Kreska szła powoli przez ulicę, pogrążona we własnych myślach. Nie miała pojęcia, co zrobić po powrocie do domu, aby przestać myśleć o temacie, który ją tak smucił, a którym była osoba jej serdecznego kolegi, Maćka Ogorzałki. Chłopak bardzo ją zranił, chociaż nie miał oczywiście o tym zielonego pojęcia i nie zrobił tego specjalnie. Rzecz jasna, nie miało to najmniejszego znaczenia dla dziewczyny. Przecież ona bardzo go kochała, była w nim zakochana od pierwszej chwili, w której go zobaczyła, a on nie umiał tego dostrzec. Chociaż z drugiej strony, czy tak naprawdę była to jego wina i należało go za to potępiać? W końcu to ona od tego czasu, kiedy go poznała, zrobiła praktycznie wszystko, aby nie zobaczył w niej atrakcyjnej i romantycznej panny, która jest w nim beznadziejnie zakochana.
Wszystko zaczęło się tego dnia, kiedy przyszła pierwszy raz do tej szkoły, do której chodziła obecnie i w której kiedyś uczył jej dziadek. Jej rodzice nie żyli, dziadek wziął ją pod opiekę, a ona zamieszkała z nim w Poznaniu i oczywiście poszła do nowej szkoły. Tam też poznała Maćka. Upuściła coś na ziemię, już nie pamiętała, co to takiego było. Chyba sterta zeszytów i książek jednocześnie. Nie mogła jednak powiedzieć z całą pewnością, czy to było to. Wiedziała jednak i to bez żadnych wątpliwości, że właśnie Maciek pomógł jej zebrać to wszystko, a na dodatek okazało się, iż to z nim miała dzielić ławkę. Wówczas jej całe życie się całkowicie zmieniło. Serce mocno jej zabiło, nogi zadrżały, a do tego przez chwilę nie umiała się przy nim porządnie wysłowić. On był taki uroczy, sympatyczny oraz przystojny, przypominał jej z wyglądu młodego Daniela Olbrychskiego, chociaż nie był blondynem. Ale przecież Olbrychski nie był w każdym filmie blondynem, choćby w „Potopie”, gdzie miał włosy akurat takie, jak Maciek. W sumie, to ten chłopak ze wszystkich ról pana Daniela, najbardziej przypominał Kmicica. Miał w sobie coś dzikiego, pewnego siebie, zadziornego, ale też wrażliwego i dobrego. To wszystko sprawiało, że Kreska z góry stwierdziła, że u kogo jak u kogo, ale u niego na pewno nie ma żadnych szans. Dlatego też postanowiła nie zdobywać jego serca, a po prostu być mu przyjaciółką. Aby jednak całkowicie pozbyć się nadziei, robiła wszystko, żeby Maćkowi nawet do głowy nie przyszło się w niej zakochać. Z tego też powodu mówiła do niego tak, jakby mówił kumpel płci męskiej, jakby widziała w nim tylko i wyłącznie dobrego kolegę i nic poza tym. Czasami zdawała sobie sprawę, iż jej słownictwo pozostawia naprawdę wiele do życzenia i zakrawa o wulgarność, ale przecież wiedziała, że Maciek nigdy by się nią nie zainteresował, więc po co miała się o to starać, aby wywrzeć na nim jak najlepsze wrażenie? A zresztą dzisiaj miała najlepszy dowód na to, że Maciek nigdy jej nie pokocha. Ten dowód nazywał się Matylda Stągiewka. Ładna, wysoka, zgrabna oraz bogata, jej rodzice należeli do partii, jeździli raz do roku na wakacje do Bułgarii, no i mieli praktycznie wszystko. A ona mogła mieć każdego chłopaka, a uparła się na Maćka. I nic dziwnego, najładniejszy chłopak w całej klasie. Jak tu go nie kochać? I jak tu liczyć na jego względy, będąc taką nic nie wartą Kreską?
Z tych rozmyślań wyrwał dziewczynę dzwonek roweru. O mało nie wpadła na jakiegoś rowerzystę, który zatrzymał się o kilka centymetrów przed nią. Był to Jerzy Lelujka, jej kolega z klasy. Jak zwykle ubrany lekko i mało gustownie, bo chociaż jego rodzice nie byli biedni, on sam nie dbał o swój wygląd i po prostu był sobą, czyli nad wyraz spokojnym o swoją przyszłość chłopakiem. Bardzo z siebie zadowolony, wiecznie uśmiechnięty i zabawny, miał w szkolę opinię łobuza, choć sympatycznego. Szczególnie lubił on dokuczać nauczycielce Ewie Jedwabińskiej, którą uważał za głupią, starą krowę bez poczucia humoru. Dodatkowo też nie był on typem kogoś, kto traktowałby relacje z kimkolwiek na poważnie, a zwłaszcza z dziewczyną.
- Panienka uważa, bo panienkę przejadę - powiedział Lelujka.
- Przepraszam, zamyśliłam się - odpowiedziała mu Kreska.
Chłopak spojrzał na nią z zainteresowaniem i rozpoznał koleżankę ze szkoły. Lekko oblizał sobie wówczas wargi, poprawił palcem kąciki ust i zapytał:
- Na spacerek?
- Nie, na grzyby, wiesz? - rzuciła ze złością Kreska, domyślając się, że koleś próbuje ją właśnie poderwać, na co ona nie miała najmniejszej ochoty.
- To może razem? Przez lasy, łąki, rzeki, morza, góry, cały świat? We dwoje do końca życia? Co ty na to?
Kreska wzięła się pod boki i spojrzała na Lelujkę z ironią w oczach.
- Wybacz, ale czy ja wyglądam na taką, która chce być poderwana?
Lelujka zniechęcił się, słysząc te słowa. Nigdy nie lubił wyzwań i jakoś nie umiał im podołać. Nie, żeby mu się chciało.
- Nie, wyglądasz raczej na taką, co to chce do końca życia być starą panną.
- No i tego się trzymaj - rzuciła złośliwie Kreska i poszła przed siebie.
Lelujka zaklął ze złości i zapytał:
- Nie no, co ja źle robię, co?
- Może po prostu przeklinasz przy dziewczynach? Wiesz, one bardzo nie lubią chamstwa - rzuciła Kreska w jego stronę i odeszła.
Chwilę później weszła do kamienicy na ulicy Roosevelta 5, potem zaś szybko odnalazła swoje mieszkanie, otworzyła drzwi i wkroczyła do niego. Z mieszkania dobiegał dźwięk gramofonu, co oznaczało, że dziadek jest w środku. Znowu sobie słuchał piosenek z czasów, gdy był młodszy i przystojniejszy, jak to sam określał żartobliwym tonem.
- Dziadku, wróciłam! - zawołała Kreska, próbując przekrzyczeć gramofon.
Przez chwilę nie usłyszała odpowiedzi, ale potem dziadek zawołał do niej ze swojego pokoju:
- Nie musisz krzyczeć, dziecinko. Słyszałem, że wchodzisz.
- Słyszałeś? Mimo tych piosenek? Ciekawe - zachichotała Kreska, zdejmując z siebie letni płaszczyk i wieszając go na wieszaku niedaleko drzwi - A skąd w ogóle wiedziałeś, że to ja? A gdyby to był złodziej?
- Złodziej? U nas? I niby co mógłby tutaj ukraść? Bidę z nędzą, którą nas z Polski pędzą? - zażartował sobie dziadek.
Płyta przestała grać, a dziadek podszedł do gramofonu, aby zmienić jej stronę. Wtedy Kreska weszła do pokoju i z uśmiechem zaczęła przyglądać się temu jakże wesołemu osobnikowi, który swego czasu był najsłynniejszym polonistą w całym Poznaniu. Dziś niewiele pozostało z tego energicznego niegdyś człowieka, który miał tak wiele niekonwencjonalnych pomysłów nauczania, a które to pomysły mu zjednywały serca uczniów. Był to teraz wysoki, starszy pan o siwych włosach, bez zarostu, z lekkimi plamami na dłoniach, chodzący powoli, ale wciąż jeszcze z taką pewnością, która zawsze go charakteryzowała. Pewnością i godnością zarazem.
- Znowu słuchasz Trubadurów? - zapytała Kreska z lekkim politowaniem w głosie - Albo oni, albo muzyka klasyczna i arie operowe. Naprawdę nie znudził ci się ten powtarzający się repertuar?
- Dobre nigdy się nie nudzi, kochanie - odpowiedział profesor Dmuchawiec, powoli zmieniając płytę w gramofonie - Poza tym to klasyka, a klasyka jest piękna i to przez całą wieczność.
- Tak, ale sąsiedzi chyba mają dosyć tej klasyki.
- Sąsiedzi nie słyszą, jak gram. Chyba, że otworzę okno.
- Mógłbyś otworzyć. Duszno tu jest.
- Wolę nie, jeszcze się zaziębię. Organizm już nie ten sam, co kiedyś. A co do tych piosenek, to nie zapominaj, że przypominają mi one o czasach, kiedy byłem jeszcze piękny i młody, czyli bardzo dawnymi, bo teraz jestem tylko piękny.
Kreska uśmiechnęła się do niego, rozbawiona tym stwierdzeniem i dodała:
- Jak twoje serce, dziadku?
- W porządku. Jakoś się żyje. Do grobu się jeszcze nie kładę, jeśli o to pytasz.
- Nie o to mi chodzi. Po prostu chciałabym, żebyś żył jak najdłużej.
Dmuchawiec spojrzał na wnuczkę zasmuconym wzrokiem, jakby usłyszał od niej coś, co go bardzo przygnębiło.
- Nie życz mi tego, kochanie. Nie życz mi, abym żył jak najdłużej. Bo inaczej jeszcze przeżyję wszystkich i będę żył nawet wtedy, kiedy wszyscy, których tak bardzo kocham umrą, a ja zostanę na tym świecie sam. Uwierz mi, nie byłoby to dla mnie miłe. Życz mi jedynie tego, abym pożył na tyle długo, abym doczekał się od ciebie prawnuków.
Kreska zarumieniła się lekko na wzmiankę o prawnukach i odparła:
- Do tego jeszcze mi daleko, dziadku.
- Wiem o tym, ale spokojnie. Kiedyś się ich doczekasz, a ja jedyne, czego chcę w kwestii życia, to dożyć tej chwili i cieszyć się nią wraz z tobą.
- Dziadku, wątpię, żebym miała kiedykolwiek dzieci.
- Dlaczego? - zdziwił się Dmuchawiec.
- Do tego trzeba wyjść za mąż za odpowiedniego faceta, a ja przecież takiego nie spotkałam i raczej nie spotkam - odpowiedziała Kreska po chwili milczenia.
- Nie wiadomo, słońce. Nie wiadomo - rzekł z uśmiechem profesor.
Jego wnuczka była jednak innego zdania.
- Ależ wiadomo. Mnie żaden nie zechce. Już sam mój wygląd ich zniechęca, a co dopiero cała reszta. Wszyscy patrzą na mnie, jak na jakieś dziwadło.
- Poważnie? Maciek też?
Kreska zarumieniła się ponownie i powiedziała:
- Maciek to tylko kolega i nic więcej.
- Doprawdy? - Dmuchawiec popatrzył na nią wymownie wzrokiem kogoś, kto doskonale wie o tym, że jego rozmówca coś kręci - Nie jestem może znawcą, ale jakoś nie sądzę, aby to, co was łączy, było tylko przyjaźnią. Jest to zbyt piękne uczucie.
- Dziadku, jakie uczucie? Przecież on nie widzi we mnie dziewczynę, tylko... Tylko koleżankę. Kumpla ze szkoły. Nic poza tym.
- Poważnie? A dajesz mu ku temu powody?
Kreska zmieszała się lekko. Nigdy nie patrzyła na to w taki sposób, ale tak właściwie, to tak. Dawała mu ku temu powody i to wiele. Czy to więc dziwnego, że się zakochał w innej, bardziej kobiecej? Tak, to było aż nadto oczywiste. Ta cała zakręcona sytuacja nie mogła się skończyć inaczej, tylko właśnie jakąś Matyldą czy inną taką, która mu namiesza w głowie. To musiało tak się skończyć.
- Nie wiem, dziadku. Ja jestem przecież dla niego miła, mówię do niego tak miło i pieszczotliwie, żeby wiedział, że go lubię...
- A jak do niego mówisz?
- Różnie. Najczęściej to „stary półgłówku”.
Kiedy to powiedziała na głos, od razu poczuła, jak strasznie głupio to brzmi. Ona naprawdę sądziła, że chłopak nazywany przez nią w taki sposób mógłby teraz się w niej zakochać? To przecież oczywiste, że nie. Zwłaszcza, jeżeli z góry sobie założyła, że nie ma u niego szans i po prostu robiła wszystko, aby tych szans nie dostać.
- Stary półgłówku? - zdziwił się profesor Dmuchawiec - Ty naprawdę tak do niego mówisz? A zawsze?
- Dość często.
Profesor pokiwał głową ze zrozumieniem i powiedział:
- To już wszystko jasne.
- Co jest jasne?
- To, że wy, młodzi, macie dziwaczne podejście do życia i dziwne pomysły na temat sposobów wyrażania uczuć komuś, kto wam się podoba.
- Ale przecież Maciek wcale mi się nie podoba! - zaprotestowała Kreska - Jest głupi i zarozumiały, głupi i naiwny i jeszcze głupi...
- Dlaczego jest głupi? - spytał Dmuchawiec.
- Bo pokochał tę głupią Matyldę, a chyba nikt normalny by jej nie pokochał. Przecież to wredna jędza bez serca. On jest tak ślepy, że nie widzi tego?
- Miłość przyćmiewa niekiedy nasz osąd.
- Nie mniej, on jest głupi.
- Ale też przystojny, prawda?
- Przystojny? Nie zauważyłam. Niby gdzie? - zapytała złośliwie Kreska.
Po tych słowach wyszła z pokoju, a jej dziadek włączył kolejną piosenkę w gramofonie. Już po chwili dobiegły dziewczynkę takie oto słowa:
Od tak dawna już mieszkamy naprzeciwko siebie.
Jestem w tobie zakochany, chociaż o tym nie wiesz.
Chciałbym poznać tajemnicę, którą zna pamiętnik.
Chciałbym wiedzieć, o czym piszesz,
Za kim ciągle tęsknisz.
Uśmiechnęła się smutno, bo pomyślała o Maćku i pomyślała sobie, że bardzo by chciała, aby on też tak miał, jak osoba, która śpiewała te piękne słowa.
Około godziny 21:00, kiedy przedstawienie w operze się zakończyło i ludzie zaczęli rozchodzić się do domów. Zrobili to również Maciek z Piotrem i Aurelią. Mieli jeszcze godzinę do rozpoczęcia godziny policyjnej, dlatego musieli wrócić do domu jak najszybciej. Na szczęście nie było daleko do domu i dość szybko do niego dotarli. Aurelia, którą Maciek trzymał za rękę, ziewała już głośno i szeroko, co oznaczało, że jest zmęczona i powinna jak najszybciej położyć się spać.
- Podobało ci się przedstawienie? - zapytał ją Maciek, gdy już wchodzili po schodach na górę.
- Bardzo - odpowiedziała mu dziewczynka - Było takie ładne. I takie miłe. I chętnie je zobaczę jeszcze raz.
- Poproś więc mamę o więcej biletów - rzucił żartobliwie Piotr - Wtedy to będziemy cię zabierać nawet codziennie.
- Poproszę - odpowiedziała sennie dziewczynka.
Powoli dotarli do drzwi swojego mieszkania, Piotr wyjął więc klucze i zaczął je otwierać. Wtem Maciek usłyszał za nimi jakieś kroki. Zerknął za siebie, aby zobaczyć, kto idzie w ich stronę i zobaczył, że to Matylda. Serce zamarło mu w piersi. Dlaczego ona za nim poszła? Czego chce? Czyżby chciała... Nie, to przecież niemożliwe.
- Maciek, wchodzisz? - zapytał go Piotr, gdy już otworzył drzwi i wszedł do środka.
- Zaraz wejdę, za parę minut. Muszę z kimś porozmawiać. Weź małą, dobrze?
Aurelia ziewnęła głośno i pozwoliła się zabrać Piotrowi, który pokiwał głową z politowaniem i wszedł do środka, zamykając drzwi, ale nie na klucz, aby Maciek mógł wejść, gdy już zakończy konwersację.
- Cześć, Matylda. Co tu robisz? - zapytał Maciek dziewczynę.
- Szukałam ciebie - odpowiedziała mu Matylda.
Serce chłopakowi zamarło w piersi, gdy to usłyszał. Ona szukała jego? Ona? Jego? Przecież to niemożliwe. Po co ona miałaby go szukać? Chyba musiało mu się przesłyszeć.
- Szukałaś mnie? - zapytał zdumiony.
- Tak. Chciałam cię zapytać, czy chciałbyś jutro pójść ze mną na spacer.
Czy chciał? Dobry Boże, czekał na to tak długo. Oczywiście, że chciał i to jeszcze jak.
- Ja z tobą? Pewnie, czemu nie? A o której? - zapytał.
- W południe, spotkamy się tu, a potem pójdziemy na miasto. Pokazałbyś mi Poznań, dobrze? - zaproponowała Matylda.
- Nie znasz jeszcze Poznania? Mieszkasz tu tak długo.
- Chciałabym go poznać z twojej perspektywy, musi być ona bardzo ładna. To co? Pokażesz mi go?
Maciek zarumienił się lekko, spuścił delikatnie wzrok ku ziemi i zaczął dziko wpatrywać się w czubki swoich butów.
- Pewnie, czemu nie?
- Super. Bardzo bym chciała, żebyś mi pokazał miasto ze swojej perspektywy, bo bardzo wiele mogę się o nim wtedy dowiedzieć. No i chciałabym cię też nieco lepiej poznać.
- Naprawdę? A co we mnie takiego interesującego?
- Wszystko. Wyglądasz tak poważnie, jak Robert Redford. No i lubisz operę. Każdy, kto lubi sztukę jest kimś wartościowym.
- Ciekawa koncepcja. Nie patrzyłem na to nigdy w ten sposób.
- Nie patrzyłeś na siebie jak na kogoś wartościowego? Och, Maciusiu! A to czemu? Przecież jesteś wartościowy.
- Niby dlaczego jestem wartościowy?
- Bo jesteś miły, przystojny i taki uroczy. Tak słodko się uśmiechasz do mnie, Maciusiu. I wyglądasz na silnego. Na pewno umiałabyś obronić dziewczynę przed jakimś łobuzem, gdyby to było konieczne.
- No... Tego... Pewnie tak - odpowiedział nieco zmieszany Maciek.
Matylda patrzyła na niego uważnie, dalej się uśmiechając.
- To co, Maciusiu? Pójdziesz ze mną jutro na spacer? Zrobisz to dla mnie?
To mówiąc dotknęła jego policzka, a on poczuł, że policzek płonie mu w tym miejscu, w którym go ona dotyka. Podniósł lekko wzrok i odpowiedział czule:
- Tak, zrobię.
- Dzięki, Maciusiu. Jesteś taki kochany - rzekła Matylda.
I pocałowała go w usta. Zrobiła to długo i zmysłowo, ale w sposób też jakby wyuczony, jakby od dawna ćwiczyła ten moment. Czuć było w tym pocałunku o wiele więcej filmowej fikcji niż rzeczywistości. Maciek jednak nie zwrócił na to większej uwagi, sądząc, iż po prostu to pierwszy jej poważny pocałunek i Matylda może nie mieć wprawy w tej kwestii, dlatego objął ją mocno do siebie i próbował pogłębić pocałunek, wtem jednak usłyszał za sobą głośny jęk:
- FUUUUUJ!
Puścił Matyldę i odwrócił się szybko za siebie. Zobaczył Aurelię przebraną już w różową piżamkę i patrzącą na niego z wyraźnym oburzeniem.
- Nie całuj jej!
- Dlaczego? O co ci chodzi? - zapytał chłopak, w którego głowie oburzenie mieszało się ze zdumieniem.
Choć uwielbiał dziewczynkę, teraz miał ochotę ją udusić.
- Bo ona jest głupia i niemiła i nie lubię jej! - krzyknęła Aurelia.
- Twoja siostrzyczka chyba mnie nie lubi - powiedziała wesoło Matylda, nie rozpoznając w pierwszej chwili dziewczynki.
- To nie jest moja siostra. To córka moich znajomych, została u nas na noc, bo jej rodzice są teraz na przyjęciu czy czymś tam - wyjaśnił Maciek.
- To z nią byłeś w operze, a wcześniej na rynku?
- Tak, zgadza się.
- Wybacz, nie poznałam jej od razu. A więc lubisz dzieci? To już kolejny plus u ciebie - stwierdziła Matylda i lekko się pochyliła nad Aurelią - Cześć, maleńka. Jestem Matylda, a ty jak masz na imię?
- Genowefa - rzuciła ze złością Aurelia.
- Jak ładnie - odpowiedziała Matylda, udając przy tym, że nie wyczuwa tonu dziewczynki - A na nazwisko?
- Trompke.
- Naprawdę? Nie znam nikogo o takim nazwisku.
- Bo jesteś głupia. Jakbyś była mądra, to byś znała.
- Przestań, co ty wyprawiasz?! - zawołał ze złością Maciek.
- Miałeś mi opowiedzieć bajkę - odparła Aurelia, łapiąc go za rękę i mocno ciągnąc w stronę mieszkania - Opowiedz mi ją, bo nie zasnę.
- No dobrze, chyba już pora na mnie. Niedługo godzina policyjna, nie mogę się włóczyć wtedy po ulicy. To do jutra, Maciusiu.
To mówiąc, Matylda pocałowała Maćka w usta i zachichotała słodko, widząc jego zmieszanie, po czym pomachała mu lekko palcami na pożegnanie i zbiegła po schodach. Maciek stał przez chwilę niczym wryty, wpatrując się w jej znikającą na klatce schodowej postać, po czym spojrzał ze złością na Aurelię i spytał:
- Co to miało znaczyć?
- Miałeś mi opowiedzieć bajkę.
- Dlaczego powiedziałaś, że nazywasz się Genowefa?
- Mama mówiła, żebym nie mówiła obcym, jak się nazywam naprawdę.
- Ale ona nie jest obca.
- Dla mnie jest.
Maciek westchnął załamany i wszedł z dziewczynką do mieszkania. Gdyby tylko odwrócił się za siebie, zauważyłby stojącą na schodach prowadzących ku górze Kreskę, która patrzyła w szoku na to, jak flirtuje on z Matyldą i jest przez nią całowany. Dziewczyna przez chwilę nie wiedziała, co ma zrobić, po czym, kiedy tylko Maciek zniknął w swoim mieszkaniu, pobiegła na górę, wbiegła szybko do siebie, wparowała do swego pokoju, zdjęła okulary, rzuciła się na swoje łóżko, po czym zaczęła płakać w poduszkę, dziko w nią uderzając pięściami i powtarzając w kółko:
- Podły... Podły... Podły... On i ona... Podli, oboje podli... Nienawidzę ich. Jak ja ich nienawidzę...
Powoli podniosła głowę z poduszki i dodała smutno:
- A najgorsze, że sobie na to zasłużyłam. Dziadek miał rację. Stary półgłówek nie lubi, jak się go tak nazywa. I jak się go tak traktuje. Jaka ja głupia. On podły, a ja głupia. To się musiało tak skończyć. Musiało się skończyć taką Matyldą.
czwartek, 13 maja 2021
Rozdział IV
Rozdział IV
Rozterki Kreski
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Rozdział XXXVIII
Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...
-
Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...
Kreska każdego by mogła oszukać, ale nie dziadka, że Maciek jest dla niej kimś więcej niż tylko kolegą.
OdpowiedzUsuńKreska fajnie zgasiła tego źle wychowanego Lelujkę. Ich dialog wyszedł niesamowicie zabawnie.
Maciek jeszcze jest pod urokiem zalotnej panny Matyldy, która mówi, że jest taki podobny do młodego Redforda. Chociaż widać, że całuję go sztucznie tak jakby grała w filmie, czy sztuce teatralnej i patrzy, czy wszyscy ją podziwiają.
Aurelia z szóstym zmysłem danym dzieciom od razu wyczuwa fałsz. Ma rację mówiąc, że Matylda jest głupia.
Biedna Kreska zobaczyła coś, czego nie powinna, że Maciek całuje Matyldę. To jednak dało jej do myślenia, że tak to się musiało skończyć.
Brakowało mi sprzeczek Piotra i Gabrysi w tym odcinku. Ciekawa jestem, co będzie dalej.
Lekka i przyjemna opowiastka. Podziwiam lekkość Twojego pióra. Jestem oczywiście ciekawa dalszych rozdziałów.
OdpowiedzUsuńŚwietny rozdział. Wnoszę z tego, co już przeczytałam, że w Twojej historii będzie się naprawdę sporo, ale to sporo działo. Zwłaszcza, jeśli chodzi o miłość. Wszak Poznań naprawdę sprzyja miłosnym perypetiom. :)
OdpowiedzUsuńJak widać, Kreska mimo tego, iż Maciek ewidentnie jej się podoba, próbuje wyprzeć za wszelką cenę to uczucie, będąc dla niego po prostu przyjaciółką. Jednak uczuć nie da się stłumić, o czym przekonuje ją jej dziadek, puszczając stare piosenki Trubadurów. :) Na uwagę zasługuje także scena spotkania Kreski z Jerzym Lelujką, jej kolegą z klasy, który ewidentnie próbuje ją poderwać w stylu Marcina z "Nie kłam, kochanie", jednak dziewczyna nie jest łasa na jego podrywy. A przy okazji, to czy to jest właśnie ta scena, która miała być nawiązaniem do naszej ulubionej komedii romantycznej, o czym wspominałeś podczas ostatniej rozmowy? :)
Rozdział skupia się przede wszystkim na rozterkach Kreski, jednak jest w nim także poruszony wątek Maćka, na którego Matylda Stągiewka w końcu zwraca uwagę i zaprasza go na spacer, po czym całuje go czule w usta, co niestety widzi właśnie Kreska i doprowadza ją to do płaczu, co ostatecznie pokazuje jej uczucia, jakie żywi do Maćka.
Coś mi się wydaje, że to wszystko, co robi Matylda w stosunku do Maćka, to jest takie sztuczne i wymuszone, co najmniej jakby było przedmiotem jakiegoś zakładu albo czegoś w tym stylu. No, bo niby skąd nagle dziewczyna, która jeszcze chwilę wcześniej wyraźnie z niego drwiła i nie broniła go przed swoją przyjaciółką, nagle zaczyna pałać do niego wielką sympatią i umawia się z nim na randkę? Zalatuje mi to ogromnym fałszem. Miejmy nadzieję, że za jakiś czas Maciek się o tym przekona i zmieni swoje nastawienie do Matyldy...
Na uwagę również zasługuje zabawna kwestia Aurelii przedstawiającej się jako Genowefa Trompke. Nie mogłam wytrzymać i przy tej kwestii się zaśmiałam. :)
Niemniej jednak, kolejny naprawdę świetny rozdział. :) Z niecierpliwością czekam na kolejne. :)
Cieszę się, że rozdział Ci się podoba. Mam nadzieję, że kolejne też Ci przypadną do gustu. I tak, właśnie o tej scenie wspominałem w naszej ostatniej rozmowie.
Usuń