Rozdział XXXIV
Scena małżeńska
Ewa wyszła z mieszkania Dmuchawca i opuściła powoli teren kamienicy na ulicy Roosevelta 5. To, czego się dowiedziała podczas rozmowy, jaką odbyła ze swoim dawnym nauczycielem oraz z jego sąsiadką mocno nią wstrząsnęło. Nigdy nie pomyślałaby o tym, że jest tak okrutną i bezduszną osobą. Co prawda, w głębi serca od dawna doskonale sobie z tego zdawała sprawę, jednak mimo wszystko ta oto gorzka prawda była tak przerażająca, że nie chciała za nic w świecie przyjąć jej do wiadomości. Aby więc nie musieć tego robić, próbowała sobie wmawiać, iż wcale tak nie jest i to wszystko tylko głosy złych ludzi, którzy jej nie lubią. Było to oczywiście głupie, jak również dość żałosne tłumaczenie tchórza, ale oczywiście Ewa wcale tego tak nie pojmowała. Wmawiała więc sobie tak długo te wszystkie brednie i to tak intensywnie, że w końcu sama zaczęła w nie wierzyć, rozum jej się wyłączył i była święcie przekonana, iż to jest jedyna prawda o jej osobie. Zatem, według tej prawdy, Ewa była po prostu dobrą i niewinną osobą, skrzywdzoną przez rodziców, ale nie na tyle, aby stać się do nich podobna i to w najmniejszym nawet stopniu. O nie, nic z tych rzeczy! Ona po prostu była nieco ostra i surowa, ale taka przecież musi być matka i tym bardziej taka musi być nauczycielka. Ona musi być surowa, aby wzbudzać respekt oraz szacunek, bo tylko wtedy zdoła przekazać ona dzieciom, a przede wszystkim swojemu własnemu, mądre nauki życiowe. Gdyby próbowała je przekazać w sposób wesoły i radosny, wtedy nikt nie traktowałby tych nauk poważnie. Uznaliby je jedynie za dobrą zabawę, a zatem, jeśli chce coś mądrego wpoić do młodych dziecięcych głów, to musi być twarda i surowa, a przede wszystkim wymagająca. Tylko wtedy dzieci coś zrozumieją i się zdołają nauczyć.
Teraz jednak, kiedy tak sobie o tym wszystkim myślała, zaczynała dostrzegać to, co powinna od początku dostrzec. To, że o ile bycie wymagającym nie jest może jeszcze czymś złym, o tyle bycie surowym i nieprzystępnym już tak, gdyż nie pozwala to na stworzenie prawidłowych więzi emocjonalnych pomiędzy nie tylko dzieckiem a rodzicem, ale również uczniem i nauczycielem. Dmuchawiec zawsze starał się nawiązać więź emocjonalną ze swoimi uczniami, co sprawiało, że umiał zawsze znaleźć z nimi wspólny język, a to z kolei prowadziło do tego, iż nie był jedynie kolejnym nudnym belfrem, a nauczycielem z prawdziwego zdarzenia. Szacunek uczniów zdobywał tym, że umiał w ciekawy sposób przekazywać swoją wiedzę uczniom, jak również i tym, iż potrafił z nimi rozmawiać, chciał widzieć w nich ludzi, a nie jedynie gówniarzy, którzy chcą do szkoły tylko dlatego, że nie mają innego wyboru. Dodatkowo mówił zawsze z pasją i zapałem, która to pasja zawsze udzielała się innym. No i wyznawał zasadę, że szkoła jest dla uczniów, ale nie uczniowie dla szkoły, a co za tym idzie, zawsze był chętny do pomocy i do dania dobrej rady swoim podopiecznym. Nigdy też nie zostawiał ich w potrzebie, zawsze oni mogli na niego liczyć, mogli z nim porozmawiać poza lekcjami i dowiedzieć się wielu mądrych rzeczy przekazanych w bardzo ciekawy sposób. To wszystko sprawiało, że nauczycielem godnym nie tylko szacunku, ale i podziwu.
To wszystko też budziło podziw i zazdrość Ewy, która nabawiła się wyraźnie kompleksów z tego powodu. Chciała za wszelką cenę dorównać Dmuchawcowi, ale gdy pierwsze próby w tym kierunku zawiodły, przestała się starać i zabiegać o to, aby uczniowie ją polubili. Nie umiała ciekawie omawiać danego tematu, to pewne. Dodatkowo z powodu swoich przeżyć z dzieciństwa, nabawiła się ostrej nerwicy i nie umiała nad sobą panować, kiedy ktoś ją zdenerwował. To zaś bardzo łatwo wyłapali uczniowie i wielu z nich jej dokuczało i dla zabawy celowo ją drażniło, aby potem kpić z niej, gdy tylko wpadała w ich sidła i złościła się. Tak, to ich bawiło, a Ewie odbierało wszelką nadzieję na to, że zdobędzie kiedyś szacunek swoich uczniów. Nie umiała walczyć o swoje do samego końca ani też zmieniać w tym celu taktyk, poddawała się bardzo łatwo, rezygnowała i zniechęcała się, aż doszło do tego, że zaczęła traktować swoją pracę nauczycielki matematyki jak zło konieczne, któremu musi się poddawać, ponieważ taki ma zawód, a dodatkowo ten zawód zapewnia jej pieniądze. Uznała jednak, że skoro tak się sprawy mają, to już ona pokaże gówniarzom, kto tu rządzi. Stała się surowa, oschła i nieprzyjemna, zaś uczniów traktowała z góry jak swoich wrogów, których musi zwalczyć poprzez narzucenie im swojego autorytetu. Wypowiedziała im wojnę, którą realizowała za pomocą różnych mądrych cytatów wziętych z książek psychologicznych. Niestety, wiele z tych zdań źle interpretowała, a inne z kolei w ogóle nie zrozumiała, dlatego jako nauczycielka niezbyt dobrze sobie radziła. Przekazywała jedynie suche fakty i nic poza tym, nie zamierzała poznawać swoich uczniów, uważając z góry, iż każdy z nich na pewno chce ją zranić i bawi go to, a dodatkowo każdy z nich na pewno traktuje szkołę jak zło konieczne, więc niech tak będzie. Ona nie będzie sprawiać, aby myśleli inaczej. Będzie nauczycielką recytującą wszystkim wiedzę, jaką ma im do przekazania, a co oni potem z nią zrobią i czy ją pokochają i czy kiedyś jeszcze zdołają ją wykorzystać, nie obchodziło ją w żaden sposób.
Czasami okazjonalnie próbowała dotrzeć do swoich uczniów poprzez różne mądre metody psychologiczne. Jednak wszelkie próby w tym kierunku podjęte, okazywały się bezskuteczne i tylko ją ośmieszały w oczach klasy. A jak wyglądały te próby? Jako wychowawczyni jednej z klas, Ewa miała prawo dodać do swoich zajęć nowe zadania, nie objęte co prawda program nauczania, ale nie zabronione przez niego. W tym też celu robiła uczniom różne testy, sprawdzające ich poziom inteligencji, jak również to, czy umieją współpracować z innymi uczniami. Te oto testy jednak nie podobały się jej podopiecznym, co ona odbierała jako atak na swoją osobę, z góry zakładając, że jeśli uczniowie się jej sprzeciwiają, to na pewno z czystej złośliwości.
Ostatnią próbę, jaką podjęła po to, aby zintegrować się jakoś z klasą, dobrze sobie zapamiętała, gdyż to była jedna wielka porażka. Ewa podjęła ją, gdyż tak bardzo zazdrościła nauczycielom, którzy umieli zgrać się jakoś z klasą. Prócz tego jej dodatkową motywacją był fakt, iż pod względem ocen z matematyki uczniowie z jej klasy mieli najniższe wyniki i dyrektor oczekiwał zmian w tym kierunku. Z tego więc powodu, podejmowała próby integracji z klasą i integracji klasy samej w sobie, jak również próbę dotarcia jakoś do uczniów i zmobilizowania ich do tego, aby lepiej się uczyli jej przedmiotu. Jak jednak już mówiliśmy, nie powiodła się żadna z tych prób. A ostatnia była największą porażką Ewy Jedwabińskiej.
Rozdała wtedy uczniom pewne ankiety i powiedziała, że oczekuje od nich, iż napiszą w niej oni coś o sobie i swoich rodzicach, swoich bliskich i w ogóle o tym, co myślą i dlaczego. Pamiętała, że profesor Dmuchawiec też kiedyś coś takiego przeprowadził, chociaż nie oczekiwał, iż uczniowie będą pisali o rodzicach, tylko o sobie samych i nie musieli się podpisywać. Ewa jednak uznała, że trzeba to nieco poprawić i nakazała, aby każdy się podpisał i każdy opisał też coś o swoim ojcu i swojej matce. Sądziła, że w ten sposób wszyscy się lepiej poznają i będą mogli się jakoś lepiej zintegrować, jeśli nawet nie z nią, to ze sobą nawzajem, a to przecież już była część sukcesu. Niestety, przeliczyła się w swoich oczekiwaniach.
- Przykro mi, pani profesor, ale nie możemy wypełnić tej ankiety.
Te słowa wypowiedział on, największy prowodyr problemów w całej klasie. Maciej Ogorzałko. Wstał z ławki i oddał jej pusty arkusz, dodając:
- Nie mogę tego napisać.
Chciał już odejść do swojej ławki, ale Ewa go zatrzymała i zapytała:
- Ogorzałko, może łaskawie wyjaśnisz całej klasie, dlaczego tak uważasz?
Maciek spojrzał na nią poważnym wzrokiem, jakby wyzywał ją na pojedynek lub przyjmował wyzwanie od niej i odparł:
- To oczywiste. Możemy pisać o sobie, ale nie możemy pisać o rodzicach.
- A to dlaczego? - spytała Ewa.
- Ponieważ to brzmi tak, jakby pani chciała, abyśmy pisali donos.
- Donos? Chyba zwariowałeś, Ogorzałko. Ja przecież nie każę wam pisać na nikogo donosu.
- Ale tak to wygląda. Bo co niby oznacza to, że mamy opowiedzieć o swoich rodzicach, gdzie pracują i co robią i co myślą? To przecież tak, jakbyśmy pisali na nich donosy na milicję. No i nie wiemy, co potem się stanie z tymi ankietami. W czyje ręce wpadną i jaki te osoby zrobią z nich użytek.
- On ma rację, pani profesor - odezwała się nagle Janina Krechowicz, znana jako Kreska, również wstając z ławki - Żadne z nas nie jest kapusiem, a pisanie czegoś takiego, to jak kablowanie na innych.
- Właśnie, pani psorko - dodał swoim zbuntowanym tonem Jacek Lelujko - To jest po prostu nie w porządku. Tak się nie robi i nie może pani od nas oczekiwać, że to zrobimy.
Ewa Jedwabińska patrzyła na nich wściekłym wzrokiem, mając teraz wielką ochotę wybuchnąć, jednak mimo wszystko powstrzymała się. Zacisnęła tylko dłoń w pięść i spojrzała na Maćka, prowodyra całej tej sytuacji. Żałowała, że nie ma wzroku bazyliszka, bo miała wtedy wielką ochotę zamordować tego bezczelnego smarkacza samym spojrzeniem.
- Ogorzałko, zdajesz sobie sprawę z tego, że złamałeś polecenie nauczyciela i swego wychowawcy? - zapytała podłym tonem.
- Tak, zdaję sobie z tego sprawę - odpowiedział jej odważnie Maciek.
- I wiesz, że mogę ci za to obniżyć ocenę ze sprawowania, a nawet nie dać ci promocji do następnej klasy?
- Zdaję sobie z tego sprawę.
Ewa spojrzała na Kreskę i Jacka. Oboje wpatrywali się w chłopaka wzrokiem pełnym podziwu i zachwytu. Szczególnie było to widać w oczach Kreski. Widać dla niej chłopak był teraz niczym Wołodyjowski i Zagłoba w jednej osobie, w tej chwili, w której wypowiadają posłuszeństwo księciu Januszowi Radziwiłłowi i tak dając do zrozumienia, iż nie popierają jego pro-szwedzkiej polityki. Brakowało już tylko, aby Maciek rzucił Ewie, rozochocony tym poparciem swoich zwolenników, takie oto słowa:
- Bodaj żeś skonał w rozpaczy! Bodaj ród twój wygasł! Bodaj diabeł duszę z ciebie wywlókł, zdrajco!
Tego tylko brakowało, aby tak powiedział, a cała klasa zerwała się zaraz ze swoich miejsc i rzuciła jej, każde po kolei, to okrutne słowo „ZDRAJCA”. Tak, do tego niewiele już chyba brakowało, przynajmniej w oczach Ewy. Maciek jednak nie pomyślał nawet o tym, tylko stał spokojnie i patrzył na nią ponuro, jawnie jej okazując swoją niechęć.
- Milczysz, co? - bardziej stwierdziła niż spytała Ewa - Nie zamierzasz się nawet bronić? Nie zamierzasz powiedzieć nic na swoją obronę?
Maciek nie odpowiedział jej przez chwilę, a ona dodała:
- Uważaj, Ogorzałko. Milczenie oznacza pogardę. A pogarda wobec swojego nauczyciela jest niezwykle destrukcyjna.
- Wszyscy już powiedzieliśmy, dlaczego nie możemy zrobić tego, czego pani od nas oczekuje - odparł na to Maciek - Nie musimy dalej wyjaśniać, co i jak. To, co powiedzieliśmy, chyba mówi wszystko.
Ewa popatrzyła na niego wściekle, jakby chciała go zabić wzrokiem albo w jakikolwiek inny sposób go złamać, ale jej się nie udało. Dlatego w końcu ustąpiła i powiedziała:
- Wyjdź z klasy, Ogorzałko. Potem zdecyduję, co z tobą zrobić.
Maciek dumnie wyszedł z klasy. Ewa zaś spojrzała na klasę i powiedziała:
- A wy macie wypełnić te ankiety, a ten, kto nie chce, też może wyjść. Tyle, że niech się liczy w tym wypadku z konsekwencjami niesubordynacji.
Kreska i Lelujka niemalże jednocześnie wyszli z klasy, a zaraz potem każde z uczniów, jedno po drugim, zaczęli opuszczać pomieszczenie. W końcu nie było już tam nikogo oprócz Ewy. Załamana kobieta ukryła twarz w dłoniach i wydała w nie głuchy krzyk. Zrobiła to w taki sposób, aby nikt tego nie usłyszał, a potem powoli wstała od swego biurka, podeszła do drzwi klasy, otworzyła je i powiedziała:
- Wracać do klasy. Wszyscy, ale już!
Uczniowie niepewni wykonali polecenie, a Ewa zabrała im wszystkie ankiety, których nie wypełnili i powiedziała:
- Ustępuję pod przymusem. Ale wiedzcie, że z takim podejściem do życia, to wy nigdy niczego nie osiągnięcie.
Po tych słowach, podarła na kawałki ankiety i wrzuciła je do kosza na śmieci. Klasa powitała to wielkim okrzykiem radości, ale Ewa nie zwracała już na to uwagi. Wiedziała, że przegrała na całej linii i już nic nie jest w stanie sprawić, aby jej uczniowie zaczęli ją szanować. W ich oczach była już tylko wrogiem, którego trzeba było pokonać i wiedziała, że nic tego nie zmieni. Oczywiście ktoś taki jak Dmuchawiec nie poddałby się nawet w obliczu takiej porażki, ale niestety, Ewa nie była Dmuchawcem. Nie posiadała jego determinacji i siły woli. Ani jego odwagi, ani też serca potrafiącego kochać uczniów. Nie, tego wszystkiego nie miała pani Ewa Jedwabińska, a zwłaszcza serca, które całkowicie do uczniów już straciła.
Czy to wtedy straciła też serce do swojej córki? Długo nad tym rozmyślała, gdy szła ulicą Poznania, próbując sobie wszystko w miarę możliwości poukładać w głowie. Czy to wtedy stała się taka oschła i nieprzyjemna? Nie, nie wtedy. To się zaczęło znacznie wcześniej. Przez jej matkę. Przez jej ojca. Przez nich oboje. To z ich powodu nie umiała nawiązać z innymi ludźmi należytych relacji. To przez tę dwójkę jej serce nie posiadało w sobie tyle pokładów miłości, ile pokładać każde serce powinno. Jej rodzice nie mieli miłości w swoich sercach. Dlatego nie umieli jej nauczyć swego jedynego dziecka. Dlatego ona nie umiało kochać Aurelii. Choć nie... Nic z tych rzeczy. Ona kochała swoje dziecko. Umiała kochać. Umiała dać komuś miłość, choć nie taką, jaką ten ktoś potrzebował. Przecież jej córka od niej potrzebowała czegoś więcej niż tylko zaspakajania podstawowych potrzeb. Tutaj trzeba było znacznie większego zaangażowania, którego ona nie umiała okazać nikomu, a już zwłaszcza Aurelii. Nie było to w porządku. Ani wobec Aurelii, ani wobec siebie samej. Ewa wiedziała to i zrozumiała, że musi coś z tym zrobić.
Zatrzymała się przed wystawą jednego ze sklepów i przyjrzała się uważnie swemu odbiciu, które widziała w szybie. Przez chwilę było z nim wszystko dobrze, ale potem zobaczyła coś, czego tak bardzo się obawiała. Zobaczyła odbicie twarzy swojej matki, patrzącej na nią z nienawiścią w oczach. Ewa przerażona jęknęła i zasłoniła sobie twarz dłonią, szepcząc sama do siebie:
- Nie jestem tobą, rozumiesz? Nie będziesz mi niszczyć życia. Nie będziesz już więcej mnie krzywdzić. Rozumiesz to? Nigdy więcej!
Opuściła dłonie i odczuła ogromną ulgę, gdyż w witrynie sklepowej ujrzała ponownie jedynie swoje własne odbicie. Westchnęła smutno oraz bez satysfakcji z odniesionego zwycięstwa, ponieważ dobrze wiedziała, iż jedno triumfalne starcie to za mało, aby wygrać wojnę. To nie mogło jej ocalić. Choć możliwe, że było to początkiem zwycięstwa. Wszystko już teraz zależało od niej.
Z tą myślą, Ewa powoli powróciła do swojego domu, w którym zastała swego męża, siedzącego sobie w fotelu przed telewizorem i słuchającego jakiś strasznie ważnych wiadomości. Na ten widok, kobieta poczuła znowu przypływ złości, więc podeszła do telewizora i wyłączyła go.
- Hej, co ty wyprawiasz? - zapytał ze złością Eugeniusz - Właśnie oglądałem coś bardzo ważnego!
- Bardzo ważnego? - prychnęła z kpiną Ewa, opierając się rękami po bokach - Bardzo ważne to powinno być dla ciebie to, co się dzieje z twoją córką. To chyba powinien być dla ciebie najważniejszy priorytet!
- A co? Nie jest z tobą? Myślałem, że obie wyszłyście.
- Jak widzisz, myliłeś się.
- Więc gdzie ona teraz jest?
- U Ogorzałków. Zostanie u nich na noc.
- W takim razie wszystko w porządku. Możesz więc się odsunąć i pozwolić mi dalej oglądać?
Ewa jednak nie zamierzała tego zrobić. Spojrzała z jeszcze większą złością na swego męża i powiedziała:
- Uważasz, że to rozwiąże nasz problem? Że to wszystko załatwi?
- O co ci chodzi, kobieto?
- O to, że nasza córka myśli, że jej nie kochamy.
Eugeniusz, choć początkowo zachowywał się tak, jakby lekceważył sobie to, co mu powiedziała małżonka, teraz jednak wyraźnie wyglądał na zaniepokojonego. Spojrzał z uwagą na Ewę i zapytał:
- O czym ty mówisz? Dlaczego Aurelia tak uważa?
- Ponieważ... Ponieważ powiedziałam jej coś w złości, czego nie powinnam była mówić.
Po tych słowach, podstawiła sobie krzesło i usiadła na nim, następnie zaś z dokładnością, bez jakichkolwiek prób tłumaczenia samej siebie, jak również swego zachowania, opowiedziała mężowi, co się stało. Eugeniusz był w szoku, kiedy to usłyszał.
- Chcesz mi powiedzieć, że powiedziałaś Aurelii, że jej nienawidzisz, a potem jeszcze nakrzyczałaś na Piotra i jego brata, a jeszcze na dodatek chciałaś iść na skargę do Dmuchawca i oczekiwałaś, że zbije on swoją wnuczkę za jej zachowanie wobec ciebie? Czy ty w ogóle słyszysz, co ty mówisz?!
- Słyszę, to jak na razie twój krzyk - odpowiedziała ponuro Ewa - A to, co ci powiedziałam, naprawdę się stało. Ja naprawdę to wszystko zrobiłam. I teraz, gdy tak sobie o tym myślę, widzę wyraźnie, jakie to było żałosne.
- Oczywiście, że było i to jeszcze jak - rzucił wściekle Eugeniusz, zrywając się z fotela - Nasze własne dziecko ucieka z domu, bo ty nie umiesz trzymać nerwy na wodzy i jeszcze obwinisz ją o całe zło tego świata. Muszę natychmiast tam iść po nią.
- Ona zostanie u Ogorzałków na noc - odparła smutno Ewa - Tak będzie dla nas lepiej. Dla niej i dla mnie.
- Nie chcę jednak, żeby zasypiała z myślą, że jej nienawidzimy. W końcu to też i moja córka i martwię się o nią.
Ewa spojrzała na męża z pogardą i lekko prychnęła.
- W porę sobie o tym przypomniałeś, wiesz? Taki kochający z ciebie tatuś? Przecież jeszcze przed chwilą nie wiedziałeś w ogóle, że ona ma jakiś problem.
- A ty wiedziałaś, co? - bronił się Eugeniusz - Czy może widzisz tylko czubek własnego nosa? Drzesz się na naszą córkę z byle powodu, a ja za każdym razem, gdy to robisz, mam ochotę rozerwać cię na strzępy!
- To czemu jeszcze tego nie zrobiłeś?
- Bo cię kocham, bo wciąż widzę w tobie tę samą dziewczynę, którą dawno temu poślubiłem. Bo jesteś matką mojej słodkiej córeczki, która jest naszym całym świecie. Nie tylko twoim, moim również.
Ostatnie słowa wypowiedział spokojnym tonem, na znak, że nie chce się już dłużej kłócić i pragnie zawrzeć zgodę. Ewa jednak tego nie zrozumiała, gdyż miała wciąż ochotę się kłócić i zawołała:
- Twoim światem, tak?! Jakoś rzadko o tym pamiętasz! Zazwyczaj całkiem cię ona nie obchodzi! Biedna mała! Traktujesz ją jak zabawkę, jak... jak tresowaną małpkę! Potrzebna ci jest tylko po to, żeby deklamowała głupkowate wierszyki, kiedy przyjdzie twój dyrektor!
- A tobie nie jest potrzebna wcale! Nawet do wierszyków! - wrzasnął całkiem już rozżalony małżonek - Obcym ją oddajesz, bo ci przeszkadza! Całymi dniami nie ma jej w domu! Zresztą, co to za dom? To nie dom, tylko wystawa mebli! Nic dziwnego, że dziecko wolało uciec! Ja też co dzień uciekam! Uciekam od ciebie i od tego, kim się stałaś!
Ewa patrzyła na Eugeniusza w szoku i przerażona. Jeszcze nigdy nie słyszała od niego tak ostrych słów, dlatego tak mocno ją one zabolały, podobnie jak niecałą godzinę wcześniej zabolało ją zachowanie Aurelii i słowa pani Melanii Borejko. Już nie miała najmniejszych wątpliwości, jest z nią poważny problem i musi coś z tym zrobić, bo inaczej straci wszystkich, na których jej zależy.
W oczach kobiety zaszkliły się łzy. Widząc je, Eugeniusz ochłonął i szybko dodał czułym tonem:
- Ewuniu, wybacz mi moje słowa. Nie chciałem cię zranić.
- Nie, nie przepraszaj - pokręciło przecząco głową Ewa - Zasłużyłam sobie na takie słowa. To konsekwencja mojego idiotycznego zachowania. Ale ty nie jesteś wcale lepszy. Pozwoliłeś na to, abym się taka stała. Nie zrobiłeś nic, gdy widziałeś, że mam problemy. Chciałeś mieć święty spokój w domu i dlatego pozwoliłeś na to, abym przez swoje traumy stała się tym, kim się stałam. Wrakiem człowieka. I nie zarzucaj mi, że ja podrzucam dziecko innym, bo sam brałeś w tym udział.
- Brałem w tym udział, bo nie chciałem, żeby musiała spędzać tu z nami czas i widzieć, jak łatwo popadasz w kolejne ataki złości, które ranią nie tylko ją, ale i mnie. Rozumiesz to?
- Tak, rozumiem. Teraz już rozumiem.
Po tych słowach Ewa zaczęła mocno ronić łzy. Mąż przytulił ją wówczas do siebie i zaczął w pieszczotliwy sposób gładzić jej włosy.
- No już, kochanie. No już, nie wstydź się łez. Ja też mam ochotę wyć z bólu i rozpaczy, gdy widzę, do czego doprowadziliśmy. Wiesz, zawiniliśmy oboje w tej sprawie. Ty udając przede mną, że nie masz żadnego problemu, a ja udając przed tobą, że w to wierzę. Masz rację, chciałem mieć święty spokój, ale widzę już, że nie tędy droga. Nie można mieć spokoju za wszelką cenę, bo to nie prowadzi do niczego dobrego. To prowadzi tylko do tego, że zło się rozwija na naszych oczach, a my nie robimy nic, aby mu zapobiec.
- Tak, Eugeniuszu. Właśnie tak - zgodziła się z nim Ewa, wtulając się mocno w jego ramię.
Tak długo tego nie robiła, że zapomniała, jakie to jest cudowne uczucie oraz jak wiele jej radości daje to poczucie bezpieczeństwa, jakie zyskiwała tylko w jego ramionach. Już od tak dawna nie zaznała tak cudownej czułości od męża. Już tak dawno przestała o nią zabiegać, skupiając się jedynie na pracy i na rozczulaniu się nad sobą w duchu. Teraz zaś tak bardzo chciała móc się nią nacieszyć, dlatego pozwalała, aby mąż tak czule ją do siebie przytulał.
- Eugeniuszu... Czy jeszcze możemy wszystko naprawić? - spytała po chwili Ewa, podnosząc wzrok i patrząc mu w oczy - Myślisz, że jest to jeszcze możliwe?
- Oczywiście, Ewuniu. Zawsze jest nadzieja, póki oboje będziemy chcieli o nią walczyć. Chcesz walczyć, Ewciu?
- Chcę - odpowiedziała wzruszona małżonka, zachwycona tym, jak czule jej mąż zdrabnia jej imię.
Pomyślała wówczas, że to rzeczywiście szkoda, iż jej córka nie ma takiego imienia, które da się zdrobnić w sposób czuły i przyjemny.
- Kochany mój... Nie opuszczaj mnie, proszę - szepnęła słodko Ewa.
- Nie opuszczę, Ewuniu. Nigdy, ale musisz iść na terapię. Nie możesz więcej udawać, że nie masz problemu - odpowiedział stanowczo i poważnie jej mąż.
- Już nie będę tak twierdzić. Nigdy więcej.
- I pójdziesz na terapię.
- Pójdę. Obiecuję.
Eugeniusz wzruszony objął mocno żonę do siebie, a potem wziął ją na ręce i czule ucałował jej usta, po czym ruszył z nią w kierunku sypialni. Tak bardzo jej teraz chciał pomóc i tak bardzo chciał podnieść ją na duchu, ponieważ widział już bardzo wyraźnie, że oto wróciła Ewa Jedwabińska, którą poznał jeszcze panną i która z czasem została jego żoną i matką jego dziecka. Wiedział, że nie może jej teraz zostawić samej sobie i musi jej pomóc, gdyż podobnie jak Aurelia, ona także była dla niego całym światem.
Teraz jednak, kiedy tak sobie o tym wszystkim myślała, zaczynała dostrzegać to, co powinna od początku dostrzec. To, że o ile bycie wymagającym nie jest może jeszcze czymś złym, o tyle bycie surowym i nieprzystępnym już tak, gdyż nie pozwala to na stworzenie prawidłowych więzi emocjonalnych pomiędzy nie tylko dzieckiem a rodzicem, ale również uczniem i nauczycielem. Dmuchawiec zawsze starał się nawiązać więź emocjonalną ze swoimi uczniami, co sprawiało, że umiał zawsze znaleźć z nimi wspólny język, a to z kolei prowadziło do tego, iż nie był jedynie kolejnym nudnym belfrem, a nauczycielem z prawdziwego zdarzenia. Szacunek uczniów zdobywał tym, że umiał w ciekawy sposób przekazywać swoją wiedzę uczniom, jak również i tym, iż potrafił z nimi rozmawiać, chciał widzieć w nich ludzi, a nie jedynie gówniarzy, którzy chcą do szkoły tylko dlatego, że nie mają innego wyboru. Dodatkowo mówił zawsze z pasją i zapałem, która to pasja zawsze udzielała się innym. No i wyznawał zasadę, że szkoła jest dla uczniów, ale nie uczniowie dla szkoły, a co za tym idzie, zawsze był chętny do pomocy i do dania dobrej rady swoim podopiecznym. Nigdy też nie zostawiał ich w potrzebie, zawsze oni mogli na niego liczyć, mogli z nim porozmawiać poza lekcjami i dowiedzieć się wielu mądrych rzeczy przekazanych w bardzo ciekawy sposób. To wszystko sprawiało, że nauczycielem godnym nie tylko szacunku, ale i podziwu.
To wszystko też budziło podziw i zazdrość Ewy, która nabawiła się wyraźnie kompleksów z tego powodu. Chciała za wszelką cenę dorównać Dmuchawcowi, ale gdy pierwsze próby w tym kierunku zawiodły, przestała się starać i zabiegać o to, aby uczniowie ją polubili. Nie umiała ciekawie omawiać danego tematu, to pewne. Dodatkowo z powodu swoich przeżyć z dzieciństwa, nabawiła się ostrej nerwicy i nie umiała nad sobą panować, kiedy ktoś ją zdenerwował. To zaś bardzo łatwo wyłapali uczniowie i wielu z nich jej dokuczało i dla zabawy celowo ją drażniło, aby potem kpić z niej, gdy tylko wpadała w ich sidła i złościła się. Tak, to ich bawiło, a Ewie odbierało wszelką nadzieję na to, że zdobędzie kiedyś szacunek swoich uczniów. Nie umiała walczyć o swoje do samego końca ani też zmieniać w tym celu taktyk, poddawała się bardzo łatwo, rezygnowała i zniechęcała się, aż doszło do tego, że zaczęła traktować swoją pracę nauczycielki matematyki jak zło konieczne, któremu musi się poddawać, ponieważ taki ma zawód, a dodatkowo ten zawód zapewnia jej pieniądze. Uznała jednak, że skoro tak się sprawy mają, to już ona pokaże gówniarzom, kto tu rządzi. Stała się surowa, oschła i nieprzyjemna, zaś uczniów traktowała z góry jak swoich wrogów, których musi zwalczyć poprzez narzucenie im swojego autorytetu. Wypowiedziała im wojnę, którą realizowała za pomocą różnych mądrych cytatów wziętych z książek psychologicznych. Niestety, wiele z tych zdań źle interpretowała, a inne z kolei w ogóle nie zrozumiała, dlatego jako nauczycielka niezbyt dobrze sobie radziła. Przekazywała jedynie suche fakty i nic poza tym, nie zamierzała poznawać swoich uczniów, uważając z góry, iż każdy z nich na pewno chce ją zranić i bawi go to, a dodatkowo każdy z nich na pewno traktuje szkołę jak zło konieczne, więc niech tak będzie. Ona nie będzie sprawiać, aby myśleli inaczej. Będzie nauczycielką recytującą wszystkim wiedzę, jaką ma im do przekazania, a co oni potem z nią zrobią i czy ją pokochają i czy kiedyś jeszcze zdołają ją wykorzystać, nie obchodziło ją w żaden sposób.
Czasami okazjonalnie próbowała dotrzeć do swoich uczniów poprzez różne mądre metody psychologiczne. Jednak wszelkie próby w tym kierunku podjęte, okazywały się bezskuteczne i tylko ją ośmieszały w oczach klasy. A jak wyglądały te próby? Jako wychowawczyni jednej z klas, Ewa miała prawo dodać do swoich zajęć nowe zadania, nie objęte co prawda program nauczania, ale nie zabronione przez niego. W tym też celu robiła uczniom różne testy, sprawdzające ich poziom inteligencji, jak również to, czy umieją współpracować z innymi uczniami. Te oto testy jednak nie podobały się jej podopiecznym, co ona odbierała jako atak na swoją osobę, z góry zakładając, że jeśli uczniowie się jej sprzeciwiają, to na pewno z czystej złośliwości.
Ostatnią próbę, jaką podjęła po to, aby zintegrować się jakoś z klasą, dobrze sobie zapamiętała, gdyż to była jedna wielka porażka. Ewa podjęła ją, gdyż tak bardzo zazdrościła nauczycielom, którzy umieli zgrać się jakoś z klasą. Prócz tego jej dodatkową motywacją był fakt, iż pod względem ocen z matematyki uczniowie z jej klasy mieli najniższe wyniki i dyrektor oczekiwał zmian w tym kierunku. Z tego więc powodu, podejmowała próby integracji z klasą i integracji klasy samej w sobie, jak również próbę dotarcia jakoś do uczniów i zmobilizowania ich do tego, aby lepiej się uczyli jej przedmiotu. Jak jednak już mówiliśmy, nie powiodła się żadna z tych prób. A ostatnia była największą porażką Ewy Jedwabińskiej.
Rozdała wtedy uczniom pewne ankiety i powiedziała, że oczekuje od nich, iż napiszą w niej oni coś o sobie i swoich rodzicach, swoich bliskich i w ogóle o tym, co myślą i dlaczego. Pamiętała, że profesor Dmuchawiec też kiedyś coś takiego przeprowadził, chociaż nie oczekiwał, iż uczniowie będą pisali o rodzicach, tylko o sobie samych i nie musieli się podpisywać. Ewa jednak uznała, że trzeba to nieco poprawić i nakazała, aby każdy się podpisał i każdy opisał też coś o swoim ojcu i swojej matce. Sądziła, że w ten sposób wszyscy się lepiej poznają i będą mogli się jakoś lepiej zintegrować, jeśli nawet nie z nią, to ze sobą nawzajem, a to przecież już była część sukcesu. Niestety, przeliczyła się w swoich oczekiwaniach.
- Przykro mi, pani profesor, ale nie możemy wypełnić tej ankiety.
Te słowa wypowiedział on, największy prowodyr problemów w całej klasie. Maciej Ogorzałko. Wstał z ławki i oddał jej pusty arkusz, dodając:
- Nie mogę tego napisać.
Chciał już odejść do swojej ławki, ale Ewa go zatrzymała i zapytała:
- Ogorzałko, może łaskawie wyjaśnisz całej klasie, dlaczego tak uważasz?
Maciek spojrzał na nią poważnym wzrokiem, jakby wyzywał ją na pojedynek lub przyjmował wyzwanie od niej i odparł:
- To oczywiste. Możemy pisać o sobie, ale nie możemy pisać o rodzicach.
- A to dlaczego? - spytała Ewa.
- Ponieważ to brzmi tak, jakby pani chciała, abyśmy pisali donos.
- Donos? Chyba zwariowałeś, Ogorzałko. Ja przecież nie każę wam pisać na nikogo donosu.
- Ale tak to wygląda. Bo co niby oznacza to, że mamy opowiedzieć o swoich rodzicach, gdzie pracują i co robią i co myślą? To przecież tak, jakbyśmy pisali na nich donosy na milicję. No i nie wiemy, co potem się stanie z tymi ankietami. W czyje ręce wpadną i jaki te osoby zrobią z nich użytek.
- On ma rację, pani profesor - odezwała się nagle Janina Krechowicz, znana jako Kreska, również wstając z ławki - Żadne z nas nie jest kapusiem, a pisanie czegoś takiego, to jak kablowanie na innych.
- Właśnie, pani psorko - dodał swoim zbuntowanym tonem Jacek Lelujko - To jest po prostu nie w porządku. Tak się nie robi i nie może pani od nas oczekiwać, że to zrobimy.
Ewa Jedwabińska patrzyła na nich wściekłym wzrokiem, mając teraz wielką ochotę wybuchnąć, jednak mimo wszystko powstrzymała się. Zacisnęła tylko dłoń w pięść i spojrzała na Maćka, prowodyra całej tej sytuacji. Żałowała, że nie ma wzroku bazyliszka, bo miała wtedy wielką ochotę zamordować tego bezczelnego smarkacza samym spojrzeniem.
- Ogorzałko, zdajesz sobie sprawę z tego, że złamałeś polecenie nauczyciela i swego wychowawcy? - zapytała podłym tonem.
- Tak, zdaję sobie z tego sprawę - odpowiedział jej odważnie Maciek.
- I wiesz, że mogę ci za to obniżyć ocenę ze sprawowania, a nawet nie dać ci promocji do następnej klasy?
- Zdaję sobie z tego sprawę.
Ewa spojrzała na Kreskę i Jacka. Oboje wpatrywali się w chłopaka wzrokiem pełnym podziwu i zachwytu. Szczególnie było to widać w oczach Kreski. Widać dla niej chłopak był teraz niczym Wołodyjowski i Zagłoba w jednej osobie, w tej chwili, w której wypowiadają posłuszeństwo księciu Januszowi Radziwiłłowi i tak dając do zrozumienia, iż nie popierają jego pro-szwedzkiej polityki. Brakowało już tylko, aby Maciek rzucił Ewie, rozochocony tym poparciem swoich zwolenników, takie oto słowa:
- Bodaj żeś skonał w rozpaczy! Bodaj ród twój wygasł! Bodaj diabeł duszę z ciebie wywlókł, zdrajco!
Tego tylko brakowało, aby tak powiedział, a cała klasa zerwała się zaraz ze swoich miejsc i rzuciła jej, każde po kolei, to okrutne słowo „ZDRAJCA”. Tak, do tego niewiele już chyba brakowało, przynajmniej w oczach Ewy. Maciek jednak nie pomyślał nawet o tym, tylko stał spokojnie i patrzył na nią ponuro, jawnie jej okazując swoją niechęć.
- Milczysz, co? - bardziej stwierdziła niż spytała Ewa - Nie zamierzasz się nawet bronić? Nie zamierzasz powiedzieć nic na swoją obronę?
Maciek nie odpowiedział jej przez chwilę, a ona dodała:
- Uważaj, Ogorzałko. Milczenie oznacza pogardę. A pogarda wobec swojego nauczyciela jest niezwykle destrukcyjna.
- Wszyscy już powiedzieliśmy, dlaczego nie możemy zrobić tego, czego pani od nas oczekuje - odparł na to Maciek - Nie musimy dalej wyjaśniać, co i jak. To, co powiedzieliśmy, chyba mówi wszystko.
Ewa popatrzyła na niego wściekle, jakby chciała go zabić wzrokiem albo w jakikolwiek inny sposób go złamać, ale jej się nie udało. Dlatego w końcu ustąpiła i powiedziała:
- Wyjdź z klasy, Ogorzałko. Potem zdecyduję, co z tobą zrobić.
Maciek dumnie wyszedł z klasy. Ewa zaś spojrzała na klasę i powiedziała:
- A wy macie wypełnić te ankiety, a ten, kto nie chce, też może wyjść. Tyle, że niech się liczy w tym wypadku z konsekwencjami niesubordynacji.
Kreska i Lelujka niemalże jednocześnie wyszli z klasy, a zaraz potem każde z uczniów, jedno po drugim, zaczęli opuszczać pomieszczenie. W końcu nie było już tam nikogo oprócz Ewy. Załamana kobieta ukryła twarz w dłoniach i wydała w nie głuchy krzyk. Zrobiła to w taki sposób, aby nikt tego nie usłyszał, a potem powoli wstała od swego biurka, podeszła do drzwi klasy, otworzyła je i powiedziała:
- Wracać do klasy. Wszyscy, ale już!
Uczniowie niepewni wykonali polecenie, a Ewa zabrała im wszystkie ankiety, których nie wypełnili i powiedziała:
- Ustępuję pod przymusem. Ale wiedzcie, że z takim podejściem do życia, to wy nigdy niczego nie osiągnięcie.
Po tych słowach, podarła na kawałki ankiety i wrzuciła je do kosza na śmieci. Klasa powitała to wielkim okrzykiem radości, ale Ewa nie zwracała już na to uwagi. Wiedziała, że przegrała na całej linii i już nic nie jest w stanie sprawić, aby jej uczniowie zaczęli ją szanować. W ich oczach była już tylko wrogiem, którego trzeba było pokonać i wiedziała, że nic tego nie zmieni. Oczywiście ktoś taki jak Dmuchawiec nie poddałby się nawet w obliczu takiej porażki, ale niestety, Ewa nie była Dmuchawcem. Nie posiadała jego determinacji i siły woli. Ani jego odwagi, ani też serca potrafiącego kochać uczniów. Nie, tego wszystkiego nie miała pani Ewa Jedwabińska, a zwłaszcza serca, które całkowicie do uczniów już straciła.
Czy to wtedy straciła też serce do swojej córki? Długo nad tym rozmyślała, gdy szła ulicą Poznania, próbując sobie wszystko w miarę możliwości poukładać w głowie. Czy to wtedy stała się taka oschła i nieprzyjemna? Nie, nie wtedy. To się zaczęło znacznie wcześniej. Przez jej matkę. Przez jej ojca. Przez nich oboje. To z ich powodu nie umiała nawiązać z innymi ludźmi należytych relacji. To przez tę dwójkę jej serce nie posiadało w sobie tyle pokładów miłości, ile pokładać każde serce powinno. Jej rodzice nie mieli miłości w swoich sercach. Dlatego nie umieli jej nauczyć swego jedynego dziecka. Dlatego ona nie umiało kochać Aurelii. Choć nie... Nic z tych rzeczy. Ona kochała swoje dziecko. Umiała kochać. Umiała dać komuś miłość, choć nie taką, jaką ten ktoś potrzebował. Przecież jej córka od niej potrzebowała czegoś więcej niż tylko zaspakajania podstawowych potrzeb. Tutaj trzeba było znacznie większego zaangażowania, którego ona nie umiała okazać nikomu, a już zwłaszcza Aurelii. Nie było to w porządku. Ani wobec Aurelii, ani wobec siebie samej. Ewa wiedziała to i zrozumiała, że musi coś z tym zrobić.
Zatrzymała się przed wystawą jednego ze sklepów i przyjrzała się uważnie swemu odbiciu, które widziała w szybie. Przez chwilę było z nim wszystko dobrze, ale potem zobaczyła coś, czego tak bardzo się obawiała. Zobaczyła odbicie twarzy swojej matki, patrzącej na nią z nienawiścią w oczach. Ewa przerażona jęknęła i zasłoniła sobie twarz dłonią, szepcząc sama do siebie:
- Nie jestem tobą, rozumiesz? Nie będziesz mi niszczyć życia. Nie będziesz już więcej mnie krzywdzić. Rozumiesz to? Nigdy więcej!
Opuściła dłonie i odczuła ogromną ulgę, gdyż w witrynie sklepowej ujrzała ponownie jedynie swoje własne odbicie. Westchnęła smutno oraz bez satysfakcji z odniesionego zwycięstwa, ponieważ dobrze wiedziała, iż jedno triumfalne starcie to za mało, aby wygrać wojnę. To nie mogło jej ocalić. Choć możliwe, że było to początkiem zwycięstwa. Wszystko już teraz zależało od niej.
Z tą myślą, Ewa powoli powróciła do swojego domu, w którym zastała swego męża, siedzącego sobie w fotelu przed telewizorem i słuchającego jakiś strasznie ważnych wiadomości. Na ten widok, kobieta poczuła znowu przypływ złości, więc podeszła do telewizora i wyłączyła go.
- Hej, co ty wyprawiasz? - zapytał ze złością Eugeniusz - Właśnie oglądałem coś bardzo ważnego!
- Bardzo ważnego? - prychnęła z kpiną Ewa, opierając się rękami po bokach - Bardzo ważne to powinno być dla ciebie to, co się dzieje z twoją córką. To chyba powinien być dla ciebie najważniejszy priorytet!
- A co? Nie jest z tobą? Myślałem, że obie wyszłyście.
- Jak widzisz, myliłeś się.
- Więc gdzie ona teraz jest?
- U Ogorzałków. Zostanie u nich na noc.
- W takim razie wszystko w porządku. Możesz więc się odsunąć i pozwolić mi dalej oglądać?
Ewa jednak nie zamierzała tego zrobić. Spojrzała z jeszcze większą złością na swego męża i powiedziała:
- Uważasz, że to rozwiąże nasz problem? Że to wszystko załatwi?
- O co ci chodzi, kobieto?
- O to, że nasza córka myśli, że jej nie kochamy.
Eugeniusz, choć początkowo zachowywał się tak, jakby lekceważył sobie to, co mu powiedziała małżonka, teraz jednak wyraźnie wyglądał na zaniepokojonego. Spojrzał z uwagą na Ewę i zapytał:
- O czym ty mówisz? Dlaczego Aurelia tak uważa?
- Ponieważ... Ponieważ powiedziałam jej coś w złości, czego nie powinnam była mówić.
Po tych słowach, podstawiła sobie krzesło i usiadła na nim, następnie zaś z dokładnością, bez jakichkolwiek prób tłumaczenia samej siebie, jak również swego zachowania, opowiedziała mężowi, co się stało. Eugeniusz był w szoku, kiedy to usłyszał.
- Chcesz mi powiedzieć, że powiedziałaś Aurelii, że jej nienawidzisz, a potem jeszcze nakrzyczałaś na Piotra i jego brata, a jeszcze na dodatek chciałaś iść na skargę do Dmuchawca i oczekiwałaś, że zbije on swoją wnuczkę za jej zachowanie wobec ciebie? Czy ty w ogóle słyszysz, co ty mówisz?!
- Słyszę, to jak na razie twój krzyk - odpowiedziała ponuro Ewa - A to, co ci powiedziałam, naprawdę się stało. Ja naprawdę to wszystko zrobiłam. I teraz, gdy tak sobie o tym myślę, widzę wyraźnie, jakie to było żałosne.
- Oczywiście, że było i to jeszcze jak - rzucił wściekle Eugeniusz, zrywając się z fotela - Nasze własne dziecko ucieka z domu, bo ty nie umiesz trzymać nerwy na wodzy i jeszcze obwinisz ją o całe zło tego świata. Muszę natychmiast tam iść po nią.
- Ona zostanie u Ogorzałków na noc - odparła smutno Ewa - Tak będzie dla nas lepiej. Dla niej i dla mnie.
- Nie chcę jednak, żeby zasypiała z myślą, że jej nienawidzimy. W końcu to też i moja córka i martwię się o nią.
Ewa spojrzała na męża z pogardą i lekko prychnęła.
- W porę sobie o tym przypomniałeś, wiesz? Taki kochający z ciebie tatuś? Przecież jeszcze przed chwilą nie wiedziałeś w ogóle, że ona ma jakiś problem.
- A ty wiedziałaś, co? - bronił się Eugeniusz - Czy może widzisz tylko czubek własnego nosa? Drzesz się na naszą córkę z byle powodu, a ja za każdym razem, gdy to robisz, mam ochotę rozerwać cię na strzępy!
- To czemu jeszcze tego nie zrobiłeś?
- Bo cię kocham, bo wciąż widzę w tobie tę samą dziewczynę, którą dawno temu poślubiłem. Bo jesteś matką mojej słodkiej córeczki, która jest naszym całym świecie. Nie tylko twoim, moim również.
Ostatnie słowa wypowiedział spokojnym tonem, na znak, że nie chce się już dłużej kłócić i pragnie zawrzeć zgodę. Ewa jednak tego nie zrozumiała, gdyż miała wciąż ochotę się kłócić i zawołała:
- Twoim światem, tak?! Jakoś rzadko o tym pamiętasz! Zazwyczaj całkiem cię ona nie obchodzi! Biedna mała! Traktujesz ją jak zabawkę, jak... jak tresowaną małpkę! Potrzebna ci jest tylko po to, żeby deklamowała głupkowate wierszyki, kiedy przyjdzie twój dyrektor!
- A tobie nie jest potrzebna wcale! Nawet do wierszyków! - wrzasnął całkiem już rozżalony małżonek - Obcym ją oddajesz, bo ci przeszkadza! Całymi dniami nie ma jej w domu! Zresztą, co to za dom? To nie dom, tylko wystawa mebli! Nic dziwnego, że dziecko wolało uciec! Ja też co dzień uciekam! Uciekam od ciebie i od tego, kim się stałaś!
Ewa patrzyła na Eugeniusza w szoku i przerażona. Jeszcze nigdy nie słyszała od niego tak ostrych słów, dlatego tak mocno ją one zabolały, podobnie jak niecałą godzinę wcześniej zabolało ją zachowanie Aurelii i słowa pani Melanii Borejko. Już nie miała najmniejszych wątpliwości, jest z nią poważny problem i musi coś z tym zrobić, bo inaczej straci wszystkich, na których jej zależy.
W oczach kobiety zaszkliły się łzy. Widząc je, Eugeniusz ochłonął i szybko dodał czułym tonem:
- Ewuniu, wybacz mi moje słowa. Nie chciałem cię zranić.
- Nie, nie przepraszaj - pokręciło przecząco głową Ewa - Zasłużyłam sobie na takie słowa. To konsekwencja mojego idiotycznego zachowania. Ale ty nie jesteś wcale lepszy. Pozwoliłeś na to, abym się taka stała. Nie zrobiłeś nic, gdy widziałeś, że mam problemy. Chciałeś mieć święty spokój w domu i dlatego pozwoliłeś na to, abym przez swoje traumy stała się tym, kim się stałam. Wrakiem człowieka. I nie zarzucaj mi, że ja podrzucam dziecko innym, bo sam brałeś w tym udział.
- Brałem w tym udział, bo nie chciałem, żeby musiała spędzać tu z nami czas i widzieć, jak łatwo popadasz w kolejne ataki złości, które ranią nie tylko ją, ale i mnie. Rozumiesz to?
- Tak, rozumiem. Teraz już rozumiem.
Po tych słowach Ewa zaczęła mocno ronić łzy. Mąż przytulił ją wówczas do siebie i zaczął w pieszczotliwy sposób gładzić jej włosy.
- No już, kochanie. No już, nie wstydź się łez. Ja też mam ochotę wyć z bólu i rozpaczy, gdy widzę, do czego doprowadziliśmy. Wiesz, zawiniliśmy oboje w tej sprawie. Ty udając przede mną, że nie masz żadnego problemu, a ja udając przed tobą, że w to wierzę. Masz rację, chciałem mieć święty spokój, ale widzę już, że nie tędy droga. Nie można mieć spokoju za wszelką cenę, bo to nie prowadzi do niczego dobrego. To prowadzi tylko do tego, że zło się rozwija na naszych oczach, a my nie robimy nic, aby mu zapobiec.
- Tak, Eugeniuszu. Właśnie tak - zgodziła się z nim Ewa, wtulając się mocno w jego ramię.
Tak długo tego nie robiła, że zapomniała, jakie to jest cudowne uczucie oraz jak wiele jej radości daje to poczucie bezpieczeństwa, jakie zyskiwała tylko w jego ramionach. Już od tak dawna nie zaznała tak cudownej czułości od męża. Już tak dawno przestała o nią zabiegać, skupiając się jedynie na pracy i na rozczulaniu się nad sobą w duchu. Teraz zaś tak bardzo chciała móc się nią nacieszyć, dlatego pozwalała, aby mąż tak czule ją do siebie przytulał.
- Eugeniuszu... Czy jeszcze możemy wszystko naprawić? - spytała po chwili Ewa, podnosząc wzrok i patrząc mu w oczy - Myślisz, że jest to jeszcze możliwe?
- Oczywiście, Ewuniu. Zawsze jest nadzieja, póki oboje będziemy chcieli o nią walczyć. Chcesz walczyć, Ewciu?
- Chcę - odpowiedziała wzruszona małżonka, zachwycona tym, jak czule jej mąż zdrabnia jej imię.
Pomyślała wówczas, że to rzeczywiście szkoda, iż jej córka nie ma takiego imienia, które da się zdrobnić w sposób czuły i przyjemny.
- Kochany mój... Nie opuszczaj mnie, proszę - szepnęła słodko Ewa.
- Nie opuszczę, Ewuniu. Nigdy, ale musisz iść na terapię. Nie możesz więcej udawać, że nie masz problemu - odpowiedział stanowczo i poważnie jej mąż.
- Już nie będę tak twierdzić. Nigdy więcej.
- I pójdziesz na terapię.
- Pójdę. Obiecuję.
Eugeniusz wzruszony objął mocno żonę do siebie, a potem wziął ją na ręce i czule ucałował jej usta, po czym ruszył z nią w kierunku sypialni. Tak bardzo jej teraz chciał pomóc i tak bardzo chciał podnieść ją na duchu, ponieważ widział już bardzo wyraźnie, że oto wróciła Ewa Jedwabińska, którą poznał jeszcze panną i która z czasem została jego żoną i matką jego dziecka. Wiedział, że nie może jej teraz zostawić samej sobie i musi jej pomóc, gdyż podobnie jak Aurelia, ona także była dla niego całym światem.
Ładne zakończenie. Jeszcze jest szansa na uratowanie tego związku, nie całkiem wygasło ich uczucie. A może wcale nie wygasło, tylko chwilowo o nim zapomnieli w nawale tego, co się dzieje w ich życiu?
OdpowiedzUsuńEwa już wie, że ma problem i sama sobie z nim nie poradzi. To początek mądrości, ale wie też, że nie chce być taka dla swej córki, jak własna matka była dla niej. Częściowo rozumiem pretensje Eugeniusza, że chce normalnego domu, a nie mieszkania w muzeum. Poza tym to chamskie, że przyszła do domu i wyłączyła mu wiadomości. Przez nią nie może zobaczyć jak Lech Kaczyński obala sam komunę. He he he. Albo jak to robi Towarzysz Bolek. He he he.
Ewa jest dla mnie typem introwertyczki, nie lubi rozmawiać z ludźmi, których nie zna, ale pracuje tam, gdzie pracuje, bo potrzebuje pieniędzy. Jest najgorszym typem nauczycielki, która tylko realizuje archaiczny, przestrzały program nauczania niczym w "Ferdydurke".
Nie dziwię, że Maciek się zbuntował i że nie chce wypełniać głupiej ankiety, która bardziej przypomina donos na własnego ojca niż eksperyment naukowy.
Tak mógł postąpić Pawlik Morozow, ogłupiony komunistyczną propagandą, ale nie Maciek Ogorzałko, który ma swój honor i swoje własne zasady.
W oczach Kreski, Maciek Ogorzałko stał się bohaterem na miarę Małego Rycerza, choć jak na ironię, z wyglądu bardziej przypomina jednak Kmicica.
Udało im się zjednoczyć całą klasę, choć chyba nie tak, jakby Ewcia Sopel sobie życzyła. Ale cóż... Nie zawsze ma się to, czego się chce.
Bardzo poruszający rozdział i czuć w nim klimat czasów, w których się dzieje. Nie dziwi mnie postawa uczniów. Ta ankieta była jak pisanie donosu. Nic dziwnego, że nie chcieli brać w tym udziału. Ewa mam nadzieję, że zrozumiała już, na czym polega jej błąd. W sumie nawet mi jej żal, choć nie tak, jak Aurelii.
OdpowiedzUsuńRozdział naprawdę przepiękny i zdecydowanie wart oczekiwania na niego. Widzimy w nim ogromną przemianę Ewy Jedwabińskiej, która z oschłej i surowej osoby, zmienia się w osobę kochającą i pełną ciepłych uczuć dla innych, które to uczucia jednak dopiero zaczyna w sobie odkrywać i uczyć się ich. Obserwujemy również jak próbowała zdobyć szacunek swoich uczniów poprzez różne sztuczki psychologiczne, jednak nie rozumiała ich do końca, przez co tylko, niestety, ośmieszała się w oczach uczniów, co stało się chociażby podczas ankiety, w której uczniowie nie dość, że mieli się podpisać to jeszcze napisać coś o swoich rodzicach, czemu zdecydowanie sprzeciwiła się cała klasa na czele z Maćkiem Ogorzałko i Janką Krechowicz. Ta ankieta przeważyła szalę i od tamtej pory Ewa stała się jeszcze bardziej "nieznośna". Jednak teraz pojęła wszystko dzięki rozmowie z profesorem Dmuchawcem i Melanią Borejko, którzy otworzyli jej oczy na to, że ma problem z nadmiernie oschłym i złym traktowaniem innych, nawet własnej rodziny.
OdpowiedzUsuńKobieta wraca do domu i rozmawia z mężem. Początkowo jest to gorąca dyskusja, która później jednak zmienia się w czułą małżeńską rozmowę o problemach, które para postanawia rozwiązać wspólnie, a Eugeniusz obiecuje pomóc swojej żonie wrócić w pełni do swojej dawnej osobowości, do tej Ewy, w której się zakochał i którą poślubił. I mamy na końcu sugestię, że oboje poszli do łóżka, czego podejrzewam, już dawno nie robili.
Rozdział bardzo, ale to bardzo mi się podobał, sprawiłeś mi nim ogromną przyjemność. Czytałam go z rozkoszą i z równą rozkoszą przeczytam także kolejne, które zapewne pojawią się niebawem. :)