niedziela, 30 maja 2021

Rozdział XIX

Rozdział XIX

Przyjaźń czy kochanie?

Obiad nasi bohaterowie spędzili w bardzo przyjemnej atmosferze, nie tylko jedząc przesmaczne frytki z kotletami, ale również wesoło rozmawiając o różnych sprawach, które wprawiały ich w niesamowicie dobry nastrój. Szczególnie zaś dopisywał on małej Aurelii, wyraźnie zadowolonej z tego, co się wokół niej działo. Z ustami pełnymi frytek uśmiechała się rozkosznie zarówno do Maćka i Kreski, jak i do Piotra i Gabrysi, zagadując ich oboje co jakiś czas i rozmawiając z nimi na różne wesołe tematy, a szczególnie ciekawiło ją to, kiedy będzie mogła zjawić się na ślubie i na czyim, czy jednej, czy też drugiej pary? Gabrysia chichotała, mocno tym ubawiona, z kolei Piotr lekko się zmieszał i wydawało mu się, że Aurelia już bierze wzrokiem miarę na ich stroje ślubne i dlatego wciąż patrzy na nich z uwagą. Nie wiedział, czy powinien się z tego powodu cieszyć, czy raczej nie. Ostatecznie Gabrysia była mu bliska, ale kto wie, jakie plany miała wobec nich obojga mała Jedwabińska? Może od razu chciała, aby się pobrali i mieli tuzin dzieci? Nie, żeby nie chciał kiedyś mieć podobnej przyszłości, jednak Aurelia mogłaby wszystko chcieć przyspieszyć, gdyż w jej niezwykle prostym systemie myślenia to, co dla niego lub Gabrysi wymagałoby dużo czasu, dla niej było czymś niezwykle łatwym i prostym do zrealizowania. Ale oczywiście w uroczej, dziecięcej główce małej to wszystko było takie proste. Dla dorosłych świat już nie był taki czarno-biały.
- Bardzo smaczny obiad - powiedział po chwili Maciek, gdy skończył jeść.
- Oj tak, był naprawdę smakowity - dodała Kreska, również kończąc posiłek.
- Musisz częściej wpadać do nas z wizytą i robić nam obiady - rzekł Maciek z uśmiechem na twarzy, patrząc na Gabrysię.
- Tak, musisz częściej to robić. A najlepiej wyjść za Piotrusia i zapraszać nas codziennie na obiadki - dodała słodkim tonem Aurelia.
Piotr lekko się zmieszał i nie wiedział, co ma powiedzieć, z kolei Gabrysia uśmiechnęła się życzliwie i powiedziała:
- Wiesz, kochanie, to nie jest wcale takie proste. Na wszystko potrzeba czasu. Niekiedy dużo czasu.
- A dlaczego? - zapytała Aurelia - Tak trudno jest kochać Piotrusia?
- Nie, skądże. Wcale nie tak trudno - odparła Gabrysia, lekko chichocząc.
Śmiechem chciała ukryć fakt, że jej twarz spłonęła słodkim rumieńcem, a ona sama była mocno zawstydzona.
- A tobie trudno pokochać Gabrysię? - zapytała Aurelia Piotra.
Teraz to Piotr spłonął delikatnym rumieńcem, zmieszał się, gardło mu nagle wyschło, a serce zabiło mu mocno w piersi. Spojrzał z uwagą na panią Pyziak i powiedział czułym tonem:
- Myślę, że trudno by ją było nie pokochać, Aurelio.
- No właśnie. To się pobierzcie i róbcie codziennie takie obiadki - stwierdziła prostodusznie dziewczynka.
Wszyscy zachichotali, ubawieni tymi słowami, a najbardziej to chyba Maciek i Kreska. Oboje zerkali na starszego z Ogorzałków i panią Pyziak, rzucając w ich kierunku dość dowcipne spojrzenia.
- Właśnie, braciszku. Aurelka ma rację. Co stoi na przeszkodzie, żebyście ją mieli posłuchać? - spytał po chwili Maciek.
Piotr lekko zgromił go wzrokiem i rzucił:
- Młody, skoro już przestałeś jeść, to może łaskawie pozmywasz naczynia?
- Racja, trzeba po sobie pozmywać - zgodziła się Kreska, wstając od stołu i zbierając ze stolika talerze.
- Pomogę ci - zaoferował się Maciek, również wstając od stołu.
Oboje zebrali wszystkie naczynia i poszli do kuchni, aby je umyć. Potem zaś ułożyli je wszystkie na suszarce, gdy zaś to zrobili, powrócili do salonu.
- Naczynia są już wszystkie umyte - zameldował Maciek.
- To dobrze - odparł Piotr.
- A więc możemy już iść.
- Iść?
- No tak. Idziemy do Janki. Aurelia, idziesz z nami?
- Tak, chętnie - odpowiedziała wesoło dziewczynka, wstając od stołu - Chyba sobie dadzą radę sami.
- Kto sobie niby da radę? - zdziwił się Piotr, patrząc zdumiony na Aurelię, a potem na młodszego brata.
- Wy - odpowiedziała mu słodko Aurelia - Idziemy?
- A z czym mamy sobie dać radę?
- Z pokochaniem się.
Piotra zamurowało i nie wiedział, co ma powiedzieć. Gabrysia też była lekko zmieszana, ale uznała słowa dziewczynki za żart, a przynajmniej próbowała sobie wmówić, że tak właśnie jest. Dlatego też uśmiechała się i zachowała spokój, a ten spokój częściowo udzielił się także i Piotrkowi.
- Doskonale, to my idziemy - powiedział Maciek, kierując się ku wyjściu.
- Tylko wróć łaskawie nie później niż po dziesiątej - rzucił w jego kierunku Piotr - Nie chcę, żebyś się włóczył po ciemku po korytarzu. Mogą znowu ukraść nam korki i wtedy zabijesz się na schodach.
- Po dziesiątej, tak? Chyba rano - zachichotał młodszy Ogorzałko.
Piotr popatrzył na niego zdziwiony.
- Słucham? Co to niby ma znaczyć?
- To, że zostaję u Janki na noc.
- A niby dlaczego?
- Bo ty zostajesz w mieszkaniu na noc.
- No tak.
- Z Gabrysią.
Piotr lekko zakrztusił się własną śliną, aż Gabrysia musiała go zdzielić dłonią przez plecy, aby się opanował. W końcu mężczyzna zapanował nad sobą, po czym spojrzał zdumiony na Maćka, który uśmiechał się ironicznie i rzekł, choć przez chwilę dość słabym głosem:
- Młody, ja sobie nie życzę podobnych insynuacji, jakoby ja...
- Nie chcemy wam przeszkadzać - powiedziała Kreska słodkim tonem - Więc dlatego zaprosiłam Maćka i Aurelię do siebie.
- Będziecie mieli czas się pokochać - dodała słodko Aurelia.
- Tylko nie przesadźcie, ja tam wujkiem jeszcze nie chcę zostać - rzucił nieco złośliwym tonem Maciek.
- Młody, a ty w dziób chcesz dostać? - zapytał ze złością Piotr, odzyskując już głos i panowanie nad nim - To ty mi lepiej nie nabrój z Janeczką, bo ja tam jeszcze nie chcę zostać wujkiem.
- Spokojnie, Piotrek. Wszystko już w tej sprawie wiem, żeby nie stało się tym twoim, nieuzasadnionym zresztą obawom, zadość.
- Wszystko wiesz, tak?
- A tak, wszystko wiem, bo dawno już nam o tym opowiadali w szkole i ja już to wszystko umiem.
- On już wszystko umie! - zawołał z kpiną w głosie Piotr, po czym spojrzał na Gabrysię - Słyszałaś go? On już wszystko umie! Wszystko wie! Wszystkie rozumy pozjadał!
- Nie wszystkie, braciszku. Twój sobie darowałem, bo wiesz... Raczej bym się nim nie najadł - odpowiedział złośliwie Maciek.
Piotr zdjął szybko z nogi laczek, po czym rzucił nim w kierunku młodszego brata, który w ostatniej chwili się uchylił i laczek zamiast w jego głowę, uderzył w ścianę. Maciek zachichotał zadziornie, po czym złapał Kreskę za rękę i powiedział:
- To życzę miłej zabawy.
I wyszli oboje z mieszkania, a Aurelia wyszła wraz z nimi.
- Słyszałaś, co on wygadywał? - zapytał ze złością w głosie Piotr, wskazując dłonią na Macka - Myśli, mądrala jeden, że jest najmądrzejszy na świecie.
- Daj spokój, to przecież były tylko żarty - stwierdziła Gabrysia.
- Żarty? Może i tak, ale mimo wszystko w bardzo niedobrym smaku - rzekł na to Piotrek, wstając i nakładając sobie na nogę rzucony laczek - On myśli sobie, że niby ty i ja... Że niby ja spróbuję cię tutaj uwieść, gdy ich nie będzie.
- Tak, to naprawdę niedorzeczne - powiedziała Gabrysia i nagle posmutniała.
Z jakiegoś powodu słowa Piotra bardzo ją zasmuciły. Nie, żeby chciała, aby ją próbował uwieść, ale też widać było, iż fakt, że Ogorzałko nie widział w niej wcale atrakcyjnej kobiety, którą mógłby uwodzić, sprawiła jej wielką przykrość.
- Spokojnie, przecież to nic takiego - powiedziała na głos - Oni przecież nie chcą nas zranić.
- Ale wyraźnie chcą nas ze sobą zeswatać.
Gabrysia uśmiechnęła się ironicznie, gdy to usłyszała. W wiele rzeczy była w stanie uwierzyć, ale nie w takie coś. Piotr na pewno przesadzał.
- Piotrek, daj spokój. Aurelia może i owszem, ma jakieś swoje plany. No, ale twój brat i Kreska, znaczy Janka? Oni mieliby nas celowo swatać? Nie wierzę, że byliby do tego zdolni.
- Uwierz mi, oni są do tego zdolni - stwierdził Piotr i uśmiechnął się - Ale to jest przecież niedorzeczne.
- Tak, rzeczywiście niedorzeczne - pokiwała smutno głową Gabrysia.
To mówiąc, wstała od stolika i powiedziała:
- Chyba już sobie pójdę.
- Pójdziesz? Dlaczego? - zdziwił się jej zachowaniem Piotr - Maciek uraził cię swoim zachowaniem?
- Nie, ja się nie obraziłam za jego słowa - odparła wymijająco kobieta.
- A za co się obraziłaś?
- Za nic.
- Więc czemu chcesz iść?
- Mam swoje sprawy u siebie.
- Nie możesz ich przełożyć na później?
- Nie mogę.
Młoda kobieta skierowała się ku wyjściu, ale Piotr ścisnął ją za rękę i rzekł:
- Zostań, proszę. Radio Wolna Europa ma nadawać ładne słuchowisko. Nie chciałabyś go ze mną posłuchać?
Piotr skarcił siebie w duchu za tak głupi argument, jaki właśnie wymyślił. Co on najlepszego wygadywał? Naprawdę nie umiał nic lepszego powiedzieć? Ale z drugiej strony, co miał niby powiedzieć? Że ją kocha od pierwszej chwili, kiedy ją zobaczył na boisku, gdy grała w jednej drużynie z jego młodszą kuzynką? Że od tego czasu często wracał do niej wspomnieniami i nie umiał o niej zapomnieć, a już zwłaszcza wtedy, gdy znowu zobaczył ją jako dorosłą i gdy ich rodziny się ze sobą zaprzyjaźniły i spędzały ze sobą coraz więcej czasu? Że nienawidził Janusza Pyziaka nie tylko za to, iż prawdopodobnie był on nędznym kapusiem, ale także i za to, że się z nią ożenił i ją skrzywdził? Że kłócił się z nią tyle razy tylko dlatego, aby ukryć przed nią i przed samym sobą swoje prawdziwe uczucie, jakie do niej żywi od dawna? Miał jej to powiedzieć? Nie umiał jej tego powiedzieć wtedy, gdy była wolna, więc czemu miałby to robić teraz?
Gabrysia oczywiście nie znała jego myśli, dlatego uwierzyła w to, że chciałby posłuchać w jej towarzystwie słuchowiska nadawanego przez Radio Wolna Europa i dlatego zgodziła się zostać.
- Dobrze, ale po słuchowisku wracam do siebie - powiedziała.
- No dobrze, oczywiście - zgodził się z nią Piotr.
- A przy okazji, jakie to słuchowisko?
- „Folwark Zwierzęcy”. Jak pierwszy raz je nadawali, to nie miałem okazji go posłuchać. Chciałbym teraz posłuchać i pomyślałem, że ciebie też zainteresuje.
- Oczywiście. Tata bardzo lubił Orwella.
- Super. A więc chodźmy, niedługo mają podobno zacząć.
Oczywiście to niedługo trwało całe pół godziny, ale w końcu nadeszło i gdy to nastąpiło, z radością oboje zaczęli wsłuchiwać się w radiową opowieść powstałą na podstawie znakomitej powieści George’a Orwella. Słuchali jej z wielką uwagą, od czasu do czasu zerkając na siebie i uśmiechając się do siebie serdecznie. Całe słuchowisko było niezwykle ciekawe, dosyć wierne powieści, a kilka wydarzeń w tej historii zostało przedstawione w formie reporterskiej relacji, którą rzekomo dla słuchaczy przedstawiał tajemniczy, wszędobylski reporter, co nadawało całej tej opowieści znacznie ciekawszego charakteru. Oczywiście, podobnie jak i w książce Orwella, także opowieść zakończyła się smutną sceną zmuszającą do ogromnych refleksji. Gdy słuchowisko dobiegło końca, Piotr powoli wyłączyć radio i spojrzał na Gabrysię, mówiąc:
- Świetne słuchowisko. Cieszę się, że mogliśmy je wysłuchać oboje.
- Ja też się z tego cieszę, Piotrze - powiedziała do niego życzliwie Gabrysia - Naprawdę rewelacyjna historia. Musimy ją kiedyś znowu posłuchać.
- Będę pilnować i jeśli będą znowu je nadawać, dam ci znać.
- Dziękuję, Piotrze. Jesteś naprawdę w porządku.
- Ty też jesteś w porządku - powiedział Piotr.
W duchu zaś dodał:
- Boże, jaka ona piękna. Nigdy nie była równie piękna jak teraz.
- Wiesz, chyba muszę już iść - rzekła po chwili Gabrysia.
Piotr wyrwał się ze swoich myśli i przywołał sam siebie do rozsądku.
- Tak, masz rację. No cóż... Bajka się skończyła, pora wracać do swego życia, nudnego i ponurego.
- Czyje życie jest nudne i ponure? - zdziwiła się Gabrysia i lekko zmarszczyła brwi - Chyba twoje, bo moje na pewno nie. Ja mam dość zajęć w domu, aby się nie nudzić. A czy jest ponuro... Tu się z tobą zgodzę, ale w jakiej rodzinie teraz nie jest ponuro? Przecież teraz wszyscy mamy pod górkę.
- Nie wszyscy. Jedwabińskim dobrze się powodzi, odkąd wstąpili do partii. Tak samo jak Stągiewkom. No i jeszcze twojemu mężusiowi.
- On nie jest w partii.
- Ale bawi się doskonale w Australii, gdy ty musisz się tutaj męczyć.
- Ja się męczę? Ja się nie męczę. Kto niby powiedział, że ja się męczę? Ja na pewno nie.
Gabrysia była lekko poirytowana tym gadaniem, ale nie chciała dawać swemu rozmówcy satysfakcji, że rzeczywiście męczy się w tej taniej parodii małżeństwa, w jakie się wpakowała i to jeszcze z własnej woli. Co prawda, mogła powiedzieć o sobie, że nie miała wyboru, gdyż zaszła w ciążę z Januszem podczas wspólnego wypadu pod namioty, ale czy rzeczywiście nie miała wyboru? Jej ojciec przecież nie naciskał na nią. Znaczy oczekiwał, że jego wnuk lub też wnuczka będzie miało oboje rodziców, ale nie zmusiłby jej do niczego i nie robiłby jej wyrzutów, gdyby odmówiła. To matka, tak przywykła do wszelkiego rodzaju form i zasad, na jakich ją wychowano, domagała się tego, aby dziecko miało oboje rodziców, nawet jeśli całkiem niedobranych, bo co by ludzie powiedzieli, gdyby było inaczej? Nie dość, że to niemoralne, to do tego jeszcze niezgodne z Boskimi nakazami.
- Dziecko zawsze musi mieć oboje rodziców - powtarzała Melania Borejko swojej najstarszej córce - Nie ma to znaczenia, czy są oni dobrani, czy też nie. Czy się szczerze kochają, czy też nie. Dziecko musi mieć oboje rodziców, tak zawsze było w naszej rodzinie i tak zawsze będzie. A miłość? Cóż to znaczy, miłość? To jest zupełnie niepotrzebne. Jesteście oboje jeszcze bardzo młodzi. Co wy niby tam wiecie o miłości? Ona zawsze pojawia się z czasem, jak się jest długo ze sobą. A nawet jeśli się nie pojawi, to nie ma to znaczenia w małżeństwa. Przed wojną, jak ja się narodziłam, mało kto żenił się z miłości. Większość ludzi żeniła się wtedy z rozsądku i jakoś umieli ze sobą być na dobre i złe. A czy się kochali, czy nie, jakie to miało znaczenie? Ważne, że umieli zawsze wychować dziecko na porządnego człowieka. A jak chcesz wychować dziecko na przykładnego obywatela, kiedy już od samego początku dajesz mu zły przykład, nie będąc z jego ojcem? Poza tym, ty chyba kochasz Janusza, prawda?
Gabrysia nie wiedziała wtedy, co ma jej odpowiedzieć. Miała wobec Janusza Pyziaka mieszane uczucia. Z jednej strony na pewno była nim zauroczona, bo i jak miała nie być? Był męski, silny, umięśniony, zaradny i pomysłowy, imponował jej rodzicom tym, jak umiał się wysławiać i jak wiele rzeczy potrafił zrobić w domu i wokół siebie. Z drugiej wszakże strony nie miał w sobie za wiele romantyzmu. Od samego początku nie krył, że Gabrysia go pociąga fizycznie i pragnie jej. W sumie nie było w tym nic złego, byłoby dziwne, gdyby tego nie chciał. Odnosiła jednak chwilami wrażenie, że pragnie jej tylko w sposób fizyczny i o duchowym sposobie nie było tu w ogóle mowy. Za mało bowiem mówił o sprawach psychologicznych, za dużo o fizycznych. Za dużo było w rozmowach z nim pokarmu dla ciała, a za mało dla ducha. Gabrysia jednak, wówczas całkowicie niedoświadczona w kwestii miłości, brała to wszystko za dowód zaradności i praktycznego podejścia do życia, które tak wiele dziewczyn sobie ceniło w życiu i które ceniła także ona. Tylko, że ona nie wyrzekała się sfery duchowej. Janusz z kolei sprawiał wrażenie, jakby ta sfera nic dla niego nie znaczyła. Ale to były tylko chwile, bo szybko one mijały, gdy ją przytulał, całował, dotykał, komplementował i robił wszystko wokół niej. Dlatego w końcu mu uległa. Miała wtedy zaledwie dwadzieścia trzy lata i tyle o miłości pojęcia, co mucha o tym świecie, czyli niewielkie. Janusz z kolei, o półtora roku od niej starszy, bardziej doświadczony, pracujący zaraz po zakończeniu budy, jak ją pogardliwie nazywał, wiedział więcej o życiu i uważał, że nie można w tym życiu marnować okazji, aby zaznać wszelkich przyjemności, bo nie wiadomo, jak to będzie w kolejnym życiu, jeśli w ogóle ono istnieje. Dlatego też bardzo chciał, aby Gabrysia była jego całkowicie. Więc mu ulegała, ale początkowo pozwalała mu jedynie na pocałunki i dotyk. Na więcej nie mogli sobie pozwolić, bo raz, że on pracował i nie miał na to za bardzo czasu, a dwa, że albo u niego byli jego rodzice, albo u niej jej i wszelka słodka intymność istniała na tyle, na ile ją skradli w ciągu paru minut, gdy nikt nie patrzył na nich. Ta sytuacja trwała dość długi czas, potem Janusz pojechał z ojcem do NRD, aby sobie nieco dorobić. Nie było go długi czas. Gabrysia podejrzewała, że musiał ją tam nieźle zdradzać, on jednak zarzekał się, że tego nie robił. Wierzyła mu, a raczej po prostu chciała w to wierzyć, bo był jej miłością i wolała wierzyć w to, co jej o sobie mówił, aniżeli snuć teorie spiskowe dziejów. Przyjmowała jego listy, jego krótkie powroty do Polski jako dobrą monetę i marzyła o nim, dojrzewała powoli do myśli, aby oddać mu się w pełni. I w końcu to zrobiła. Udało się, gdy wrócił już z NRD na stałe i pojechał z nią pod namioty, fundując wycieczkę im obojgu. No i stało się. Zaszła wówczas w ciążę. Janusz nie był zachwycony, jednak zachował się całkiem w porządku, prosząc rodziców o jej rękę. Gabrysia powinna się cieszyć, ale w głębi serca czuła, że są to oświadczyny wystosowane wyłącznie dlatego, że inaczej nie wolno było postąpić. Dodatkowo jego matka była przeciwna ich związkowi i marzyła się jej bogata i wpływowa synowa, a kilka panien z tej właśnie kategorii kręciło się koło Janusza i łatwo mógł się on wokół takiej zakręcić, gdyby tylko chciał. Ale on wolał Gabrysię, dlatego ją poślubił. Ile w tym było jednak miłości, a ile chęci zrobienia apodyktycznej matce na złość, nie wiedziała. Nie wiedziała tego również w tej chwili, gdy przyjmowała jego oświadczyny. Dlatego nie umiała udzielić matce na jej pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Odpowiedziała jednak:
- Oczywiście, że go kocham, mamo.
Powiedziała tak, ponieważ Janusz wciąż był jej w sercu. Czuła, że go kocha. Ale czuła, że jego miłość nie jest już tym, czym była kiedyś, gdy zabiegał o nią i jej niewinność. Gdy już dostał, co chciał, rozkoszował się tym, cieszył, a gdy nagle przyszły komplikacje w postaci ciąży, zaakceptował to, jednak... W jego stosunku do Gabrysi wiele się zmieniło. Nie były to wielkie zmiany, ale drobiazgi, a one są przecież ważne i tylko głupiec tego nie dostrzega. Z tego powodu miłość jej do męża powoli zaczęła zadawać jej ból i cierpienie, a gdy mąż wyjechał, poczuła się bardzo samotna. I czuła, że nie tylko Janusz się zmienił, ona również zaczęła się powoli zmieniać. Zaczęła czuć w sobie ogromne pokłady złości oraz niechęci do niego, w jej głowie rozkwitały coraz częściej wyrzuty w stosunku do niego, które tylko przez wrodzoną dobroć Gabrysia zwalczała i karciła w sobie. W głębi serca jednak wiedziała, że mąż do niej nie wróci. A jeśli nawet i wróci, to tylko dlatego, że nie miałby innego miejsca, do którego miałby wracać. Ale ten głos rozsądku jej natura romantyczna próbowała zwalczyć, ale ta część natury, która kierowała się przede wszystkim pragmatyzmem, mówiła jej, że po prostu Janusz przywykł już do wygodnego trybu życia, do żony gotującej mu pierogi i robiącej wszystko w domu, do trybu życia, w którym on pracuje i zarabia pieniądze, wraca do domu na wieczór, je posiłek, popieści kilka krótkich minut swoją „Pyzunię”, jak ją nazywał (Gabrysia nie cierpiała tego głupiego przydomku ich córeczki), popieści potem żonkę i idą spać, a rano to samo. A w niedzielę odpoczywa, unikając wszelkich obowiązków, twierdząc z ironią, że nie po to haruje jak wół dzień w dzień, aby w niedzielę nie móc sobie odpocząć. Gabrysia długo się z nim zgadzała, obecnie zaś miała poczucie, że Janusz uciekał w pracę, aby nie musieć z nimi siedzieć w dzień, bo wtedy musiałby coś robić przy córce lub w domu, a tego nie chciał. A zwłaszcza dotyczyło to opieki nad „jego słodką Pyzunią”.
Czy zatem teraz, gdyby chciała poślubić Janusza, mając za sobą cały bagaż swojej obecnej wiedzy i swego doświadczenia na barkach, to powiedziałaby matce i to z taką pewnością, że go kocha? Nie wiadomo. Miłość do jej męża nie mogła minąć całkowicie tak po prostu, choć bardzo osłabła z powodu jego zachowania. Ale czy minęła? Gabrysia nie umiała tego zrobić. Nie umiała przestać kochać na zawołanie. Było to wbrew jej woli. Gdyby jednak teraz cofnęła czas i miała znowu możliwość przyjąć jego oświadczyny, odmówiłaby. Chociaż... Co by to zmieniło? Jej matka i jej niekiedy zaściankowe podejście do życia, z pewnością nie dałyby jej żyć, gdyby odmówiła. W głębi duszy słyszała już wykład na ten temat:
- Nie rozumiesz, że masz obowiązek dać dziecku ojca? Nie rozumiesz, jakie to jest ważne? Pan Bóg tak ustanowił na tym świecie, że dziecko musi mieć oboje rodziców. To twój obowiązek wobec ciebie, wobec rodziny i wobec twego dziecka. Dzieci wychowuje zawsze oboje rodziców. Tak zawsze było, jest i będzie. A co do twego Januszka, to spokojnie. Jeśli ma jakiekolwiek wątpliwości, to my mu już je wybijemy z głowy.
Słyszała niemalże takie same słowa, gdy matka z nią rozmawiała na temat jej ciąży i przyszłego małżeństwa. A gdyby odrzuciła oświadczyny Janusza, matka by na pewno takie słowa jej rzuciła i powtarzałaby jej tak często, że nie dałaby jej żyć i musiałaby jej Gabrysia ustąpić, albo by zwariowała. Ojciec na pewno oczywiście by jej nie przymuszał, może nawet broniłby ją przed mamą, ale też uważał, że co jak co, ale dziecko musi mieć oboje rodziców. Tyle tylko, że miał tyle taktu, aby nie wyskakiwać jej z takimi tekstami jak powoływanie się na poczucie obowiązku lub zasłanianie się Bogiem i Jego wolą. Jako ateista z wyboru, który wierzył w to, że znajduje się na tym świecie jakaś siła wpływająca na nasze losy (ale czy była ona Bogiem, czy też nie, za to ręczyć nie mógł), nie uważał, żeby mieszanie do takich spraw wyżej nieokreślonego Stwórcę, o którym przecież nikt nic pewnego powiedzieć nie mógł, było normalne. Ale i tak oczekiwał, że Gabrysia wyjdzie za Janusza i da swojemu dziecku pełną rodzinę. Oczywiście, gdyby jego najstarsza córeczka przyszła do niego i powiedziała mu, że nie kocha Janusza i nie nadaje się on na męża, nie naciskałby na nią i zmusił matkę, aby odpuściła jej. A więc, jeśli Gabrysia mogła kogoś winić za to, że ma teraz tak nieudane małżeństwo, to tylko siebie samą. Dobrze to wiedziała, jednak nie chciała, aby wiedział o tym Piotr.
Wracając do rzeczywistości, Gabrysia spojrzała uważnie na starszego z braci Ogorzałków i powiedziała:
- Słuchaj, mój mąż jest jaki jest, możesz mu wiele zarzucić, ale nie mów, że on się dobrze bawi. On ciężko pracuje na naszą rodzinę, aby nam się żyło lepiej.
- Naprawdę? A czy jesteś tego całkowicie pewna? - spytał ironicznie Piotr.
Gabrysia chciała już odpowiedzieć, że tak, ale dobrze wiedziała, że to będzie kłamstwo i że Piotr to odkryje, dlatego nie zamierzała tego robić. Nie chciała, aby jej rozmówca miał satysfakcję i stwierdził, że ona kłamie i musi to robić, żeby się przed nim, swoim przyjacielem, nie przyznać, jak cierpi.
- A widzisz... Nie masz takiej pewności. Nikt jej nie może mieć.
Piotr nie ukrywał swojej satysfakcji. Gabrysię drażniła ona i czuła, że jeżeli dłużej tu zostanie, to nie wytrzyma i znowu rozpocznie z nim kłótnię, a nie chciała kolejnych sprzeczek pomiędzy nimi. Dlatego powoli wstała i powiedziała:
- Muszę już iść.
W innej sytuacji Piotr pozwoliłby jej odejść, ale nie tym razem. Wstał także i powiedział stanowczo:
- Boisz się prawdy i nie chcesz jej słuchać? Dlatego odchodzisz?
- Nie, bo nie mam ochoty słuchać głupot na temat mojego małżeństwa. I to nie wiadomo, po co wymówionych. Po co mi to wszystko mówisz? Czy zadawanie mi bólu sprawia ci przyjemność?
Piotr nieco ochłonął, spuścił nieco wzrok i powiedział:
- Wiesz dobrze, że tak nie jest.
- Nie wiem. Właśnie nie wiem, jak jest! - teraz to Gabrysia przeszła do ataku - Skąd mam wiedzieć, co ty czujesz i czego chcesz, skoro mi nic nie mówisz? Jesteś jak ślimak! Zamknąłeś się w skorupie i nie zamierzasz pozwolić na to, żeby ktoś miał wgląd w twoje myśli!
Słysząc jej podniesiony głos, Piotr spojrzał jej w oczy i powiedział ze złością, ale wciąż spokojnym tonem:
- Nikomu nie pozwalam zaglądać w moje myśli. Są one tylko moją prywatną sprawą i nic nikomu do nich.
- Pozwól zatem, aby moje myśli pozostały moją tajemnicą.
- Przecież ty nie masz tajemnic. Czytam w tobie jak w otwartej księdze. Nic, co bym nie chciał się dowiedzieć od ciebie, nie umiałabyś przede mną ukryć.
- Jaki zarozumialec z ciebie.
- Może i tak, ale przynajmniej nie zgrywam kogoś, kim nie jestem.
- A ja zgrywam?
- Owszem. Jesteś piękną i zmysłową kobietą, która budzi szacunek we mnie i w każdym, kto cię bliżej pozna. Po co ukrywasz swoją urodę w tych paskudnych dżinsach?
- To moja sprawa.
- Kryjesz w ten sposób swoje piękno.
- Kobiety w dżinsach też wyglądają pięknie.
- Jak strachy na wróble.
Gabrysia spojrzała na niego z żądzą mordu w oczach i syknęła:
- Ja jestem strachem na wróble? JA?! Słuchaj mnie, ty... Ty szowinisto! Ja już wiem, o co ci chodzi! Tobie przeszkadzają zaradne i samodzielne kobiety! Dlatego cię denerwują kobiety w spodniach! Wolisz mieć tradycyjną służącą piorącą ci w domu skarpetki i zawsze czekającą na ciebie z obiadem! Boisz się silnych kobiet, które same sobie radzą, bo byłbyś takim niepotrzebny!
- Kobieta powinna być kobietą! Prawdziwą kobietą! Może być zaradna i dość samodzielna, ale niech będzie prawdziwą kobietą!
- Ty byś nawet nie wiedział, co zrobić z prawdziwą kobietą!
Piotr nie wytrzymał. Gabrysia poruszyła czuły punkt jego osoby. Złapał więc ją w ramiona i dziko pocałował w usta. Młoda kobieta zdziwiła się, co on robi, ale nie protestowała, a gdy oderwał się od niej, aby złapać oddech, spytała:
- Co ty wyprawiasz?
- Pokazuję ci, jak traktuję prawdziwe kobiety.
- Więc czemu przestałeś?
- Bo nie wiem, co prawdziwa kobieta na to.
Gabrysia prychnęła z kpiną. Była wściekła, że przerwał pocałunek. Diabeł ją jakiś opętał i zapomniała o tym, że jest porządną mężatką. Nie chciała o tym teraz sobie przypominać. Dlatego zawołała:
- Prawdziwa kobieta woli stanowczego faceta, który dobrze wie, czego chce! A ty czego chcesz, co?
- Chcę, żebyś była szczęśliwa. Chcę naszej przyjaźni, chcę cię szanować cały czas i szanować i pomagać ci, tylko...
- Tylko co? Tylko co?! - naskakiwała na niego Gabrysia - No, tylko co, no?! O ci chodzi?! Wyduś to z siebie!
Piotr ponownie złapał ją w ramiona i zaczął dziko całować. Tym razem wszak Gabrysia złapała go za szyję i oddała mu pocałunek, choć po chwili, kiedy straciła dech w płucach, oderwała się od niego i spytała:
- Co to miało być?
- Pocałunek.
- Ale nie tak całuje przyjaciel.
- A jak powinien całować?
- W ogóle nie powinien całować. Zdecyduj się już, czego ty chcesz? Przyjaźni czy kochania?
- Jednego i drugiego.
Stanowczość w głosie Piotra było naprawdę ogromnie podniecająca. Diabeł, który opanował duszę Gabrysi i obudził w niej prawdziwą kobietę, nie zamierzał marnować okazji i rozpalił jej ciało i zmysły do tego stopnia, że młoda kobieta z lekką złością zacisnęła palce na ramionach Piotra, po czym spytała gwałtownie:
- To na co jeszcze czekasz?
Piotr ponownie ją pocałował. Obejmował ją, dotykał po biodrach i zachłannie wysysał z jej warg największą rozkosz, o jakiej zawsze marzył. Jego duszę jednak diabeł jeszcze nie opanował. Rozsądek nakazywał mu jeszcze na chwilę przerwać i rzec:
- Ale wiesz, że nie zrobię niczego wbrew twojej woli.
- Wiem. Nie jesteś taki - odpowiedziała Gabrysia.
- To dobrze, bo nie chciałbym, abyś tak myślała. Ja nie jestem taki. Ja jestem inny. Mam swoje zasady. Po prostu teraz... Ty... Coś ze mną zrobiłaś. Zaczarowałaś mnie chyba. Nie wiem, co mam zrobić. Po prostu szaleję. Gdybyś tylko wiedziała, od jak dawna...
- Piotrze.
- Tak?
- Przestań mówić.
Piotr uśmiechnął się i pocałował jej usta, porwał w swoje ramiona i chwilę później diabeł również i jego duszę opętał. Cały świat przestał wówczas istnieć, a w ich głowach wirowały jedynie rozkosz, pragnienie, bliskość ich dusz i ciał, jak również dobrze im znane, cudowne słowa Mickiewicza, które oboje dobrze znali, a które doskonale teraz oddawały ich uczucia:

Tęskniąc sobie zadaję pytanie,
Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

3 komentarze:

  1. Ciekawe nawiązanie do popkultury, do "Doktor Quinn", do filmu "Pech to nie grzech", do "Nigdy w życiu", a także do naszych ulubionych "Młodych Tytanów".
    W końcu nadszedł ten dzień wybuchu uczuć między Piotrem a Gabrysią. Okazało się, że Gabusia nie jest taka porządna i doskonała, jak kreują jak książki. I bardzo dobrze. Zawsze czułam w niej ognik, jakiegoś ukrytego diabełka.
    Te jej myśli na temat męża są bardzo gorzkie. Współczesna psychologia mówi co innego, że lepiej zostać rodzicem po 30 roku życia, gdy człowiek jest już dojrzalszy i wie, czego chce. Kiedyś właśnie tak mówiono, że dla dobra dziecka trzeba ratować małżeństwo za wszelką cenę. Teraz podejście jest nieco inne. Że czasem dla dobra dziecka lepiej się rozstać, niż tkwić w toksycznym związku, co nie przynosi korzyści nikomu.
    Zresztą nigdy nie czułam specjalnej chemii między wrażliwą Gabrysią, a praktycznym do bólu Januszem. Tak jak nie było chemii między Gabrysią, a jej drugim mężem, spokojnym i miłym Grzesiem. Chemia jest tylko między Piotrem a Gabrysią.
    Rozbawiło mnie też to droczenie Piotra i Maćka. Piotr uważa, że Maciek pozjadał wszystkie rozumy, a Maciek złośliwie odpowiada, że jego zostawił, bo rozumem Piotra by się nie najadł. Naprawdę złośliwe, ale zabawne.
    Ciekawe było też to, że Piotr i Gabrysia słuchali słuchowiska "Folwark zwierzęcy". Bardzo adekwatne do sytuacji politycznej, że wszystkie zwierzęta są równe, a niektóre równiejsze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny rozdział, taki przyjemny, o miłości i nieco nostalgiczny, a do tego jeszcze słodka zmysłowość na samym końcu. Bardzo mi się podobało zakończenie i jestem ciekawa, jak się rozwija dalej cała historia. Oby Piotr i Gabrysia sobie poradzili.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ciekawy rozdział, który przyznam szczerze, bardzo rozpalił moje zmysły i również wyobraźnię. Po obiedzie oczywiście poruszane są tematy miłości, Aurelia ewidentnie chce zeswatać obie pary ze sobą, a zwłaszcza Piotra i Gabrysię, którzy bardzo długo uciekają przed prawdą na temat swoich uczuć. Maciek i Kreska wyczuwają, co się święci i zabierają Aurelię na noc do Kreski, chcąc zostawić Piotra i Gabi samych, na co Piotr reaguje dość nerwowo, tak jakby chcąc zaprzeczyć swoim uczuciom.
    Jednak para w końcu zostaje sama we dwoje i postanawia spędzić miło czas słuchając w Radiu Wolna Europa słuchowiska "Folwark zwierzęcy". Potem oboje rozmawiają o miłości i uczuciach, a Gabrysia zatapia się w myślach na temat swojego małżeństwa z Januszem. Widać po tych wspomnieniach, że jej matka ma bardzo archaiczne poglądy, jeśli chodzi o małżeństwo - według niej dziecko powinno mieć zawsze oboje rodziców i to nieważne, czy oni się kochają, czy też nie, co według mnie jest trochę dziwne, ale cóż... Takie były wtedy czasy, kiedy za mąż w przypadku tzw. wpadki wychodziło się z rozsądku. Jak wiemy, rzadko z tego wychodziło coś dobrego.
    Piotr wytrąca ją z rozmyślań pytaniami na temat jej męża, jednak w pewnym momencie dziewczyna chce wyjść z mieszkania, gdyż nie chce na ten temat rozmawiać. Jednak zostaje i kontynuuje z nim dyskusję na temat kobiet. W pewnym momencie zarzuca mu, że nie wiedziałby, co zrobić z prawdziwą kobietą, na co Piotr całuje ją bardzo namiętnie w usta, czym rozpala zmysły dziewczyny i budzi w niej diabła, po czym przechodzą chyba do słodkich niegrzeczności, co wynika z ostatnich zdań rozdziału. :)
    Bardzo mnie się ten rozdział podobał, przeczytałam go z ogromną przyjemnością i cieszę się, że Piotr i Gabi w końcu przestali się bać swoich uczuć. Warto było czekać na ten rozdział, absolutnie się nie gniewam za tak długi czas oczekiwania. :) Z radością przeczytam kolejny rozdział. :)

    OdpowiedzUsuń

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...