sobota, 24 lipca 2021

Rozdział XXXIII

Rozdział XXXIII

Ewie zaczynają się otwierać oczy

Ewa Jedwabińska załamana wyszła z mieszkania Ogorzałków, pogrążona we własnych myślach. Nie mogła wciąż uwierzyć w to, co właśnie zobaczyła. Dobiło ją to, że jej własne dziecko, w którego opiekę i wychowanie włożyła tyle wysiłku, tyle potu i łez, nie tylko nie umiało jej kochać, ale wręcz uciekało przed nią oraz tuliło się do obcego chłopaka. Ewa nie potrafiła tego zrozumieć. Aurelia wolała z Maćkiem zostać niż z rodzoną matką. Czy dla matki może być większy cios? Czy kobieta mająca dzieci może bardziej cierpieć niż wtedy, gdy widzi swoje własne maleństwo tulące się do zupełnie obcej osoby? Swoje własne maleństwo, które się jej boi? Naprawdę się boi. Tylko za co? Czy za to, że na nią nakrzyczała, na co ta smarkula w pełni sobie zresztą zasłużyła? Bo zasłużyła. Przecież uciekła z domu i napędziła matce strachu. Czego więc od niej oczekiwała? Że pogłaszcze ją za to po główce? Przecież zasłużyła na to, aby na nią nakrzyczeć i ukarać. A ona jeszcze się ośmiela uważać za pokrzywdzoną? Jeszcze przynosi jej wstyd przy ludziach? Już ona się nasłucha, jak tylko wróci do domu. Już jej się dostanie za to wszystko.
Tak sobie o tym wszystkim rozmyślając, kobieta zeszła po schodach na niższe piętro, mijając po drodze mieszkanie profesora Dmuchawca. Nie wiedząc w sumie, czemu to robi, zatrzymała się przed nim i spojrzała na tabliczkę przymocowaną do drzwi. Znajdowały się na niej dwa nazwiska: „Czesław Dmuchawiec” oraz „Janina Krechowicz”. Kobieta westchnęła delikatnie na wspomnienie tej zarozumiałej, jak również i aroganckiej dziewczyny, która miała szczęście być wnuczką jednego z najlepszych uczonych na całym świecie. Dziwne, że się w niego nie wdała. Ale cóż... Najwidoczniej wdała się w rodziców. Ewa nie znała ich, ale musieli być oni chyba dość niewychowanymi osobami, skoro Janina, nazywana przez przyjaciół „Kreską” była tak bezczelna wobec swojej nauczycielki. Nie dość, że na lekcjach zawsze jej okazywała pogardę, to teraz jeszcze stanęła po stronie tego głupiego i zarozumiałego Ogorzałki, który nie pozwolił jej zabrać córki do domu. W sumie dobrze by było powiedzieć temu jej dziadkowi, jaką żmiję sobie hoduje. Może utemperuje wnusię w jakiś sposób? Oczywiście jest stary i po zawale, ale mimo wszystko naprawdę powinien wiedzieć, kogo trzyma pod swoim dachem.
Z tą właśnie myślą, Ewa Jedwabińska zapukała do drzwi mieszkania swego dawnego nauczyciela, który po chwili otworzył jej i uśmiechnął się na jej widok.
- No proszę, Ewa - powiedział przyjaznym tonem uczony - Nie sądziłem, że znowu tu przyjdziesz. Zapraszam, śmiało. Napijesz się herbaty?
- Nie, panie profesorze. Nie przyszłam tu na herbatkę. Raczej ze skargą do pana - odparła na to Ewa, wchodząc do środka.
Dmuchawiec spojrzał zdumiony na swoją dawną uczennicę i uśmiechnął się w sposób delikatny i z pewnym politowaniem. Ewa zawsze przesadnie do wielu rzeczy podchodziła i niejeden raz było tak, że brała większość rzeczy wokół siebie nazbyt poważnie. Za mało było radości w jej życiu, a za dużo powagi. Słyszał, co było tego przyczyną, ale był zdania, iż wieczne myślenie o tym, co Ewa widocznie robiła, nie było najlepszym sposobem na przyszłość. Jeżeli przyszłością człowieka jest jedynie jego przeszłość i to do tego smutna, nie można się spodziewać po tym jakiś pozytywnych efektów.
- Może jednak się czegoś napijesz? Albo zjesz coś? - zapytał życzliwie pan profesor, zamykając drzwi od swego mieszkania - Trochę zapasów po przyjęciu mi jeszcze zostało.
- Nie, dziękuję. Ja naprawdę nie po to tu przyszłam - odpowiedziała Ewa, po czym rozejrzała się uważnie po mieszkaniu, które wciąż zawierało w sobie resztki dobrej zabawy - A swoją drogą, w pana wieku urządzać zabawy? Nie jest pan na to aby zbyt... dojrzały?
Chciała powiedzieć „stary”, ale szybko ugryzła się w język, uznając, że takie słowo mogłoby obrazić jej rozmówcę, którego przecież miała co prawda za starego dziwaka, ale też niezwykle go szanowała, także nie planowała nigdy w jakikolwiek sposób go urazić.
- Chciałaś pewnie powiedzieć „za stary” - zachichotał Dmuchawiec - Nie bój się tego słowa. Dobrze wiem, że jestem nieco za stary na takie zabawy, ale widzisz, moja droga, nie umiałem inaczej postąpić. Bo w końcu, co mi z tego życia zostało, jak tylko wyciągnąć z niego jak najwięcej pozytywów i spróbować cieszyć się nimi? Jakbym myślał tylko o tym, że jestem stary i zmęczony życiem, dawno bym chyba zwariował.
- Ale mimo wszystko takie ekscesy przy pana stanie zdrowia, to nie jest chyba zbyt dobry pomysł - zauważyła Ewa.
Dmuchawiec zaśmiał się, rozbawiony do łez tymi słowami.
- Proszę cię, Ewuniu, przecież to nie były żadne tam ekscesy. Ot, zwyczajna zabawa jak przed wojną. Poza tym, ja nie tańczyłem. Ja tylko patrzyłem, jak inni tańczą. A swoją drogą, to był przyjemny widok. Tyle zakochanych par...
- Zakochane pary... Terefere - mruknęła ze złością Ewa.
Kobieta nie zaznała za wiele miłości w życiu, a już na pewno nie tej, o jakiej opowiadały liczne książki i filmy, miłości romantycznej od pierwszego wejrzenia. Nie wierzyła w takie rzeczy, które uważała za czyste bzdury i dlatego nie chciała o nich słuchać.
Dmuchawiec spojrzał na kobietę uważnie i zapytał:
- Nie wierzysz w miłość?
- Wierzę, ale nie w takie głupie zakochanie się od pierwszego wejrzenia i inne takie bzdury. Poza tym nie istnieje w tym świecie coś, co filmy i książki pokazują jako miłość. Prawdziwa miłość to wychowanie dziecka we właściwy sposób, aby było dobrym członkiem społeczeństwa i aby społeczeństwo było z niego dumne.
Profesor uśmiechnął się z lekkim politowaniem.
- I tylko taka miłość istnieje? Rodzica do dziecka?
- Innej nie znam, choć i tak jest dość mocno w tym świecie ograniczona. Ale skoro już o takiej miłości mowa... Przyszłam ze skargą na pańską wnuczkę.
Dmuchawiec zrobił wielkie oczy ze zdumienia, niczym duży i zły Wilk z bajki o Czerwonym Kapturku, kiedy zapytano go, czemu ma wielkie oczy. Jednak nie miał on żadnych konsumpcyjnych planów wobec Ewy, raczej wpatrywał się w nią w sposób, który wyrażał jeszcze większe zdumienie niż przedtem.
- Doprawdy, Ewciu? A co masz tak konkretnie do zarzucenia mojej wnuczce?
- Jest bezczelna i nie szanuje autorytetów.
- A mogłabyś rozwinąć temat?
Ewcia Sopel zatem rozwinęła dokładnie temat, opowiadając wszystko, co się wydarzyło w mieszkaniu Ogorzałków. Liczyła na to, że profesor, który słuchał ją z naprawdę ogromną uwagą, poprze ją i obieca skarcić swoją wnuczkę, ten jednak tylko pokiwał lekko głową na znak, że zrozumiał, o czym się do niego mówi, po czym powiedział:
- Nie widzę w tym nic ubliżającego, moja droga.
- Jak to? - zapytała Ewa wyraźnie oburzona - Przecież ona mnie obraziła. Nie okazała mi należytego szacunku i jeszcze wyraźnie, jakby tego było mała, poparła młodego Ogorzałkę, który zachęcał moją córkę do buntu przeciwko mnie. Czy to mało, panie profesorze?
- Owszem, mało. Za mało, aby postawić moją wnuczkę w stan oskarżenia - zażartował sobie Dmuchawiec - Poza tym, wydaje mi się, że trochę przesadzasz. Już w szkole miałaś tendencję do tego, aby popadać w przesadę. Jak widzę, nic się pod tym względem nie zmieniło. Podchodzisz do wszystkiego zbyt poważnie. No i masz tego efekty. Jesteś nazbyt poważna i nazbyt wiele rzeczy bierzesz do siebie, nawet takie, które nie są przecież bezpośrednio kierowane w twoją stronę. Wiesz, najgorsze jest w tym wszystkim to, że mimo tego, iż stoi przede mną całkiem już dorosła kobieta, ja widzę jedynie wciąż tylko zakompleksioną nastolatkę z dwoma warkoczykami, ułożonymi symetrycznie. A właśnie, gdzie twoje warkocze?
Ewa spojrzała na niego jak na wariata, który zadaje jej dziwne pytanie, dosyć mocno wyrwane z kontekstu, ale mimo to odpowiedziała na nie:
- Obcięłam je... Już dawno... Nie wypada je mieć... W pracy.
Dmuchawiec przyjrzał się jej uważnie, jakby chciał przywołać obraz jej osoby  w wieku nastoletnim, po czym powiedział:
- Wiesz, zawsze denerwowało mnie stwierdzenie, że coś wypada albo też nie wypada. Bo co to w ogóle znaczy, że coś wypada? I kto tak zdecydował, że coś nam wypada robić, a coś nie? Gdyby ludzie się nagle umówili, że wypada nosić na głowie twaróg, nosiłabyś go?
Ewa nic nie odpowiedziała, wpatrując się w Dmuchawca jak w wariata, ale takiego, którego mimo wciąż obdarza szacunkiem ze względu na jego przeszłość. Profesor chyba musiał to wyczuć, gdyż powiedział:
- Wiem, że to brzmi dość niezwykle, ale przecież nie można oczekiwać takiej całkowitej normalności po kimś, kto jest polonistą i całe życie siedzi z nosem w książkach i to głównie tych starych, prawda? Wybacz mi więc, jeśli mówię tak od rzeczy, ale uważam, że przesadzasz w kwestii mojej wnuczki i jej chłopaka. To są bardzo dobre dzieci.
- Dobre dzieci? - prychnęła z kpiną Ewa - Może i dobre, ale trochę więcej dyscypliny by im się przydało.
- A po co im ona jest potrzebna?
- Żeby szanowały starszych od siebie.
- Szacunek nie ma nic wspólnego z wiekiem, moja droga. Gdyby tak było, to nawet nasza droga pani Strzepańska powinna cieszyć się szacunkiem, choć nie robi nic, aby na niego zasłużyć. Ja co prawda zawsze się miło do niej uśmiecham, aby jej pokazać, że jestem od niej milszy i może zarazić tym byciem miłym, ale kto to tam wie, czy to pomoże? Jakby więc nie było, jeżeli szacunkiem każemy obdarzać wszystkich ludzi starszych od siebie, to daleko nie zajedziemy.
- W tym świecie trudno gdziekolwiek dojechać, a zwłaszcza w dzisiejszych czasach - stwierdziła Ewa.
- Ty chyba jednak dość daleko zajechałaś - powiedział Dmuchawiec, wciąż z uwagą się jej przyglądając - Z tego, co wiem, masz dobrą posadę nauczycielki, a do tego twój mąż dobrze zarabia. No i najważniejsze, macie oboje córkę. Jak jej na imię, bo zapomniałem?
- Aurelia.
- Aurelia. Ładne imię, choć nieco nazbyt poważne. Jak się je zdrabnia?
- Wcale się nie zdrabnia.
- To pewnie nazywasz ją Pyzą lub Ciapusiem?
- Nie, skądże.
- To może mówisz do niej „Kochanie” bądź „Skarbie”?
- Proszę? Nie, skąd.
- To... Zaraz... To jak ty się do niej zwracasz?
- No, po prostu... Aurelio.
- I tylko tyle?
- A co trzeba więcej?
- No, sam nie wiem. Może więcej czułości?
- Po co czułość w relacji z dzieckiem?
- No, nie wiem. Może po to, aby dziecko bardziej cię kochało?
- A nie daję mojemu dziecku powodów do tego, aby mnie kochało? Przecież codziennie je daję. Dbam o nie, zapewniam mu wikt i opierunek. Czy to za mało, aby mnie dziecko szanowało?
- Mówiłaś przed chwilą o miłości, nie o szacunku.
- Przecież jedno równa się drugiemu, zwłaszcza w relacjach z rodzicami.
- Doprawdy? Znam osobiście ludzi, którzy mają mój szacunek, ale nie mają oni mojej miłości. Szacunek nie jest tożsamy z miłością.
- U dzieci w relacji z rodzicami powinien być, bo dziecko zawsze powinno kochać swoich rodziców i jednocześnie też je szanować.
- A dlaczego?
Ewa spojrzała na Dmuchawca zaszokowana. Przecież to było coś całkowicie oczywistego. Jak można było zadawać takie pytania?
- No, jak to? Przecież rodzic dba o swoje dziecko, zapewnia mu wszystko, czego mu potrzeba, czyli wikt i opierunek, jak również dach nad głową.
- I to wszystko, co rodzic powinien zapewnić dziecku? - zapytał profesor.
- A czego więcej potrzeba?
Dmuchawiec nie zaszczycił tego pytania odpowiedzią. W jego mniemaniu te słowa były tak bezduszne i okrutne, że wydawało mu się, iż nie jest możliwe, aby mogła je wypowiedzieć ludzka istota. Jego milczenie było jednak tak wymowne, że Ewcia Sopel zmieszała się lekko i zwątpiła w swoją wypowiedź.
- No, ale czego niby więcej dziecku potrzeba, aby kochało swojego rodzica? Przecież już za samo to, że je chcą trzymać jest dowodem, że je kochają. Przecież jakby nie chcieli, wyrzuciliby je na bruk, prawda? Dziecko powinno się cieszyć, że w ogóle ma gdzie mieszkać, co jeść i co na siebie ubrać. Za co więcej ma kochać swoją matkę?
Dmuchawiec popatrzył na nią ponurym wzrokiem, tak nietypowym dla niego i powiedział:
- Czy wiesz, że twoja matka powiedziała kiedyś do mnie dokładnie to samo?
Ewa spojrzała na niego zaszokowana i spytała:
- Jak to? Kiedy?
- Dawno temu, jak jeszcze żyła. Przyszłaś kiedyś z siniakiem na policzku. A ja chciałem to wyjaśnić, ale twoja matka nie chciała mi powiedzieć, co się stało. Bezczelnie kłamała, że po prostu uderzyłaś się o szafę i tyle. Tak po prostu. To było kłamstwo szyte tak grubymi nićmi, że od razu się w nim zorientowałem, ale twoja matka powiedziała mi, że nawet jeśli mam rację, to ma prawo robić ze swym dzieckiem, co tylko chce, a ty powinnaś być wdzięczna za to, że w ogóle trzyma cię w domu, bo mogłaby cię wyrzucić na ulicę i miałaby też do tego prawo, bo jesteś jej własnością. Więc powinnaś ją kochać i szanować za to, że się tobą chce zajmować. A że nie umiesz, to czasami dostajesz w gębę. Tak powiedziała, a ty co? Powtarzasz teraz jej słowa. Wiesz, jaka jesteś teraz do niej podobna?
Ewa zacisnęła dłonie w pięści. Nie chciała przyjmować tej odrażającej dla niej prawdy, dlatego próbowała z nią walczyć, choć była to walka z wiatrakami, czego ona nie przyjmowała do wiadomości.
- Ja nie jestem nią - wysyczała ze złością - Rozumie pan? Ja nie jestem nią.
- Więc dlaczego zachowujesz się jak ona? - zapytał Dmuchawiec - Dlaczego dopuszczasz się tego, co budzi w tobie obrzydzenie? Dlaczego mówisz dokładnie to samo, co ona kiedyś? Dlaczego pozwoliłaś sobie na to, aby ona wygrała?
- Wygrała? Nad kim?
- Nad tobą. Twoja matka darzyła cię nienawiścią. Widziałem to w jej oczach, gdy wtedy przyszedłem. To było wiele lat temu, ale wciąż nie zapomnę tego tak dla mnie przerażającego wyrazu twarzy. Ona cię nienawidziła. Największym jej triumfem byłoby to, gdybyś stała się nią. I wiesz co? Właśnie go osiągnęła. Teraz, gdy patrzę na ciebie, widzę ją. Widzę tę samą złość na dziecko, jakie było w jej oczach. Ta sama nienawiść żyje w twoim sercu. Ta sama nienawiść napędza cię do życia, Ewo. Nie widzisz tego?
Gdyby ktoś inny jej to powiedział, z pewnością by go wyśmiała lub wyzwała tak mocno, na czym świat stoi. Jednak nie w przypadku profesora Dmuchawca. Z jego ust krytykę umiała przyjąć i zaakceptować. Dodatkowo jego krytyka dawała jej do myślenia. Przypomniała sobie, co zobaczyła dzisiaj w lustrze. Odbicie nie swojej twarzy, ale twarzy swojej matki. To chyba mówiło samo za siebie. Tak, to było więcej niż pewne. Dmuchawiec miał rację. Ewa przegrała swoje życie. W jej sercu żyła nienawiść i złość, ból i cierpienie, którym chciała dać upust, wyżywając się na innych, a zwłaszcza na Aurelii. Cierpiała kiedyś i to bardzo. Nadal cierpi, ale czy to usprawiedliwia to, co zrobiła? Nie, w żaden sposób. Ale co ona mogła niby zrobić? Jak można było zmienić to, co było nieuniknione?
- Chyba rzeczywiście nienawiść ogarnęła moje serce - powiedziała ponuro - Ale co ja mogę na to poradzić? Jak mam ją zwalczyć? Jak można niby pokonać tak wielką nienawiść, jaka mnie spotkała?
- To nie jest łatwe, ale możliwe do realizacji - odpowiedział na to profesor - Wiesz, kiedyś zadałem podobne pytanie. W czasie powstania w Warszawie. Gdy widziałem tyle nienawiści, tyle śmierci i tyle rozpaczy wokół mnie, wiedziałem i to aż za dobrze, że to wszystko sprawka nienawiści. Zapytałem mojego dobrego przyjaciela, który też walczył w powstaniu, jak pokonać taką nienawiść? Wtedy on mi odpowiedział, że tylko miłością i wiarą. Powiedziałem mu, że wokół tyle jest śmierci i nienawiści, a on mi gada o miłości? O wierze? Krzyknąłem, że mam już tego wszystkiego dość. A on na to, że dopóki ludzie mający władzę nad światem, nie powiedzą wszyscy razem, iż dość już tej nienawiści, to ona będzie dalej żyła na tym świecie. My sami jesteśmy za mali, aby ją zniszczyć, ale mamy dość siły, aby walczyć choć z jej cząstką i musimy to robić, bo inaczej ona opanuje nasze serca i wtedy staniemy się tacy sami, jak ci wszyscy, którzy nas skrzywdzili.
Ewa słuchała uważnie słów profesora, rozważając w głowie wszystko, co jej powiedział. Wiedziała, że uczony ma rację i że wszystkie jego słowa są absolutną prawdą. Tą okrutną prawdą, przez którą ona próbowała uciekać tak długo, a która w końcu ją dopadła. Była fatalną matką. Zawiodła swoje dziecko, podobnie jak jej matka zawiodła ją. Fortuna kołem się toczy, jak to mówią. A inni mówią również, że historia lubi się powtarzać i mają rację. W jej przypadku tak właśnie było. Teraz to rozumiała. Właściwie, to chyba zawsze rozumiała, ale strach przed tą prawdą sprawiał, że wypierała się tego długo i zawzięcie, nie chcąc przyjąć do wiadomości tego, co widzieli chyba wszyscy oprócz niej. Tylko, co teraz zrobić? Jak odzyskać miłość swojej córki, zwłaszcza po tym, jak ją zraniła?
Rozmyślania Ewy przerwało nagłe pukanie do drzwi i do mieszkania weszła Melania Borejko.
- Przepraszam, że przeszkadzam, panie profesorze, ale pomyślałam, że może chce pan coś zjeść. Podejrzewam, że nie jadł pan zbyt wiele podczas tej zabawy.
Nagle dostrzegła Ewę Jedwabińską. Od razu ją rozpoznała.
- No proszę, Ewcia. Dawno cię nie widziałam. Wyrosłaś, choć wciąż jesteś piękną i poważną osobą. Niewiele się zmieniłaś.
- Zdaniem profesora, zmieniłam się i to na gorsze - odpowiedziała na to Ewa, opuszczając smutno głowę - I obawiam się, że pan profesor ma rację.
Melania spojrzała na młodą kobietę, dawną koleżankę swojej córki z wielką uwagą, po czym zapytała:
- Nie chcę być wścibska, ale czy wolno wiedzieć, z jakiego powodu pan tak uważa, panie profesorze?
Dmuchawiec chciał już odpowiedzieć, ale Ewcia Sopel go uprzedziła.
- Proszę pozwolić, żebym sama to zrobiła.
Po tych słowach, skierowała swój wzrok na matkę Gabrieli i rzekła:
- Nakrzyczałam z byle powodu na moją córkę i teraz dopiero widzę, jakie to były ohydne. Tak samo, jak poprzednim razem i poprzednim i jeszcze poprzednim.
Melania lekko westchnęła w smutny sposób, po czym odparła:
- Rzeczywiście, nieciekawa sytuacja. Przykro mi to słyszeć, a zwłaszcza na twój temat. Pamiętam cię, jak byłaś dzieckiem. Słabo lubiłaś się z moją córką, ale też niekiedy u nas bywałaś. Pamiętasz? Wtedy myślałam, że jesteś po prostu dosyć poważna i bardzo nieszczęśliwa, bo twoja matka... Jakby to delikatnie ująć... Nie była wzorem do naśladowania pod względem bycia rodzicem. Widzę jednak, że ty poszłaś w jej ślady. Prawdą widać jest, że niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Ewa spojrzała groźnie na Melanię Borejko. O ile mogła znieść krytykę z ust swojego dawnego profesora, o tyle nie zamierzała jej tolerować z ust tej kobiety. Zacisnęła więc dłoń w pięść, niemalże wbijając sobie paznokcie w skórę i rzekła:
- Oczywiście, ma pani prawo mnie krytykować. Przecież pani była właśnie tym, jak to pani ujęła, wzorem do naśladowania. Pani córki zawsze zaznały od pani miłości i wszelkiego ciepła. Zawsze mogły liczyć na panią, zawsze je pani czule przytulała, gdy tego potrzebowały, udzielała wsparcia i dobrych rad, nigdy też ich pani nie zawiodła jako matka i pani córki nigdy nie miały wątpliwości, że je pani kocha. Mam rację?
Melania Borejko zmieszała się lekko i poczuła, że zagalopowała się nieco w swojej krytyce, opuściła więc głowę i powiedziała:
- Mnie wychowywano w inny sposób i w innych czasach. Moje najmłodsze lata były szczęśliwe, ale potem przyszła wojna, zginęli mi rodzice, a mną zajęła się ciotka. Nie okazywała mi wiele miłości. Uważała, że to mnie zahartuje do życia, które jest trudne i ciężkie. Uważała, że im mniej czułości daje się dziecku, tym lepiej sobie ono radzi w życiu. Gdy jednak patrzę na ciebie, widzę doskonale, jakie to głupie podejście. Widziałam też, jak twoje dziecko bardzo potrzebuje miłości. Gdy pogłaskałam ją po głowie, poczułam w moim sercu ciepło, którego dawno nie czułam. Ciepło, które mogłam czuć zawsze, gdybym częściej tulił do piersi swoje dzieci. Byłam głupia, że skąpiłam im pieszczot. Powinny być twarde, to prawda, ale nie za cenę braku miłości.
Po tych słowach, podniosła głowę w górę i odpowiedziała dość gniewnie:
- Ale ja nigdy na moje dzieci nie krzyczałam. Nigdy ich nie obrażałam. Nigdy nie zasugerowałam im, że ich nie kocham. Możesz zarzucić mi wiele i będą to jak najbardziej słuszne zarzuty, ale tego jednego nikt mi zarzucić nie może. Nigdy nie powiedziałam żadnej z moich córek, że jej nienawidzę.
Teraz Ewa opuściła głowę, czując na sobie ciężar zarzutów skierowanych w jej stronę. Melania Borejko zaś patrzyła w jej stronę z uwagą i lekką złością, która była pomieszana ze smutkiem, po czym dodała już łagodniej:
- Ale to nie jest twoja wina, że taka się stałaś, Ewo. Niekochane dzieci raczej rzadko kiedy umieją kochać, bo przecież nikt ich tego nie nauczył. Twoja matka nigdy nie nauczyła cię, czym jest matczyna miłość. Pamiętam dobrze, jak kiedyś widziałam cię na ulicy z siniakiem na policzku, niedaleko oka. Byłam wściekła, bo doskonale było mi wiadome, kto ci to zrobił. Poszłam więc do twojej matki, ale ta powiedziała, że nie jest to moja sprawa, co z tobą robię, tylko jej, bo jesteś jej dzieckiem i może z tobą robić, co tylko chce. Poza tym nie będzie jej pouczać osoba, która sama ma czwórkę dzieci i wszystkie robią, co chcą, co oznacza, że nie umie je nauczyć ani dyscypliny, ani szacunku do siebie, a więc nie stanowię dla niej autorytetu. Potem bezczelnie zamknęła mi drzwi przed nosem i więcej z nią nie rozmawiałam. Wiesz, bardzo żałuję, że trzymałam się tak bardzo swoich zasad dobrego wychowania, bo inaczej powiedziałabym wtedy twojej matce do słuchu i to tak, żeby nigdy tego nie zapomniała.
- Wielka szkoda, że pani tego nie zrobiła, choć nie jestem pewna, czy to by cokolwiek zmieniło w jej zachowaniu - powiedziała smutno Ewa.
- Obawiam się, że nie zmieniłoby. Tutaj słowa by nie wystarczyły - rzekła na to Melania - Jeżeli czegoś najbardziej w tej sprawie żałuję, to tego, że nie tylko nic wtedy nie powiedziałam twojej matce, poza grzecznym i kulturalnym zwróceniem jej uwagi, ale wręcz nie zrobiłam nic, aby ci pomóc. Poprzestałam tylko na tym, aby pójść zgodnie z obyczajem do twojej mamy, zwrócić jej uwagę i nic więcej. To było jedyne, co w tej sprawie umiałam zrobić. Dobre maniery i obyczaje nie mogły mi pozwolić na to, abym zrobiła więcej, abym wezwała milicję i próbowała zmusić twoją matkę do lepszego traktowania ciebie. Tego nie wypadało mi robić. Tak po prostu nie wypadało. A we mnie wpajano zawsze, co wypada, a czego nie wypada robić. Kiedy jednak patrzę na ciebie i na to, jak ty i twoje dziecko ranicie siebie nawzajem, rozumiem już, jak wielki błąd popełniłam kierując się w życiu tylko tym, co wypada, a czego nie wypada robić. Życiem nie powinny kierować takie zasady, że nie wypada okazywać człowieczeństwa i zbyt wielkich emocji, bo tak nie przystoi. Teraz widzę, jaki to był błąd. Twój przykład otwiera mi oczy. Widzę, do czego doprowadziłam. Gdybym wtedy interweniowała, to może...
- Nigdy nie dowiemy się, co by było, gdyby - zakończył ten temat profesor Dmuchawiec - Jedyne, co możemy sprawdzić, to fakt, co się stanie, jeśli zrobimy tak, a nie inaczej. Co się stanie, jeżeli wyciągniemy wnioski z popełnionych przez nas błędów i nigdy więcej ich nie popełnimy. Obie popełniłyście wiele błędów, ale też jesteście dość dorosłe i dojrzałe, aby wyciągnąć z nich mądre wnioski na swoją przyszłość, której przecież mają sporo przed sobą.
Obie kobiety słuchały uważnie słów profesora, w duchu przyznając mu rację. Nic nie mówiły, ale spojrzenie, jakim go obdarzyły, było pełne szacunku i dobrze wiedziały, że zrobiły słusznie, przychodząc do niego.
- A przy okazji, to dziękuję pani, że dała pani mojej córce obiad - rzekła po chwili Ewa, chcąc już zakończyć ten przykry dla niej temat.
- Nie ma za co. Każde głodne dziecko bym nakarmiła w takiej sytuacji, moja droga - odpowiedziała Melania tonem, który sugerował, że to coś normalnego dać jeść głodnemu dziecku.
- A właściwie, to co to było?
- Co takiego?
- To, co ona u pani jadła?
- Rosół.
Ewa spojrzała na Melanię zdumiona.
- Rosół? Co pani mówi?! Przecież Aurelia nie cierpi rosołu! Nienawidzi go! Trzeba ją zmuszać, żeby przełknęła choć łyżkę! Czy może to był jakiś specjalny rosół?
- Nie, skąd. Zwykły, chudy rosołek.
- To może... Miał jakąś specjalną przyprawę?
Melania Borejko uśmiechnęła się delikatnie.
- Właściwie, to tak. Przyprawa pana Ogorzałki i jego brata. Zresztą jest także przyprawą mojej córki, Gabrysi. To niezawodna przyprawa. Wszystko z nią nam smakuje i innym także. Wszystko, nawet suche ziemniaki.
- Co to więc jest? Maggi? A może jakiś narkotyk? - dopytywała się Ewa.
Melania parsknęła śmiechem.
- Może to i narkotyk: trochę serca.
Słowa te dały naprawdę mocno do myślenia Ewie, która pokiwała delikatnie głową, opuściła w dół i skierowała swoje kroki ku wyjściu.
- Nie rozumiem - powiedziała głośnym szeptem - Naprawdę nie rozumiem.
- I w tym właśnie  problem - odparła Melania Borejko, gdy zamknęły się za Ewą drzwi.

3 komentarze:

  1. Ewcia Sopel zaczyna zastanawiać się nad sobą. Niestety, szacunek i miłość nie przychodzą automatycznie, trzeba na nie zapracować. Więźniowie też otrzymują pożywienie i dach nad głową, ale to nie znaczy, że kochają strażników.
    U Melanii Borejko denerwuje mnie z kolei to, że według niej nie wolno mówić głośno o tym co boli, bo przecież inni mają większe problemy i to nie wypada.
    Profesor Dmuchawiec jak zawsze wspaniały. Jaka szkoda, że w polskiej szkole tak mało takich pedagogów z sercem na dłoni i powołaniem w duszy.
    Ciekawe są te jego wspomnienia z powstania i to, jak nie dać się zniszczyć nienawiści zżerającej duszę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ładny rozdział, bardzo refleksyjny i zmuszający do myślenia. No i wreszcie Ewa zaczyna rozumieć, że ma problem i przez ten problem krzywdzi najbliższą sobie osobę. Mam nadzieję, że Dmuchawiec i Melania jej przemówili skutecznie do rozsądku.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział faktycznie bardzo ciekawy i nieco refleksyjny, pełen ciekawych i pouczających słów. Zrozpaczona Ewa Jedwabińska wraca do domu, wciąż oburzona na zachowanie zarówno własnej córki, jak także Kreski i Maćka, przy których Aurelia ze strachu przed matką postanowiła pozostać. Po drodze do domu kobieta przechodzi obok mieszkania profesora Dmuchawca, do którego decyduje się wstąpić, by poskarżyć się na Kreskę. Ku jej oburzeniu, profesor nie ma zamiaru wyciągać konsekwencji wobec swojej wnuczki, wręcz przeciwnie, popiera jej zachowanie. Po czym przeprowadza z Ewą długą i mądrą rozmowę na temat miłości rodzica do dziecka, otwierając jej tym samym oczy na potrzeby dziecka, które wymaga czegoś więcej niż tylko zapewnienia mu dachu nad głową oraz ciepłego posiłku. W wyniku tej rozmowy, do której w międzyczasie wtrąca się także Melania Borejko, dociera do Ewy, że ona sama powoli staje się wierną kopią swojej matki, która również nie uważała za stosowne okazywać swojej córce choćby odrobiny ciepłych uczuć, co spowodowało obecną sytuację. Wygląda na to, że Ewcia Sopel wreszcie zaczyna przeglądać na oczy i miejmy nadzieję, że w przyszłości Aurelia zazna w swoim domu choćby odrobiny miłości i czułości ze strony swojej matki.
    Rozdział niezmiernie mi się podobał, zwłaszcza, że zauważyłam w nim parafrazę słów z pewnego filmu, a mianowicie "Karol, człowiek który został papieżem" - tam w scenie, w której Karol odkrywa swoje powołanie w rozmowie z krawcem Janem Tyranowskim padają bardzo podobne słowa, których kwintesencją mogą być słowa "Zwyciężymy miłością" :) Niemniej jednak bardzo ciekawy rozdział i czekam na kolejny. :)

    OdpowiedzUsuń

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...