poniedziałek, 12 lipca 2021

Rozdział XXXI

Rozdział XXXI

Ucieczka Aurelii

Aby zrozumieć, co się stało i dlaczego Ewcia Sopel wparowała niczym burza na przyjęcie profesora Dmuchawca z tak ponurą wiadomością, musimy cofnąć się nieco w czasie i wyjaśnić, co do tego wszystkiego doprowadziło. Jest to niezbędne do przedstawienia całej opowieści w taki sposób, aby nie pozostało w niej żadnej rzeczy niedomówionej i niezrozumiałej dla czytelników.
Aurelia tego dnia, kiedy miała się odbyć zabawa u pana profesora, nie miała powodów do radości. Nie mogła tym razem pójść do Maćka i Piotra, ponieważ jej rodzice byli wówczas w domu i mogli się nią opiekować, co dziewczynka powitała z wyraźną niechęcią, chociaż próbowała to ukryć. W końcu jej rodzice byli tak zapracowani, że nie mieli dla niej czasu i nie angażowali się specjalnie w opiekę nad nią. Z tego też powodu urocza ta dziewuszka nie miała z nimi takich relacji, jakie dzieci powinny mieć z kochającymi ich rodzicami. Nie czuła też potrzeby posiadania takowych. Była szczęśliwa spędzając czas z braćmi Ogorzałko, a także z Kreską i Gabrysią i nie potrzebowała innego szczęścia. Najchętniej by z nimi zamieszkała, gdyby to było możliwe. Niestety, nie było i dobrze o tym wiedziała, dlatego z bólem serca przyjmowała każdy powrót do domu, gdzie nie czuła się dobrze. Trudno zresztą, aby się czuła dobrze w domu, który był niemalże sterylnie wyczyszczony, pomalowany na kolory niewesołe i mało przyjemne. Dodatkowo również panowały tutaj okropne zasady. Aurelii nie wolno było biegać, krzyczeć, śmiać się głośno ani robić nic z tego, co zwykle robią dzieci, gdy się dobrze bawią, ponieważ matka strasznie się denerwowała, kiedy takie coś miało miejsce i nie życzyła sobie tego, ponieważ po pracy zawsze chce odpocząć, a co za tym idzie, musi mieć ciszę i spokój. Dodatkowo jeszcze Aurelii nie wolno było, pod groźbą surowej kary, dotykać ścian, bo jeszcze je pobrudzi, a nie po to jej mama tak się namęczyła, aby te ściany pięknie pomalować i dobrać do nich właściwe kolory, żeby jej córka je brudziła. Aurelia więc miała naprawdę olbrzymie ograniczenia w sprawie zabawy w swoim domu. Dlatego tak się cieszyła, kiedy to przebywała u braci Ogorzałków i mogła być całkiem swobodna.
Oczywiście Ewa Jedwabińska nie była zadowolona z tego powodu, że jej dziecko musi przebywać właśnie u Ogorzałków. Wolałaby ona raczej pozostawiać je pod opieką kogoś mądrego, dojrzałego oraz stanowczego, który by zadbał o to, aby Aurelia spędzała czas na mądrych zabawach, podczas których by się mogła czegoś nauczyć. Niestety, jedyna taka osoba, czyli sąsiadka pomagająca im w opiece nad domem, a także czasami u nich sprzątała i gotowała, wyjechała jakiś czas temu do swojej córki, która urodziła dziecko oraz potrzebowała pomocy przy nim. Dlatego też nie było w okolicy nikogo bardziej odpowiedniego do opieki nad Aurelią i musiała pozostawiać ją pod opieką Ogorzałków, których jej mąż i ona znali od dawna. Poza tym jej mąż był zdania, że Piotr Ogorzałko, pomimo swoich wad, jest osobą nad wyraz odpowiedzialną i jeżeli weźmie pod opiekę dziecko, to na pewno dobrze się nim zajmie. Za tą decyzją opinią przemawiał również fakt, że Eugeniusz znał już Piotra od dawna i mógł powiedzieć to wszystko z własnego doświadczenia. Ewa oczywiście nie była tak bardzo do tego przekonana, jednak do kogo innego miała zawieść swoje dziecko? Do Gabrysi, której nigdy nie lubiła i która miała matkę wiecznie użalająca się nad sobą? O nie, jej nigdy w życiu by nie powierzyła. To już lepiej niech siedzi u Ogorzałków. Mimo wszystko nie popierała tego, że zarówno Piotr, jak i Maciek za bardzo rozpieszczają jej córkę, wskutek czego potem ta nie umie dostosować się do zasad panujących w tym domu. To było szczególnie dla Ewci Sopel solą w oku.
Większym jednak problemem dla pani Jedwabińskiej było zachowanie jej męża. Na ostatnim przyjęciu zbyt ostentacyjnie wpatrywał się w żonę swego szefa, podziwiając jej urodę, a zwłaszcza ogromny dekolt, którym kobieta szpanowała i chyba celowo robiła wszystko, aby mężczyźni wariowali z jego powodu. I robili to dosłownie wszyscy, również Eugeniusz, co Ewie wydawało się nad wyraz ohydne i niesmaczne jednocześnie. Dlatego teraz, kiedy miała już ku temu okazję, od razu zrzuciła z siebie to, co miała mu do zarzucenia:
- Jesteś po prostu żałosny! Ożeniłeś się z kobietą na poziomie, a imponuje ci jakaś idiotka z wielkim biustem?!
- Kochanie, daj spokój. Jakie znowu imponuje? Przecież ona wcale mi nie imponuje - tłumaczył się Eugeniusz Jedwabiński - Po prostu mi się lekko podoba, bo to ładna kobieta. Ale nic więcej.
- Ładna, też mi coś! Zwykła pusta rura, zepsuta nadmiernym powodzeniem, do którego zresztą wszystkich wokół zachęca.
- Kochanie, odnoszę wrażenie, że lekko jej zazdrościsz.
- Ja? Jej? Chyba kpisz! A niby czego miałabym jej zazdrościć? Poza tym, to nie o to chodzi, tylko o zasady. Jesteś moim mężem i to na mnie powinna skupiać się cała twoja uwaga.
- Przesadzasz, kochanie. Nie mogę zaniedbywać żony szefa, bo jeszcze on się obrazi i co wtedy? Jeszcze wyrzuci mnie z pracy, a do tego nie mogę dopuścić.
- Wolałabym już, abyś stracił pracę, niż żebyś miał mnie zdradzać.
- Co ty wygadujesz? Przecież patrzenie na piękne kobiety jeszcze nie musi od razu prowadzić do zdrady.
- Ale u ciebie chyba tak. Ty zawsze chciałeś mnie zdradzić, przyznaj się!
To mówiąc, Ewa uderzyła dłonią w tors męża, który stracił od razu swój jakże beztroski ton. Próbował on wcześniej tym tonem jakoś uspokoić kobietę, ale teraz widząc, że nic to nie daje, dostał szału i postanowił odpowiedzieć ciosem na cios.
- Przestań wreszcie, kobieto, wygadywać takie brednie! - krzyknął ze złością - Dotąd cię nie zdradzałem i nie wiem, czy to nie był błąd.
- A więc jednak! A więc jednak o tym marzysz! Przyznaj się! Marzysz o tym, żeby tylko wskoczyć jej do łóżka! Przyznaj się!
- Lecz się, kobieto! Ta twoja zazdrość kiedyś cię zabije!
- A może ty mnie chcesz zabić, co?! Może marzysz tylko o tym, aby się mnie pozbyć i wprowadzić tutaj do domu jakąś żałosną blondynę z wielkim biustem, która będzie lepsza we wszystkim ode mnie?! Może tylko czekasz na okazję?!
Eugeniusz popatrzył na żonę jak na wariatkę, nie wiedząc przez chwilę, co ma powiedzieć. Potem jednak, kiedy nabrał powietrza w płuca, rzucił:
- Jesteś walnięta i to zdrowo!
Po tych słowach złapał za letni płaszcz i skierował się ku wyjściu.
- Gdzie idziesz?! Obiad zaraz będzie! - zawołała za nim żona.
- Zjem na mieście! Przynajmniej nie będzie przesolone! - odkrzyknął jej mąż.
Po tych słowach wyszedł z domu, trzaskając demonstracyjnie drzwiami. Ewa zaś opadła na krzesło i zaczęła płakać. Czuła się bezsilna i wykończona, ale też nie umiała długo się nad sobą użalać. Zawsze jej powtarzano, że musi być silna, że musi zawsze twardo stąpać po ziemi i nie dać się złamać, że nie wolno bawić się w czułe emocje, bo one osłabiają człowieka. Sama nie zaznała tych uczuć od swoich rodziców, nie umiała więc okazywać ich Aurelii ani mężowi. Kochała ich, ale też jakoś bez żadnej większej czułości z jej strony. Nie znała jej i chyba nie umiała w żaden sposób przekonać się do tego, aby się tej czułości nauczyć. Uważała, że musi po prostu być dobrą żoną i wymagającą matką, która będzie dbała o to, aby jej dziecku niczego nie brakowało, aby w domu wszystko było jak należy i aby mąż nie miał powodów do narzekania. Tymczasem nic z tego jej się nie udawało, bo mąż narzekał, córka nie umiała rozwijać się tak intelektualnie, jakby matka tego chciała, a ona sama też w swoim domu czuła się chwilami jak w więzieniu. I to w takim więzieniu, które sama sobie zbudowała. Wiedziała, że w jej domu nie jest najlepiej, ale nie rozumiała, dlaczego tak jest. Przecież ona tak się starała, tak się ciągle męczyła, a mimo to nie umiała stworzyć takiej atmosfery, jaka w domu być powinna, aby chciało się do tego domu wracać. Dlatego Ewa nie wracała chętnie do domu. Chociaż w pracy też niezbyt dobrze jej się żyło i chwilami czuła się tak, jakby przechodziła z jednego więzienia do drugiego, gdy szła z domu do pracy i z powrotem. Swojej winy jednak w tym wszystkim nie dostrzegała, czy może raczej nie chciała dostrzec. Według własnej opinii robiła wszystko tak, jak należy, a to jej bliscy nie umieli tego docenić. Zwłaszcza mąż. Aurelia może jeszcze zasługuje na wyrozumiałość, w końcu to tylko głupi dzieciak, ale Eugeniusz...
Ewa powoli wyrwała się z rozmyślań i przypomniała sobie, że jej obiad zaraz będzie gotowy, a właściwie jeszcze chwila i się spali na gazie. Szybko więc ruszyła do kuchni, wyłączyła gaz i zdjęła z gazówki garnek. Chwilę później podniosła z niego pokrywkę, po czym odkryła, że zupa nie spaliła się, a nawet była w sam raz do jedzenia. Powinien więc im smakować.
- Aurelia! Chodź, obiad jest gotowy! - zawołała, kiedy nakładała do stołu.
Dziewczynka przyszła posłusznie, jednak miała na twarzy jakąś smutną minę. Widać było, że słyszała kłótnię rodziców i nie jest z niej zadowolona. Miała na swej delikatnej i słodkiej buźce wymalowany żal, który kierowała do Ewy. Ta zaś to wyczuła i poczuła się oburzona. Jakim prawem Aurelia do niej pretensje o to, co zaszło? Przecież to Eugeniusz był wszystkiemu winien, to on sprawił, że ona krzyczała, że musiała krzyczeć, aby wyrazić w pełni swoje oburzenie, a teraz ta mała obwinia ją o wszystko? To szczyt bezczelności. Poza tym, bez niej ten dom by się już dawno rozleciał na kawałki. To ona przecież sprawiała, że wszystko tutaj miało swoje miejsce i wszystko jakoś funkcjonowało. To dzięki niej mogli żyć tak, że wielu mogłoby im tylko pozazdrościć, a ta jeszcze nie jest za to wdzięczna? To już jest brak szacunku. A przecież każde dziecko powinno szanować swego rodzica i to nie tylko z powodu jego umiejętności bycia dobrym rodziców. Nie, przede wszystkim za to, że jest rodzicem, że spłodził bądź urodził i wychowuje, chociaż też równie dobrze mógłby porzucić na ulicy lub w domu dziecka. Już za samo to, że ktoś zgadza się wychowywać dziecko należy mu się szacunek od tego dziecka i tylko niewdzięczny bachor pokroju Aurelii mógł tego nie rozumieć. Ale to jest na pewno wina tego głupiego Maćka Ogorzałki. Ewa zawsze wiedziała, że coś z nim nie tak. Jego rodzice wywrotowcy siedzieli w więzieniu, on zaś jawnie okazywał jej pogardę na lekcjach, więc na pewno wsadził do głowy Aurelii takie rzeczy, z powodu których dziewczynka nie umie teraz szanować swojej własnej matki, a ta przecież zasługuje na szacunek. Zasługuje na niego, bo jest jej matką, bo się nią zajmuje od jej najmłodszych lat, bo pracuje jako nauczycielka próbująca wbić do głowy swoich tępych uczniów jakąś wiedzę. Czy to nie są wystarczające powody, aby kogoś szanować? Zresztą, co to znaczy, że trzeba mieć powody do szacunku? Człowiek, który piastuje stanowisko odpowiednie do tego, aby uznać go za jakiś autorytet w danej sprawie, jest autorytetem automatycznie, choćby z powodu tego oto stanowiska. Człowiek ten, poprzez swój urząd, staje się wręcz automatycznie dla innych ludzi autorytetem i nie musi się starać o to, aby go szanowano. Każdy go szanuje przez wzgląd na to, kim jest. A ona jest matką i nauczycielką. Czy to mało, aby cieszyć się autorytetem?
- Nie patrz na mnie takim wzrokiem - powiedziała ze złością do córki - Wiesz dobrze, że to mnie denerwuje.
- Tatusia nie ma? - zapytała Aurelia, wyraźnie lekceważąc jej słowa.
- A widzisz go tutaj? - warknęła w jej kierunku Ewa.
Wzmianka o ojcu doprowadziła ją do jeszcze większej złości, nad którą z trudem zapanowała.
- Ojciec zje na mieście. Dzisiaj zjemy sami. Siadaj i nie narzekaj. Ciesz się, że w ogóle mamy co jeść.
Po tych słowach, nalała Aurelii na talerz kilka łyżek rosołu, a potem sama go sobie też nalała. Dziewczynka usiadła przy stole, a ona obok niej i zaczęła powoli jeść. Musiała przyznać, że tym razem rosół wyszedł jej całkiem nieźle. No, może był nieco za pieprzny, ale i tak to lepiej niż za ostra pomidorowa.
- No jedz, co się patrzysz? - zapytała z lekką niechęcią Ewa.
- Nie smakuje mi - powiedziała Aurelia.
- Dlaczego?
- Bo nie ma taty. Ja bym chciała jeść z tatą.
- Mówiłam ci, że tata zje dzisiaj na mieście. Jedz i nie grymaś.
Dziewczyna zaczęła mieszać łyżką w zawartości talerza, jednak widać było aż nadto wyraźnie, że jakoś nie pali się do jedzenia.
- Jedz, co się gapisz?! - warknęła ze złością Ewa.
- Ale to jest niesmaczne - odpowiedziała Aurelia.
- To nie jedz wcale! Zdechnij z głodu najlepiej! Przynajmniej będzie wreszcie spokój w tym domu! - wrzasnęła na nią matka, nie wytrzymując nerwowo.
To mówiąc, złapała mocno talerz córki i pociągnęła go w swoją stronę tak gwałtownie, że prawie cała jego zawartość rozlała się po stole, co też oczywiście jeszcze bardziej zdenerwowało kobietę.
- I widzisz, co narobiłaś?! - wrzasnęła Ewa - Zawsze przez ciebie są tu jakieś problemy!
Aurelia poczuła, że w jej oczach szklą się łzy. Przerażona zachowaniem matki odskoczyła od stołu i pobiegła do swojego pokoju.
- AURELIA! - wrzasnęła wściekle Jedwabińska.
Poszła za córką do pokoju i zobaczyła, że dziewczynka siedzi na łóżku i dziko płacze, przyciskając mocno do piersi pluszowego pieska, swoją ulubioną maskotkę i zarazem prezent od ojca. Ten widok jeszcze bardziej rozjuszył kobietę. Ten głupi baran, jej mąż, robił same problemy, wiecznie ciągał ją na jakieś polowanie, bale i inne imprezy firmowe, córką zajmował się jak tresowaną małpką, ucząc ją jakiś głupich wierszyków na popis przed szefem i tyle ograniczało się jego ojcostwo, a mimo to Aurelia kochała go bardziej niż ją? Matkę, która codziennie starała się, aby miała wszystko, co najlepsze? To już przelało czarę goryczy.
- Aurelia, masz natychmiast wrócić do salonu i posprzątać po sobie! - rzekła spokojnym, ale stanowczym tonem.
Dziewczynka nie zareagowała na to, tylko tuliła do siebie pieska i dalej roniła łzy z oczu.
- Głucha jesteś?! Powiedziałam, że masz iść do kuchni i po sobie posprzątać! - krzyknęła Ewa na córkę.
Ta jednak znowu nie zareagowała, tylko tuliła dalej do siebie maskotkę. Tego już było dla kobiety za wiele. Podeszła do Aurelii i wyrwała jej pieska z rąk.
- Nie, zostaw! - krzyknęła przerażona dziewczynka.
Matka jednak nie miała litości dla nieposłusznego dziecka. Otworzyła okno i wyrzuciła przez nie pluszaka.
- To cię nauczy szacunku do matki! - zawołała.
Po tych słowach złapała ją za rękę i pociągnęła w kierunku salonu. Aurelia jednak wyrwała się jej i zawołała:
- NIE!
- Ty niewdzięczny bachorze! - wrzasnęła Ewa, nie panując już nad sobą - Tyle robię dla ciebie i twojego nic nie wartego ojca, a wy tak mi się odpłacacie!
- Nienawidzę cię! Krzywdzisz mnie i tatusia! - krzyknęła Aurelia.
- Ja też cię nienawidzę! Ty i twój tatuś zniszczyliście mi życie i niszczycie je cały czas! Przez was jestem nieszczęśliwa! - odkrzyknęła jej Ewa.
Aurelia poczuła, że serce jej pęka z bólu. Ruszyła biegiem w kierunku drzwi i wybiegła przez nie na korytarz. Ewa nawet nie zamierzała jej zatrzymywać. Tylko zasłoniła sobie dłonią oczy i zaczęła płakać. Załamana nie wiedziała, co ma teraz zrobić. Tyle nieszczęść na nią spadło i jeszcze ta głupia smarkula jej dokładała nowych. To się po prostu nie mieściło jej w głowie. Wszystko na nią spadało i to w tej samej chwili. Mąż i córka chyba uwzięli się na nią i postanowili ją zniszczyć. Na męża, co prawda nie miała żadnego wpływu, ale na córkę i owszem. Chciała ją wychować w taki sposób, aby szanowała rodziców, a już zwłaszcza ją. To przecież wiadomo i to nie od dziś, że stosunek dziecka do rodziców jest niezwykle ważnym elementem struktury psychicznej człowieka. A jakiż to Aurelia miała stosunek do swoich rodziców? Jedna wielka niewdzięczność, a wszystko dlatego, że ten głupi Maciek i jego starszy brat rozpieszczali tę małą zanadto i zrobili jej wodę z mózgu i przez to nie umiała ona uszanować tej jakże dla tego domu ważnej dyscypliny, którą to Ewa próbowała wprowadzić.
- Głupia smarkula... Głupia smarkula... - powtarzała ze złością.
Próbowała wytrzeć zupę ze stołu, ale kiepsko jej szło, gdyż robiła to bardzo powoli i bez pośpiechu, roniąc powoli łzy. Czekała i nasłuchiwała, czy Aurelia nie wraca, ale nie następowało to. Wracała więc stopniowo do pracy, jednak po głowie wciąż chodziły jej słowa: „Głupia smarkula. Niewdzięczny bachor”.
- Głupia smarkula. Niewdzięczny bachor! Tyle dla ciebie poświęciłam, a ty mi się tak odpłacasz?
Słowa te w głowie Ewy wypowiedział jakiś obcy głos, którego tak długo już nie słyszała, że przez chwilę nie zdołała go poznać. Po chwili jednak przypomniała sobie, do kogo on należał. Do jej matki. Do najgorszej i chyba najbardziej żałosnej kobiety, jaka kiedykolwiek chodziła po tej ziemi.
- Tyle dla ciebie poświęciłam, a ty mi się tak odpłacasz?! - krzyczała ona do małej Ewy, która stała przed nią załamana, przyciskając mocno do piersi swojego pluszowego króliczka - Jak mogłaś mi zrobić coś takiego? Jak mogłaś zadzwonić na milicję?!
- Ale mamusiu, przecież on cię bił! - odpowiedziała załamanym głosem Ewa, łykając własne łzy, ściekające jej strumieniami po policzkach.
- Wcale nie! Może raz, bo się na niego pyskowałam! Ale to nie znaczy, że ty masz prawo robić mi takie rzeczy! Chcesz, żeby sąsiedzi wytykali nas palcami?! Chcesz, żebym stała się pośmiewiskiem?! W naszej rodzinie nikt nigdy nie miał problemów z prawem! Zniszczyłaś nas, głupia mała suko!
Ewa doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że matka miała rację. Przecież ojciec wiele razy już pił i wracał do domu pijany. Nie było w tym niczego takiego, co by kwalifikowało się pod paragraf. Nawet to, że często wtedy kłócił się z mamą i ją parę razy uderzył, choć przykre, nie było wcale czymś niezwykłym. Ewa miała takie widoki bardzo często w domu. Mimo to, tym razem z jakiegoś powodu nie była w stanie wytrzymać. Zadzwoniła na milicję. Mama oczywiście, kiedy tylko się funkcjonariusze zjawili, zaprzeczyła wszystkiemu i twierdziła, że nikt jej wcale nie uderzył, a ta mała suka, jej córka, po prostu kłamie, bo tatuś odmówił pójścia z nią do kina na jakąś bajkę o Bolku i Lolku. Milicja jednak nie uwierzyła w to, a już zwłaszcza po tym, jak zobaczyli pijanego ojca Ewy, który patrzył na nich wściekle i gdy chcieli go przesłuchać, rzucił się na nich z pięściami. To wszystko sprawiło, że został aresztowany, a matka miała o to żal do Ewy.
- Przez ciebie teraz nie będzie ojca w domu, bo czeka go proces i na pewno go skażą! Tego chciałaś?! Pomyślałaś o tym przez chwilę, ty tępy tłuku?!
Ewa nic nie odpowiedziała, tylko tuliła do siebie maskotkę. Matka, widząc to, wyrwała jej pluszowego króliczka z rąk i powiedziała:
- Dość tego. Teraz będziesz miała nauczkę na przyszłość, żeby nie wtrącać się w sprawy dorosłych.
I ku przerażeniu Ewy, wrzuciła maskotkę do kominka, w którym właśnie się palił ogień. Dziewczynka krzyknęła przerażona i próbowała ratować pluszaka, ale matka złapała ją za rękę i dała jej w twarz z całej siły.
- Nie waż się go dotykać. Nie będziesz miała więcej żadnych maskotek! Sama tego chciałaś! Pora rozpocząć dorosłe życie! Byłaś na tyle dorosła, aby dzwonić na milicję, to teraz idziesz na komisariat i odszczekasz to wszystko! A jak nie, to nie masz tu już czego szukać!
Ewa popatrzyła na nią załamana, a potem rzuciła wzrokiem w kierunku już resztek swego pluszaka, które powoli trawił ogień. Czuła, że w tamtej chwili cały świat się jej zawalił.
Oczywiście odwołanie zeznań córki nic nie dało. Ojciec Ewy poszedł mimo wszystko do więzienia za przemoc domową oraz napaść na funkcjonariuszy milicji obywatelskiej. Matka znienawidziła po tym córkę, co jakiś czas powtarzając jej te brutalne słowa:
- I widzisz, co narobiłaś? Zawsze są tu przez ciebie jakieś problemy!
Ojciec oczywiście wrócił z więzienia, ale nie zamierzał utrzymywać kontaktu z rodziną. Obwiniał ich za wszystko, co się stało. Żonę, że go sprowokowała do tego, aby ją uderzył, a córkę, że zadzwoniła na milicję, gdy to zobaczyła. Siebie nie obwiniał o nic. Bo cóż w tym niby takiego, że wypił sobie i uderzył tę głupią babę, gdy się na niego pyskowała? Zasłużyła sobie na to. Bo on ma prawo pić, ile tylko chce, a ona nie ma prawa mu tego odmawiać. A w ogóle, to one są na jego łasce i się ośmielają na milicję go podawać? Przez nie siedział w więzieniu. Nie zasłużył na taki los. Musiał je więc ukarać. I odszedł. Matka zaś po tym wszystkim załamała się i próbowała go odzyskać, bezskutecznie. Obwiniała o wszystko Ewę. Ukarała ją w dotkliwy sposób. Nigdy więcej się do niej nie odezwała. Może tylko od czasu do czasu, gdy podawała jej posiłek lub gdy poczuła ochotę na to, aby na nią sobie ponarzekać. Robiła to jednak rzadko. Więcej bowiem karała ją swoim milczeniem i udawaniem, że jej nie widzi. Dawała jej jedzenie, kupowała nowe ciuchy, ale też nie robiła nic innego. Zaspokajała podstawowe potrzeby dziecka tylko z powodu jakiegoś poczucia odpowiedzialności i niczego innego. Ewa to czuła i zrozumiała, że jest zdana tylko na siebie.
Teraz też była zdana. Powróciła ze świata wspomnień do teraźniejszości, ale głos matki jeszcze przez długi czas ją dręczył i nie dawał spokoju. Ewa skończyła wycierać ze stołu plamę po rosole i poszła wymyć ręcznik, którego użyła do tej czynności. Robią to, niechcący zraniła się w rękę. Poszła więc do łazienki, aby tam opatrzyć ją sobie za pomocą domowej apteczki. Gdy to robiła, spojrzała w lustro, ale zamiast zobaczyć swojego odbicia, zobaczyła odbicie twarzy swojej matki, która powiedziała do niej:
- I jak ci się żyje, stając się tym, co nienawidzisz? Jesteś teraz mną, córeczko. Stałaś się taka, jak ja. Moja zemsta się dokonała. Poczujesz teraz, jak to jest stracić kogoś, kogo kochasz.
- Ja nie jestem tobą - wyszeptała ze złością Ewa - Ja nie jestem tobą, słyszysz mnie?! JA NIE JESTEM TOBĄ!
Ostatnie słowa wywrzeszczała, a wówczas ocknęła się z tego amoku, w który popadła i zorientowała się, że w lustrze widzi jedynie własne odbicie. Wszystko, co widziała i słyszała przed chwilą, było tylko złudzeniem, któremu ona uległa, a to przez ten stres, w który wpędziła ją ta głupia smarkula. Już ona jej pokaże, jak tylko wróci do domu. A na razie musi wziąć coś na uspokojenie.
Jak postanowiła, tak zrobiła i wzięła kilka leków, aby ukoić swoje nerwy, co nastąpiło w ciągu najbliższej godziny. Spędziła ją w swoim pokoju, leżąc i chyba nawet przysypiając. Kiedy się w końcu ocknęła, było już po wszystkim. Nerwy się jej uspokoiły, a ona sama poczuła się znacznie silniejsza. Niestety, Aurelii wciąż nie było w domu. Ewa dopiero teraz wówczas się z tego powodu niepokoić. Co prawda córka ją strasznie zdenerwowała, ale to nie oznaczało przecież, że życzyła jej źle. Poczuła więc, że musi ją odnaleźć, a potem przykładnie ukarać za to, iż doprowadziła ją do takiego stanu.
W głębi serca wiedziała, że nie Aurelia jest winna temu, co się stało, jednak jej duma osobista, połączona ze strachem przed tym, co zobaczyła w formie wizji lustrzanej, sprawiła, iż nie była w stanie się do tego przyznać. Wypierała swoją winę w tej sprawie przed samą sobą, próbując za wszelką cenę nie dopuścić do siebie tego, co zobaczyła w lustrze z powodu nerwów. Tego, że stała się własną matką. A nawet gorzej, stała się mieszanką obojga swoich rodziców. Każda inna osoba na jej miejscu zrozumiałaby to od razu, ale nie Ewa Jedwabińska. Ona tak bardzo bała się takiej możliwości, iż gotowa była temu zaprzeczać do końca życia. Strach, lęk, czy może raczej paniczna obawa o to, że jej matka zemściła się na niej w ten sposób, iż uczyniła z niej swoją własną kopię był zbyt wielki, żeby Ewcia Sopel mogła przyjąć do wiadomości ten oczywisty fakt. Należała do tych ludzi, którzy w obliczu tragedii, którą sami spowodowali, wypierają tę świadomość z własnego umysłu i gotowi są obwiniać o swoje problemy praktycznie cały świat, tylko nie siebie samych. Choć w głębi serca nawet takie osoby dobrze wiedzą, że jest inaczej, jednak nigdy nie chcą dopuścić tego głosu rozsądku do siebie i wolą wymyślać najbardziej nawet fantazyjnie wyjaśnienia na uzasadnienie tego, co ich spotkało. Bo przecież, gdyby to zrobiły, oznaczałoby to porażkę. Oznaczałoby to, że są słabe i że muszą coś w swoim życiu naprawić. Że są winne. A przecież one nie są niczemu winne. Biedne i skrzywdzone ofiary swoich złych rodziców, czy mogą być winne tego, że stają się dokładnie tym samym, co ich rodzice, jeśli nie podejmują odpowiednich działań w tym kierunku? Czy mogą ponosić winę za to, że nakręcają tę spiralę nienawiści i bólu emocjonalnego, przekazywanych sobie z pokolenia na pokolenie? Czy można ich winić za to, że nie umieją lub nie chcą przyznać, że mają problem i z nim walczyć? Czy to wreszcie ich wina, że nie znają innego sposobu życia i mimowolnie zmierzają w kierunku, w którym stają się tym, co kiedyś sami nienawidzili? Przecież tak już po prostu jest na tym świecie. Siejesz wiatr, burzę zbierasz. Taka kolej rzeczy. I nic tu nie ma do rzeczy wolna wola. Przeznaczenie nieuchronnie kieruje takich ludzki ku zagładzie, ale nie można ich o to winić, czyż nie? W końcu żaden z nich nie miał wyboru i musiał podążać za swoim fatum, prawda?
Tak właśnie rozumowała Ewa Jedwabińska, dlatego nie zrozumiała tego, jak bardzo cierpi i jak bardzo jest to spowodowane jedynie jej własną decyzją o tym, aby zmierzać w kierunku wyznaczonym przez znienawidzoną matkę. Nie mogła tego pojąć, gdyż jako perfekcjonistka dumna z siebie nie umiała powiedzieć sobie nigdy, że popełniła błąd. Może czasami, ale w wyjątkowych sytuacjach i tylko na krótką chwilę. Bo wszak błąd oznacza słabość i niedoskonałość, a ona musiała być silna i doskonała, bo tylko tacy ludzie mogą przetrwać na świecie. A ona chciała przetrwać za wszelką cenę. Dlatego też postanowiła odnaleźć Aurelię, a potem ją przykładnie ukarać za ucieczkę z domu i za nerwy, do jakich doprowadziła swoją kochającą i ciężko pracującą matkę.
Kiedy to się wszystko działo, Aurelia wybiegła z domu i poszukała swojego pluszowego pieska. Nie wiedziała dokładnie, pod którym oknem się znajduje, bo nie wiedziała, bo nie umiała poznać, które okno należy do jej pokoju. Była także obawa, że piesek się nie uchował, ponieważ ktoś go podniósł z ziemi i zabrał, tak jednak się nie stało i dziewczynka znalazła swoją maskotkę. Ledwie to zrobiła, a od razu z radością przycisnęła ją do serca i uśmiechnęła się.
- Nie bój się, piesku. Nikt już nas nie skrzywdzi - powiedziała czule.
Po tych słowach, pomyślała o tym, co powinna teraz zrobić. Nie wiedziała, co ma zrobić. Do domu nie chciała wracać, dlatego zamiast tego poszła w kierunku Roosevelta 5, mając przy tym nadzieję, że zastanie w kamienicy kogoś, kto jest jej przyjacielem. Po drodze zobaczyła Sławka Lewandowskiego, jak rozmawia z Idą. Oboje chyba się sprzeczali, a dziewczynka stała w pewnej odległości od nich, aby im nie przeszkadzać.
- Ida, posłuchaj mnie. Nie rozumiem, dlaczego tak mnie traktujesz - mówił do dziewczyny Sławek.
- Ty nie rozumiesz wielu rzeczy, więc chyba trzeba ci to wyjaśnić wprost - odparła na to Ida - Musisz więc zrozumieć, że ja nie mam zamiaru deklarować ci niczego. Jestem wolną osobą i mogę się spotykać, z kim tylko chcę.
- Rozumiem cię, ale jak się jest w związku...
Ida parsknęła śmiechem, słysząc to.
- W związku? W jakim znowu związku? Sławek, pomyśl tylko przez chwilę. To, że ty i ja jesteśmy w związku, przecież wcale nie oznacza, że mam rezygnować z życia towarzyskiego. Poza tym, o co ci chodzi? W związku trzeba nie tylko brać, ale i dawać. A co ty mi dajesz, co? Jesteś tylko synem motorniczego, który nie ma przed sobą większych perspektyw, niż pójście w ślady tatusia.
- Jakoś ci to nie przeszkadzało, kiedy szłaś ze mną do łóżka - rzekł wyraźnie oburzony jej słowami Sławek.
- Bo do tych spraw, to wcale to nie przeszkadza. Ale w zakładaniu wspólnego gniazdka, to i owszem - odpowiedziała Ida.
- A więc rozumiem, że ja nie nadaję się do zakładania wspólnego gniazdka?
- Nadajesz się, ale nie dla mnie. W każdym razie jeszcze nie teraz. Może jak się kiedyś wybijesz, to wtedy będziemy mogli sobie planować wspólne życie. Ale jeszcze nie teraz. Bo teraz się liczy to, co jest tu i teraz. Czyli jest nam ze sobą dobrze i ciesz się tym. Ale nie obiecuj sobie po przyszłości zbyt wiele, jeżeli nie chcesz mieć większych ambicji niż te, które masz.
- Ale ja mam ambicje, tylko nieco innego rodzaju niż ty.
- Wielka mi ambicja. Motorniczy w tramwaju. Każdy głupek może nim być.
- Uważaj na słowa, dobra?! Mój ojciec nie jest żadnym głupkiem.
- Dobra, przepraszam. Twój ojciec nim nie jest, ale mimo wszystko jakoś nie ma większych ambicji, prawda? I żyjecie jak żyjecie.
- No, jak niby żyjemy?
- Biednie.
- Wy też nie jesteście specjalnie bogaci.
- Ale jesteśmy bogaci duchowo i intelektualnie. Poza tym mamy ambicje. Ja w każdym razie je mam. Kiedyś będę sławnym lekarzem, będą się u mnie leczyć same znakomitości i co? Mam mieć za męża zwykłego motorniczego? Ty wiesz w ogóle, jak to brzmi?
- No, jak to brzmi?
- Żałośnie. Zrozum, Sławek, nic do ciebie nie mam, ale musisz zrozumieć, że ty i ja jesteśmy z dwóch różnych światów. My po prostu do siebie nie pasujemy. To znaczy teraz pasujemy, ale na przyszłość nie.
Sławek patrzył na Idę oburzony, jak na idiotkę.
- Teraz pasujemy, a na przyszłość nie? Ty wiesz, jak to brzmi? Ty wiesz, jak głupio teraz brzmisz?
Ida spojrzała na niego buńczucznie i powiedziała ze złością:
- A co? Nie mam prawa mieć swoich planów na przyszłość? Myślisz, że chcę wieść takie życie, jakie wiodą moi rodzice? Nie jest może źle, ale ja chcę czegoś więcej i mam do tego prawo, a ty nie będziesz tego krytykować.
- Rozumiem więc, że twoje marzenia są w porządku, ale moje to już nie, tak? - spytał ze złością Sławek.
- Twoje marzenia i ambicje są proste. Moje są wielkie. Dlatego nie możemy się w tej kwestii dogadać. Chyba, że któreś z nas zmieni swoje priorytety. A tym kimś na pewno nie będę to ja.
- Ja również. Lubię swoje życie takie, jakie jest.
- Więc musisz zaakceptować to, że nie stworzę z tobą poważnego związku, z którego wyjdzie potem miłość, ślub i dzieci. Możesz na to liczyć tylko wtedy, jeśli będziesz bardziej ambitny. W innym przypadku nie licz na mnie.
- Doprawdy? - Sławek popatrzył na nią ze złością w oczach - Wobec tego, co możesz mi zaproponować, co?
- Związek bez żadnych zobowiązań na przyszłość.
- To dla mnie za mało.
- To twój problem.
- Nie, twój także.
- Ja nie widzę żadnego problemu.
- To może zacznij nosić okulary?
- Sam lepiej je załóż i zobacz, jakim idiotą jesteś. I przestań robić problemy, tylko się ubierz ładnie, bo dzisiaj jest impreza u Dmuchawca. Chcę iść z tobą, bo nie mam ochoty iść sama. Muszę w końcu z kimś tańczyć, prawda? Więc się nieco wysil i ubierz elegancko, żeby nie przynieść mi wstydu.
Po tych słowach, Ida lekko się pochyliła i pocałowała Sławka w policzek, po czym poszła w swoją stronę. Sam Sławek zaś załamany jęknął i poczuł, że nie wie, co ma teraz zrobić. Dziewczyna zraniła jego uczucia i w ogóle tego nie zrozumiała. Załamany poszedł w kierunku miejsca, gdzie stały ławki i usiadł na jednej z nich, po czym pogrążył się we własnych myślach. Nie wiedział, że obserwuje go cały czas Aurelia, która teraz poczuła, że musi interweniować. Podeszła więc do niego i zapytała delikatnie:
- Wolne?
Sławek spojrzał na nią zdumiony i pokiwał lekko głową. Dziewczynka zaś zadowolona usiadła na ławce obok niego, przyjrzała mu się bardzo uważnie, przez chwilę nic nie mówiąc, a potem spytała:
- Ida jest denerwująca, prawda?
- Widziałaś? - zdziwił się Sławek.
- Widziałam. Czemu tak ją lubisz?
Chłopak pomyślał przez chwilę. Nie wiedział, co ma odpowiedzieć, bo jakby nie patrzeć, coraz mniej pozytywów dostrzegał w osobie Idy Borejko. Była ona bardzo piękna, miała zgrabne ciało, była dobra w łóżku, dodatkowo jeszcze miała naprawdę ogromną wiedzę i umiała mądrze się wysławiać. Niestety, posiadała też dosyć trudny charakter, była nerwowa i dość wredna. Łatwo się złościła i potrafiła niekiedy z byle powodu się obrazić. Wcześniej jednak nie zwracał na to większej uwagi, gdyż jej zalety przyćmiewały jej wady, ale teraz widział je coraz bardziej wyraźnie i czuł, że chyba rzeczywiście oboje do siebie nie pasują. Pomijając tu już oczywiście te wszystkie wady i zarzuty wobec niej, przede wszystkim miała zbyt wybujałe ambicje, które spowodowały, iż była dosyć pogardliwie nastawiona do tych, którzy nie podzielali ich. No i była nazbyt nowoczesna. Nie, żeby mu ta oto nowoczesność przeszkadzała w łóżku, ale poza nim raczej chyba niewiele ich ze sobą łączyło.
- Wiesz, Ida jest całkiem bystra i ładna - zaczął mówić Sławek - No i jeszcze jest też dość mądra, a także...
- Jest wredna - dokończyła za niego Aurelia.
- Tak, trochę tak.
- I kłótliwa.
- To też.
- To po co się z nią zadajesz?
- Bo się w niej zakochałem i liczyłem, że się zmieni.
- Ale się nie zmieniła.
Sławek pokręcił przecząco głową i odpowiedział:
- Nie, nie zmieniła. I w tym problem. Mówi, że w miłości trzeba dawać i brać. Ale obawiam się, że ona uwielbia brać wszystko i dawać w zamian bardzo mało.
- To może ją rzuć? Mało jest fajnych dziewczyn? Kreska jest fajna, Gabrysia jest fajna, jej siostry są fajne.
- Tak, one wszystkie są fajne, ale one wszystkie to nie Ida.
- To chyba dobrze, prawda? Inaczej by się tylko kłóciły ze sobą i byłby z tego straszny hałas.
Sławek parsknął śmiechem. Sposób myślenia dziewczynki czasami naprawdę rozbrajał, nawet osobę ponurą i poważną, jaką on właśnie był.
- Tak, masz rację. Może to i lepiej, że Ida jest tylko jedna jedyna.
- Bardzo dobrze. Ale chciałbyś mieć taką żonę?
- Wiesz, teraz to już sam nie wiem. Chyba jednak nie. Ciągle byśmy się tylko ze sobą kłócili.
- Tak, a kłótnie są głupie - powiedziała Aurelia, mając wciąż w pamięci swoją kłótnię z mamą, a także kłótnię swoich rodziców.
- Masz rację. Kłótnie są głupie i nie warto na nie tracić życia, bo przez nie są tylko cierpienie i łzy - potwierdził Sławek.
- Tak. Zwłaszcza łzy.
- Właśnie. Wiesz, pan profesor Dmuchawiec będzie dzisiaj urządzał zabawę. Pójdziesz tam?
- Nie, muszę iść na obiadek.
- Ale możesz iść po obiadku.
- Chyba tak.
- To co? Dołączysz potem do nas?
- Może.
Sławek uśmiechnął się delikatnie do dziewczynki i pogłaskał ją lekko dłonią po głowie, po czym ruszył w kierunku kamienicy na ulicy Roosevelta 5. Aurelia zaś siedziała jeszcze jakiś czas na ławce, a potem wstała i poszła w swoją stronę. Nie jadła rosołu, więc teraz poczuła się głodna i musiała jakoś nasycić swój głód. Miała nadzieję, że niedługo tego dokona.

3 komentarze:

  1. "Nigdy cię nie zdradziłem i chyba to był mój błąd". Kultowy cytat z kultowego filmu "Kogel Mogel".
    W sumie żal mi się zrobiło Ewci Sopel, że prześladują ją traumy z dzieciństwa.
    Agresja rodzi agresję, ale zawsze jest szansa na wyrwanie się z piekielnego kręgu. Musi przepracować traumy z dzieciństwa, aby móc zacząć prawdziwe życie. Nie będzie wolne od bólu, ale na pewno będzie lepsze i bardziej świadome.
    Zadziorna Ida wygląda obłędnie, ale nie umie docenić tego, że jej chłopak jest bogaty duchowo i wewnętrznie.
    Strasznie to była przejmująca scena, jak Aurelia przytulała do siebie pluszowego pieska.
    Sławek to porządny chłopak, wyobraziłam go sobie z rysami Rafała Mroczka.
    Ta kłótnia Sławka i Idy przypomina mi, jak Wiedłocha mówiła, że jej serialowy maż Mroczek ma mało ambicji, bo pracuję w barze i mamona nie jest jego bożkiem najważniejszym. Wolał pracę w knajpie, gdzie miał grono zaufanych przyjaciół.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli miałabym wybrać najlepszy rozdział w tej powieści, to zdecydowanie wybrałabym ten. Jest po prostu genialny. Tyle się w nim czai emocji, tyle uczuć, tyle akcji psychologicznej. Po prostu perełka. I wreszcie rozumiemy, czemu Ewa jest taka, jaka jest i jaki ma problem. Sęk w tym, że ona sama tego problemu jeszcze nie widzi. Musi się więc postarać, inaczej straci bliskich na zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział rzeczywiście, zgodnie z zapowiedzią, dość poważny i zarazem nieco smutny, bo poznajemy kulisy i przyczyny ucieczki Aurelii z domu. Okazuje się, że przed jej ucieczką rodzice dziewczynki pokłócili się o to, że pan Jedwabiński ze zbyt wielkim zainteresowaniem przyglądał się żonie szefa (notabene, kobiecie z dość dużym biustem), przez co jego własna żona sugeruje mu, że ten z pewnością chce ją z nią zdradzić. Mężczyzna ma serdecznie dosyć takich insynuacji (całkiem słusznie zresztą) i wychodzi z domu, zjeść obiad na mieście. Aurelia i Ewa Jedwabińskie jedzą obiad we dwie, jednak nie odbywa się on w rodzinnej ciepłej atmosferze, tylko w atmosferze pełnej kłótni i wzajemnych pretensji. Dziewczynka nie chce jeść obiadu, gdyż jej ojca nie ma w domu, co jeszcze bardziej denerwuje matkę, która wciąż wyżywa się na córce i wylewa na nią swoje żale oraz pretensje i obwinia ją o wszystkie niepowodzenia w swoim życiu. Gdy dziewczynka z płaczem biegnie do swojego pokoju i tam tuli swojego pluszowego pieska (notabene prezent od ojca), niewzruszona niczym matka idzie do niej i każe jej posprzątać bałagan w kuchni (który zresztą ona sama narobiła, wyrywając córce talerz z rosołem). Kiedy jednak dziewczynka nie reaguje, ta chwyta zabawkę dziewczynki i wyrzuca ją przez okno, co powoduje, że bardzo smutna Aurelia wybiega z mieszkania w poszukiwaniu pluszaka, co jeszcze bardziej denerwuje kobietę. Dowiadujemy się przy tej okazji, że matka Aurelii funduje dziewczynce to samo, co zafundowała jej samej matka, gdy ta była dzieckiem. Ojciec Ewy był alkoholikiem, który bił swoją żonę. Jedną z awantur widziała mała Ewa, która zadzwoniła na milicję, by ta aresztowała jej ojca, do czego doszło. Matka za karę spaliła jej ulubioną pluszankę w kominku i zapowiedziała, że więcej nie da jej żadnej zabawki. Sprawę pogorszyło oczywiście skazanie ojca na karę więzienia, po której nie utrzymywał on już kontaktów ze swoją rodziną, za co matka Ewy jeszcze bardziej obwiniała córkę. I coś podobnego dzieje się teraz, Ewa bowiem nie zauważa, że podobne piekło jakie miała w życiu, teraz sama zaczyna tworzyć w swojej rodzinie, której nie potrafi okazać swoich uczuć, gdyż sama w dzieciństwie ich nie zaznała.
    Tymczasem mała Aurelia wychodzi z kamienicy i odnajduje swoją pluszankę, po czym kieruje się w kierunku kamienicy na ulicy Roosevelta 5, gdzie jest świadkiem rozmowy, a raczej sprzeczki, Sławka z Idą o jej wierność. Chłopak chce, by dziewczyna była mu wierna, a przemądrzała Ida uważa, że ona może spotykać się z kim chce, a związek ze Sławkiem można powiedzieć jest tylko na chwilę i trochę na pokaz, gdyż ojciec chłopaka jest "zwykłym motorniczym tramwaju", przez co ma się wrażenie, że Ida postrzega chłopaka jako partnera, który jest dla niej zbyt głupi. Sławek trochę nie umie się jej postawić, bo kocha dziewczynę. Ale mam wrażenie, że w końcu skończy mu się cierpliwość. Zwłaszcza po rozmowie z Aurelią, która otwiera mu oczy na to, jaka naprawdę jest Ida, że jest ona osobą, która bardzo dużo bierze od drugiego człowieka, ale sama z siebie bardzo mało daje. Po tej rozmowie Aurelia i Sławek rozdzielają się, a dziewczynka idzie szukać czegoś do jedzenia.
    Rozdział bardzo mi się podobał, chociaż był nieco smutny, jednak zdecydowanie wart tego, aby na niego czekać. Mam nadzieję, że ucieczka Aurelii z domu sprawi, że Ewcia Sopel zmieni swoje nastawienie do swojej rodziny. Z radością przeczytam kolejny rozdział, na który będę cierpliwie czekać. :)

    OdpowiedzUsuń

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...