poniedziałek, 24 maja 2021

Rozdział XIV

Rozdział XIV

Sąsiedzka pomoc

Gabrysia po rozmowie z profesorem Dmuchawcem wyszła ze szpitala, wciąż rozważając w głowie to wszystko, co mówił jej były nauczyciel. Próbowała też w pełni zrozumieć sens jego słów, które trafiły mocno nie tylko do jej umysłu, ale i do serca, wskutek czego poczuła z ich powodu jakieś dziwne, nie do końca dla niej zrozumiałe uczucie. To uczucie, które mówiło o tym, że najwyraźniej marnuje sobie życie. Nie chodziło o to, iż mieszkała wciąż w tym samym mieszkaniu, co jej rodzice oraz młodsze siostry. Z tym już dawno się pogodziła, a ponieważ Pyziaka nie stać było na osobne mieszkanie, musieli zadowolić się tym, co mieli. To wszak z tego powodu Janusz pojechał do Australii. Chciał zarobić dość pieniędzy, aby ich było stać na własne lokum i aby już nie musieli siedzieć na karku jej rodzicom, co było uciążliwe nie tylko dla niego, ale i dla niej. Chociaż, czy dla Gabrysi to było „uciążliwe”, to trudno powiedzieć. Z pewnością przywykła do tej sytuacji, chociaż nie pogardziłaby swoim własnym mieszkaniem. Takim lokum, choćby niewielkim, ale na tyle jej własnym, aby mogła powiedzieć o nim: „moje”. Tak to już jest, że w ludzkiej naturze leży wielka chęć posiadania czegoś na własność, a szczególnie swojego własnego kąta.
Nie o to jednak tutaj chodziło. To, że mieszka wciąż z rodzicami i młodszymi siostrami, to jakoś umiała znieść. W sumie całe życie wiodła właśnie taki żywot i jakoś trudno było jej sobie wyobrazić, aby mogła wieść inny, choć oczywiście nie miałaby nic przeciwko temu, żeby tak było. Chodziło jednak o to, że chwilami czuła się w ogóle nikomu nie potrzebna i czuła, że marnuje swoje życie na byciu wiecznie na każde zawołanie swoich sióstr czy matki, a od niedawna także i męża. Nie, żeby nie chciała im pomagać, jednak od jakiegoś czasu czuła, że każde z nich wykorzystuje ją bezczelnie do pomagania sobie w najgłupszych nawet sprawach i to nawet takich, w których sami by doskonale sobie poradzili. Zapewne już do tego przywykli, że kiedy mają jakiś problem, to do niej jako pierworodnej się wszyscy zawsze zwracają: ojciec po to, aby porozmawiać o swojej fascynacji literaturą i historią starożytną, matka po to, żeby pomogła jej posprzątać, Ida po to, aby jej pomóc wybrać właściwy strój lub po inną pierdołę, Natalia po to, aby jej pomóc z matematyką czy w innych lekcjach, a Patrycja po to, aby jej pomóc coś naprawić z lalką. Tylko mała Róża niczego od niej nie żądała, poza noszeniem na rękach od czasu do czasu i karmieniem, ale to chyba dlatego, że miała zaledwie rok i zakres jej potrzeb był stosunkowo niewielki. Dodatkowo warto zauważyć, że nad Różą to jakoś wszyscy się rozczulali i bardzo chętnie jej pomagali w obowiązkach nad nią i to dotyczyło wszystkich, nawet Idy, skupionej przede wszystkim na sobie oraz na swoich potrzebach. Ale jakoś do pomocy jej nikt się nie kwapił, a wszyscy od niej oczekiwali, że w czymś im pomoże lub ich w czymś wyręczy.
Oczywiście skłamałby ten, kto by twierdził, że Gabrysia nie chciała pomagać swojej rodzinie. Przeciwnie, bardzo tego chciała, jednak odnosiła nieraz wrażenie, jakby wszyscy za bardzo przywykli do oczywistego faktu, iż mogą na nią liczyć i mimowolnie wykorzystywali tę sytuację przeciwko niej, korzystając przy tym z faktu, iż nie umie ona powiedzieć rodzinie „Nie”. Gabrysia sama z siebie bardzo chętnie pomagała swojej rodzinie, ale czasami odnosiła wrażenie, że owa rodzina, nawet nieświadomie, po prostu ją wykorzystywała. Dotąd jednak nie dopuszczała do siebie głosu, który by uznał taką sytuację za anomalię. Do tej pory głos ten w jej głowie od czasu do czasu przemawiał, jednak nigdy nie pozwoliła mu w pełni się wypowiedzieć lub dojść do jej serca i pomóc realnie ocenić całą tę sytuację. Ale teraz, pod wpływem słów profesora Dmuchawca, poczuła powoli, że choć może i nie ma wcale trudnego życia, to jednak szczęśliwa też nie jest i powinna walczyć o swoje, bo inaczej prędzej czy później skończy jako kiepska oraz raczej mimowolna odtwórczyni roli współczesnego Kopciuszka. A winnymi tego stanu rzeczy będzie ona sama oraz jej rodzina, która nieświadomie zrobiła z niej sobie kogoś, kto jak się go o to poprosi, wszystko zrobi za nich. Tyle tylko dobrego, że jej rodzina nie robiła tego specjalnie, lecz do tego przywykła, a ona sama ją tego nauczyła. Ale gorzej już się sprawy miały z Januszem. O ile o mamie i o siostrach można było powiedzieć, że mimowolnie i nieświadomie ją wykorzystują przy każdej okazji, to Janusz celowo i całkowicie świadomie to robił. A przynajmniej takie odnosiła po jego zachowaniu wrażenie. Dodatkowo, jak był potrzebny, to go nie było. Miał też oczywiście swoje zalety, ale Gabrysia odnosiła chwilami wrażenie, że wad było w jego osobie o wiele więcej. Dlaczego nie dostrzegała tego wcześniej, kiedy już się z nim związała? Dlaczego musiała doświadczyć tego wszystkiego i to jeszcze na własnej skórze, aby w końcu to pojąć? Dlaczego zwykle tak jest, że tak poważnych spraw nie dostrzegamy, póki nie odbiją się nam czkawką?
Te wszystkie myśli krążyły po głowie Gabrysi, gdy wracała ze szpitala, do którego zaszła, aby odwiedzić Natalię oraz profesora Dmuchawca. Jeżeli chodzi o pierwszą z tych osób, to była już spokojna o jej zdrowie. Lekarze po tych kilku dniach, odkąd trafiła pod ich opiekę, nie przewidywali żadnego niebezpieczeństwa dla jej zdrowia i uważali, że jeszcze trochę i kaszel całkowicie jej minie i będzie mogła wrócić do domu. A jeśli mowa o profesorze, to powoli odzyskiwał on siły po niedawnym zawale i lekarze też uważali, iż wyjdzie z tego, choć lepiej, aby też jeszcze pozostał u nich przez jakiś czas. Zatem wyglądało na to, że wszystko w tej sprawie zmierza ku lepszemu.
A co do innych aspektów... Profesor Dmuchawiec pomógł Gabrysi zrozumieć wiele spraw, choć nie użył do tego zbyt wielu słów. On zawsze tak umiał zrobić i jak widać, mimo upływu lat wciąż nie stracił swojego talentu w tym zakresie. No i bardzo słusznie, gdyż dzięki temu jego dawna ulubiona uczennica mogła w pełni pojąć to, co profesor próbował jej powiedzieć, a co ona sama powinna dawno już zrozumieć, że nie jest służącą swojej rodziny i pomagać od czasu do czasu jest to coś zupełnie innego, niż pozwalać się wykorzystywać. Będzie musiała o tym sobie porozmawiać ze swoją rodziną, kiedy wróci do domu. Oczywiście mowa jest tutaj o matce i siostrach, ponieważ mąż wybył sobie za granicę i kto wie, gdzie teraz tak naprawdę przebywa. Gdy jednak wróci, to z nim będzie też trzeba odbyć bardzo poważną rozmowę na temat tego, co ich łączy, a co ich dzieli. I warto też sobie porządnie zweryfikować zasady ich małżeństwa, jeżeli ono ma trwać, ponieważ w tej sprawie Gabrysia posiadała dużo wątpliwości. Chwilami nawet miała poważne wątpliwości, czy powinna z nim być. Zwłaszcza, że ostatnio pewien człowiek się często koło niej kręcił i nie czuła w jego obecności fałszu ani zakłamania. Chociaż bywał niesamowicie irytujący swoją pewnością siebie oraz tym, jak bardzo łatwo mu przychodziło ocenianie innych oraz siebie samego. W ogóle, miał sporo wad, ale także sporo zalet i gdyby tak nad nim popracować... Tylko czy ona się do tego nadawała? I czy powinna myśleć o takich rzeczach, kiedy jej mąż był za granicą, a ona robiła za słomianą wdówkę?
Gdy tak o tym wszystkim myślała, nagle przypomniało się jej, że miała przed powrotem do domu wstąpić do mięsnego, aby uzupełnić nieco zapasy. Miała przy sobie w tym celu kartki i dlatego mogła śmiało dokonać tego zakupu. Ruszyła więc w kierunku mięsnego. Jak zwykle, była tam spora kolejna. Niezbyt zadowolona z tego faktu Gabrysia stanęła na końcu kolejki, ściskając przy tym w dłoni kartki na mięso i czekając na swoją kolej. Tym razem osoby wchodziły i wychodziły dosyć szybko, dlatego też mogła się spodziewać prędkiego załatwienia swojej sprawy. Los jednak bywa niekiedy naprawdę przewrotny. Gdy kolejka zaczęła się powoli zmniejszać i coraz bliżej jej było do tego, aby wejść do środka, nagle powiał dosyć silny wiatr, nie na tyle mocno, aby oderwać jej głowę od karku, ale na tyle silny, aby wyrwać jej z ręki kartki na mięso i porwać na ulicę. Gabrysia wrzasnęła ze złości niczym rozjuszona kocica, po czym, nie przejmując się kolejką, wyskoczyła z niej i rzuciła się w pościg za swoją zgubą.
- Łapaj, trzymaj, nie pozwól uciec! - krzyczała wściekle, ganiając za swoją własnością, którą bezczelnie i zaciekle targał wiatr.
Wiedziała, że brzmi to beznadziejnie i głupio, ale w tamtej chwili jakoś nie umiała inaczej się zachować, jak tylko właśnie tak. Była rozjuszona i nie myślała racjonalnie. Dodatkowo jeszcze jej złość potęgował fakt, iż z jakiegoś powodu, ilekroć tylko zbliżyła się do swojej zguby, ta uciekała od niej na kilkanaście chyba metrów i nie dawała się złapać. Chwilami więc można było sobie pomyśleć, że wiatr podły hula sobie z Gabrysią i bawi się z nią w berka. Chore jednak musiałby mieć poczucie humoru ten wiatr, gdyby to okazało się być prawdą. I chyba jednak było, gdyż po dłużej chwili takiej zabawy, wiatr powiał nagle dziko i kartki uciekły nie tylko spod ręki Gabrysi, ale również sprzed jej oczu i po pewnym czasie już nie miała pojęcia, gdzie mogłaby ich szukać. Załamana oparła się wtedy o przystanek tramwajowy, przy którym się zatrzymała i zaklęła okrutnie. Rzadko to robiła i to tylko wtedy, gdy była naprawdę zdenerwowana, czyli tak jak teraz.
- Ulala... Kto to dzisiaj tak niegrzecznie się wyraża? - usłyszała za sobą jakiś znajomy, męski głos.
Należał on do Piotra Ogorzałki, idącego właśnie ulicami miasta. Wyraźnie był on z siebie bardzo zadowolony i zapewne ten fakt sprawił, że aż śmiał się na sam widok przeklinającej i dyszącej ze zmęczenia Gabrysi. Normalnie dziewczyna by miała mu to za złe, teraz jednak nie umiała tego zrobić.
- Może szanowny śmieszek zechce mi pomóc? - zapytała nieco złośliwie, ale bez zaczepki.
- Oczywiście, z przyjemnością - odpowiedział Piotr, wciąż się uśmiechając - A w czym mam śmieszek może pomóc takiej uroczej damie?
- Wiatr porwał mi kartki na mięso. Tak się namęczyłam, aby je dostać i co? I nic. Uciekły mi, skubane i koniec pieśni.
Po tych słowach zaklęła ponownie, wyrażając przy tym całą swoją złość na to, co ją spotkało i na paskudny los, który ją prześladował. Normalnie byłaby teraz o wiele bardziej opanowana, jednak tym razem nie umiała tego zrobić. Za dużo już na nią spadło, za długo dusiła w sobie emocje, aby teraz nie dać im upust. I choć była damą z wychowania oraz pochodzenia, teraz miała po prostu ochotę kląć jak prostacki szewc, której to ochocie dała upust, przeklinając kilka razy pod rząd.
Piotr szybko spoważniał, kiedy usłyszał o problemie dziewczyny. Wiedział bardzo dobrze, jak kartki na mięso trudno jest dostać, ten problem znał bowiem aż za dobrze z autopsji. Dlatego też nie bawiło go to, że kogoś dopadł właśnie taki problem, a zwłaszcza Gabrysię, która przecież nieźle musiała się namęczyć, dając korepetycje lub tłumacząc coś z łaciny dla wysoko postawionych osób, aby te w zamian obdarowały ją towarem tak deficytowym jak kartki na mięso. Dlatego ich utrata była czymś dołującym dla tej dziewczyny i na pewno nie stanowiła ona w ogóle tematu do żartów.
- Słuchaj, bardzo mi przykro z tego powodu - powiedział po chwili Piotr - Ale miałbym dla ciebie małą propozycję.
- Jaką? Żebym nie przeklinała, bo to nie przystoi damie? - zapytała z lekką złością w głosie Gabrysia.
Dała już upust swoim emocjom, więc była nieco spokojniejsza, choć wciąż złość się w niej ukrywała.
- Nie, to nie o to chodzi - odpowiedział Piotr, mimowolnie się uśmiechając.
Jaka ona jest piękna, kiedy się złości, pomyślał sobie.
- Chciałbym ci zaproponować, Gabrysiu, abyś wzięła moje kartki na mięso i z nich skorzystała.
Gabrysia spojrzała na niego zdumiona. Dlaczego on jej to proponował? On jej przecież nawet nie lubił, a przynajmniej takie odnosiła wrażenie. A mimo to, bez wahania użyczał jej tak ważnej dla siebie rzeczy? Wiedziała przecież, że o ile jej było trudno zdobyć kartki, dla niego było to jeszcze trudniejsze. A jednak oddawał je dziewczynie, o której nie tak znowu dawno stwierdził, że jest ona dopiero w okresie dojrzewania, a do tego zwariowaną feministką, więc jej zdanie nie posiada żadnego znaczenia dla niego. I teraz jej chciał oddać swoje kartki?
- Piotrze, ja naprawdę doceniam twój gest, ale nie mogę się na to zgodzić. Ty się namęczyłeś, aby zdobyć kartki, ja przez głupotę swoje zgubiłam i teraz ty masz za to ponosić konsekwencje?
- Oj, daj spokój, obejdziemy się z Maćkiem bez mięsa dzień lub dwa - odparł z nieco zawadiackim uśmiechem Piotr - A poza tym was jest kilkoro w domu, a nas tylko dwóch. Wy ich bardziej potrzebujecie niż my.
To mówiąc, wydobył z kieszeni portfel i wyjął z niego kartki, które przezornie schował pomiędzy banknoty i podał je dziewczynie. Ta wahała się przez chwilę, zanim je wzięła do ręki, ale w końcu to zrobiła, zapewne z obawy, żeby wiatr ich nie porwał i znowu nie musiała ich ścigać. Oczywiście od razu schowała je sobie do torebki.
- Tu będą najbezpieczniejsze - powiedziała - Nie będę kusić losu i trzymać je w dłoni przy takim wietrze.
- Słuszna postawa - zgodził się z nią Piotr - To co? Idziemy do mięsnego?
- Chcesz iść ze mną? - zapytała zdziwiona Gabrysia - Nie masz teraz żadnych innych zajęć?
- Ależ skąd. Jestem wolny i całkowicie do twojej dyspozycji - odparł na to nad wyraz żartobliwym tonem Piotr, wywołując w ten sposób uśmiech na twarzy swojej rozmówczyni.
Musiał przyznać, że Gabrysia wygląda naprawdę ładnie, kiedy się uśmiecha. Powinna częściej to robić. Wtedy nawet w tych obcisłych i ohydnych dżinsach nie wyglądała wcale tak źle, a wręcz przeciwnie, wtedy stanowiła widok bardzo miły dla oka. Widać prawdą były słowa słynnego przeboju Trubadurów:

Uśmiech dziewczyny zmienia pogodę.
Słońce przychodzi w śnieżną zawieję.
Działa magicznie na urodę
I brzydula w uśmiechu pięknieje.

Z tymi myślami, Piotr stanął wraz z Gabrysią w kolejce do mięsnego. Oboje dobrze wiedzieli, że czeka ich długie oczekiwanie, jednak nie odstraszało ich to w żaden sposób. Ostatecznie przecież nie jest ważne, jak długo trzeba na coś czekać, ważne było to, z kim to się robi. A żadne z nich nie mogło zdecydowanie narzekać na towarzystwo drugiej osoby, dlatego też cieszyli się nim i powoli posuwali się do przodu, gdy kolejno każdy z klientów powoli załatwiał to, po co przyszedł do tego sklepu i ustępował miejsca kolejnej osobie, wskutek czego kolejka stopniowo się robiła coraz mniejsza i mniejsza, aż wreszcie przyszła kolej Gabrysi i Piotra.
- Dobrze, to wybierz, co tam chciałaś. Tylko bez krępacji - rzekł Ogorzałko do swojej towarzyszki - Pamiętaj, ja nie przyjmę tego z powrotem.
Gabrysia jeszcze przez chwilę się wahała, czy może przyjąć taką życzliwość ze strony mężczyzny, ale na jego deklarację, że nie przyjmie on użyczonych jej kartek z powrotem, zrozumiała jasno, iż musi ustąpić i dlatego kupiła to, co sobie postanowiła, oczywiście nie omieszkując lekko ponarzekać na to, jaki ten Piotr jest uparty i jak bardzo ją tym denerwuje.
- Bo widzi pani, zgubiłam moje kartki na mięso, a on mi użyczył swoich i to jeszcze bez mojej zgody - powiedziała do sprzedawczyni, którą dobrze znała - I mi tu jeszcze wygaduje, że i tak z powrotem ich nie przyjmie. No i co ja mam z takim upartym gamoniem zrobić?
- Kochać mocno i to przez całe życie, proszę pani - odpowiedziała jej na to dowcipnie sprzedawczyni i zerknęła na Piotra, który wyraźnie się jej spodobał - Mówię pani, taki mąż to prawdziwy skarb. Niech pani tego nie marnuje.
Gabrysia zmieszała się lekko, gdy usłyszała słowa o mężu i już miała to dosyć niezwykłe nieporozumienie wyjaśnić, kiedy Piotr lekko ją objął w pasie, po czym dowcipnie rzucił:
- Właśnie, kochanie. Słuchaj pani sprzedawczyni, to mądra kobieta.
Po czym uśmiechnął się życzliwie i wyszedł wraz z Gabrysią ze sklepu. Jego twarz zdobiła bardzo radosna mina, z kolei jego towarzyszka była urażona.
- Kochanie? Czy nie za wiele pan sobie pozwala, panie Ogorzałko? - zapytała z lekką złością w głosie.
- Pozwalam sobie zwykle na znacznie więcej - odpowiedział jej Piotr głosem oraz tonem Leszka Teleszyńskiego w „Trędowatej” Hoffmana.
- To widać - odparła z lekką złością Gabrysia.
Może on się czuł Waldemarem Michorowskim, ale ona nie zamierzała dla niego grac rolę Stefci. Zresztą Waldi też musiał się namęczyć, zanim jego słodka panna Stefania Rudecka obdarzyła go większą sympatią. On też niech się wysili, jeśli liczy na milszy ton od niej. Oczywiście nie zamierzała mu go obiecywać, ale tak czy siak, mógłby się bardziej postarać.
- Pana naprawdę rozpuściły kobiety - powiedziała złośliwie Gabrysia.
- Nie chcę się chwalić, ale troszeczkę pieszczot od nich doznałem - zaśmiał się lekko Piotr.
- Troszeczkę? Teraz jest pan zanadto skromny.
- Być może tak, ale to tylko jedna z niewielu moich wad. I jestem pewien, że mogę ją bez trudu zwalczyć.
Gabrysia popatrzyła na niego z ironią i odparła na to, nie bez złośliwości:
- Widzę w panu więcej wad, niż pan myśli, że ich ma.
- Jak choćby? - zapytał zaciekawiony Piotr.
- Jak chociażby to, że droczysz się ze mną jak małe dziecko - odparła na to Gabrysia, ponownie przechodząc z nim na „ty”.
- Raczej jak osoba, która po prostu ma dobry humor.
- I jeszcze kompleks Piotrusia Pana. Tylko się śmiać i wygłupiać.
Piotr uśmiechnął się ironicznie, po czym odparł:
- Doprawdy? A ty cierpisz na kompleks kapitana Haka.
- Przecież nie ma takiego kompleksu.
- Właśnie go wynalazłaś. A ja go nazwałem. Zrobimy sławę w świecie nauki.
Gabrysia nie umiała się nie uśmiechnąć, gdy Piotr tak wesoło zaczął się śmiać z tego, co właśnie powiedział. Ten żart był naprawdę zabawny i trudno było nie zareagować na to typową reakcją na dowcipny tekst, wypowiedziany przy okazji w bardzo zabawny sposób. Co jak co, ale poczucie humoru Piotr naprawdę posiadał i umiał je okazać, jeśli tylko chciał.
Śmiech zdziałał naprawdę dobre skutki, dzięki czemu lody pomiędzy naszą parą zostały już całkowicie przełamane. Oboje więc zaczęli powoli iść w kierunku kamienicy na ulicy Roosevelta 5, przy okazji rozmawiając już ze sobą w sposób nie tylko zgodny, ale też i taki, który nazwać można było przyjacielem. Gabrysia na tyle zdołała się rozluźnić przy Piotrze, że zaczęła nawet mówić o swoim mężu. Bez ogródek wyznała, że dobija ją ta cała sytuacja.
- Dziwnie się z tym wszystkim czuję - powiedziała, kiedy oboje byli już na klatce schodowej i zbliżali się do mieszkania Borejków - Wiem, że Janusz stąd wyjechał po to, żeby zarobić na nasze własne cztery kąty, bo ile można mieszkać z rodzicami i siostrami, ale jakoś naprawdę... Nie wiem sama, czy powinien to robić. Przecież o wiele ciężej mi jest bez niego. Żyję tutaj, ani panna, ani mężatka, ani też wdowa, wszystko na mojej głowie, bo matka, odkąd zamknęli ojca, po prostu tylko siedzi i użala się nad sobą, czasami tylko pomoże przy Pyzuni, ale poza tym nie da się z nią wytrzymać. A siostry... Z nich nie ma wielkiego pożytku. No, może Nutria i Pulpecja mi pomagają, ale Ida... Ona obecnie skupiona na sobie i tych swoich sprawach. A ja robię za matkę, córkę, starszą siostrę naraz... I gdzie tu w tym jest sprawiedliwość, pytam się?
Piotr nie odpowiedział, tylko patrzył ze smutkiem na Gabrysię, której bardzo współczuł takiego losu, który po prawdzie częściowo sama sobie zawdzięczała, bo w końcu, kto jej kazał siedzieć z wiecznie narzekającą na wszystko matką i trzema siostrzyczkami oraz robić im wszystkim za niańkę? Ale podziwiał ją za to, że jakoś tak zwykle trzymała fason i nie narzekała na swój los, dopiero teraz wyznając mu, co ją dręczy. Widocznie zbyt długo w niej to siedziało, aby mogła teraz się przed zwierzeniami powstrzymać.
- Nie wiem sama, dlaczego ci to wszystko mówię. Jakoś tak czuję, że mogę ci to powiedzieć. Bardzo mi potrzeba kogoś, komu mogę się wygadać. Gdy tak o tym mówię, to jakoś lepiej się czuję. Jakby z serca spadł mi wielki kamień. Żałuję, że nie ma ze mną Janusza. Chociaż on nigdy nie nadawał się do tego typu zwierzeń. A przyjaciela od serca nigdy nie miałam, więc może... Może dlatego tak bardzo chcę się tobie wygadać? Bo czuję, że zrozumiesz?
- Rozumiem na tyle, na ile mogę - powiedział poważnie Piotr - A czego nie rozumiem, próbuję jakoś zrozumieć. Tak już mam.
- Ale przynajmniej się starasz - stwierdziła Gabrysia - Obawiam się, że mało kto tutaj to robi. Janusz nawet nie specjalnie stara się mnie zrozumieć, a jak co do czego przychodzi, to zwykle mówi, że to ja nie rozumiem jego potrzeb.
Piotr przyjrzał się uważnie swojej rozmówczyni, po czym zapytał:
- Kochasz go?
Gabrysia spojrzała na Piotra zdumiona.
- Słucham?
- Czy go kochasz?
Dziewczyna obruszyła się lekko, zmieszała, spłonęła z gniewu i odparła:
- To pytanie jest niegrzeczne.
- Ale proste. Czy kochasz faceta?
- Jakiego faceta?
- A o kim cały czas mówimy? Czy kochasz tego palanta, swojego męża?
Gabrysia parsknęła ironicznym śmiechem, próbując zamaskować zmieszanie, jakie wywołało w niej to pytanie. Na usta cisnęła się jej odpowiedź, że oczywiście kocha Janusza Pyziaka, lecz jakiś głos wewnątrz niej nie pozwolił jej tego zrobić, dając jej jasno do zrozumienia, że byłoby to kłamstwo albo przynajmniej mocne mijanie się z prawdą.
- Jakim prawem zadajesz mi to pytanie? Nie znamy się tak dobrze, abyś miał mi zadawać takie pytania. To, że ci się zwierzyłam pod wpływem chwili, wcale nie oznacza, żebym miała udzielać ci takich wyjaśnień.
- Nie odpowiedziałaś na pytanie.
Gabrysia ponownie parsknęła śmiechem i odparła:
- Piotrze Ogorzałko, pozwalasz sobie na zbyt wiele. Jesteś niegrzeczny, bez kultury, niewychowany oraz całkowicie pozbawiony taktu.
- A ty wciąż unikasz odpowiedzi - odparł Piotr.
Jego twarz zdobił wesoły uśmiech, jakby słowa Gabrysi go bawiły. Sama zaś pani Pyziak zdenerwowała się jeszcze bardziej, ścisnęła mu dłoń w sposób dosyć demonstracyjny i rzekła:
- Wystarczy na dzisiaj. Dziękuję za pomoc, Piotrze... Panie Ogorzałko. Ja... Ja tylko chciałam panu podziękować za wsparcie z tymi kartkami...
- A zamiast tego mnie obraziłaś.
- Bo sobie zasłużyłeś.
- To co teraz? Idziesz do siebie?
- Tak, właśnie - odparła Gabrysia, puszczając jego dłoń i sięgając po swoje zakupy - Jesteś nieznośny, wiesz?
Po tych słowach sięgnęła po swoje klucze i już miała otworzyć drzwi, kiedy nagle sobie przypomniała coś.
- Zaraz, chwileczkę! Nie muszę iść! To przecież jest moja część domu! To ty sobie stąd idź!
Piotr oparł się wygodnie o poręcz schodów prowadzących na górę, delikatnie zachichotał i powiedział złośliwie:
- Ho ho ho! I kto tu teraz jest niegrzeczny?
Gabrysia zorientowała się w słuszności tych słów i także parsknęła śmiechem, po czym odparła:
- No dobra, nie rozmawiajmy już o tym. Pośmialiśmy się trochę, to pora już wrócić do siebie. Jeszcze raz dziękuję ci za twoją pomoc i nie gniewaj się na mnie za moje słowa. Po prostu... Na pewno zwierzenia jeszcze nie jestem gotowa.
- Rozumiem i nie naciskam, Gabi.
- Spokojnie. A czy będę mogła ci się odwdzięczyć za tę pomoc z kartkami?
- Jeśli chcesz? Tylko nie wiem, w jaki sposób.
- Coś wymyślę. Zgłoszę się do ciebie, może jutro po południu. Może być?
- Czemu nie? Na jutro nie mam żadnych planów.
- To dobrze. Przyda mi się wyrwać nieco z domu. No i będę mogła ci się za to, co dla mnie zrobiłeś, należycie odwdzięczyć.
- Wiesz, że nie musisz tego robić.
- Muszę, żebyś nie gadał potem, że któryś z Borejków nie potrafił ci się w porządny sposób odwdzięczyć za pomoc. To kwestia honoru.
- Aha, skoro tak, to inna sprawa.
- To do zobaczenia jutro.
Po tych słowach, Gabrysia podeszła do drzwi, otworzyła je kluczem i powoli weszła do środka wraz z zakupami. Piotr uśmiechnął się delikatnie, westchnął przy tym głęboko i poszedł na górę.
- Ech, kobiety. Kto je zrozumie? - zapytał dowcipnie sam siebie.
Gabrysia tymczasem rozpakowała zakupy w mieszkaniu i zaszła do pokoju, w którym jej mama właśnie zabawiała jej córeczkę, nosząc ją powoli na rękach po całym pomieszczeniu.
- Obudziła się, to trzeba ją ponosić, żeby nie płakała - powiedziała do córki pani Borejko.
- Wiem, dziękuję ci, mamo - odparła Gabrysia i odebrała od niej małą Różę, którą bardzo czule pocałowała w policzek - Jak się spało, maleństwo ty moje? Czy dobrze, słodka Różyczko? Córciu moja rozkoszna. Jesteś cudowna, wiesz o tym? Mój mały, cudny skarbek.
- Nie powinnaś się tak nad nią rozczulać. Jeszcze wyrośnie przez to wszystko na mięczaka - powiedziała Melania Borejko.
Gabrysia spojrzała na nią urażonym wzrokiem i rzekła stanowczo:
- Pozwól, że moją córkę będę wychowywać po swojemu, dobrze?
- W porządku, nie mieszam się. Tak tylko mówię - odparła zgodnym tonem pani Borejko, machając lekko rękami na znak, że nie chce sprzeczek - To w końcu jest twoje dziecko, nie moje. A tak z innej beczki, zrobiłaś zakupy?
- Właśnie z nich wracam.
- A przywiozłaś mi gazetę?
Gabrysia syknęła zębami ze złości.
- Nie, zapomniałam. Przepraszam cię. Miałam dzisiaj taką przygodę, że mi to wyleciało z głowę.
Pani Borejko nie chciała jednak słuchać o jej przygodzie, tylko rzekła bardzo surowym tonem:
- Co ty masz w głowie, dziewczyno? Prosiłam cię tylko o jedną rzecz. Jedną i jedyną rzecz. O tę gazetę. Muszę wiedzieć, kiedy ogłoszą amnestię dla więźniów, no i kiedy twój ojciec wróci. A ty zamiast mi pomagać, tylko wszystko utrudniasz. Naprawdę tak trudno było ci pójść po gazetę?
Gabrysia spojrzała na matkę wściekłym spojrzeniem, czując w sercu, że teraz jej matka powiedziała o jedno słowo za dużo. Nie zamierzała jej tego odpuszczać.
- Jak chcesz gazetę, to sama sobie idź do kiosku. Jest blisko.
Melania Borejko spojrzała na córkę zdumiona.
- O czym ty mówisz?
- O tym, że jak chcesz gazetę, to wyjdź z domu i idź po gazetę do kiosku. Przecież jest on blisko.
- Wypraszam sobie ten ton, młoda damo. Przypominam ci, że...
- Że mieszkam u ciebie za darmo, nie żądasz czynszu, że tyle dla mnie robisz, a ja jestem niewdzięczna, jeszcze gorsza niż Ida, która teraz jest tu tylko gościem i że powinnam ci pomagać z wdzięcznością, a nie z pretensjami. Wiesz co, mamo? Ja już to znam na pamięć! Chcesz mnie zaskoczyć, to wymyśl coś lepszego.
- Coś ty taka spięta?
- A jaka mam być? Mąż wyjechał, ja muszę się zajmować wami wszystkimi i do tego jeszcze mam problem z własnymi uczuciami. Dziwisz mi się, że jestem spięta, co?
- No tak. Bo ja mam lekko, prawda? Mąż w areszcie, dzieci powoli się od nas oddalają, najstarsza córka nie okazuje mi ani grama szacunku, a ja...
Gabrysia wiedziała, że taka rozmowa nie ma sensu, dlatego wściekła i smutna jednocześnie wyszła z pokoju, z Różyczką na ramionach, powoli roniąc łzy, które ściekały jej po policzkach. Po co było niby złego w tym, że zamiast wiecznie tylko myśleć o cierpieniach innych, czasami pomyśli się o siebie? Czy to egoistyczne?

3 komentarze:

  1. Lody między Piotrem a Gabrysią chyba zaczęły topnieć.
    Najbardziej mnie ubawiło nawiązanie do "Titanica" i "Trędowatej".
    Tyle, że Gabrysia nie ma zamiaru być Stefcią i wytyka mu syndrom Piotrusia Pana. Jednak jego gest, oddanie kartek na mięso, zrobiło na niej wrażenie. Sprzedawczyni z mięsnego ma rację, taki mąż to skarb i trzeba go kochać całe życie.
    Mama Gabrysi przypomina mi trochę mamę Więdłochy z filmu "Planeta singli". Wiem, że jest jej ciężko, ale jej mąż żyje i wróci do nich, wiec niech przestanie się nad sobą użalać i uważać za największą cierpiętnice świata. I robi z córki domowego Kopciucha. To po prostu irytujące. Dobrze, że Gabrysia się buntuje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Naprawdę świetny rozdział. Coś mi mówi, że Piotrek i Gabrysia mają się ku sobie coraz bardziej i wszystko zmierza do tego, aby wreszcie sobie wyznali miłość. Będę na to czekać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kolejny bardzo ciekawy rozdział, pełen przygód i rozterek Gabrysi Borejko-Pyziak. Dziewczyna wychodząc ze szpitala od profesora Dmuchawca, wstępuje do pobliskiego sklepu po mięso i pech chce, że silny wiatr wyrywa jej z dłoni kartki na mięso, które odlatują w siną dal. Na szczęście w pobliżu sklepu pojawia się Piotr Ogorzałko i po krótkiej, zabawnej dyskusji decyduje się użyczyć Gabrysi swoich kartek i nie chce ich przyjąć z powrotem, więc chcąc nie chcąc, Gabrysia je przyjmuje i razem z Piotrem wchodzą do sklepu, przez co sprzedawczyni bierze ich za małżeństwo, a Piotr nie ma zamiaru wyprowadzać jej z błędu. Po wyjściu ze sklepu, na klatce schodowej nawiązuje się między nimi ciekawa rozmowa, podczas której Gabrysia zwierza się Piotrowi ze wszystkich swoich problemów, zwłaszcza tych z mężem. Ich rozmowa przypomina mi trochę rozmowę Rose i Jacka z filmu "Titanic", gdy Rose wręcz wygania Jacka z pokładu pierwszej klasy, bo ten niby ją obraził. :) Koniec końców, Gabi i Piotr umawiają się na spotkanie na następny dzień, Piotr idzie do siebie, a Gabrysia wchodzi z zakupami do mieszkania i zastaje tam mamę noszącą na rękach małą Różę, która właśnie się obudziła. Bierze ją od niej i zaczyna się festiwal wyrzutów ze strony matki, która zaczyna się wtrącać w wychowanie małej i ogólnie narzekać na całą sytuację. Szalę wściekłości Gabrysi przechyla tutaj pytanie Melanii, czy Gabi kupiła jej gazetę, na co dziewczyna odpowiada, że ze względu na przygodę, która ją spotkała, kompletnie o tym zapomniała. Kobieta jednak nie chce o tym słuchać, tylko zaczyna czynić córce wyrzuty, na co kompletnie doprowadzona do ostateczności Gabrysia wybucha i mówi, że przecież matka sama sobie może pójść po gazetę, bo to blisko, co wywołuje całą lawinę wyrzutów ze strony kobiety, która jak zwykle zaczyna narzekać na swój los i wiecznie rozpamiętuje fakt, iż Ignacy Borejko, jej mąż, przebywa obecnie w więzieniu... Wkurzona Gabrysia ze łzami w oczach zamyka się w pokoju razem z córką. I w sumie się jej nie dziwię, ja też bym zwariowała, gdyby mama cały czas użalała się nad sobą i nie wykazywała ani grama empatii względem innych, tylko skupiała się na czubku własnego nosa i płakała, jaka to ona jest biedna, pokrzywdzona i nieszczęśliwa...
    Niemniej jednak, bardzo dobry rozdział, pełen emocji. Coś czuję, że między Gabrysią a Piotrem wywiązuje się pewna nić porozumienia i bardzo im w tej kwestii kibicuję. Czekam na kolejny. :)

    OdpowiedzUsuń

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...