Rozdział VI
Gorycz za goryczą
Gorycz za goryczą
Maciek mimo stwierdzeń Aurelii o tym, że Matylda jest wstrętną czarownicą, postanowił pójść do niej na jej urodziny. Jednak słowa dziewczynki nie dawały mu spokoju. Słyszał wiele o tym, że dzieci mają często coś na kształt szóstego zmysłu, potrafią bez trudu wyczuć, czy ktoś je lubi, czy też nie. Musiała więc wyczuwać, że Matylda jej nie lubi i pewnie dlatego tak źle dziewczynka się o niej wyrażała. Ale czy aby na pewno był to tylko jedyny powód jej słów? A jeśli miała rację i ona była po prostu nieprzyjemna? W końcu łatwo nakrzyczała na biedną Aurelię i to z dość błahego powodu. Dodatkowo wyraźnie nie podobało się jej jego mieszkanie, choć to akurat go nie dziwiło. Przyzwyczajona do zbytków i luksusów Matylda nie mogła się czuć dobrze w takiej norze. Zresztą on sam nie czuł się za dobrze w tym miejscu. Za dużo tu było wspomnień i to tych niemiłych wspomnień. Za dużo tutaj mu przypominało o rodzicach, o tym, jak ostatnimi laty prawie w ogóle nie było ich w domu, bo włóczyli się od jednego tajnego spotkania do drugiego. O tak, dla Kuronia, Wałęsy i innych mieli czas, lecz dla niego i Piotra już nie. A potem w tym właśnie mieszkaniu aresztowano ich i gdyby nie Piotr, to Maciek wylądowałby w domu dziecka i siedział tam do dzisiaj. Nie miał więc powodów, aby kochać tego miejsca. Miał w nim co prawda pozytywne wspomnienia, ale też wiele smutnych i dlatego rozumiał uczucia Matyldy, że poczuła do tego mieszkania niechęć.
Inaczej sprawa się miała z jej inteligencją, a raczej z brakami w niej. Tu już było nieco gorzej. Nie wiedzieć nic o mitach greckich? Pomylić Parysa z Paryżem? I dodatkowo jeszcze ciągle mówić o ciuchach i wyglądzie? Dziwne. Chociaż może po prostu przywykła ona do tego wszystkiego przy swoich niezbyt inteligentnych koleżankach? Może zatem nazbyt surowo ją oceniał w kwestii inteligencji i jeśli ją wciągnie w jakieś poważne i mądre rozmowy, to wykaże się sporą wiedzą? Tak, tak on właśnie zrobi. A potem zobaczy tego efekty.
Z takim postanowieniem odprowadził Aurelię do domu, kiedy ta musiała już tam wracać, a potem miał jeszcze wstąpić do sklepu, aby dokupić mleko, ponieważ się skończyło. W najbliższym sklepie go nie było, dlatego musiał przejechać się po nie do sklepu w innym miejscu, aż znalazł je i zakupiwszy, postanowił powrócić do siebie. Choć nie miał daleko do domu, postanowił złapać tramwaj. Ostatecznie miał siatki z zakupami i jakoś nie chciało mu się iść z nimi dłużej, niż to było konieczne. Dlatego skierował swe kroki w kierunku najbliższego przystanku, aby złapać z niego tramwaj jadący na Rynek Jeżycki albo też wprost na Roosevelta, o ile oczywiście taki jeszcze jechał. Jego bystre oko dostrzegło wyżej wspomniane miejsce i ruszył w jego kierunku szybkim krokiem. Chciał zdążyć, na wypadek, gdyby tramwaj miał zaraz jechać.
Dość szybko dotarł do celu swojej podróży, lecz nie było jeszcze jego środka lokomocji, dlatego postanowił na niego poczekać. Usiadł więc na przystanku i z miejsca pogrążył się we własnych myślach. Nie na tyle jednak, aby zostać choćby na chwilę oderwanym od rzeczywistości. Dzięki temu usłyszał coś, co całkowicie miało zmienić jego życie. Tym czymś była tocząca się właśnie rozmowa pomiędzy jakimiś dwie dziewczynami idącymi powoli w jego kierunku. Zasłonięty ścianą przystanku Maciek nie był dla nich widoczny, nie wiedziały więc o jego obecności w tym miejscu, dlatego rozmawiały ze sobą całkowicie swobodnie.
- Tak, jutro się z nim widzę - powiedziała jedna z nich - Chcę iść z nim na prawdziwą randkę. On jest wniebowzięty.
- A ty? - zapytała druga.
- Ja? A jak ci się wydaje? Uśmiecham się do niego, bo on to lubi, chociaż z trudem już się powstrzymuję od tego, aby nie parsknąć śmiechem, kiedy widzę to jego głupie, zakochane spojrzenie.
- Naprawdę? Maciuś ma naprawdę tak głupie spojrzenie?
Maciek nadstawił uszu. Padło jego imię w tej rozmowie. Czyżby więc o nim była tu mowa? Nie, to chyba niemożliwe. Przecież dwie przypadkowe dziewczyny nie mogą o nim tak po prostu sobie rozmawiać. Chociaż... Nie są one chyba takie przypadkowe. Jeden z tych dwóch głosów z pewnością należał do Matyldy. Choć nie, to chyba niemożliwe. Ona nie powiedziałaby o nim tak podłych rzeczy.
Obie dziewczyny zatrzymały się z boku przystanku, nie stając pod daszkiem. Dzięki temu mógł swobodnie je podsłuchiwać, nie pozostając przez nie w żaden sposób zauważonym.
- Mówię poważnie. On ma strasznie głupie spojrzenie, kiedy patrzy na mnie tak beznadziejnie zakochany - mówiła jedna z dziewczyn.
Tak, nie było najmniejszych wątpliwości. To był głos Matyldy. Maciek poczuł nagle ostry ból w piersi, ale zapanował nad nim i słuchał dalej.
- Jutro pewnie zabierze mnie do baru mlecznego. Zresztą nigdzie indziej nie mógłby ze mną pójść, bo gdzie niby? Do „Victorii”? Musiałby chyba pracować do końca życia u mojego ojca, żeby go było na to stać.
- Aż tak źle z nim?
- Gorzej, on jest naprawdę biedny. Mówię ci, bida aż piszczy. To jego żałosne mieszkanie wygląda tak, jakby szczur je pochłonął i potem zwrócił. Mała i bardzo żałosna klitka. Jak on może tam mieszkać? My z rodzicami nie moglibyśmy żyć w takiej norze.
- No tak, ale wy jesteście zamożni.
- To prawda. Poza tym on jest podejrzany. Jego rodzice siedzą w więzieniu, bo należeli do opozycji, a jego brat z podobnych powodów został wyrzucony z pracy z wilczym biletem. Żadna zdrowa psychicznie dziewczyna by go nie chciała. Dlatego tak łatwo dał się złapać na mój haczyk.
- Chyba nie rozumiem.
- To proste. On przecież dobrze wie, że teraz muszą na niego uważać i żadna normalna się z nim nie będzie zadawać. Dlatego, jak już jakaś obdarzy go ciepłym uśmiechem, zwariuje z radości i poleci za nią na koniec świata.
- Domyślam się, że ty zamierzasz być tą „jakąś”.
- Owszem, zamierzam. Bo mnie to bawi. On jest taki zabawny, kiedy myśli, że darzę go prawdziwym uczuciem. Idiota jeden.
Maćkowi prawa dłoń zacisnęła się w pięść. Gdyby Matylda była facetem, z miejsca by jej przyłożył, ale nie bił nigdy kobiet, nawet jeśli go denerwowały, więc tylko siedział cicho i słuchał dalej.
- Całować się też porządnie nie umie, ale wystarczy tylko, że go pochwalę i powiem, jaki to on jest słodki, jak powiem do niego „Maciusiu”, a zaraz je mi z ręki.
- No dobrze, ale co zrobisz, jak już całkiem go w sobie rozkochasz?
- Trochę się nim pobawię i potem go zostawię i znajdę sobie innego frajera, aby się we mnie zakochał.
- I nie będzie ci go ani trochę żal?
- Ani trochę. Faceci to świnie. Tylko na ładne umieją patrzeć. Wiesz dobrze, jak było, kiedy nie byłam jeszcze tak atrakcyjna jak teraz.
- Tak, ale Maciek nic ci nie zawinił. Nie sądzisz, że to lekka przesada w taki sposób go traktować?
- A ty co tak go bronisz? Sama się z niego śmiałaś w operze.
- Wiem i bardzo tego żałuję. To było głupie i żałosne.
- Jak ryczałaś ze śmiechu z jego powodu, to tak nie uważałaś.
- Sama mnie sprowokowałaś do takiego zachowania.
- A więc uważasz, że mam na ciebie zły wpływ?
- Nie, tylko... Po prostu uważam, że przesadziłyśmy wtedy. Myślałam o tym długo i wiem, że to było żałosne. Nie powinniśmy tak sobie kpić z Maćka.
- Co ty go tak bronisz? Podoba ci się, czy co?
- Nie, po prostu... Trochę mi go żal.
- A komu mnie było żal, kiedy cierpiałam? Zresztą on sam jest sobie winien. Dlaczego nie trzymał rodziców w domu i pozwalał im spiskować? A teraz co? Oni siedzą, a on klepie biedę. Każdy ma to, na co zasłużył.
- A on zasłużył na taki los?
- Weź już się tak nim nie przejmuj. Zanim pocierpi, to jeszcze zazna nieco dobroci z mojej strony. O ile oczywiście ta mała znowu nie wejdzie mi w drogę.
- Jaka mała?
- Taka jedna, która ciągle za nim łazi. Jego siostrzyczka, kuzynka, czy cholera wie, kim ona tam jest. Widziałaś ją zresztą w operze.
- Ta mała blondyneczka o wyglądzie aniołka?
- Wygląd to ona może i ma jak aniołek, ale charakterem jest małą diablicą i manipulantką. Maciek ją po prostu uwielbia. Nie wiem, co to za jedna, ale często u niego siedzi. Chyba go lubi, chociaż nie wiem, za co. Nudny jest jak flaki z olejem. Ani na modzie się nie zna, ani na dobrych strojach, ani na ciekawych filmach, nawet w Bułgarii nigdy nie był, a co dopiero w Mediolanie czy Australii. Ja tam nie wiem, co ta mała w nim widzi. Albo co on widzi w niej. Ale wiem, że ona mnie nie lubi i mi ciągle dokucza. Niedawno udawała, że ją popchnęłam i przewróciłam. A on wiesz, co zrobił? Skarcił mnie i zawołał, żebym na nią nie krzyczała. Na tego małego diabła. Ja nie wiem, jak on ma tupet mówić w taki sposób do mnie.
- Może po prostu kocha tę małą?
- Kocha? Rzeczywiście. Ciekawi mnie tylko, czy on ją kocha w taki normalny sposób, czy jakiś taki niezbyt normalny.
- Chyba nie sugerujesz, że on...?
- Nie sądzę, chociaż kto go tam wie? On jest tak dziwny, że wcale by mnie to nie zdziwiło.
Maciek poczuł, że krew go zalewa. Wiele zarzutów pod swoim adresem umiał znieść, wiele z nich zresztą było prawdą. Nie znał się na modzie, na zagranicznych filmach (poza wyjątkami), nie był nigdy w Bułgarii, nie umiał utrzymać rodziców w domu, klepał biedę i kochał Aurelię. To wszystko było prawdą, ale uważać to za zarzut wobec niego było przesadą. Zresztą nawet jeśli to mógł darować, to nie był w stanie darować Matyldzie słów, że on chciałby niby Aurelii zrobić krzywdę. On jej miałby coś takiego zrobić? Tej słodkiej kruszynce? Chyba by się prędzej spalił w piekle. Jak ta głupia krowa mogła mu coś takiego zarzucić?
- Tak czy inaczej, jestem z nim umówiona - mówiła dalej Matylda - Jutro on i ja pójdziemy do baru mlecznego, a potem zaproszę go na swoje urodziny i liczę, że da mi on jakiś porządny prezent. Naciągnę go na jakiś drogi z Peweksu.
- Wątpię, żeby go było na niego stać.
- Na pewno będzie. A zresztą, w razie czego zawsze może wyciągnąć sobie pieniądze z książeczki mieszkaniowej. Na pewno sobie poradzi. Tylko jeszcze nie wiem, co on może mi kupić. Masz jakieś propozycje? Co on mógłby mi dać?
- Może nowy mózg? - zapytał głośno Maciek, opuszczając swoją kryjówkę.
Matyldę i jej koleżankę zamurowało. Nie spodziewały się jego obecności w tym miejscu i były w niezłym szoku, gdy go teraz ujrzały.
- Zastąpi ci stary, bo już go zgubiłaś. Chociaż nie, zapomniałem. Nie można zgubić czegoś, czego się nigdy nie miało - powiedział ze złością Maciek.
Matylda wyglądała na przerażoną, ale próbowała ponownie swoich sztuczek kobiecych na chłopaku.
- Ależ Maciusiu... Przecież ja wcale nie mówiłam tego o tobie. Ja to mówiłam o takim jednym chłopaku z innej klasy, też Maćku, który mnie podrywa. Prawda, że tak było, Danuśka?
Jej koleżanka potrząsnęła szybko głową na znak potwierdzenia tych słów, ale zrobiła to tak nieszczerze, że Maciek ani przez chwilę nie miał wątpliwości, że obie kłamią.
- Dobra, darujcie sobie te swoje kłamstewka. Mnie już na nie nigdy więcej nie nabierzecie. Żegnam ozięble.
Po tych słowach Maciek odwrócił się i odszedł, nie zważając na to, że czekał przecież na tramwaj do domu. Kiedy to zrobił, zauważył jadącą niedaleko karetkę pogotowia. Nie przejął się tym jednak, tylko wszedł do środka kamienicy, wspiął się powoli po schodach na górę, na piętro, na którym mieszkał i bez pośpiechu wkroczył do swojego mieszkania. Zamknął drzwi za sobą i usłyszał wówczas, jak gra gitara. Domyślił się, że to znowu Piotra naszła jakaś refleksja i przygrywał sobie piosenki z czasów, gdy jeszcze zadawał się z osobami z Solidarności. Nie pomylił się, gdyż po chwili jego uszu dobiegły następujące słowa, wyśpiewywane niezbyt głośno przez Piotra:
Wyrwij murom zęby krat.
Zerwij kajdany, połam bat.
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat.
Maciek uśmiechnął się delikatnie, odłożył ostrożnie siatki na blat w kuchni, a potem delikatnie zakradł się do pokoju brata i lekko uchylił w nim drzwi. Zobaczył wówczas Piotra siedzącego na łóżku, z gitarą w dłoniach, śpiewającego kolejne zwrotki piosenki, nie dostrzegając Maćka, który oparty o próg z uwagą na niego patrzy i słucha z pewną nostalgią tego, co on śpiewa. Piotr z kolei grał i śpiewał, mając w oczach pasję, potem zaś nagle posmutniał, kiedy zaśpiewał ostatnie słowa piosenki, o samotnym bardzie, który dochodzi do naprawdę smutnych refleksji, że jego walka samotna nie ma sensu (przynajmniej tak to interpretował Maciek):
Patrzy na równy tłumów marsz.
Milczy wsłuchany w kroków huk.
A mury rosną, rosną, rosną.
Łańcuch kołysze się u nóg.
Po tej zwrotce Piotr przestał grać i dopiero wtedy zobaczył Maćka, stojącego w progu. A Maciek zauważył, że w oczach brata szkliły się łzy, które ten jednak szybko otarł.
- Młody, nie wiedziałem, że wróciłeś - powiedział Piotr, kiedy jego oczy były już wolne od łez.
- Jakbyś nie grał i nie śpiewał, to byś wiedział - odparł na to Maciek - A ty się nie boisz się śpiewać tej piosenki?
- A czego mam się bać? Największy konfident, Pyziak, już stąd dawno wybył, a inni nie mają tyle odwagi, aby mi podsłuchiwać pod drzwiami.
- Ja jakoś miałem - zauważył Maciek.
- Ty jesteś w porządku, młody. Jak mało kto - to mówiąc Piotr otarł łzę, która ponownie pojawiła się w jego oku i dodał: - Wybacz mi, rozczulam się czasami za mocno. Widziałem, że w lodówce już nie ma mleka. Pojechałeś po nowe?
- Tak, mam je. Słuchaj, a co cię tak naszło, żeby śpiewać tę ckliwą piosenkę?
- Sam nie wiem. Może to przez tę karetkę?
- Tu była karetka?
- Tak, ale nie wiem, do kogo. Nie wiem nawet, czy ktoś umarł, czy tylko jest ranny. Nic nie wiem. Dobija mnie to.
- Co takiego?
- Świadomość tego, że wszystko mija, a ja powoli się starzeję i nie zdołałem zrobić nic, aby naprawić choć trochę ten świat. Zresztą jak mam go niby naprawić, skoro swojego własnego życia nie umiem naprawić? Nie jestem właściwą osobą do tego, aby cokolwiek naprawiać, skoro nie umiem nawet swojego życia naprawić.
Maciek milczał przez chwilę, rozważając w głowie jego słowa.
- Byłeś ostatnio na jakimś wiecu Solidarności? - zapytał po chwili.
- Nie, zerwałem z polityką raz na zawsze, odkąd dowiedziałem się, że ta cała Solidarność nie jest wiele więcej warta od komuchów. A jej członkowie to jedna wielka banda hien.
- Serio? Wszyscy są hienami? Kuroń i Wałęsa też?
- Kuroń akurat jest w porządku. To ten drugi, elektryk od siedmiu boleści jest mi solą w oku. Mały dyktatorek, świat chce do góry nogami wywracać, rewolucję w Polsce robić, a nie wie nawet, co temu krajowi tak naprawdę jest potrzebne.
- A co takiego?
- Silne i sprawiedliwe rządy, bez partyjniactwa i łapownictwa. Bez nepotyzmu i wszelkich anomalii. A oni co? Chcieliby wywrócić świat do góry nogami, a zaraz potem wziąć władzę do łap i ją trzymać tak długo, jak długo będą dychać. Jeszcze nie mają tej władzy, a już planują, co i jak sobie stworzą, komu jakie stanowisko podarują itd. A zwłaszcza on, elektryk z gęstym wąsem. Gadać dużo umie, ale już robić, to nie. Wysługuje się innymi. Spiskuje i bruździ, ale odpowiedzialności za nic brać nie chce. I ja mam do tej kliki należeć? Nigdy! Przenigdy! Dość polityki, dość zmieniania świata. Ten świat nie zmieni żaden idealista. A już na pewno nie ja. Lepiej zająć się sobą. Polska nie jest warta tego, aby za nią ginąć. Może kiedyś była, ale teraz nie jest.
- A za co warto ginąć? - zapytał Maciek.
- Za bliskich, za nasze ukochane osoby, choć najlepiej dla nich jest żyć, a nie umrzeć w bohaterski sposób - odpowiedział Piotr - Ale my tego nie potrafimy. My umiemy tylko chwalić poległych. Gloria victis i takie tam. A żywych potępiamy za to tylko, że żyją i nie zginęli na polu chwały. Umierać umiemy, tak, nawet pięknie. Ale żyć... Żyć nie potrafimy.
To mówiąc wstał z łóżka i zawiesił gitarę za pasek na ścianie, do której był wbity specjalnie przygotowany do tego gwóźdź.
- Ale zostawmy to już. Wisły przecież kijem nie zawrócę, a świata słowem nie zmienię. Lepiej powiedz mi, jak ty się czujesz, bo widzę, że ty też jesteś w dosyć kiepskim humorze.
Maciek nie bardzo miał ochotę na zwierzenia, ale skoro Piotr opowiedział mu co nieco o swoim podejściu do życia, co było wszak jego prywatną, intymną dosyć sprawą, on też poczuł, że może mu powiedzieć wszystko, co zechce i zrobił to. Bez żadnych skrótów opowiedział o spotkaniu z Matyldą i o tym, czego na swój temat się dowiedział. Piotr wysłuchał go cierpliwie, uśmiechnął się ponuro i rzekł:
- Maciek, widziałem parę razy tę twoją Matyldę na ulicy i uwierz mi, ona nie jest dziewczyną dla ciebie. Wiedziałem to od samego początku, ledwie tylko na nią spojrzałem. A jej zachowanie też mówiło samo za siebie.
- Jakie zachowanie?
- Takie dumne, aroganckie i pewne siebie. Zachowywała się chamsko wobec ludzi, nawet do mnie, gdy przypadkiem mnie potrąciła, nakrzyczała i wyzwała od chamów źle wychowanych i pospólstwa.
- I nic mi o tym nie powiedziałeś? Nie powiedziałeś, żebym z nią zerwał?
- A posłuchałbyś? Zresztą najlepiej jest samemu dowiedzieć się takich rzeczy, niż wysłuchać opowieści innych. Przynajmniej szybciej się ockniesz. Tak jak ja. Mnie też mówiono, że ta moja jest nic nie wartą jędzą, że to konfidentka, ale nie chciałem ich słuchać. I co? Zapłaciłem za to utratą pracy i o mało nie wolności. Od tego czasu mam awersję do bab.
- Ja chyba od dzisiaj też będę miał awersję - powiedział ponuro Maciek.
- Nie mów tak, młody. Jak byłem w twoim wieku i mi nie wyszła pierwsza miłość, też tak gadałem. Ale z czasem mi przeszło.
- Do czasu, aż zraziłeś się do kobiet całkowicie.
- Nie do kobiet. Do głupich bab. A to duża różnica. Bo widzisz, braciszku, płeć piękna dzieli się na różne gatunki, a baby to najgorszy z nich. Najlepszy zaś to prawdziwa kobieta, ale takiej trudno uświadczyć. Mało jest pośród setki bab czy innych babiszonów prawdziwych kobiet. Ja takiej nie znalazłem i raczej już jej nie znajdę. Ale ty masz jeszcze szansę.
- Dlaczego?
- Bo nie jesteś przeżarty politycznym wypaleniem, tak jak ja. Ciebie nigdy nie skusiła polityka i nie przekonałeś się, jaka ona śmierdząca. Dam ci dobrą radę, mój mały braciszku. Nie idź w moje ślady. Żyj lepiej niż ja. Lepiej na tym wyjdziesz.
- Może i tak... - westchnął ponuro Maciek i oparł się o próg, po czym nagle parsknął śmiechem - A wiesz, co było najśmieszniejsze? Jak ona powiedziała, że mogłaby zjeść ze mną kolację w „Victorii”. Ciekawe tylko, skąd ja niby wziąłbym dwóch żyrantów, co?
Obaj lekko zachichotali, po czym Maciek dodał:
- „Raz mi mówiono, że są tu na ziemi białe anioły z skrzydłami jasnemi”.
- Co mówisz? - spytał Piotr.
- Nic, taki wierszyk mi się przypomniał. Anioły z skrzydłami jasnymi. Piękne mi anioły, nie ma co. A Matylda to jest najlepszy aniołek z nich wszystkich. Anioł z twarzy, ale diabeł w sercu. Ja mam już dosyć miłości i to na całe życie. Miłości i kobiet.
- Też tak gadałem i zobacz, jak skończyłem. Nie popełniaj mojego błędu. A co do miłości, to nie bój się. Pierwsza miłość nie jest ostatnia.
- Podobno najbardziej boli. I jest najgorsza.
- Odpowiem ci cytatem z klasyka: „Nieprawda, bo po pierwszej czeka cię stoi innych, a po sto pierwszej już nic”.
Maciek uśmiechnął się, doskonale rozpoznając cytat z jednej z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytał.
- Dzięki, braciszku. Poprawiłeś mi humor.
- Nie ma za co, młody. Od tego tu jestem. A przy okazji, mógłbyś się łaskawie dowiedzieć, kogo pogotowie zabrało?
- Sam nie możesz?
- Nie, muszę zrobić kolację.
- Dobra, to pójdę. Popytam się ludzi, może coś wiedzą.
Maciek wyszedł więc z mieszkania i zszedł na dół, aby zapytać dozorcę, czy aby nie wie, po kogo przyjechała karetka. Gdy jednak mijał drzwi od mieszkania profesora Czesława Dmuchawca i jego wnuczki, usłyszał dobiegający z niego dość ostry płacz. Poznał doskonale, że należy on do Kreski. Zasmucony i niepewny, co jest tego przyczyną, a czując potrzebę zbadania tego, zapukał do drzwi.
- Mówiłam ci, żebyś dał mi spokój! Nie rozumiesz po polsku?!
Kreska otworzyła drzwi z impetem, wrzeszcząc na całe gardło. Nie miała na nosie okularów, a jej oczy były czerwone i mokre od łez.
- Kreska, zwariowałaś? To ja - jęknął Maciek.
Dziewczyna nałożyła zdumiona okulary i dopiero teraz zobaczyła, kto przed nią stoi. Zmieszała się wówczas lekko i powiedziała:
- Maciek? Wybacz, ja... Przepraszam, myślałam, że to znowu ten idiota.
- Jaki idiota?
- Lelujko. Był tu przed chwilą, próbował mnie pocieszać w swój beznadziejny sposób.
- Coś ci zrobił? - zapytał zaniepokojony Maciek.
- Próbował, ale go pogoniłam - uspokoiła go Kreska.
- Bardzo mądra dziewczyna z ciebie. Słuchaj, jak chcesz, to ja mogę go zaraz dogonić i mu przyłożę tak, że zgubi wszystkie zęby - zaproponował chłopak.
Kreska uśmiechnął się delikatnie do Maćka. Oczy wciąż miała czerwone od łez, ale na jej twarz zawitała lekka radość.
- Daj spokój, on nie jest tego wart. Wejdziesz?
- Tak, chętnie.
Maciek wszedł do środka, a gdy Kreska zamknęła drzwi, zapytał:
- Płakałaś?
- Tak, ale nie mów nikomu, bo nie wyjdę z domu przez miesiąc ze wstydu.
- Będę milczał jak grób, a jeśli skłamię, to już jestem trup.
Oboje delikatnie zachichotali, przypominając sobie pewną rymowankę, którą już parę razy umieli siebie rozbawić w trudnych sytuacjach. Wtedy, kiedy nie było jeszcze tej głupiej Matyldy pomiędzy nimi.
- Co się stało, że płakałaś? - zapytał Maciek.
Kreska powoli zaczęła ocierać oczy od łez i rzekła, jąkając się przy tym:
- Bo widzisz, Maciusiu... Bo widzisz, ja... To znaczy, mój dziadek...
- Co z nim? - chłopak przeszedł dreszcz przerażenia - Boże, chyba nie chcesz mi powiedzieć, że... Widziałem karetkę, jak wracałem z zakupów. Odjeżdżała od nas. Czy to znaczy, że twój dziadek...?
Kreska pokręciła przecząco głową, a w jej oczach ponownie zaszkliły się łzy.
- Żyje, ale miał zawał. Dostał go, gdy szykowałam dla niego kolację. To było straszne. Maciusiu, to było naprawdę straszne. Ja się boję, ja się naprawdę boję. Powiedzieli mi, że on przeżyje i że jak już będą coś wiedzieć, to zadzwonią, ale oni wciąż nie dzwonią, a ja się martwię. Nie wiem, co mam robić. I jeszcze ten głupi Lelujko tu przyszedł. Zobaczył, że jestem załamana i chciał to wykorzystać.
- A to ścierwo! - wrzasnął ze złością Maciek, zaciskając ze złości dłoń w pięść - Zobaczysz, jak go tylko dorwę, to dam mu w pysk! Z całej siły i to pięścią!
Chciał już lecieć i szukać tego bydlaka, jednak Kreska złapała go mocno za rękę i czule ją ścisnęła.
- Nie idź, proszę. Nie zostawiaj mnie samej! Proszę, Maciusiu...
Maciek spojrzał na nią z troską. Chciał jej pomóc, tak bardzo chciał jakoś ją w tym wszystkim wesprzeć, ale nie wiedział, w jaki sposób to zrobić. Zapytał o to, a ona tylko odpowiedziała:
- Przytul mnie.
Chłopak objął ją bardzo mocno do siebie, a ona zaczęła dziko płakać w jego ramię. Maciek poczuł się wówczas jak bohater lubianych przez siebie powieści, który pociesza swoją ukochaną w potrzebie. Tyle tylko, że bohaterowie książek zawsze jakoś łatwo znajdowali sposób na to, aby pocieszyć swoją ukochaną. On nie potrafił tego teraz zrobić. Zresztą Kreska nie była jego ukochaną. Ale czy to coś zmieniało? Chciał jej pomóc, a świadomość tego, że pan profesor Dmuchawiec może umrzeć, a jego przyjaciółka zostanie sama na świecie, przerażała go.
- Nie płacz, kruszynko. No, nie płacz - zaczął mówić do niej tak, jak czasami mówił do Aurelii - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Nie zostawimy cię samej w potrzebie. Ani ja, ani Piotr, ani Aurelia. Będzie dobrze, twój dziadek wróci do zdrowia i jeszcze długo będzie żył. A cokolwiek by się nie stało, nie zostawimy cię w potrzebie. Zobaczysz... Wszystko będzie dobrze, Janeczko.
Kreska spojrzała na niego z uwagą, przetarła sobie lekko zaparowane szkła okularów, a łzy wciąż ciekły po jej policzkach.
- Janeczko? To już nie Kresko?
- Nigdy nie lubiłem tego przezwiska. Nie wiem, po co prosiłaś, żebym tak do ciebie mówił.
- Bo byłam głupia.
- Ale teraz bądź mądra i już nie płacz, dobrze?
To mówiąc Maciek pocałował dziewczynę delikatnie w czoło.
- Wszystko będzie dobrze, kochanie.
Kreska nagle wyrwała się z jego ramion, spojrzała na niego groźnie i syknęła:
- Nigdy więcej tak do mnie nie mów!
- Janko, o co ci chodzi?
- Nie jestem dla ciebie Janka, tylko Kreska! Zawsze będę tylko Kreską! Po co mi dajesz nadzieję na coś więcej, skoro nie możesz jej dotrzymać?!
- Janeczko, o czym ty mówisz?
- O tym, żebyś więcej tak nie robił.
- Czego mam nie robić?
- Tego, co zrobiłeś przed chwilą. Nie masz prawa bawić się moimi uczuciami. Nie rób tego nigdy więcej. Nie lubię resztek.
Maciek patrzył na nią, jak na idiotkę. Co on takiego powiedział? Co on jej zrobił, że w taki sposób się zachowuje?
- Słuchaj, ja ci chcę tylko pomóc. Nie musisz na mnie krzyczeć. Boli mnie to, podobnie jak sprawa z twoim dziadkiem. Chcę ci pomóc, a ty na mnie wrzeszczysz jak jakaś wariatka. Co ty w ogóle wyprawiasz, co?
Nie krzyczał, ale jego głos brzmiał na tyle stanowczo, że Kreska ocknęła się z transu, w który wpadła, spokorniała i powiedziała:
- Przepraszam, Maciusiu...
- Maciusiu. To już nie „stary półgłówku”? - zażartował sobie Maciek.
Normalnie nie tak łatwo by jej wybaczył, ale teraz nie umiał postąpić inaczej. Wiedział, że ona cierpi i nie jest teraz sobą, więc dobijanie jej przez wypominanie jej głupiego zachowania byłoby podłością. Teraz trzeba było wykazać się wielką wyrozumiałością i on też zamierzał tak postąpić. Poza tym, za bardzo ją lubił, aby miał się na nią gniewać.
- Wybacz mi, że cię tak nazywałam - powiedziała po chwili Kreska, lekko przy tym parskając śmiechem.
Żart Maćka ją rozbawił, a jej śmiech sprawił, że i on ponownie się uśmiechnął i to sprawiło, że mury runęły, runęły, runęły... Mury między nimi. Mury, które co prawda nie odsłoniły jeszcze w pełni tego, co zasłaniały, ale zawsze już odsłoniły część obrazu, który oboje bardzo chcieli dostrzec.
Inaczej sprawa się miała z jej inteligencją, a raczej z brakami w niej. Tu już było nieco gorzej. Nie wiedzieć nic o mitach greckich? Pomylić Parysa z Paryżem? I dodatkowo jeszcze ciągle mówić o ciuchach i wyglądzie? Dziwne. Chociaż może po prostu przywykła ona do tego wszystkiego przy swoich niezbyt inteligentnych koleżankach? Może zatem nazbyt surowo ją oceniał w kwestii inteligencji i jeśli ją wciągnie w jakieś poważne i mądre rozmowy, to wykaże się sporą wiedzą? Tak, tak on właśnie zrobi. A potem zobaczy tego efekty.
Z takim postanowieniem odprowadził Aurelię do domu, kiedy ta musiała już tam wracać, a potem miał jeszcze wstąpić do sklepu, aby dokupić mleko, ponieważ się skończyło. W najbliższym sklepie go nie było, dlatego musiał przejechać się po nie do sklepu w innym miejscu, aż znalazł je i zakupiwszy, postanowił powrócić do siebie. Choć nie miał daleko do domu, postanowił złapać tramwaj. Ostatecznie miał siatki z zakupami i jakoś nie chciało mu się iść z nimi dłużej, niż to było konieczne. Dlatego skierował swe kroki w kierunku najbliższego przystanku, aby złapać z niego tramwaj jadący na Rynek Jeżycki albo też wprost na Roosevelta, o ile oczywiście taki jeszcze jechał. Jego bystre oko dostrzegło wyżej wspomniane miejsce i ruszył w jego kierunku szybkim krokiem. Chciał zdążyć, na wypadek, gdyby tramwaj miał zaraz jechać.
Dość szybko dotarł do celu swojej podróży, lecz nie było jeszcze jego środka lokomocji, dlatego postanowił na niego poczekać. Usiadł więc na przystanku i z miejsca pogrążył się we własnych myślach. Nie na tyle jednak, aby zostać choćby na chwilę oderwanym od rzeczywistości. Dzięki temu usłyszał coś, co całkowicie miało zmienić jego życie. Tym czymś była tocząca się właśnie rozmowa pomiędzy jakimiś dwie dziewczynami idącymi powoli w jego kierunku. Zasłonięty ścianą przystanku Maciek nie był dla nich widoczny, nie wiedziały więc o jego obecności w tym miejscu, dlatego rozmawiały ze sobą całkowicie swobodnie.
- Tak, jutro się z nim widzę - powiedziała jedna z nich - Chcę iść z nim na prawdziwą randkę. On jest wniebowzięty.
- A ty? - zapytała druga.
- Ja? A jak ci się wydaje? Uśmiecham się do niego, bo on to lubi, chociaż z trudem już się powstrzymuję od tego, aby nie parsknąć śmiechem, kiedy widzę to jego głupie, zakochane spojrzenie.
- Naprawdę? Maciuś ma naprawdę tak głupie spojrzenie?
Maciek nadstawił uszu. Padło jego imię w tej rozmowie. Czyżby więc o nim była tu mowa? Nie, to chyba niemożliwe. Przecież dwie przypadkowe dziewczyny nie mogą o nim tak po prostu sobie rozmawiać. Chociaż... Nie są one chyba takie przypadkowe. Jeden z tych dwóch głosów z pewnością należał do Matyldy. Choć nie, to chyba niemożliwe. Ona nie powiedziałaby o nim tak podłych rzeczy.
Obie dziewczyny zatrzymały się z boku przystanku, nie stając pod daszkiem. Dzięki temu mógł swobodnie je podsłuchiwać, nie pozostając przez nie w żaden sposób zauważonym.
- Mówię poważnie. On ma strasznie głupie spojrzenie, kiedy patrzy na mnie tak beznadziejnie zakochany - mówiła jedna z dziewczyn.
Tak, nie było najmniejszych wątpliwości. To był głos Matyldy. Maciek poczuł nagle ostry ból w piersi, ale zapanował nad nim i słuchał dalej.
- Jutro pewnie zabierze mnie do baru mlecznego. Zresztą nigdzie indziej nie mógłby ze mną pójść, bo gdzie niby? Do „Victorii”? Musiałby chyba pracować do końca życia u mojego ojca, żeby go było na to stać.
- Aż tak źle z nim?
- Gorzej, on jest naprawdę biedny. Mówię ci, bida aż piszczy. To jego żałosne mieszkanie wygląda tak, jakby szczur je pochłonął i potem zwrócił. Mała i bardzo żałosna klitka. Jak on może tam mieszkać? My z rodzicami nie moglibyśmy żyć w takiej norze.
- No tak, ale wy jesteście zamożni.
- To prawda. Poza tym on jest podejrzany. Jego rodzice siedzą w więzieniu, bo należeli do opozycji, a jego brat z podobnych powodów został wyrzucony z pracy z wilczym biletem. Żadna zdrowa psychicznie dziewczyna by go nie chciała. Dlatego tak łatwo dał się złapać na mój haczyk.
- Chyba nie rozumiem.
- To proste. On przecież dobrze wie, że teraz muszą na niego uważać i żadna normalna się z nim nie będzie zadawać. Dlatego, jak już jakaś obdarzy go ciepłym uśmiechem, zwariuje z radości i poleci za nią na koniec świata.
- Domyślam się, że ty zamierzasz być tą „jakąś”.
- Owszem, zamierzam. Bo mnie to bawi. On jest taki zabawny, kiedy myśli, że darzę go prawdziwym uczuciem. Idiota jeden.
Maćkowi prawa dłoń zacisnęła się w pięść. Gdyby Matylda była facetem, z miejsca by jej przyłożył, ale nie bił nigdy kobiet, nawet jeśli go denerwowały, więc tylko siedział cicho i słuchał dalej.
- Całować się też porządnie nie umie, ale wystarczy tylko, że go pochwalę i powiem, jaki to on jest słodki, jak powiem do niego „Maciusiu”, a zaraz je mi z ręki.
- No dobrze, ale co zrobisz, jak już całkiem go w sobie rozkochasz?
- Trochę się nim pobawię i potem go zostawię i znajdę sobie innego frajera, aby się we mnie zakochał.
- I nie będzie ci go ani trochę żal?
- Ani trochę. Faceci to świnie. Tylko na ładne umieją patrzeć. Wiesz dobrze, jak było, kiedy nie byłam jeszcze tak atrakcyjna jak teraz.
- Tak, ale Maciek nic ci nie zawinił. Nie sądzisz, że to lekka przesada w taki sposób go traktować?
- A ty co tak go bronisz? Sama się z niego śmiałaś w operze.
- Wiem i bardzo tego żałuję. To było głupie i żałosne.
- Jak ryczałaś ze śmiechu z jego powodu, to tak nie uważałaś.
- Sama mnie sprowokowałaś do takiego zachowania.
- A więc uważasz, że mam na ciebie zły wpływ?
- Nie, tylko... Po prostu uważam, że przesadziłyśmy wtedy. Myślałam o tym długo i wiem, że to było żałosne. Nie powinniśmy tak sobie kpić z Maćka.
- Co ty go tak bronisz? Podoba ci się, czy co?
- Nie, po prostu... Trochę mi go żal.
- A komu mnie było żal, kiedy cierpiałam? Zresztą on sam jest sobie winien. Dlaczego nie trzymał rodziców w domu i pozwalał im spiskować? A teraz co? Oni siedzą, a on klepie biedę. Każdy ma to, na co zasłużył.
- A on zasłużył na taki los?
- Weź już się tak nim nie przejmuj. Zanim pocierpi, to jeszcze zazna nieco dobroci z mojej strony. O ile oczywiście ta mała znowu nie wejdzie mi w drogę.
- Jaka mała?
- Taka jedna, która ciągle za nim łazi. Jego siostrzyczka, kuzynka, czy cholera wie, kim ona tam jest. Widziałaś ją zresztą w operze.
- Ta mała blondyneczka o wyglądzie aniołka?
- Wygląd to ona może i ma jak aniołek, ale charakterem jest małą diablicą i manipulantką. Maciek ją po prostu uwielbia. Nie wiem, co to za jedna, ale często u niego siedzi. Chyba go lubi, chociaż nie wiem, za co. Nudny jest jak flaki z olejem. Ani na modzie się nie zna, ani na dobrych strojach, ani na ciekawych filmach, nawet w Bułgarii nigdy nie był, a co dopiero w Mediolanie czy Australii. Ja tam nie wiem, co ta mała w nim widzi. Albo co on widzi w niej. Ale wiem, że ona mnie nie lubi i mi ciągle dokucza. Niedawno udawała, że ją popchnęłam i przewróciłam. A on wiesz, co zrobił? Skarcił mnie i zawołał, żebym na nią nie krzyczała. Na tego małego diabła. Ja nie wiem, jak on ma tupet mówić w taki sposób do mnie.
- Może po prostu kocha tę małą?
- Kocha? Rzeczywiście. Ciekawi mnie tylko, czy on ją kocha w taki normalny sposób, czy jakiś taki niezbyt normalny.
- Chyba nie sugerujesz, że on...?
- Nie sądzę, chociaż kto go tam wie? On jest tak dziwny, że wcale by mnie to nie zdziwiło.
Maciek poczuł, że krew go zalewa. Wiele zarzutów pod swoim adresem umiał znieść, wiele z nich zresztą było prawdą. Nie znał się na modzie, na zagranicznych filmach (poza wyjątkami), nie był nigdy w Bułgarii, nie umiał utrzymać rodziców w domu, klepał biedę i kochał Aurelię. To wszystko było prawdą, ale uważać to za zarzut wobec niego było przesadą. Zresztą nawet jeśli to mógł darować, to nie był w stanie darować Matyldzie słów, że on chciałby niby Aurelii zrobić krzywdę. On jej miałby coś takiego zrobić? Tej słodkiej kruszynce? Chyba by się prędzej spalił w piekle. Jak ta głupia krowa mogła mu coś takiego zarzucić?
- Tak czy inaczej, jestem z nim umówiona - mówiła dalej Matylda - Jutro on i ja pójdziemy do baru mlecznego, a potem zaproszę go na swoje urodziny i liczę, że da mi on jakiś porządny prezent. Naciągnę go na jakiś drogi z Peweksu.
- Wątpię, żeby go było na niego stać.
- Na pewno będzie. A zresztą, w razie czego zawsze może wyciągnąć sobie pieniądze z książeczki mieszkaniowej. Na pewno sobie poradzi. Tylko jeszcze nie wiem, co on może mi kupić. Masz jakieś propozycje? Co on mógłby mi dać?
- Może nowy mózg? - zapytał głośno Maciek, opuszczając swoją kryjówkę.
Matyldę i jej koleżankę zamurowało. Nie spodziewały się jego obecności w tym miejscu i były w niezłym szoku, gdy go teraz ujrzały.
- Zastąpi ci stary, bo już go zgubiłaś. Chociaż nie, zapomniałem. Nie można zgubić czegoś, czego się nigdy nie miało - powiedział ze złością Maciek.
Matylda wyglądała na przerażoną, ale próbowała ponownie swoich sztuczek kobiecych na chłopaku.
- Ależ Maciusiu... Przecież ja wcale nie mówiłam tego o tobie. Ja to mówiłam o takim jednym chłopaku z innej klasy, też Maćku, który mnie podrywa. Prawda, że tak było, Danuśka?
Jej koleżanka potrząsnęła szybko głową na znak potwierdzenia tych słów, ale zrobiła to tak nieszczerze, że Maciek ani przez chwilę nie miał wątpliwości, że obie kłamią.
- Dobra, darujcie sobie te swoje kłamstewka. Mnie już na nie nigdy więcej nie nabierzecie. Żegnam ozięble.
Po tych słowach Maciek odwrócił się i odszedł, nie zważając na to, że czekał przecież na tramwaj do domu. Kiedy to zrobił, zauważył jadącą niedaleko karetkę pogotowia. Nie przejął się tym jednak, tylko wszedł do środka kamienicy, wspiął się powoli po schodach na górę, na piętro, na którym mieszkał i bez pośpiechu wkroczył do swojego mieszkania. Zamknął drzwi za sobą i usłyszał wówczas, jak gra gitara. Domyślił się, że to znowu Piotra naszła jakaś refleksja i przygrywał sobie piosenki z czasów, gdy jeszcze zadawał się z osobami z Solidarności. Nie pomylił się, gdyż po chwili jego uszu dobiegły następujące słowa, wyśpiewywane niezbyt głośno przez Piotra:
Wyrwij murom zęby krat.
Zerwij kajdany, połam bat.
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat.
Maciek uśmiechnął się delikatnie, odłożył ostrożnie siatki na blat w kuchni, a potem delikatnie zakradł się do pokoju brata i lekko uchylił w nim drzwi. Zobaczył wówczas Piotra siedzącego na łóżku, z gitarą w dłoniach, śpiewającego kolejne zwrotki piosenki, nie dostrzegając Maćka, który oparty o próg z uwagą na niego patrzy i słucha z pewną nostalgią tego, co on śpiewa. Piotr z kolei grał i śpiewał, mając w oczach pasję, potem zaś nagle posmutniał, kiedy zaśpiewał ostatnie słowa piosenki, o samotnym bardzie, który dochodzi do naprawdę smutnych refleksji, że jego walka samotna nie ma sensu (przynajmniej tak to interpretował Maciek):
Patrzy na równy tłumów marsz.
Milczy wsłuchany w kroków huk.
A mury rosną, rosną, rosną.
Łańcuch kołysze się u nóg.
Po tej zwrotce Piotr przestał grać i dopiero wtedy zobaczył Maćka, stojącego w progu. A Maciek zauważył, że w oczach brata szkliły się łzy, które ten jednak szybko otarł.
- Młody, nie wiedziałem, że wróciłeś - powiedział Piotr, kiedy jego oczy były już wolne od łez.
- Jakbyś nie grał i nie śpiewał, to byś wiedział - odparł na to Maciek - A ty się nie boisz się śpiewać tej piosenki?
- A czego mam się bać? Największy konfident, Pyziak, już stąd dawno wybył, a inni nie mają tyle odwagi, aby mi podsłuchiwać pod drzwiami.
- Ja jakoś miałem - zauważył Maciek.
- Ty jesteś w porządku, młody. Jak mało kto - to mówiąc Piotr otarł łzę, która ponownie pojawiła się w jego oku i dodał: - Wybacz mi, rozczulam się czasami za mocno. Widziałem, że w lodówce już nie ma mleka. Pojechałeś po nowe?
- Tak, mam je. Słuchaj, a co cię tak naszło, żeby śpiewać tę ckliwą piosenkę?
- Sam nie wiem. Może to przez tę karetkę?
- Tu była karetka?
- Tak, ale nie wiem, do kogo. Nie wiem nawet, czy ktoś umarł, czy tylko jest ranny. Nic nie wiem. Dobija mnie to.
- Co takiego?
- Świadomość tego, że wszystko mija, a ja powoli się starzeję i nie zdołałem zrobić nic, aby naprawić choć trochę ten świat. Zresztą jak mam go niby naprawić, skoro swojego własnego życia nie umiem naprawić? Nie jestem właściwą osobą do tego, aby cokolwiek naprawiać, skoro nie umiem nawet swojego życia naprawić.
Maciek milczał przez chwilę, rozważając w głowie jego słowa.
- Byłeś ostatnio na jakimś wiecu Solidarności? - zapytał po chwili.
- Nie, zerwałem z polityką raz na zawsze, odkąd dowiedziałem się, że ta cała Solidarność nie jest wiele więcej warta od komuchów. A jej członkowie to jedna wielka banda hien.
- Serio? Wszyscy są hienami? Kuroń i Wałęsa też?
- Kuroń akurat jest w porządku. To ten drugi, elektryk od siedmiu boleści jest mi solą w oku. Mały dyktatorek, świat chce do góry nogami wywracać, rewolucję w Polsce robić, a nie wie nawet, co temu krajowi tak naprawdę jest potrzebne.
- A co takiego?
- Silne i sprawiedliwe rządy, bez partyjniactwa i łapownictwa. Bez nepotyzmu i wszelkich anomalii. A oni co? Chcieliby wywrócić świat do góry nogami, a zaraz potem wziąć władzę do łap i ją trzymać tak długo, jak długo będą dychać. Jeszcze nie mają tej władzy, a już planują, co i jak sobie stworzą, komu jakie stanowisko podarują itd. A zwłaszcza on, elektryk z gęstym wąsem. Gadać dużo umie, ale już robić, to nie. Wysługuje się innymi. Spiskuje i bruździ, ale odpowiedzialności za nic brać nie chce. I ja mam do tej kliki należeć? Nigdy! Przenigdy! Dość polityki, dość zmieniania świata. Ten świat nie zmieni żaden idealista. A już na pewno nie ja. Lepiej zająć się sobą. Polska nie jest warta tego, aby za nią ginąć. Może kiedyś była, ale teraz nie jest.
- A za co warto ginąć? - zapytał Maciek.
- Za bliskich, za nasze ukochane osoby, choć najlepiej dla nich jest żyć, a nie umrzeć w bohaterski sposób - odpowiedział Piotr - Ale my tego nie potrafimy. My umiemy tylko chwalić poległych. Gloria victis i takie tam. A żywych potępiamy za to tylko, że żyją i nie zginęli na polu chwały. Umierać umiemy, tak, nawet pięknie. Ale żyć... Żyć nie potrafimy.
To mówiąc wstał z łóżka i zawiesił gitarę za pasek na ścianie, do której był wbity specjalnie przygotowany do tego gwóźdź.
- Ale zostawmy to już. Wisły przecież kijem nie zawrócę, a świata słowem nie zmienię. Lepiej powiedz mi, jak ty się czujesz, bo widzę, że ty też jesteś w dosyć kiepskim humorze.
Maciek nie bardzo miał ochotę na zwierzenia, ale skoro Piotr opowiedział mu co nieco o swoim podejściu do życia, co było wszak jego prywatną, intymną dosyć sprawą, on też poczuł, że może mu powiedzieć wszystko, co zechce i zrobił to. Bez żadnych skrótów opowiedział o spotkaniu z Matyldą i o tym, czego na swój temat się dowiedział. Piotr wysłuchał go cierpliwie, uśmiechnął się ponuro i rzekł:
- Maciek, widziałem parę razy tę twoją Matyldę na ulicy i uwierz mi, ona nie jest dziewczyną dla ciebie. Wiedziałem to od samego początku, ledwie tylko na nią spojrzałem. A jej zachowanie też mówiło samo za siebie.
- Jakie zachowanie?
- Takie dumne, aroganckie i pewne siebie. Zachowywała się chamsko wobec ludzi, nawet do mnie, gdy przypadkiem mnie potrąciła, nakrzyczała i wyzwała od chamów źle wychowanych i pospólstwa.
- I nic mi o tym nie powiedziałeś? Nie powiedziałeś, żebym z nią zerwał?
- A posłuchałbyś? Zresztą najlepiej jest samemu dowiedzieć się takich rzeczy, niż wysłuchać opowieści innych. Przynajmniej szybciej się ockniesz. Tak jak ja. Mnie też mówiono, że ta moja jest nic nie wartą jędzą, że to konfidentka, ale nie chciałem ich słuchać. I co? Zapłaciłem za to utratą pracy i o mało nie wolności. Od tego czasu mam awersję do bab.
- Ja chyba od dzisiaj też będę miał awersję - powiedział ponuro Maciek.
- Nie mów tak, młody. Jak byłem w twoim wieku i mi nie wyszła pierwsza miłość, też tak gadałem. Ale z czasem mi przeszło.
- Do czasu, aż zraziłeś się do kobiet całkowicie.
- Nie do kobiet. Do głupich bab. A to duża różnica. Bo widzisz, braciszku, płeć piękna dzieli się na różne gatunki, a baby to najgorszy z nich. Najlepszy zaś to prawdziwa kobieta, ale takiej trudno uświadczyć. Mało jest pośród setki bab czy innych babiszonów prawdziwych kobiet. Ja takiej nie znalazłem i raczej już jej nie znajdę. Ale ty masz jeszcze szansę.
- Dlaczego?
- Bo nie jesteś przeżarty politycznym wypaleniem, tak jak ja. Ciebie nigdy nie skusiła polityka i nie przekonałeś się, jaka ona śmierdząca. Dam ci dobrą radę, mój mały braciszku. Nie idź w moje ślady. Żyj lepiej niż ja. Lepiej na tym wyjdziesz.
- Może i tak... - westchnął ponuro Maciek i oparł się o próg, po czym nagle parsknął śmiechem - A wiesz, co było najśmieszniejsze? Jak ona powiedziała, że mogłaby zjeść ze mną kolację w „Victorii”. Ciekawe tylko, skąd ja niby wziąłbym dwóch żyrantów, co?
Obaj lekko zachichotali, po czym Maciek dodał:
- „Raz mi mówiono, że są tu na ziemi białe anioły z skrzydłami jasnemi”.
- Co mówisz? - spytał Piotr.
- Nic, taki wierszyk mi się przypomniał. Anioły z skrzydłami jasnymi. Piękne mi anioły, nie ma co. A Matylda to jest najlepszy aniołek z nich wszystkich. Anioł z twarzy, ale diabeł w sercu. Ja mam już dosyć miłości i to na całe życie. Miłości i kobiet.
- Też tak gadałem i zobacz, jak skończyłem. Nie popełniaj mojego błędu. A co do miłości, to nie bój się. Pierwsza miłość nie jest ostatnia.
- Podobno najbardziej boli. I jest najgorsza.
- Odpowiem ci cytatem z klasyka: „Nieprawda, bo po pierwszej czeka cię stoi innych, a po sto pierwszej już nic”.
Maciek uśmiechnął się, doskonale rozpoznając cytat z jednej z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytał.
- Dzięki, braciszku. Poprawiłeś mi humor.
- Nie ma za co, młody. Od tego tu jestem. A przy okazji, mógłbyś się łaskawie dowiedzieć, kogo pogotowie zabrało?
- Sam nie możesz?
- Nie, muszę zrobić kolację.
- Dobra, to pójdę. Popytam się ludzi, może coś wiedzą.
Maciek wyszedł więc z mieszkania i zszedł na dół, aby zapytać dozorcę, czy aby nie wie, po kogo przyjechała karetka. Gdy jednak mijał drzwi od mieszkania profesora Czesława Dmuchawca i jego wnuczki, usłyszał dobiegający z niego dość ostry płacz. Poznał doskonale, że należy on do Kreski. Zasmucony i niepewny, co jest tego przyczyną, a czując potrzebę zbadania tego, zapukał do drzwi.
- Mówiłam ci, żebyś dał mi spokój! Nie rozumiesz po polsku?!
Kreska otworzyła drzwi z impetem, wrzeszcząc na całe gardło. Nie miała na nosie okularów, a jej oczy były czerwone i mokre od łez.
- Kreska, zwariowałaś? To ja - jęknął Maciek.
Dziewczyna nałożyła zdumiona okulary i dopiero teraz zobaczyła, kto przed nią stoi. Zmieszała się wówczas lekko i powiedziała:
- Maciek? Wybacz, ja... Przepraszam, myślałam, że to znowu ten idiota.
- Jaki idiota?
- Lelujko. Był tu przed chwilą, próbował mnie pocieszać w swój beznadziejny sposób.
- Coś ci zrobił? - zapytał zaniepokojony Maciek.
- Próbował, ale go pogoniłam - uspokoiła go Kreska.
- Bardzo mądra dziewczyna z ciebie. Słuchaj, jak chcesz, to ja mogę go zaraz dogonić i mu przyłożę tak, że zgubi wszystkie zęby - zaproponował chłopak.
Kreska uśmiechnął się delikatnie do Maćka. Oczy wciąż miała czerwone od łez, ale na jej twarz zawitała lekka radość.
- Daj spokój, on nie jest tego wart. Wejdziesz?
- Tak, chętnie.
Maciek wszedł do środka, a gdy Kreska zamknęła drzwi, zapytał:
- Płakałaś?
- Tak, ale nie mów nikomu, bo nie wyjdę z domu przez miesiąc ze wstydu.
- Będę milczał jak grób, a jeśli skłamię, to już jestem trup.
Oboje delikatnie zachichotali, przypominając sobie pewną rymowankę, którą już parę razy umieli siebie rozbawić w trudnych sytuacjach. Wtedy, kiedy nie było jeszcze tej głupiej Matyldy pomiędzy nimi.
- Co się stało, że płakałaś? - zapytał Maciek.
Kreska powoli zaczęła ocierać oczy od łez i rzekła, jąkając się przy tym:
- Bo widzisz, Maciusiu... Bo widzisz, ja... To znaczy, mój dziadek...
- Co z nim? - chłopak przeszedł dreszcz przerażenia - Boże, chyba nie chcesz mi powiedzieć, że... Widziałem karetkę, jak wracałem z zakupów. Odjeżdżała od nas. Czy to znaczy, że twój dziadek...?
Kreska pokręciła przecząco głową, a w jej oczach ponownie zaszkliły się łzy.
- Żyje, ale miał zawał. Dostał go, gdy szykowałam dla niego kolację. To było straszne. Maciusiu, to było naprawdę straszne. Ja się boję, ja się naprawdę boję. Powiedzieli mi, że on przeżyje i że jak już będą coś wiedzieć, to zadzwonią, ale oni wciąż nie dzwonią, a ja się martwię. Nie wiem, co mam robić. I jeszcze ten głupi Lelujko tu przyszedł. Zobaczył, że jestem załamana i chciał to wykorzystać.
- A to ścierwo! - wrzasnął ze złością Maciek, zaciskając ze złości dłoń w pięść - Zobaczysz, jak go tylko dorwę, to dam mu w pysk! Z całej siły i to pięścią!
Chciał już lecieć i szukać tego bydlaka, jednak Kreska złapała go mocno za rękę i czule ją ścisnęła.
- Nie idź, proszę. Nie zostawiaj mnie samej! Proszę, Maciusiu...
Maciek spojrzał na nią z troską. Chciał jej pomóc, tak bardzo chciał jakoś ją w tym wszystkim wesprzeć, ale nie wiedział, w jaki sposób to zrobić. Zapytał o to, a ona tylko odpowiedziała:
- Przytul mnie.
Chłopak objął ją bardzo mocno do siebie, a ona zaczęła dziko płakać w jego ramię. Maciek poczuł się wówczas jak bohater lubianych przez siebie powieści, który pociesza swoją ukochaną w potrzebie. Tyle tylko, że bohaterowie książek zawsze jakoś łatwo znajdowali sposób na to, aby pocieszyć swoją ukochaną. On nie potrafił tego teraz zrobić. Zresztą Kreska nie była jego ukochaną. Ale czy to coś zmieniało? Chciał jej pomóc, a świadomość tego, że pan profesor Dmuchawiec może umrzeć, a jego przyjaciółka zostanie sama na świecie, przerażała go.
- Nie płacz, kruszynko. No, nie płacz - zaczął mówić do niej tak, jak czasami mówił do Aurelii - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Nie zostawimy cię samej w potrzebie. Ani ja, ani Piotr, ani Aurelia. Będzie dobrze, twój dziadek wróci do zdrowia i jeszcze długo będzie żył. A cokolwiek by się nie stało, nie zostawimy cię w potrzebie. Zobaczysz... Wszystko będzie dobrze, Janeczko.
Kreska spojrzała na niego z uwagą, przetarła sobie lekko zaparowane szkła okularów, a łzy wciąż ciekły po jej policzkach.
- Janeczko? To już nie Kresko?
- Nigdy nie lubiłem tego przezwiska. Nie wiem, po co prosiłaś, żebym tak do ciebie mówił.
- Bo byłam głupia.
- Ale teraz bądź mądra i już nie płacz, dobrze?
To mówiąc Maciek pocałował dziewczynę delikatnie w czoło.
- Wszystko będzie dobrze, kochanie.
Kreska nagle wyrwała się z jego ramion, spojrzała na niego groźnie i syknęła:
- Nigdy więcej tak do mnie nie mów!
- Janko, o co ci chodzi?
- Nie jestem dla ciebie Janka, tylko Kreska! Zawsze będę tylko Kreską! Po co mi dajesz nadzieję na coś więcej, skoro nie możesz jej dotrzymać?!
- Janeczko, o czym ty mówisz?
- O tym, żebyś więcej tak nie robił.
- Czego mam nie robić?
- Tego, co zrobiłeś przed chwilą. Nie masz prawa bawić się moimi uczuciami. Nie rób tego nigdy więcej. Nie lubię resztek.
Maciek patrzył na nią, jak na idiotkę. Co on takiego powiedział? Co on jej zrobił, że w taki sposób się zachowuje?
- Słuchaj, ja ci chcę tylko pomóc. Nie musisz na mnie krzyczeć. Boli mnie to, podobnie jak sprawa z twoim dziadkiem. Chcę ci pomóc, a ty na mnie wrzeszczysz jak jakaś wariatka. Co ty w ogóle wyprawiasz, co?
Nie krzyczał, ale jego głos brzmiał na tyle stanowczo, że Kreska ocknęła się z transu, w który wpadła, spokorniała i powiedziała:
- Przepraszam, Maciusiu...
- Maciusiu. To już nie „stary półgłówku”? - zażartował sobie Maciek.
Normalnie nie tak łatwo by jej wybaczył, ale teraz nie umiał postąpić inaczej. Wiedział, że ona cierpi i nie jest teraz sobą, więc dobijanie jej przez wypominanie jej głupiego zachowania byłoby podłością. Teraz trzeba było wykazać się wielką wyrozumiałością i on też zamierzał tak postąpić. Poza tym, za bardzo ją lubił, aby miał się na nią gniewać.
- Wybacz mi, że cię tak nazywałam - powiedziała po chwili Kreska, lekko przy tym parskając śmiechem.
Żart Maćka ją rozbawił, a jej śmiech sprawił, że i on ponownie się uśmiechnął i to sprawiło, że mury runęły, runęły, runęły... Mury między nimi. Mury, które co prawda nie odsłoniły jeszcze w pełni tego, co zasłaniały, ale zawsze już odsłoniły część obrazu, który oboje bardzo chcieli dostrzec.
Maciek usłyszał to, co naprawdę Matylda o nim myśli.
OdpowiedzUsuńAleż głupią minę musiała mieć nasza paniusia Mytyldzia. Można jej wybaczyć, że nie zna się na mitach greckich i myśli tylko o ciuchach, ale grubo przesadziła sugerując, że Maciek ma dziwne skłonności do małych dziewczynek.
Już Danuśka była nieco mądrzejsza od Matyldy.
Piotr zderzył się z brutalną prozą życia, kiedy pierwszy entuzjazm nowego ruchu społecznego opadł i zaczęły się frakcyjne podziały i pretensje.
Zdania o Polsce bardzo gorzkie i prawdziwe, bo u nas ceni się tylko heroiczne śmierci i romantyczny mesjanizm, Polska Chrystusem Narodu, a nie zdrowy rozsądek.
Mam nadzieję, że z profesorem Dmuchawcem będzie dobrze i ten zawał nie zagrozi jego życiu. Trochę skruszały mury między Mackiem i Kreską, lody między nimi zostały przełamane.
Ciekawe, co będzie dalej?
Naprawdę świetny rozdział. Wreszcie chłopakowi otwierają się oczy i może dostrzeże w Kresce super dziewczynę.
OdpowiedzUsuńHistoria nadal jest bardzo ciekawa. Maciek wraca z zakupów i przez przypadek słyszy rozmowę dwóch dziewczyn. Jedną z nich okazuje się być Matylda, która w perfidny i podły sposób go obgaduje oraz krytykuje wszystko, co robi: jak się ubiera, jak mieszka oraz jego biedę i sposób w jaki całuje. Wychodzą wtedy na jaw wszelkie jej kłamstwa, jakimi do tej pory go obdarzyła oraz jej zamiary względem niego. Przyjaciółka dziewczyny próbuje go bronić, ale na próżno. W tym momencie Maciek postanawia się ujawnić i w dość podły sposób stwierdza, że dziewczyna nie ma mózgu, jednocześnie w brutalny sposób przekonuje się o prawdziwych zamiarach Matyldy i że ta nigdy go naprawdę nawet nie lubiła. Postanawia się już nigdy więcej nie zakochać, co w dosadny sposób stwierdza w późniejszej rozmowie z Piotrem, który jednocześnie przekonuje go do tego, by nie odrzucał miłości na zawsze. Potem Maciek idzie się dowiedzieć, kogo zabrała karetka, którą zauważył pod kamienicą w drodze do domu. Jednak po drodze do mieszkania dozorcy przechodzi koło mieszkania profesora Dmuchawca i jego wnuczki, z którego słyszy płacz. Od razu puka do drzwi i otwiera mu zdenerwowana Kreska, która myśli, że to Jurek Lelujko, który znowu chce ją poderwać wbrew jej woli. Maciek chce mu dać nauczkę, jednak dziewczyna go przed tym powstrzymuje i przekonuje go, aby został z nią, na co on przystaje. Dowiaduje się od niej, że profesor Dmuchawiec dostał zawału i zabrała go karetka, a Kreska bardzo się o niego boi. Maciek przytula ją bardzo mocno do siebie i w tym momencie zaczynają między nimi pękać pewne mury, a chłopak zaczyna dostrzegać w niej kogoś więcej niż tylko zwykłą przyjaciółkę, zwłaszcza wtedy, że zaczyna ją nazywać po imieniu, a nie przezwiskiem, a ona nazywa go również po imieniu, a nie "starym półgłówkiem", więc wnioskuję po tym, że nasza dwójka zaczyna się powoli do siebie zbliżać :)
OdpowiedzUsuńOgólnie rzecz ujmując, bardzo ciekawie się rozwija ta historia. Czekam na kolejne rozdziały. :)