swoich rodziców, czyli państwa Ogorzałków. Słuchał jednak dalej, aby mieć pewność, że nie przegapi niczego, co mogłoby mieć jakiekolwiek dla niego znaczenie. Jednak było to zajęcie bezproduktywne, gdyż usłyszał wiele wieści z świata i o tym, jak to dzielni obrońcy demokracji cierpią i walczą za swoją sprawę i jak to ich bojowy duch wciąż pozostaje niezłomny, a także, że wierzą, iż walka ta przyniesie w końcu jakiś pozytywny skutek, ale poza tym nic na temat jego rodziców.
- Wszystko bardzo pięknie, ale co z tego? - zapytał nieco poirytowany z tego powodu Piotr - Może zamiast ogólników opowiecie mi coś sensownego? Jakieś dla mnie istotne szczegóły?
Wtem usłyszał pukanie do drzwi. Ściszył więc radio, po czym bardzo powoli podszedł do wyjścia i zapytał:
- Kto tam?
- Swoi - odpowiedział mu znajomy, kobiecy głos.
Rozpoznał po tym głosie Gabrysię. Uśmiechnął się i z ulgą otworzył drzwi. Zobaczył przed sobą uśmiechniętą i jak zwykle uroczą postać swojej serdecznej przyjaciółki, która wielokrotnie działała mu na nerwy, ale mimo to wciąż jakoś nie umiał pozbyć się swojej słabości do niej. Pomimo tego, że znowu była w dżinach i koszuli na guziki, wciąż wyglądała całkiem uroczo.
- Szanowny pan udziela audiencji? - zapytała dowcipnie dziewczyna.
- A i owszem. Szanowny pan jej udziela, a zwłaszcza miłym paniom - odparł na to dowcipnym tonem Piotr i wpuścił dziewczynę do środka.
Ta weszła, a gdy to zrobiła, zamknął za nią drzwi i spytał:
- Co cię sprowadza w moje skromne progi, moja droga?
- Moja obietnica - odpowiedziała mu przyjaźnie Gabrysia - W końcu wczoraj obiecałam ci, że przyjdę i jakoś ci się odwdzięczę za wczorajszą pomoc.
- Ale wiesz, naprawdę nie musisz. To przecież nie było nic wielkiego.
- Przeciwnie, Piotrze. To było coś naprawdę wielkiego. W każdym razie dla mnie. I chcę, żebyś to wiedział. Żaden facet nie zrobił dla mnie tyle, ile ty zrobiłeś.
- Oj, chyba przesadzasz - zaśmiał się Piotr.
- Mówię całkiem serio - odpowiedziała mu Gabriela.
Patrzyli sobie przez chwilę w oczy, nie wiedząc, co powiedzieć. Czuli się w tej chwili bardzo dziwnie. Gabrysia dlatego, że powiedziała tak ważne słowa do Piotra, który na zmianę działał jej na nerwy i poprawiał humor, do którego miała dość mieszane uczucia. Piotr z kolei dlatego, że jeszcze nigdy nie słyszał od żadnej kobiety tak pięknych i miłych słów, jak właśnie te. Dzięki nim zrobiło mu się nagle ciepło na sercu, a całe jego ciało przeszły przyjemne dreszcze. Chciał już coś na to, co rzekła Gabrysia odpowiedzieć, gdy wtem radio nagle zatrzeszczało i złapało jakieś nowe dźwięki. Przypomniał sobie wówczas, że nie wyłączył tego ustrojstwa i przerażony zrozumiał, co mogło mu teraz grozić. Szybko więc podbiegł do radia i chciał już je wyłączyć, gdy Gabrysia, która podeszła do niego, złapała go lekko za rękę i powiedziała:
- Zwariowałeś? Sami swoi.
Piotr uśmiechnął się wówczas przepraszająco, dopiero teraz przypominając sobie, że przecież Gabrysia również należała, a przynajmniej duchem, do opozycji, a już zwłaszcza od chwili, w której jej ojciec został aresztowany i internowany. Z tego więc powodu nie musiał się przed nią bać słuchać nielegalnych audycji.
- Wybacz, czasami zapominam, że oboje jedziemy na tym samym wózku.
Była to prawda, w końcu jego rodzice zostali internowani wraz z jej ojcem i kto jak kto, ale Gabrysia na pewno doskonale wiedziała, co on musi czuć. Dlatego też oboje usiedli przy radiu i zaczęli słuchać.
Tymczasem w stacji przekazali jeszcze kilka ciekawych informacji, a potem, aby pokrzepić wszystkich członków opozycji i więźniów politycznych, rozpoczęli nadawanie nieformalnego hymnu Solidarności, który Piotr bardzo dobrze znał. Hymn idący w taki oto sposób:
On natchniony i młody był, ich nie policzyłby nikt.
On im dodawał pieśnią sił. Śpiewał, że blisko już świt.
Świec tysiące palili mu, znad głów unosił się dym.
Śpiewał, że czas, by runął mur, a oni śpiewali wraz z nim.
Wyrwij murom zęby krat.
Zerwij kajdany, połam bat.
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!
Wkrótce na pamięć znali pieśń i sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść, dreszcze na wskroś serc i dusz.
Śpiewali więc, klaskali w rytm, jak wystrzał poklask ich brzmiał.
I ciążył łańcuch, zwlekał świt, a on wciąż śpiewał i grał.
Wyrwij murom zęby krat.
Zerwij kajdany, połam bat.
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat.
Po tych słowach miał miejsce długi fragment muzyczny, jakby próbował on zastępować brakującą zwrotkę, a potem padły takie oto słowa:
Wyrwali murom zęby krat.
Zerwali kajdany, złamali bat.
A murów nie ma, nie ma, nie ma.
Pogrzebały stary świat.
Ten refren wzbudził wielkie oburzenie Piotra. Ku zdumieniu Gabrysi, z dużą dozą złości wyłączył on radio i powiedział:
- Parszywi kłamcy. Nawet tutaj muszą kłamać.
- O czym ty mówisz? O co ci chodzi? - spytała Gabrysia - Nie podoba ci się ta piosenka?
- Przeciwnie, bardzo mi się podoba. Więcej ci powiem, mój ojciec przyjaźnił się z jej autorem, Kaczmarskim. Mówił mi, że Kaczmarski przewidywał, iż kiedyś ta piosenka przestanie być jego własnością i stanie się narzędziem politycznym w ręku tych, co uważają, że tylko rewolucją można obalić reżim.
- Może czasami nie ma innego wyjścia?
- Może, ale tak czy siak Kaczmarski podobno przeczuwał, że jego piosenkę czeka taki los. No i oczywiście miał rację.
- A co spotkało jego piosenkę?
- Usunięto z niej trzecią zwrotkę i prawdziwe zakończenie.
- Naprawdę? - Gabrysia nie posiadała się ze zdumienia, gdy to usłyszała - To jak ta piosenka idzie naprawdę?
- Pierwsza i druga zwrotka tak, jak słyszałaś. Ale trzecia, której tu w ogóle nie zaśpiewali, idzie tak...
To mówiąc, Piotr wziął do ręki gitarę, uderzył dłonią w jej stronę z czymś, co można było nazwać natchnieniem i zaczął grać, a potem zaśpiewał:
Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas.
I z pieśnią, że już blisko świt, szli ulicami miast.
Zwalali pomniki i rwali bruk. „Ten z nami! Ten przeciw nam!
Kto sam, ten nasz największy wróg!”. A śpiewak także był sam.
Patrzył na równy tłumów marsz.
Milczał wsłuchany w kroków huk.
A mury rosły, rosły, rosły.
Łańcuch kołysał się u nóg...
Patrzy na równy tłumów marsz.
Milczy wsłuchany w kroków huk.
A mury rosną, rosną, rosną.
Łańcuch kołysze się u nóg...
Po zaśpiewaniu tych słów, Piotr odłożył gitarę i powiedział:
- Ot, tak właśnie to szło.
- Rozumiem. Czyli to nie jest piosenka zachęcająca do buntu, co raczej taka antyrewolucyjna pieśń, zachęcają do zmian, ale w sposób pozytywistyczny - rzekła Gabrysia z uwagą - A przynajmniej ja tak to interpretuję, bo nie wiem, jak ty.
- Ja mam dokładnie takie samo zdanie w tej sprawie - odrzekł na to Piotr - Teraz już chyba rozumiesz, dlaczego tak bardzo się zezłościłem, gdy usłyszałem na własne uszy to, co wcześniej było dla mnie jedynie plotką.
- Czyli słyszałeś, że przerobioną tę piosenkę tak, aby była wygodna dla tych, co są z opozycji?
- Tak, a Kaczmarski pewnie jest załamany. Przecież nie chciał tworzyć nigdy hymnu dla Solidarności, tylko pieśń ponadczasową, dla każdego człowieka i dla każdego narodu, dla każdego pokolenia. A tymczasem stała się ona jeszcze jednym z elementów propagandy. Miałem nadzieję, że to radio jako jedyne, oprócz Radia Wolna Europa, nadaje tylko prawdę. Jak widać, nawet oni kłamią jak z nut, kiedy jest im to wygodne.
- Wiesz, ja tam bym tego nie nazwała kłamstwem. Raczej po prostu taką lekką przeróbką stworzoną po to, aby nie dobijać ludzi siedzących w więzieniu i tych, co czekają na ich wypuszczenie. Bo przyznasz, że oryginał nie jest specjalnie dla nich optymistyczny.
- Ale jest pozytywnym zimnym prysznicem, ostrzegającym przed tym, że jeśli nawet wywołają rewolucję, nic na tym nie zyskają. A jeśli nawet, to bardzo szybko jeden reżim zostanie zastąpiony kolejnym, bo rewolucja przemienia ludzi w bestie, a zwłaszcza oszalały z nienawiści tłum.
Gabrysia musiała przyznać, że Piotr miał rację w tym, co mówi. Teraz o wiele lepiej mogła zrozumieć go niż wtedy, gdy się sprzeczali na temat jego dziennika. Mimo wszystko wciąż uważała, że nazbyt pesymistycznie on patrzy na te sprawy i dlatego powiedziała:
- Ale może nie musi tak być? Może jedna wielka rewolucja jest w stanie w sposób skuteczny pokazać władzy, że opozycja walczy i trzeba się z nią liczyć?
Piotr popatrzył na nią uważnie i nastawił radio na głośniejszy odbiór, mówiąc:
- Lepiej dmuchać na zimne. Nie wiemy, kto jeszcze słucha.
- Daj spokój, chyba przesadzasz. Przecież praktycznie wszyscy w kamienicy na ulicy Roosevelta 5, w której mieszkamy, należą do opozycji albo przynajmniej do krytyków władzy - zauważyła Gabrysia.
- Mimo wszystko wolę nie toczyć takich rozmów przy wyłączonym radiu - odparł na to Piotr, nastawiając nieco głośniej utwór Czajkowskiego, który zaczął właśnie lecieć na jakieś stacji - A wracając do rozmowy, to powiedz mi, czy już nie raz i nie dwa historia nie pokazała nam, czym się kończą rewolucje? Przypomnieć ci rewolucję we Francji na końcu XVIII wieku?
- To była skrajność, która do tego wymknęła się spod kontroli.
- A uważasz, że rewolucję da się w jakikolwiek sposób kontrolować? Przecież rewolucja to jest bestia, która zerwie się ze smyczy, na co czekała bardzo wiele lat i teraz ma do tego możliwość, a gdy raz zostanie uwolniona lub sama się uwolni, nie daruje już nikomu, kto w ten czy też inny sposób jej się naraził. Aż w końcu zacznie ona, niczym jakiś pokręcony Saturn, zżerać własne dzieci.
- Mimo wszystko uważam, że tym ludziom, którzy siedzą za sprawę, przyda się bardzo taka otucha jak przerobiona piosenka Kaczmarskiego. Powinni wiedzieć o tym, że ich cierpienie nie idzie na marne.
- A skąd wiesz, że nie idzie na marne? Przecież nie masz żadnej pewności, że jak te mury runą i pogrzebią stary świat, nagle wszystko odmieni się na lepsze.
- Wszystko może nie, ale większość... A potem stopniowo...
- Może i tak, ale zmiany nie można wprowadzać rewolucją. Niszczenie jakiś pomników czy zrywanie bruków z chodników i ciskanie nimi w przeciwników nie stworzy nowego społeczeństwa, tej cywilizacji miłości, o której mówisz.
- Nie mówię, że popieram takie zwyczaje, ale... Ale przecież trzeba zawsze coś robić.
- Coś robić rzeczywiście trzeba. Tylko co? Na pewno nie rewolucję. Strajki i inne takie nikomu nie pomogą. Władze rozpędzą je na cztery wiatry, zagłodzą tych ludzi, co strajkują, zagonią ponownie do roboty i tyle tej rewolucji. A tych, co im się najwięcej narażą, wsadzą do więzienia. I oczywiście nie mówię tu o wodzach takich rebelii, bo oni na pewno nie poniosą żadnej kary za swoje czyny.
- Wydaje mi się, że oni pierwsi padliby ofiarą represji w takiej sytuacji.
Piotr uśmiechnął się jak dorosły, który musi tłumaczyć dziecku coś, co jest aż nadto oczywiste i co dziecko z powodu swojej naiwności jeszcze nie rozumie.
- Bujasz w obłokach, Gabrysiu. Niby jak mieliby ukarać przywódców, skoro nawet nie wiedzą, kim oni są?
- Ale w czasie strajków przecież prawie zawsze aresztowano przywódców.
- Przywódców strajków i owszem. Ale nie przywódców opozycji. Oni się na takich strajkach nigdy nie zjawiają.
- Jak to?
- Przecież to oczywiste. Oni nie biorą udziału w demonstracjach i strajkach. Są na to za mądrzy. Oni tylko je organizują i obserwują z bezpiecznego miejsca ich przebieg oraz skutki. Ci, co stają na czele takich sytuacji są tylko wyznaczeni przez przywódców opozycji do tej jednej konkretnej akcji. I oni ponoszą konsekwencje w razie czego. Przywódcy opozycji są wciąż bezpieczni. Jest to dość praktyczne podejście, bo przecież oni odpowiadają za całość opozycji i nie będą ryzykować, że ich w czasie takich walk zabiją. Ale także i cyniczne, bo jak przychodzi co do czego, to nie poniosą oni żadnej odpowiedzialności za swoje czyny. Więcej nawet, nie zamierzają takiej odpowiedzialności ponosić. A kiedy ktoś z ich grupy wpada i trafia do więzienia, to jest uważany za męczennika i staje się kolejnym narzędziem propagandowym i to dla obu stron. Dla władzy jako dowód na to, że nie można się cackać z opozycją, zaś dla opozycji jako dowód na to, jak podła, straszna i okrutna jest władza. A ci „męczennicy” cierpią na tym najwięcej.
Gabrysia słuchała z uwagą słów Piotra, nie mając pojęcia, co by miała mu na to odpowiedzieć. Chciałaby wystąpić w obronie Solidarności, w obronie jej idei i przywódców, ale też prawdę mówiąc, czy jej rozmówca nie miał aby racji? Wszak jej ojciec i jego rodzice byli właśnie takimi męczennikami sprawy. Za coś, co było dość niewielkim przewinieniem, poszli do więzienia i to bez prawa do wizyt czy też korespondencji. Byli internowani, a przywódcy Solidarności nie zrobili nic, aby ich uratować. Chociaż, czy mieli taką możliwość? Czy rzeczywiście mogli coś dla nich zrobić? Czy Piotr słusznie odsądzał ich od czci i wiary?
- Wiesz, takie są efekty wielkiej polityki. Ale faktem jest, że dla sprawy takie osoby też służą jako męczennicy i robią coś dobrego dla opozycji.
- Może i robią, ale nie sądzisz, że za dużo mamy męczenników, a za mało tych, którzy naprawdę coś robią?
- A co twoim zdaniem powinni robić? Rozwalać ściany od celi dynamitem i uwalniać więźniów?
- Chociażby to.
- Daj spokój. Przecież przywódcy Solidarności nie mogą wiedzieć, ilu ludzi tak naprawdę ich popiera i nie mogą o wszystkich wiedzieć i każdego z osobna z paki wyciągać. To jest fizycznie niemożliwe.
- Nie mówię, że każdego. Ale jakoś nie robią tak wobec nikogo, to chyba już zmusza do myślenia, prawda?
Gabrysi trudno było na to odpowiedzieć, więc zmieniła nieco temat:
- Tak czy inaczej, ja uważam, że takie podnoszące na duchu piosenki są nam bardzo potrzebne. A zwłaszcza te zachęcające do walki.
- Do rewolucji, chciałaś powiedzieć. Bo ta piosenka w wersji przerobionej do rewolucji właśnie zachęca - sprostował Piotr.
- A jeśli nawet, to co? Ci ludzie siedzący w więzieniach politycznych muszą mieć jakieś idee, w które wierzą. Muszą wiedzieć, że ich walka ma sens.
- A może powinni wiedzieć, że walka, którą oni podjęli, nie ma sensu, a już zwłaszcza w wersji rewolucyjnej?
- Nie popieram rewolucji, ale jakoś trzeba działać. Może nie rewolucją, ale jakąś demonstracją czy coś...
- Demonstrację łatwo można uznać za rewolucję. Są one na rękę władzy, bo dzięki temu mogą pokazać, że rządy silnej ręki i tzw. zamordyzm są konieczne.
- Zamordyzm?
- Tak, trzymanie obywateli za mordę i bicie ich po tej mordzie, gdy zaczną się stawiać. Demonstracje są tylko pożywką dla władzy.
- Co ty gadasz?
- Taka jest prawda. Słyszałaś o wydarzeniach z 56 roku? Tutaj, w Poznaniu wielu ludzi wyszło wtedy z fabryki Cegielskiego, żeby strajkować. Wiesz, co ich spotkało? Wojsko na nich wyjechało czołgami i z karabinami. Rąbali do nich jak do kaczek. Zabili wiele osób, w tym niewinnego małego chłopca. Rozumiesz to? Oni zabili wtedy małego chłopca. Co tym bydlakom zrobił taki mały chłopiec, że trzeba go było aż zabić? Jak takie małe i niewinne dziecko może zagrozić władzy? Powiem ci: nijak! Po prostu było im potrzeba wtedy ofiar, aby złapać wszystkich obywateli za mordę.
- Wiem o tym, ale ostatecznie to się obróciło przeciwko nim. Musieli potem uspokoić się nieco.
- I co z tego? Czy to wróci życie ludziom, którzy wtedy zginęli? A kolejne już demonstracje są tylko dowodem na to, że Polakami nie można inaczej rządzić, jak ich tylko za mordę wziąć, bo inaczej, jak im odpuścić, zaczną się znowu burzyć. A ci demonstranci przecież nie mieli broni. A mimo to do nich strzelano. Powiedz mi więc, jakby władze zareagowały na jawną rewolucję? Zwłaszcza teraz, gdy mamy to, co mamy? Powiem ci. Potraktowano by ich jeszcze gorzej. Uwierz mi, wojsko, które nie miało oporów strzelać do ludzi w roku 56... Żołnierze, którzy nie wahali się strzelać do całkiem bezbronnych demonstrantów oraz małego dziecka, nie będą mieli żadnych skrupułów, aby rąbać z karabinów maszynowych do uzbrojonych po zęby rewolucjonistów. Tak to więc się skończy. Morzem krwi i trupami na ulicach. I nawet jeśli rewolucja wygra, to i tak nic na tym nie zyskamy. A już na pewno nie tacy prości ludzie jak ty czy ja. Zyskają jedynie tacy ludzie jak Wałęsa, Kuroń, Wyszyński czy ten głupi klecha Jankowski. Tylko oni na tym zyskają, bo dobiorą się do władzy i już jej nie oddadzą. A tacy ludzie jak my już zawsze będą klepać starą biedę. Dla nas nic się nie zmieni. Może tylko tyle, że wolno nam już będzie włóczyć się po mieście po 22:00. I może nie będzie tak wielkich kolejek w sklepie i kartek na mięso. Wybacz, ale to niewiele. To będzie tylko i wyłącznie taka niewielka zmiana w naszym życiu. Za mała, aby z jej powodu poświęcać bliskich nam ludzi.
- Pamiętaj, że mój ojciec i twoi rodzice wciąż żyją. Nikt nie oczekuje od nich ofiary z życia, aby się poświęcali.
- Teraz może i nie, ale kto wie, jak to będzie w przyszłości? Poza tym mam do rodziców ogromny żal.
- Za to, że walczą o to, w co wierzą?
- Za to, że ta walka była dla nich o wiele ważniejsza niż własne dzieci. Chcą wywracać świat do góry nogami, a nie umieją zadbać o swoich synów.
- Potępiasz ich działalność?
- Nie, ale jestem zdania, iż o wiele więcej by z nich było pożytku, gdyby tak zamiast naprawiać świat zajęli się rodziną, swoim własnym podwórkiem. Bo to od niego trzeba zacząć naprawę świata.
- Jakby wszyscy zamiatali tylko swoje podwórko i nic nie robili dla świata, to ten świat nigdy by nie ruszył do przodu.
- Przeciwnie. Gdyby każdy dbał o swój kawałek świata, który został mu dany i wraz z innymi jedynie w odpowiedni sposób dołożył swoją cegiełkę do naprawy świata, byłoby dużo lepiej i świat ruszyłby do przodu prędzej czy później.
- A może twoi rodzice, działając dla opozycji, dołożyli właśnie swoją cegiełkę do tego, aby ten świat naprawić?
- Może... Ale wolałbym ich widzieć w domu całych i zdrowych, niż widzieć w nich męczenników za sprawę.
- A ty myślisz, że ja bym nie wolała, aby ojciec był z nami?! - zawołała już ze złością w głosie Gabrysia, a w jej oczach pojawiły się łzy - Myślisz, że mi go nie brakuje i czasami sama na niego nie pomstuję za to, że bawił się w opozycję i za to poszedł siedzieć?! Że miło mi jest patrzeć na to, jak matka z powodu tego, co się stało, zamknęła się w sobie i przy byle okazji użala się nad sobą i mnie się czepia o byle co?! Uważasz, że ja mam łatwo w życiu i nie mam też czasami dość już tej całej głupiej sytuacji, w jakiej się znajduję?! Ale zamiast tylko i wyłącznie jojczeć na to, jakie to mnie spotkało nieszczęście i jak podłe jest życie, próbują coś robić. Cytując ciebie: sprzątam własne podwórko. I nie mam w tym wsparcia nikogo, a już na pewno nie tych, których bym potrzebowała. Ale ja coś przynajmniej robię. A ty co robisz?! Tylko siedzisz i gadasz i narzekasz na świat. Nie powiem, żebyś nie miał racji, ale zastanów się, co by było, gdyby tak nagle wszyscy poszli za twoim przykładem i tylko swoim podwórkiem się zajęli? Gdyby nie było ludzi, którzy w ten czy inny sposób popchnęli ten świat do przodu?! Którzy poświęcali wszystkie swoje siły na to, aby budować pociągi, samoloty, samochody, rozwijali medycynę czy oświatę?! Co by było, gdyby zamiast to robić, tylko zajęliby się naprawą tego, co nazywasz swoim podwórkiem?! Świat stanąłby w miejscu! Tak jak ty!
- Może i ja stoję w miejscu, ale zawsze będę przeciwko tym, którzy chcą w jakiś sposób zbawić lub naprawić świat kosztem własnej rodziny.
- Mój ojciec nie robił nigdy nic kosztem swojej rodziny!
- To czemu go tutaj nie ma, co?!
Gabrysi w oczach ponownie zaszkliły się łzy. Złość, jaka się w niej zbierała za to wszystko, co ją spotyka ostatnio, była nazbyt wielka, aby mogła teraz nad nią zapanować. Musiała ją z siebie wyrzucić i to na Piotra, dlatego zawołała:
- Bo przynajmniej coś robi! A ty stoisz w miejscu i już w nim zostaniesz!
Po tych słowach rozpłakała się i chciała uciec, jednak Piotr złapał ją mocno w ramiona i przycisnął do serca. Gabrysia początkowo próbowała wyrwać mu się z objęć, jednak szybko jej przeszło. Wtuliła się tylko w młodego mężczyznę i bardzo mocno zaczęła płakać w jego ramię.
- Czy my zawsze musimy się kłócić? - zapytała.
- Taka chyba nasza natura - zażartował sobie Piotr - Ale spokojnie, na pewno nie będziemy robić tego zawsze. Tylko w kwestii poglądów na życie mamy nieco inne podejście.
- Tak, bo ty jesteś mizantropem, a ja idealistką. Jak powiedziałaś, szkodliwą dla świata.
- Jak to?
- No tak. A nie ty mi mówiłeś, że idealiści są szkodliwi dla świata?
- Mówiłem różne rzeczy, nie zawsze przemyślane.
Gabrysia spojrzała na niego z uwagą i uśmiechnęła się przez łzy.
- Poważnie? Piotr Ogorzałko przyznaje się do błędu? To coś nowego.
- Nie do błędu, tylko do tego, że mogłem w pewnej sprawie nie przemyśleć zbyt dobrze tego, co mówiłem. Idealiści bywają szkodliwi dla świata, a zwłaszcza wtedy, kiedy poświęcają dla swoich idei wszystko, łącznie z bliskimi. Gdy chcą z miejsca zbawić cały świat, a nie wychodzi im nawet z własną rodziną. I nie mówię tego o twoim ojcu, tylko o moich rodzicach.
- Wiem. Nie powinnam się była unosić.
- A ja mówić takim tonem, który cię obraża. Przepraszam.
- Wybaczam. A ty wybacz mi te moje prowokacje do kłótni. I tego starego capa także.
- Nazwałaś mnie starym capem? Nie pamiętam.
- Wtedy, kiedy ty nazwałeś mnie niedojrzałą.
- Aha, wtedy. Już o tym zapomniałem.
- Więc nie wracajmy do tego.
- Jaka ładna z was para - odezwał się nagle jakiś dziecięcy głosik.
Piotr i Gabrysia odskoczyli od siebie i zobaczyli wtedy stojących niedaleko nich Maćka, Kreskę i Aurelię. Wszyscy byli wyraźnie rozbawieni tym, co widzieli, a już zwłaszcza mała Jedwabińska.
- Rzeczywiście, piękna z was para - powiedziała Kreska.
- To co? Pocałujecie się? Bo oni nie chcieli - rzuciła z takim jakby wyrzutem w głosie Aurelia, zerkając na Maćka i Kreskę.
Piotr i Gabrysia jednak nie zamierzali się całować, odsunęli się od siebie, zaś Aurelia zrobiła bardzo zawiedzioną minę.
- O nie! A tak chciałam zobaczyć, jak się ktoś całuje! To nie fair!
- Spokojnie, Aurelko. Jeszcze zobaczysz - powiedział Maciek i zwrócił się do starszego brata: - Słuchaj, możecie już wyłączyć to radio? Słychać je na klatce.
Piotr dopiero wtedy sobie przypomniał, że przecież nie wyłączył jeszcze radia i ono wciąż gra, aby zagłuszyć w ten sposób ewentualne niebezpieczne rozmowy polityczne, jakie on i Gabrysia mogliby ze sobą toczyć. Przerażony szybko dopadł odbiornika i wyłączył go.
- Jak tam wycieczka? - zapytała Gabrysia Kreskę.
- Bardzo fajna - odpowiedziała wnuczka Dmuchawca.
- Doskonale się bawiliśmy - dodał Maciek.
- Tak, ale Maciek i Kreska nie chcieli się całować - rzekła z wyrzutem Aurelia - A ty nie chcesz się całować z Piotrem. A ja tak chcę zobaczyć, jak się całujecie. Dlaczego wy nie chcecie się całować?
- Bo pocałunek to bardzo ważna sprawa. Można go wymienić tylko z kimś, kogo się kocha - stwierdziła poważnie Gabrysia.
- To pokochaj Piotra i się z nim pocałuj - odparła na to Aurelia, a następnie z powagą zerknęła na Maćka i Kreskę, dodając: - A wy się pokochajcie i też całujcie.
- Ale kochanie, to nie idzie tak od razu - odpowiedział jej braterskim tonem Maciek - Na wszystko potrzeba czasu.
- Mieliście dosyć czasu - burknęła Aurelia.
- Czasami trzeba go dużo więcej - stwierdził Maciek.
- Dobra, kochani. Dosyć tego gadania o pocałunkach - odpowiedział Piotr, wchodząc do pokoju - Jestem głodny i to już pora na obiad. Zostaniecie może na obiedzie, moje panie?
- Jasne, chętnie - odpowiedziała wesoło Kreska.
- A ty będziesz gotować? - zapytała Aurelia.
Gabrysia uderzyła się wtedy otwartą dłonią w czoło i zawołała:
- Gotować! No tak! Zupełnie zapomniałam! Przyszłam was przecież zapytać, czy mogę wam coś ugotować z mięsa, które kupiłam dzięki życzliwości Piotra, a potem Piotr mnie zagadał i wyleciało mi z głowy.
- Ja ciebie? Dobre sobie! - prychnął z kpiną Piotr.
- Dobra, słuchajcie. Poczekajcie na mnie chwilkę. Ja się przebiorę, przyniosę nieco mięska i możemy się brać za obiadek.
Po tych słowach, Gabrysia uśmiechnęła się życzliwie do wszystkich, po czym wybiegła z pokoju.
- Ona wróci? - zapytał niespokojnie Maciek.
- Tak, na pewno. A czemu pytasz? - zdziwił się Piotr.
- Bo tak nagle wybiegła, jakby chciała przed tobą uciec - odparł chłopak.
- I do tego płakała - zauważyła Kreska - Powiedz, co jej zrobiłeś?
- Nic. Rozmawialiśmy tylko o polityce i życiu - odpowiedział Piotr.
- Rzeczywiście, niesamowicie ciekawe tematy do rozmowy - rzuciła z kpiną w głosie Kreska - Pewnie płakała ze śmiechu i stąd te łzy, prawda?
- A kto powiedział, że ją rozbawiałem?
- Więc ją doprowadziłeś do łez?
- A kto powiedział, że ją doprowadziłem do łez?
- Więc co się stało?
- Nie wasza sprawa - burknął ze złością Piotr - Tego mi tu jeszcze brakowało. Wścibskich smarkaczy, którzy mnie zaraz posądzają o nie wiadomo co.
- Więc czemu Gabrysia najpierw płacze, a potem się śmieje? - spytał Maciek.
- Bo to kobieta, a kobiety już takie są - odpowiedział złośliwie Piotr - Ja ich chyba nigdy nie zrozumiem.
- Ktoś mądry mi powiedział, że nie należy je rozumieć, tylko kochać - rzucił złośliwie Maciek, uśmiechając się przy tym zadziornie.
- Musiał to być bardzo mądry facet - stwierdził Piotr, lekko się uśmiechając.
- A skąd wiesz, że to facet? - zapytała Kreska.
- Intuicja.
- To mężczyźni mają coś takiego?
- Oczywiście. Za to kobiety mają co innego.
- A co takiego?
- Brak możliwości zrozumienia ich. Zapamiętaj to sobie, mój braciszku: nigdy nie próbuj zrozumieć kobiet. Jedyne, co musisz o nich wiedzieć, to fakt, że mają one, bez względu na pochodzenie, wiek czy rasę, dwie cechy wspólne.
- Jakie?
- Pierwsza jest taka, że nie można ich nigdy zrozumieć. A druga jest taka, że nie ważne, czy mają pięć lat, czy pięćdziesiąt, zawsze nas doprowadzą do szału.
Kreska ubawiona jego stwierdzeniem, które bynajmniej w ustach Piotra nie brzmiało zbyt szczerze, zapytała:
- A dlaczego?
- Bo one już takie są. No, może z wyjątkiem ciebie, Janeczko.
- Więc jestem wyjątkiem od reguły?
- Nie, wyjątkiem potwierdzającym regułę - uciął rozmowę Piotr - A teraz do łazienki marsz, umyć ręce i pomagać mi przy obiedzie!
- Super! Będzie obiad z Gabrysią - zawołała wesoło Aurelia - I może wreszcie się ktoś pocałuje!