Rozdział XXIII
Obiad u Jedwabińskich
Kreska wstała wcześniej przed innymi i zabrała się po cichu za szykowanie śniadania dla siebie oraz swoich przyjaciół. Gdyby ktoś mógł ją teraz zobaczyć, to wówczas ujrzałby bardzo uroczą dziewczynę w różowym szlafroku, krzątającą się po kuchni i słodko nucącą sobie pod nosem jakąś współczesną piosenkę. Robiła to wszystko oczywiście po cichu, bo nie chciała jeszcze nikogo budzić. Zamierzała zrobić dla swoich gości małą niespodziankę w postaci pysznego śniadania, które planowała im podać do łóżka. Plan ten jednak nie do końca się udał, ponieważ jakieś dziesięć minut po niej, z krainy snów do tego świata powrócił Maciek.
Chłopak otworzył oczy i zobaczył leżącą obok niego małą Aurelię, która spała sobie słodko w różowej piżamce. Maciek uśmiechnął się delikatnie na ten widok, ale zasmuciło go, iż nie ma obok nich też Kreski. Bo przecież spali wszyscy troje w łóżku, Maciek i Kreska po jednych stronach łóżka, a w środku, pomiędzy nimi, ulokowała się Aurelia. W ten sposób spędzili noc, która była przyjemna i lekka. Ale każda noc, nawet najlepsza, musi mieć swój kres i ustąpić miejsca porankowi. Tak też musiało się stać i teraz, o czym Maciek doskonale to wiedział. Nie chciał jednak budzić Aurelii, bo tak słodko sobie jeszcze spała. Dlatego właśnie pozwolił jej spokojnie podróżować po krainie snów. Sam jednak musiał ją opuścić, co zrobił z wielką niechęcią, a przy okazji też żałował, że nie mógł zobaczyć widoku Kreski w koszulce nocnej, leżącej słodko obok niego i Aurelii. Śpiąca Kreska musiała być przecież przepięknym widokiem, a już zwłaszcza wtedy, gdy dziewczyna miała na sobie tę boską koszulkę nocną, która jej sięgała zaledwie do połowy zgrabnych ud i zdecydowanie pobudzała męską wyobraźnię. Oczywiście Kreska jeszcze piękniej wyglądała w bikini, a najpiękniej całkiem nagusieńka. O tak, wtedy zdecydowanie była najpiękniejsza.
Piotr lubił nieraz mówić do swojego młodszego brata:
- Młody, zapamiętaj sobie jedno. Są trzy najpiękniejsze rzeczy na świecie. Konie w galopie, żaglówki oraz naga kobieta zroszona kropelkami potu lub wody. To są trzy najpiękniejsze widoki na tym świecie. Nie ma i nie będzie nigdy niczego od tych widoków piękniejszego. A ten trzeci widok... On jest najwspanialszy z nich wszystkich. Gdy pierwszy raz zobaczysz nagą kobietę, to się przekonasz, o czym mówię.
Maciek przekonał się o tym, kiedy tylko zobaczył Kreskę nagą. Widział ten jakże piękny widok nie tak dawno, o czym mówiliśmy już jakiś czas temu i wciąż ten widok nie dawał mu spokoju. Nie widział bowiem wcześniej ani jednej nagiej dziewczyny, w każdym razie nie na żywo. Widział wiele na plakatach brata oraz w gazetkach, które ten przynosił czasami do domu, a które załatwiali mu jego kumple z pracy. Jednak co innego oglądać takie widoczki na papierze lub na ekranie, a co innego zobaczyć je na żywo. To zupełnie dwie różne rzeczy. Maciek nie mógł już tego cudownego widoku wyrzucić ze swojej pamięci. Także nieraz, kiedy tylko Kreska była w pobliżu, oczami wyobraźni widział ją rozebraną, zwłaszcza wtedy, gdy była w bikini lub koszulce nocnej. Wtedy większość części ciała miała słodko odsłonięte, co przypominało mu o tych pozostałych, które teraz były zasłonięte, ale wcześniej Maciek widział je wyraźnie i był nimi zachwycony. W ogóle, ostatnio młody Ogorzałko, przy byle okazji, przywoływał w swojej wyobraźni widok tej uroczej dziewczyny całkiem nagiej, nawet wtedy, gdy była ubrana. Rumienił się na samą taką myśl i próbował nie przywoływać jej z pamięci, ale była ona silniejsza od niego. I silniejsze było od niego też to, że takie myśli wracały do jego głowy, co jakiś czas i że ciągnęło go do tego, aby widzieć Kreskę ponownie, choć częściowo rozebraną. To wszystko było od niego silniejsze i dawało mu więcej radości niż się spodziewał. Nie chciał tego jednak mówić Kresce, nie wiedząc, jak ona by na to zareagowała.
Teraz zaś, zasmucony z powodu braku obecności Kreski, powoli wstał z łóżka i sięgnął po laczki Dmuchawca, których użyczyła mu gospodyni. Wstał i ostrożnie wyszedł z pokoju, stawiając kroki w taki sposób, aby nie hałasować i nie obudzić wciąż słodko śpiącej Aurelii. Kiedy wyszedł z pokoju, natknął się na Kreskę, przez co z miejsca się rozpromienił. Jej widok ucieszył jego serce, a także i oczy, gdyż dziewczyna była w szlafroku i bardzo zgrabnie poruszała biodrami, nucąc sobie słodką jakąś sympatyczną piosenkę podczas szykowania śniadania. Przez chwilę Maciek nie mógł rozumiał słów, potem jednak dziewczyna zaczęła śpiewać dużo wyraźniej i chłopak mógł poznać słowa. A te szły tak:
Kocham cię, kochanie moje.
Kocham cię, a kochanie moje.
To polana w leśnym gąszczu schowana.
Kocham cię, kochanie moje.
Kocham cię, a kochanie moje.
To sad wiosenny, rozgrzany i senny.
Kocham cię, kochanie moje.
To rozstania i powroty.
I nagle dzwony dzwonią.
I ciało mi płonie.
Kocham cię.
Kocham cię, kochanie moje.
Kocham cię, a kochanie moje.
To oczy twoje we mnie wpatrzone.
Kocham cię, kochanie moje.
Kocham cię, a kochanie moje.
To tęsknota nieskończona.
Kocham cię, a kochanie moje.
To rozstania i powroty.
I nagle dzwony dzwonią.
I ciało mi płonie.
Kocham cię.
Kocham cię, kochanie moje.
Kocham cię, a kochanie moje.
To przypominanie pierwszej pieszczoty.
Kocham cię, kochanie moje.
Kocham cię, a kochanie moje.
To noce z miłości bezsenne.
Kocham cię, kochanie moje.
To rozstania i powroty.
I nagle dzwony dzwonią.
I ciało mi płonie.
Kocham cię.
Po zakończeniu tej piosenki, Kreska odwróciła się przodem do Maćka i wtedy go zobaczyła. Uśmiechnęła się wówczas do niego promiennie i powiedziała doń słodko:
- Maciuś... Już jesteś? Jak ci się spało?
- Dziękuję, bardzo przyjemnie. A tobie? - zapytał Maciek.
Kreska uśmiechnęła się do niego czule i odparła:
- Dziękuję, mnie również bardzo przyjemnie. Mam tylko nadzieje, że moje śpiewanie cię nie obudziło.
- Nie, dopiero przed chwilą je usłyszałem. Bardzo ładnie śpiewasz.
- Dziękuję. To miłe - odparła Kreska, lekko się przy tym rumieniąc - Robię nam śniadanie. Mam nadzieję, że zjesz.
- Jeszcze pytasz? Oczywiście. A co robisz?
- Zapiekanki. Pomożesz mi?
- Jasne.
Maciek ochoczo zabrał się do pomagania Kresce, dzięki czemu posiłek był w ciągu zaledwie paru minut przygotowany. Kiedy już był gotowany, zawołali zaraz do kuchni Aurelię, która przyszła do nich, wciąż ubrana w swoją różową piżamkę i będąc jeszcze lekko senną.
- Co tak słodko pachnie? - zapytała dziewczynka.
- Nasze śniadanie - odpowiedział Maciek tonem starszego brata, który bardzo chce sprawić przyjemność młodszej siostrzyczce - Jesteś głodna?
- Tak, bardzo jestem! - zawołała wesoło Aurelia, z miejsca odzyskując na tę wieść przytomność i siadając szybko przy stole.
Maciek i Kreska nakryli do stołu, ustawili tam wszystko, co przygotowali na śniadanie, a następnie usiedli obok dziewczynki i zaczęli jeść. Posiłek smakował im wszystkim, głównie dlatego, że mogli go zjeść w tak miłym towarzystwie, czyli swoim własnym, bo jak wiadomo, nawet najgorszy posiłek może być smakowity, jeśli je się go w naprawdę doborowym towarzystwie. Tak też było i tym razem. To, co przygotowali Maciek i Kreska nie było może jakimś specjalnie wyszukanym śniadaniem, ale smakowało im rewelacyjnie, ponieważ mogli zjeść ten posiłek w trójkę, mając na sobie jedynie piżamy oraz świadomość, że nikomu to w niczym nie przeszkadza. W tamtej chwili nie krępowały ich sztywne zasady etykiety ani też inne tego rodzaju bzdury. Tutaj takie coś nie miało żadnego znaczenia. Przy tym stole liczyło się po prostu to, aby się dobrze czuć w towarzystwie przyjaciół i tak też było.
Kiedy wszyscy zjedli już do końca śniadanie, zadowoleni wstali i umyli swoje naczynia, a potem poszli się przebrać. Gdy już byli gotowi do wyjścia, opuścili to jakże miłe i gościnne mieszkanie profesora Dmuchawca, aby wykonać swoje plany na dzisiejszy dzień. A te były niebagatelne.
- Pójdziemy odwiedzić mojego dziadka. Mam nadzieję, że mu się przez ten czas nie pogorszyło - powiedziała Kreska - Oczywiście zrozumiem was, jeżeli nie będziecie chcieli mi towarzyszyć, ale...
- Żartujesz sobie? Przecież chętnie pójdziemy tam z tobą - odpowiedział na to wesoło Maciek - Dziwi mnie, że możesz w ogóle nam zadawać takie pytania.
- Właśnie! Chodźmy odwiedzić pana profesora! - zawołała wesoło Aurelia, z czułością ściskając dłoń Maćka - Bardzo go lubię, jest bardzo miły. Myślicie, że on mógłby być też i moim dziadkiem?
Kreska i Maciek spojrzeli zdumieni na dziewczynkę, nie bardzo rozumiejąc jej pytania oraz powodu, dla którego je zadała.
- A dlaczego chciałabyś, żeby mój dziadek był też twoim dziadkiem? - spytała po chwili Kreska.
- Bo ja nie mam dziadka, a bardzo chciałabym mieć - wyjaśniła dziewczynka - Bo przecież to fajnie jest mieć dziadka, prawda?
- O tak, bardzo fajnie - odpowiedziała Kreska z uśmiechem na twarzy, zaraz przypominając sobie wszystkie radosne chwile, które spędziła z dziadkiem oraz to, ile dobrego dziadek dla niej zrobił.
Aurelia nie znała żadnego z tych uczuć. Rodzice jej ojca nie żyli, z kolei u jej mamy sytuacja była nieco bardziej skomplikowana, ponieważ rodzice Ewy byli po rozwodzie, którego powodem była brutalność ze strony ojca. Mała Ewa była raz świadkiem bicia matki przez ojca i przerażona zadzwoniła na milicję. Oczywiście funkcjonariusze interweniowali, ojciec próbował ich pobić, za co poszedł siedzieć, a kiedy wrócił, rozwiódł się z matką, która kochała go na tyle mocno, że mu to wszystko wybaczyła, ale on nie kochał jej na tyle mocno, aby wybaczyć jej, iż to z jej powodu oraz z powodu Ewy poszedł do więzienia. Ewę obwiniał o to, że to jej donos posłał go za kratki, a żonę o to, iż na to pozwoliła i nie zmusiła córki do zmiany zeznań. Matka z kolei znienawidziła odtąd córkę, którą musiała wychować sama, ale nigdy nie darowała jej tego, iż jej małżeństwo się rozpadło z powodu jednego telefonu na milicję. Teraz rodzice pani Jedwabińskiej wiedli swoje własne życie, mając w głębokim poważaniu zarówno swoją córkę, jak i wnuczkę. Dlatego też Aurelia nie znała żadnego ze swoich dziadków, państwo Jedwabińscy natomiast uznali, że ich jedyne dziecko nie powinno się nigdy dowiedzieć tego wszystkiego, o czym właśnie my się dowiedzieliśmy. Dlaczego? Uważali, że to nazbyt brutalne, aby opowiadać o tym dziecku. Poza tym oboje uznali ten temat za zamknięty, a skoro coś było dla nich (a zwłaszcza dla Ewy) tematem zamkniętym, to nigdy się o tym nie mówiło, nawet po to, aby oczyścić swoją skrzywdzoną i poranioną duszę, kojącą rozmową z bliskimi.
Podsumowując zatem, dla Aurelii zarówno jedni, jak i drudzy dziadkowie nie żyli i nigdy nie miała okazji ich poznać. Dlatego też patrzyła niekiedy z taką lekką zazdrością na Kreskę i na to, jak doskonale dogaduje się ona z dziadkiem i jak ma z nim naprawdę wspaniałe relacje. Marzyła nieraz o tym, aby mieć nieco większą rodzinę niż ta, którą miała. Przede wszystkim marzyła o dziadku, choć chciała też mieć starszego brata i starszą siostrę, z którymi mogłaby się bawić, więc Maciek i Kreska spełniali jej marzenia w tym kierunku. Zatem do szczęścia brakowało jej tylko dziadka i pomyślała sobie, że najlepszym kandydatem na to oto stanowisko byłby Czesław Dmuchawiec.
Kreska oczywiście nie wiedziała o tym wszystkim, dlatego też zadowoliła się odpowiedzią udzielonej jej przez dziewczynkę i rzekła:
- Wiesz, możemy porozmawiać o tym z moim dziadkiem, ale spokojnie. Nie teraz jeszcze. Może jak wyjdzie ze szpitala.
- A jeżeli nie wyjdzie? - zapytała Aurelia.
Kreska posmutniała, a dziewczynka zrozumiała, że palnęła głupstwo, chociaż wcale nie miała takiego zamiaru, a swoje pytanie zadała jedynie z powodu swojej dziecięcej naiwności, więc przeprosiła. Kreska jednak nie gniewała się na nią, więc szybko ją pocieszyła, mówiąc:
- Spokojnie, nie gniewam się. Dziadek niedługo wyjdzie ze szpitala i będzie dobrze. Wtedy z nim porozmawiamy, dobrze? Ale na razie nie mówmy o tym. Na razie po prostu go odwiedźmy.
- No, w sumie racja. Szpital to nie jest miejsce na takie rozmowy - stwierdził Maciek.
- No dobrze, ale jak już wyjdzie, to z nim porozmawiam, dobrze? - zapytała z nadzieją w głosie Kreska.
- Oczywiście, kochanie. Jak najbardziej - zgodziła się Kreska.
Dziewczyna oczywiście nie miałaby nic przeciwko temu, żeby Aurelia miała dziadka w osobie Dmuchawca. Wolała jednak nie rozmawiać o tym z dziadkiem do czasu, aż nie wyjdzie on ze szpitala. Miał przecież unikać wzruszeń, a taka słodka prośba od takiej uroczej dziewczynki mogłaby go zanadto wzruszyć, a póki co jego stan nie był jeszcze taki, żeby można było być pewnym jego powrotu do zdrowia tak całkowicie. Wolała więc oszczędzić mu wzruszeń, przynajmniej na razie.
Z tego też właśnie powodu, nie poruszono tego tematu, kiedy to cała trójka naszych bohaterów odwiedziła profesora Dmuchawca w szpitalu. Rozmawiali oni tylko o prostych, przyjemnych tematach, nie poruszając żadnego, który brzmiałby poważnie w jakikolwiek sposób. Oczywiście profesor co jakiś czas je poruszał, ale oni starali się w miarę możliwości nie rozwijać ich, aby nie wywoływać u niego żadnych problemów z sercem. Dmuchawiec, rzecz jasna, łatwo się zorientował w ich zachowaniu i uśmiechał się, obserwując ich starania o to, aby w jakiś miły oraz przyjemny sposób umilić mu czas.
- Słuchajcie, kochani, naprawdę doceniam wasze starania o to, żebym się za bardzo nie wzruszył, nie przejął czymś lub coś w tym stylu i abym z tego powodu nie miał aby zawału serca. Ale naprawdę, nie musicie mnie traktować jak kaleki lub małego dziecka. Nie jest ze mną aż tak tragicznie, aby się ze mną obchodzić jak z jajkiem.
Oczywiście Maciek i Kreska z miejsca zaczęli wyjaśniać, że to nie o to chodzi i przecież ich rozmowa nie ma wcale na celu tego, co sugeruje profesor, ale on nie uwierzył im i odparł przyjaźnie:
- Dajcie już spokój. Nie urodziłem się wczoraj. Znam młodzież dość dobrze, bo długo byłem nauczycielem i poznałem co nieco psychologię nastolatków. Wiem dobrze, kiedy kręcą. A wy kręcicie i to nieźle. Ale spokojnie, nie mam do was o to żalu. Chcecie dobrze, ale proszę, rozmawiajcie ze mną normalnie na każdy temat. To mi o wiele bardziej pomoże niż dbanie o mnie jak o jajeczko, które za nic w świecie nie chcemy, aby się stłukło. Naprawdę, rozmawiajcie ze mną normalnie, jak z człowiekiem.
- No dobrze, a więc człowieku, może człowiek zechce powiedzieć nam, kiedy wypiszą go ze szpitala? - zapytała dowcipnie Kreska.
Dmuchawiec parsknął śmiechem, ubawiony pytaniem wnuczki i zaraz potem pospieszył z odpowiedzią:
- Jeszcze tak dwa lub trzy dni i będę wolny. Ale oczywiście będę musiał się w domu oszczędzać, aby nie było powtórki z zawału. Tak przynajmniej mówią mi lekarze. Nie chcą mi wierzyć, że ja nic innego na emeryturze nie robię.
- Tak, takie Tomasze niedowiarki z nich - powiedział dowcipnie Maciek.
- Otóż to, młody człowieku. Otóż to - zgodził się z nim profesor, ponownie się uśmiechając do swoich gości.
Rozmowa toczyła się jeszcze przez jakiś czas, a zaraz potem nasi bohaterowie zostali wyproszeni przez pielęgniarkę, która powiedziała im, że pacjent musi teraz odpocząć, a oni nie powinni go męczyć. Dlatego też wyszli, składając jeszcze małą wizytę Natalii Borejko, która już doszła do siebie na tyle, że przestała kaszleć, a i lekarze nie widzieli w jej płucach nic, co by mogło zagrozić jej życiu, żadnego też dowodu na to, aby miała zapalenie płuc, dlatego mogła wyjść ze szpitala już jutro. Wiadomość ta bardzo ucieszyła Maćka, Kreskę i Aurelię, którzy z tego powodu wpadli w doskonały nastrój i oczywiście uczcili to naprawdę solidną porcją lodów z bakaliami, na jakie wybrali się zaraz po wyjściu ze szpitala.
Potem pochodzili nieco po mieście, rozkoszując się słonecznym oraz pięknym dniem, jednym z tych, jakie tylko lipiec może zaofiarować. A gdy się tym nieco zmęczyli, powoli skierowali swoje kroki w kierunku domu, w którym mieszkali państwo Jedwabińscy. W końcu tego dnia mieli oni przecież wrócić, więc trzeba było odprowadzić w odpowiednim czasie Aurelię do domu. Maciek i Kreska rzecz jasna to zrobili, choć ich mała przyjaciółka nie miała specjalnej ochoty na to, aby wracać do siebie. Kiedy tylko wnuczka profesora i młodszy Ogorzałko zobaczyli wyżej wspomniane lokum, szybko zrozumieli, o co chodzi. Było ono pełne mebli ułożonych w taki elegancki i dokładny sposób, jakby były obiektami w muzeum, a nie sprzętami codziennego użytku. Trudno było czuć się tutaj swobodnie.
- Jesteście? To super. Punktualnie jak należy - powiedziała do nich pani Ewa, gdy tylko weszli do środka - Aurelia powinna jeść obiady o stałej porze. Zresztą każdy tak powinien robić. Jest to bardzo zdrowe i rozsądne.
Kobieta nawet nie powiedziała do nich „Dzień dobry”. Była za bardzo zajęta czymś, co wydawało się robieniem porządków, a co Maćkowi bardziej wyglądało na dbanie o to, aby dom wręcz błyszczał od czystości. Ewa słynęła ze swego wręcz szalonego umiłowania do porządku. W jej domu nie było nawet ociupinki kurzu, gdyż kobieta codziennie szorowała pułki ścierką, myła osobiście podłogę i nawet nie pomyślała o tym, aby wynająć w tym celu jakąś sprzątaczkę. Po pierwsze, nie chciała tego, aby ktokolwiek uznał ją za fałszywą osobę, która wyznaje, podobnie jak i jej mąż, zasady socjalizmu i równości społecznej, a pozwala, aby inni robili za nią to, co należy do niej. Po drugie, nie dowierzała w to, że ktoś mógłby lepiej posprzątać mieszkanie niż ona sama. Nie wyobrażała sobie, aby miała powierzyć to zadanie innym osobom. Poza tym lepiej się czuła, kiedy mogła sprzątać dom i stworzyć w ten sposób swój umiłowany, sterylny i porządny świat, jaki uwielbiała i jaki dawał jej poczucie spokoju i bezpieczeństwa, które tak potrzebowała.
- Jak tam, moja mała księżniczka? Czy bardzo tęskniła za swoimi rodzicami? - zawołał wesoło Eugeniusz Jedwabiński, wychodząc ze swojego gabinetu.
Był to wysoki i dosyć przystojny mężczyzna dobijający czterdziestki, mający oczy barwy niebieskiej, nos władczy i rzymski, lekki zarost na swoich policzkach, a na twarzy typowy uśmiech cwaniaczka.
- Cześć, tatusiu - powiedziała do niego przyjaźnie Aurelia, choć bez jakiegoś większego entuzjazmu.
Jej ojciec jednak nie specjalnie się tym przejął, ponieważ uśmiechnął się do córki bardzo serdecznie i mocno ją do siebie przytulił, ale ta szybko się od niego odsunęła i powiedziała z lekkim wyrzutem:
- Drapiesz.
- Bo nie zdążyłem się jeszcze ogolić - odpowiedział Eugeniusz i spojrzał na Maćka i Kreskę z ogromną uwagą - Mam nadzieję, że nie sprawiła wam kłopotu.
- Oczywiście, że nie. W żadnym razie - odparła serdecznie Kreska - To jest bardzo urocza dziewczynka. I jaka kochana.
- Nic dziwnego, w końcu to jest moja córeczka - powiedział serdecznie ojciec dziewczynki.
- No tak, oczywiście, bo ja przecież nie miałam praktycznie nic wspólnego z jej przyjściem na świat - rzuciła w jego stronę zgryźliwie Ewa.
- Nie zwracajcie na nią uwagi. Ma zły humor - powiedział Jedwabiński dość beztroskim tonem - A przy okazji, zostaniecie na obiedzie?
- O matko, obiad! - zawołała przerażona Ewa i pognała do kuchni.
Okazuje się, że z powodu swoich porządków zapomniała o tym, że właśnie na gazówce gotuje się posiłek. Na całe szczęście zdążyła w porę wyłączyć gaz, zanim jej z garnka wykipiało. Była to pozytywna wiadomość, podobnie jak też i ta, że jak zwykle Ewa gotowała nieco więcej, na tzw. wszelki wypadek i w ten sposób ona i jej mąż mogli ugościć u siebie dwoje nastolatków.
- Cała Ewa. Po prostu całkowicie zakręcona - zaśmiał się Eugeniusz.
Zakręcona, dobre sobie, pomyślała Kreska. Po prostu zarozumiała i chce ona robić wszystko sama, bo jej zdaniem tylko ona wykona wszystko idealnie i nie ma szans na to, aby ktoś inny sobie poradził.
- To co? Zostajecie na obiedzie? - spytał Eugeniusz.
- Tak, tak! Zostańcie u nas na obiedzie. Zostaniecie? - zapytała słodkim tonem Aurelia, patrząc na Kreskę i Maćka proszącym wzrokiem.
Oczywiście nie umieli odmówić tak słodkiej prośbie i po chwili siedzieli już przy stole, przy którym też usiedli Eugeniusz i Aurelia. Czekali teraz wszyscy na przybycie Ewy, która po dość dłużej chwili zjawiła się i postawiła przed wszystkim wielką wazę z zupą pomidorową z makaronem.
- Mam nadzieję, że kulinarne eksperymenty mojej żony będą wam smakować i nie potrujecie się wszyscy - powiedział Eugeniusz, szczerząc zęby w naprawdę głupkowatej podróbce uśmiechu.
Ewie oczywiście nie było do śmiechu, kiedy to usłyszała. Ze złością wzięła się rękami pod boki i powiedziała:
- Posłuchaj, kochany... Jako członek partii nie możesz sobie pozwolić na to, aby mieć służącą, ale też nie stać nas na to, abyśmy codziennie chodzili sobie do restauracji na jakieś twoje ulubione frykasy. Może więc spróbujesz zaakceptować moją kuchnię taką, jaka jest, zamiast wiecznie na nią narzekać, co?
- Ależ ja wcale nie zamierzam podważać twoich wątpliwych... Znaczy wiesz, twoich wrodzonych talentów kulinarnych - odpowiedział na to Eugeniusz - Ja po prostu, no wiesz... Lubię różnorodność, jeśli chodzi o posiłki.
- Po prostu nie lubisz mojej kuchni i tyle. Ale co tam? Może naszym gościom będą one smakować.
- Nie wiem, czy powinnaś ryzykować. A co, jeśli się okaże, że wyjdzie z tego największe otrucie zbiorowe od czasów Lukrecji Borgii?
Eugeniusz oczywiście żartował, ale Ewie wcale się te żarty nie spodobały. Ze złością wymalowaną na twarzy, nalała Maćkowi i Kresce zupy, a potem też córce i mężowi, a na końcu sobie i usiadła razem z innymi.
- Życzę smacznego - powiedziała i powoli zaczęła jeść.
Wszyscy rozpoczęli posiłek. I wszyscy stwierdzili z radością, że zupa nie jest aż tak zła, choć Maciek obawiał się, iż jeśli Ewcia Sopel, jak ją nazywali w szkole z powodu jej żałosnego charakteru i bycia zimną jak sopel lodu, równie dobrze tu gotuje, jak uczy w szkole, to nie można spodziewać się fajerwerków. Na szczęście zupa nie była zła, choć może nieco za ostra i co chwila trzeba było napić się wody lub mleka, aby jakoś wytrzymać to okrutne palenie w gardle, jakie ich dopadało po każdej łyżce zupy.
- A ty co wyprawiasz? - zapytała ze złością, patrząc na męża, który właśnie, zamiast jeść, lekko zanurzał łyżkę w zupie i uważnie ją obserwował.
- Ta zupa jest tak ostra, że wolałem sprawdzić, czy nie roztopi łyżki.
Po tych słowach parsknął śmiechem, podobnie jak i Maciek, Kreska i Aurelia. Jednak Ewie Jedwabińskiej wcale do śmiechu nie było. Mąż ponownie ją wkurzył i nie zamierzała tego ukrywać, więc powiedziała mu:
- A może wsadzimy tam twój pusty łeb? Może on się rozpuści?
Mąż spojrzał na nią poważnie i powiedział:
- Kochanie, nie przy obcych. A poza tym już cię przeprosiłem. Czego jeszcze chcesz?
- Szacunku do mojej ciężkiej pracy. Czy to tak wiele?
- Ciężkiej pracy? - zakpił sobie lekko Eugeniusz - Od kiedy to niby uczenie dzieciaków jest czymś ciężkim?
- Uwierz mi, dzieciaki potrafią nieźle dać w kość człowiekowi, ale nie o to mi akurat chodziło, tylko o gotowanie. Męczę się, aby coś ci uszykować i co od ciebie dostaję? Tylko pretensje.
- Przecież ja nie składam pretensji, tylko...
- Tylko co? Tyłek żony szefa już ci całkiem rozum przyćmił, co?
- Aha, a więc o to chodzi?
- Eee... Nie chcę się wtrącać, ale o co chodzi? - zapytał Maciek.
- Wyobraźcie sobie, że mój kochany mąż podczas polowania ciągle gapił się z zachwytem na zgrabny tyłek żony swego szefa - pospieszyła z wyjaśnieniami Ewa - Ta tania podróbka Marylin Monroe bardziej mu się podoba niż rodzona żona.
- A to żona może być rodzona? - spytała dowcipnie Kreska.
Ewa przyłapała się na błędzie, jednak nie zamierzała go poprawiać. Zamiast tego popatrzyła ze złością na dziewczynę i powiedziała:
- Krechowicz, ty to lepiej zajmij się nauką historii, niż poprawianiem swojej nauczycielki i to w jej własnym domu. Pomijam już tutaj fakt, że zwracanie na coś uwagi swemu wychowawcy nie jest efektem dobrego wychowania. Ale historia nie jest chyba twoją mocno stroną, co nie?
- Spokojnie, biorę lekcję od Maćka. Jest bardzo dobry z historii.
Ewa Jedwabińska spojrzała z uwagą na młodego Ogorzałkę. Rzeczywiście, był on najlepszy w jej klasie z historii, co oczywiście nie oznaczało, że go lubi. Ewa jakoś nie lubiła żadnego ze swoich uczniów, z góry sobie zakładając, iż są oni tylko i wyłącznie nastawienie na dokuczanie nauczycielom, wobec których nie mają żadnego szacunku i chcą ich krzywdzić, wymigując się od obowiązków oraz odrabiania lekcji, a jeśli się uczą doskonale, to tylko dlatego, że chcieli się jej jakoś podlizać, czego Ewa nienawidziła jeszcze mocniej niż leserstwa. Z tego właśnie powodu nie dowierzała w to, że Maciek szczerze kocha historię, tylko z góry sobie założyła, iż musi po prostu chcieć jej zrobić na złość. Miało to związek z faktem, iż dla Ewy Jedwabińskiej to ona była centrum wszechświata, a wszystko inne się wokół niej kręci. Ta oto teoria, nazywana przez znawców teorią ewocentryczną nie sprzyjała jej pracy, którą najpierw kobieta podejmowała z entuzjazmem, ale którą z czasem zaczęła nie cierpieć i którą wykonywała tylko z braku innej możliwości.
- Nie wątpię, że jest tak, jak mówisz - powiedziała do Kreski - Oby więc ten twój młody korepetytor naprawdę postarał się i nauczył cię czegoś, co ci się przyda w nowym roku szkolnym na lekcjach.
- A przy okazji, Maciek... - odezwał się nagle Eugeniusz - Jakże się miewa ten twój starszy brat? Dawno go już nie widziałem.
- Ma się bardzo dobrze, choć obecnie niezbyt dobrze mu idzie w życiu, że tak powiem, zawodowym - odparł na to Maciek - Zamiast stałej pracy tylko jakieś tam fuchy. Zawsze z tego jest jakiś zarobek, ale niewielki. Trudno to uznać za sukces.
- Przykro mi to słyszeć, ale cóż... Nie chcę być niemiły, jednak twój brat sam się o to prosił. Po co mieszał się w działalność opozycyjną?
- Przecież on tylko rozdawał ulotki - zauważył Maciek - Co w tym złego?
- Był w opozycji przeciwko władzy. To mało? - zapytał Eugeniusz.
- Za mało, aby posłać go do więzienia.
- Toteż tam nie trafił. Ale sam rozumiesz, że on się na polityce nie znał na tyle dobrze, aby się w nią bawić. Szkoda, że mnie nie słuchał, gdy go w ten czy inny sposób chciałem ostrzec. Polityka nie jest dla idealistów, a dla ludzi, którzy zawsze trzeźwo myślą.
- Takich jak pan?
- A chociażby. Zawsze trzeba iść z wiatrem, a nie pod wiatr, mój chłopcze. To jest jedyny sposób, aby sobie poradzić w świecie polityki. Trzeba wiedzieć zawsze, w którą stronę zmierza wiatr i potem w nią iść. To się nazywa bystrość.
- Nie, to się nazywa zupełnie inaczej, ale nie chcę się wyrażać przy Aurelii - odparł odważnie Maciek.
Ewa spiorunowała go wzrokiem, z kolei Eugeniusz, któremu zaimponowała odwaga chłopaka, powiedział:
- Śmiałe słowa, mój chłopcze. Tym lepiej. Trzeba wiedzieć, czego się chce i od kogo się tego chce. Ja przykładowo doskonale wiem, czego chcę od życia.
- A czego pan chce od życia?
- Tego, aby zawsze było w mojej rodzinie wszystko dobrze i abyśmy mieli za co żyć.
- Dlatego ciągle komplementujesz żonę szefa i gapisz się bez przerwy na jej tyłek? - spytała ze złością w głosie Ewa.
- Kochanie, prosiłem. Nie przy ludziach - skarcił ją lekko Eugeniusz.
- A dlaczego nie? Niech się wszyscy dowiedzą, jaki jesteś - odparła złośliwie Ewa, z ironią spoglądając na męża.
- Tato, a czemu ty nie patrzysz na tyłek mamy? - zapytała z typową dla siebie słodką naiwnością Aurelia - On jest jakiś brzydki czy co?
- Nie, tylko na pewno jest on duży brzydszy od tyłeczka żony szefa - rzuciła złośliwie jej mama.
- Nie sądzę. Po prostu tyłek mamy twój tata ma na co dzień i prawdopodobnie potrzebuje lekkiej od niego odmiany, ponieważ widok codzienny nieco go nudzi - powiedział dowcipnie na to Maciek.
Eugeniusz Jedwabiński popatrzył ironicznie na chłopaka, dostrzegając w jego słowach nie tyle własne przemyślenia, co przeróbkę słów Piotra Ogorzałki. Wyczuł w tym wszystkim lekką chęć odwetu za brata i za zdradzoną z nim przyjaźń, którą podobno on zdradził, porzucając ich wspólne ideały i wstępując do partii. Piotr mu tego nigdy nie wybaczył i odsunął się od niego, choć Eugeniusz próbował na różne sposoby zachować tę relacje. Widać Piotr wpoił w młodszego brata lekką niechęć do jego osoby i Jedwabiński poczuł instynktownie, że musi to sprostować, chociaż w przypadku Maćka.
- Mój chłopcze, nie chodzi tutaj bynajmniej o to, że nudzi mnie to, co mam na co dzień. Chodzi o to, że są na tym świecie pewne sprawy, które istnieją naprawdę, a które istnieją tylko w wyobraźni kobiet naszego życia.
- Aha, a więc rozumiem, że tylko w mojej wyobraźni istnieje fakt, że gapisz się na inne baby, tak? - spytała ironicznie Ewa.
- To nie, ale za to istnieje w niej jedynie chęć, że ty mi się przez to w ogóle już nie podobasz - wyjaśnił Eugeniusz.
- Naprawdę? To po co mężczyzna patrzy na inne, skoro podoba mu się jego ukochana? - zapytała Kreska.
- Bo prawdziwy mężczyzna docenia prawdziwe piękno i nie może być na nie i głuchy i ślepy - odpowiedział Eugeniusz - Musi na nie spojrzeć, to jest od niego silniejsze. Nie znaczy to jednak, że jest zdrajcą, że myśli tylko o porzuceniu swojej ukochanej dla innej. Po prostu podziwia prawdziwe piękno. Podobnie jest również z przyjaźnią.
Maciek, który był bystrym chłopakiem, zaczął z uwagą wpatrywać się w pana Jedwabińskiego, spodziewając się usłyszeć coś na temat swojego brata oraz relacji z nim, jakie łączyły ojca Aurelii. I nie pomylił się.
- Prawdziwy mężczyzna zostaje też wierny w przyjaźni, choć niekiedy może się jego przyjaciołom wydawać inaczej. Czasami przyjaciel może odebrać dosyć niezwykłe zachowanie swojego przyjaciela jako zdradę, ale to wcale może nie być zdrada ani przyjaciela, ani ideałów, jakie obaj wyznawali. Czasami może być i tak, że jeden przyjaciel, starszy i bardziej doświadczony, dostrzeże fakt, że trzeba nieco zmienić swoje poglądy i nie stać w miejscu, tylko iść do przodu, bo zbyt wiele od tego zależy. Przyjaciel musi zrozumieć przyjaciela, który zmienia poglądy, jakie kiedyś obaj wyznawali, zwłaszcza, jeśli przyjacielem zmieniającym swoje poglądy kieruje przede wszystkim dobro swojej rodziny lub dobro kraju.
- Dobro kraju? - zapytał zaintrygowany Maciek.
- A tak, dobro kraju - potwierdził poważnie Eugeniusz - Wbrew bowiem tym jakże popularnym pozorom, członkowie partii nie zajmują się tylko sobą i swoimi potrzebami. Oni również chcą dbać o ten kraj. Nie mówię, że wszyscy. Ale gdyby przekreślić partię tylko dlatego, że dużą część jej członków to pasożyty skupione tylko na sobie, to do partii wstępowaliby tylko tacy ludzie, gdyż ci ludzie, chcący na serio coś dobrego zrobić, opuściliby jej szeregi, to zaś byłoby tylko ze szkodą dla naszego kraju. Bo przecież tylko wstępując w szeregi partii możesz pozyskać takie możliwości, aby w jakiś sposób wesprzeć naszą ukochaną ludową ojczyznę. Wtedy i tylko wtedy można liczyć na realną władzę i możliwość wsparcia Polski. Działając jako samotny kowboj niczego się nie osiągnie. Może w westernach, ale nie tutaj.
- Ja tam lubię westerny - wtrąciła się Aurelia - „Bonanza” jest fajna. Dawno jej nie było w telewizji.
Eugeniusz uśmiechnął się do delikatnie, ubawiony naiwnością córki, po czym kontynuował rozmowę:
- Przyjaciel więc nie musi wcale być takim samotnym kowbojem, aby móc się z innym samotnym kowbojem zaprzyjaźnić. Po prostu niekiedy przyjaciele mogą rozbiegać się w poglądach, ale czy to oznacza, że ich przyjaźń nie może istnieć? Czy jeśli jeden przyjaciel stoi w miejscu, bo tak mu jest dobrze, to drugi też musi obowiązkowo stać? Nie może iść do przodu, mając wciąż szacunek do przyjaciela i tego, że on stoi, choć samemu bardzo chcemy iść do przodu?
Maciek pomyślał przez chwilę nad słowami Jedwabińskiego. Poczuł, że jest w nich sporo racji, chociaż zastanawiało go, dlaczego mężczyzna mu to mówi. Czy może robił aluzje do swojej relacji z jego starszym bratem, jak przez chwilę mu się wydawało? Jaka szkoda, że Piotra tu nie było i nie mógł tego słyszeć.
- Wie pan, ja tam się na tym wszystkim nie znam. Polityka mnie nie interesuje - powiedział po chwili chłopak.
- Wiesz, młodzieńcze... Żyjemy w takich czasach, że być może polityka cię nie interesuje, ale prędzej czy później polityka może zainteresować się tobą - rzekł na to Eugeniusz.
- Brzmi strasznie.
- Niekoniecznie. Od młodych ludzi wiele zależy na tym świecie. Oni tylko ten świat mogą popchnąć do przodu. Nie zrobią tego jednak, jeżeli nie będą się też interesować polityką, a nie tylko swoją własną osobą.
- Nie każdy młody człowiek musi interesować się polityką.
- Każdy młody człowiek powinien choć częściowo się nią interesować i gdy ma ku temu możliwość, wesprzeć naszą socjalistyczną ojczyznę swoim działaniem dla wspólnego dobra.
- A skąd ci młodzi ludzie mają wiedzieć, co jest dobre dla ojczyzny oraz czym jest to wspólne dobro?
- To nie jest proste, nawet dorośli członkowie partii, tacy jak ja, niekiedy mają poważne wątpliwości, na czym naprawdę polega dobro ojczyzny, ale spokojnie. Zawsze prędzej czy później odkrywa się ten fakt, to jest tylko kwestia czasu. Byle coś robić, byle działać i nie stać w miejscu.
- I niech Bóg nas wspiera - dodała złośliwie Kreska, gdyż słowa mężczyzny zabrzmiały jej nieco jak kazanie księdza.
Ewa popatrzyła na nią z ironią w oczach i powiedziała:
- Jaki Bóg? Jaki niby Bóg? O czym ty mówisz? Dziewczyno, to ty nie wiesz, że prawdziwie światli ludzie mają zawsze światopogląd materialistyczny?
- Nie zapomniałam o tym, gdyż bardzo często powtarza to pani na lekcjach - odpowiedziała Kreska tonem bynajmniej nie dowodzącym aprobaty dla tego typu poglądów.
Ewa Jedwabińska jednak nie zwróciła uwagę na jej ton i rzekła:
- No właśnie. Ja to powtarzam, ale czy ktoś mnie słucha? Oczywiście, że nie. Moja droga, ja mam światopogląd szeroki i ogólnie naprawdę dosyć tolerancyjny, ale przecież nikt nie udowodnił naukowo istnienia Boga, więc co ty mi, do diabła, teraz opowiadasz?
- Ale przecież też nikt nie udowodnił nieistnienia Boga - zauważyła Kreska, przybierając ton niewiniątka.
Ewa ze złości trzasnęła dłońmi w stół i oparła się o krzesło.
- Do diabła, co jest z tymi młodymi?! Kto im wciska takie bzdury?!
- Istnienia Boga nikt nie udowodnił, a diabła tak? - spytał złośliwie Maciek.
Jedwabińska spojrzała na niego groźnym wzrokiem i powiedziała:
- Słuchaj, Ogorzałko, ty to masz, podobnie zresztą jak twój brat, tendencję do posiadania dość dziwacznych poglądów, przez które ciągle stoisz w miejscu. A jak powiedział mój mąż, nie warto tego robić. Od siebie mogę dodać jeszcze to, że kto nie idzie do przodu, ten się cofa.
- No, nie aż tak radykalnie, kochanie - powiedział uspokajającym tonem jej mąż - Przecież nasza socjalistyczna ojczyzna nie może nikogo zmuszać do tego, aby działał dla jej dobra.
- A kto tu kogo do czegoś zmusza? Ja na pewno nie - odparła ze złością Ewa, ze złością wstając od stolika - Zjedliście już? To zabieram talerze.
Denerwowało ją to, że wszyscy podważają jej zdanie i nie zamierzają się w żadnej sprawie z nią zgodzić. Nawet własny mąż nie zamierza tego robić i uważa ją za nazbyt radykalną w wyrażaniu swoich opinii i zamkniętą na inne poglądy. A przecież tylko radykalność i wierność przekonaniom czyni człowieka człowiekiem, a nie chorągiewką na wietrze. Poza tym młodzieży nie wolno folgować. Tylko i wyłącznie dyscyplina może je wychować. Ją wychowana w dyscyplinie i jakoś na człowieka wyrosła. Tym rozpuszczonym smarkaczom też by się jej sporo przydało. Ona zaś starała się zachować dyscyplinę w swojej szkole i przy okazji też swoim uczniom przekazać oprócz wiedzy odpowiedni pogląd na życie, które pomoże im w przyszłym życiu. A ci nie tylko tego nie doceniali, ale jeszcze robili jej na złość i to nawet tutaj, w jej własnym domu. Oj, gdyby tak jej ojciec lub jej matka wzięli się za te bachory. Chodziłyby jak w zegarku.
Tak myśląc, kobieta wyszła do kuchni, żeby umyć naczynia, zaś Eugeniusz spojrzał na gości i powiedział:
- Musicie wybaczyć mojej żonie. Bywa niekiedy dość ciężka w obyciu i nie jest ma umysłu otwartego na świat, choć bardzo lubi twierdzić, że ma tolerancyjny światopogląd. Ale to po prostu takie wychowanie. Za dużo tam było surowości, a za mało wyrozumiałości. Ale to dobra kobieta. Nie warto więc jej drażnić.
- A pan tego nie robi? - zapytał złośliwie Maciek.
- Ja jestem jej mężem. Z mojej strony to tylko dowcipne droczenie się i takie też czubienie się i cóż... Ona na pewno bardzo o tym wie, chociaż w złości potrafi czasami o tym zapomnieć. No, może nie czasami, a to często. Ale trzeba mieć dużo do niej cierpliwości i można wtedy jakoś z nią wytrzymać.
- Dobre słowo, jakoś - zachichotała Kreska.
- Moja droga, Ewa jest jaka jest, ale chce dobrze - odparł na to Jedwabiński - Cały z nią problem polega tylko na tym, że po prostu chce osiągnąć wszystko zbyt prostymi sposobami. Dla niej świat jest czarno-biały, podobnie jak i dla twojego brata, mój chłopcze.
Tymi słowami zwrócił się do Maćka, który z uwagą spojrzał na niego.
- Oboje macie oczywiście do tego prawo, jednak pamiętaj, że niezbyt daleko w ten sposób można zajść. Aby coś osiągnąć, trzeba umieć dogadać się z innymi i iść na kompromisy. Tym zyskasz więcej niż nieprzejednaniem.
- Naprawdę? A osoby będące u władzy nie są nieprzejednane? - rzekł Maciek - A wprowadzenie stanu wojennego jak pan nazwie, jak nieprzejednaniem?
- Koniecznością dziejową, którą kiedyś potomni ocenią właściwie. Może się to wydawać okrutne, ale lepsze było to niż konsekwencje, jakie czekały na Polskę, gdyby nie wprowadzono stanu wojennego. Ale nie warto o tym mówić. Jesteś zbyt mali, aby móc to należycie skomentować. To już zostawmy historii. Ona najlepiej oceni, kto miał w tym sporze rację.
- Tak, ale historię piszą zwycięzcy, a kto jest zwycięzcą? Ci, co wprowadzili stan wojenny - zauważył Maciek.
- Oni mieli swoje rację, a my mamy swoje i nie zawsze da się to wszystko w taki sposób pogodzić, aby wszyscy byli zadowoleni - odparł na to Eugeniusz - A poza tym wam, młodym i spoza systemu, łatwo jest krytykować. Ale prawda jest taka, że nasz system jest jedynym, jaki mamy i trzeba nauczyć się w nim żyć. Nie mówię, że wszystko w nim jest dobre, jednakże nie można go obalać za pomocą rewolucji. W ten sposób można tylko wszystko zniszczyć, bo rewolucja nie ma daru tworzenia, tylko niszczenia. Jeżeli są błędy w systemie, bo w każdym są, to przecież trzeba je zmieniać, ale zmieniać stopniowo oraz powoli, a nie z szablą na czołgi się rzucać lub rozwalać pomniki, wyrywać bruki z chodników i ciskać nimi w przeciwników politycznych. Tak się nie robi demokracji.
Maciek pomyślał, że coś podobnego słyszał z ust swojego brata i doszedł do wniosków, że wbrew pozorom i temu, co uważał Piotr, Eugeniusz nie porzucił tak całkowicie swoich dawnych ideałów. Tylko przeniósł je na komunistyczny grunt, czy może bardziej socjalistyczny, o ile oczywiście istniała jakakolwiek poważna różnica pomiędzy tymi gruntami.
- Tak więc, pamiętaj o tym młody, że zmian na lepsze nie wprowadzisz tak od razu - mówił dalej Eugeniusz Jedwabiński - Nie osiągniesz w jeden dzień to, co inni musieli osiągać przez kilka lub kilkanaście lat. A jak spróbujesz, to poniesiesz zawsze porażkę. I nim się obejrzysz, to obudzisz się któregoś ranka...
- Wiem i nie będzie już Teleranka - rzucił złośliwie Maciek.
- Ja tam lubię Teleranek - odezwała się Aurelia - Zawsze coś fajnego tam było w telewizji. Bardzo lubiłam Zorro i jego przygody z Garcią i Bernardo. A teraz już nie puszczają Zorro. Tylko wypowiedzi takiego jednego starego pana w okularach, który ma mundur i opowiada jakieś poważne rzeczy.
Kreska i Maciek uśmiechnęli się, niesamowicie ubawieni tym stwierdzeniem. Aurelia jak zwykle wszystko przedstawiała w sposób prosty i dziecinny.
- Tak, ten pan rzeczywiście strasznie przynudza - powiedziała Kreska.
- I wygląda jak Zorro na emeryturze - dodała Aurelia - Tylko nosi okulary, a nie maskę. Ale też mu zasłaniają twarz.
Maciek pomyślał sobie, że tak naprawdę osoba, o której mówi dziewczynka, też nosi maskę, tylko zupełnie innego rodzaju niż maska Zorro. Jego maska była taka bardziej romantyczna, pokazywała go jako człowieka, który jako jedyny chce coś dobrego zrobić dla kraju i nawet jeśli czasami trzaśnie rodaków batem, to też mimo wszystko zawsze chce dla nich jak najlepiej. Maciek jednak nie miał w tej sprawie żadnych złudzeń. Wiedział, że generał Jaruzelski może sobie publicznie głosić, że stan wojenny oraz wszystko, co robi, ma pomóc Polsce i obronić ją przed wrogiem zewnętrznym, ale prawda jest taka, że po prostu Solidarność za bardzo urosła w siłę i za dużo zwolenników zyskała, więc trzeba było jakoś ją uspokoić. Zatem stan wojenny miał za zadanie po prostu ukrócić ich działalność, rozbić ich i nie dopuścić do działań na tyle skutecznych, aby mogli obalić komunizm. Krótko mówiąc, to wszystko miało za zadanie uratować Polskę Ludową.
- Wiesz, im bardziej zaciśniesz szpony, tym więcej systemów gwiezdnych przecieknie ci między palcami - powiedziała w filmie „Gwiezdne Wojny: Nowa nadzieja” księżniczka Leia do gubernatora Tarkina, przedstawicieli dyktatorskiego systemu Imperium.
Chłopak pomyślał, że tak właśnie jest i stan wojenny, zamiast ocalić system, tylko jeszcze prędzej go obali, choć początkowo wydaje się być inaczej, jednak w dłuższej perspektywie czas działał na niekorzyść władzy. Pytanie tylko, czy ojciec Aurelii zdawał sobie z tego sprawę? Czy był szczery w wypowiedziach, czy też może kłamał, aby wycisnąć z niego poglądy jego i jego brata, żeby potem w jakiś sposób zaszkodzić im obu? Z powodu tych obaw Maciek poczuł mieć obawy na temat Eugeniusza Jedwabińskiego, choć wcześniej słuchał go z uwagą i z ogromną ciekawością. Poczuł, że chce jak najszybciej zakończyć tę rozmowę, dlatego też postanowił ją urwać i powiedział:
- Tak wszystko, o czym rozmawiamy, jest strasznie ciekawe, ale chyba już na nas pora. Prawda, Janeczko?
- Tak, masz rację - odparła Kreska, którą rozmowa o polityce, chociaż na swój sposób ciekawiła, też jednak zaczęła ją powoli męczyć - Dziękujemy państwu za obiad, był naprawdę dobry.
- Może troszkę za ostry - dodał zadziornie Maciek, mając bardziej na myśli nie tyle jednak smak zupy, co zachowanie Ewci Sopel.
- Cieszę się, że miałem okazję z wami sobie porozmawiać - rzekł Eugeniusz, wstając od stołu i odprowadzając Maćka i Kreskę do drzwi - Lubię rozmawiać z młodymi ludźmi. Mają otwarte umysły, choć jeszcze nie całkowicie ukształtowane w sposób obywatelski. Miło mi jest z nimi rozmawiać i poznawać ich zdanie. Ich słowa zmuszają nieraz do myślenia i niekiedy pokazują nam, co trzeba zmienić w tym kraju, a co nie. A przy okazji też można ich nauczyć czegoś o naszej ojczyźnie ludowej i o tym, co młodzi mogą dla niej zrobić. Podsumowując więc, wszyscy na takiej rozmowie zyskują i warto je przeprowadzać.
- Być może, ale nie warto z nimi przesadzać - powiedziała Kreska.
- Zresztą ja jestem wolnym duchem i to duchem antysystemowym - dodał z uśmiechem na twarzy Maciek - Dlatego wolę skupić się na swoim własnym życiu, niż zbawianiu całego świata. I tak nie mam do takiego zbawiania talentu.
- Nie wiadomo. Nigdy nie wiadomo, jakie talenty się w nas kryją - rzekł na to pan Jedwabiński.
Po tych słowach uściskał on ręce nastolatkom i pożegnał ich, gdy już wyszli z jego mieszkania, prosząc ich serdecznie, aby go odwiedzili jeszcze i zjedli z nimi obiad. Maciek pomyślał sobie jednak, że dopóki nie wróci sąsiadka, która zwykle gotowała dla państwa Jedwabińskich, a chwilowo wyjechała, aby pomagać córce w opiece nad jej nowo narodzonym dzieckiem, to lepiej będzie chyba nie wpadać z wizytą na obiadki do tej dość niezwykłej rodzinki. Ewa bowiem może i jest dobrą nauczycielką, ale kucharką za to raczej nie najlepszą. Nie, żeby gotowała jak noga, jednak zdecydowanie za ostro i za mało z sercem. Podobnie zresztą wychodziło jej w życiu osobistym.
Chłopak otworzył oczy i zobaczył leżącą obok niego małą Aurelię, która spała sobie słodko w różowej piżamce. Maciek uśmiechnął się delikatnie na ten widok, ale zasmuciło go, iż nie ma obok nich też Kreski. Bo przecież spali wszyscy troje w łóżku, Maciek i Kreska po jednych stronach łóżka, a w środku, pomiędzy nimi, ulokowała się Aurelia. W ten sposób spędzili noc, która była przyjemna i lekka. Ale każda noc, nawet najlepsza, musi mieć swój kres i ustąpić miejsca porankowi. Tak też musiało się stać i teraz, o czym Maciek doskonale to wiedział. Nie chciał jednak budzić Aurelii, bo tak słodko sobie jeszcze spała. Dlatego właśnie pozwolił jej spokojnie podróżować po krainie snów. Sam jednak musiał ją opuścić, co zrobił z wielką niechęcią, a przy okazji też żałował, że nie mógł zobaczyć widoku Kreski w koszulce nocnej, leżącej słodko obok niego i Aurelii. Śpiąca Kreska musiała być przecież przepięknym widokiem, a już zwłaszcza wtedy, gdy dziewczyna miała na sobie tę boską koszulkę nocną, która jej sięgała zaledwie do połowy zgrabnych ud i zdecydowanie pobudzała męską wyobraźnię. Oczywiście Kreska jeszcze piękniej wyglądała w bikini, a najpiękniej całkiem nagusieńka. O tak, wtedy zdecydowanie była najpiękniejsza.
Piotr lubił nieraz mówić do swojego młodszego brata:
- Młody, zapamiętaj sobie jedno. Są trzy najpiękniejsze rzeczy na świecie. Konie w galopie, żaglówki oraz naga kobieta zroszona kropelkami potu lub wody. To są trzy najpiękniejsze widoki na tym świecie. Nie ma i nie będzie nigdy niczego od tych widoków piękniejszego. A ten trzeci widok... On jest najwspanialszy z nich wszystkich. Gdy pierwszy raz zobaczysz nagą kobietę, to się przekonasz, o czym mówię.
Maciek przekonał się o tym, kiedy tylko zobaczył Kreskę nagą. Widział ten jakże piękny widok nie tak dawno, o czym mówiliśmy już jakiś czas temu i wciąż ten widok nie dawał mu spokoju. Nie widział bowiem wcześniej ani jednej nagiej dziewczyny, w każdym razie nie na żywo. Widział wiele na plakatach brata oraz w gazetkach, które ten przynosił czasami do domu, a które załatwiali mu jego kumple z pracy. Jednak co innego oglądać takie widoczki na papierze lub na ekranie, a co innego zobaczyć je na żywo. To zupełnie dwie różne rzeczy. Maciek nie mógł już tego cudownego widoku wyrzucić ze swojej pamięci. Także nieraz, kiedy tylko Kreska była w pobliżu, oczami wyobraźni widział ją rozebraną, zwłaszcza wtedy, gdy była w bikini lub koszulce nocnej. Wtedy większość części ciała miała słodko odsłonięte, co przypominało mu o tych pozostałych, które teraz były zasłonięte, ale wcześniej Maciek widział je wyraźnie i był nimi zachwycony. W ogóle, ostatnio młody Ogorzałko, przy byle okazji, przywoływał w swojej wyobraźni widok tej uroczej dziewczyny całkiem nagiej, nawet wtedy, gdy była ubrana. Rumienił się na samą taką myśl i próbował nie przywoływać jej z pamięci, ale była ona silniejsza od niego. I silniejsze było od niego też to, że takie myśli wracały do jego głowy, co jakiś czas i że ciągnęło go do tego, aby widzieć Kreskę ponownie, choć częściowo rozebraną. To wszystko było od niego silniejsze i dawało mu więcej radości niż się spodziewał. Nie chciał tego jednak mówić Kresce, nie wiedząc, jak ona by na to zareagowała.
Teraz zaś, zasmucony z powodu braku obecności Kreski, powoli wstał z łóżka i sięgnął po laczki Dmuchawca, których użyczyła mu gospodyni. Wstał i ostrożnie wyszedł z pokoju, stawiając kroki w taki sposób, aby nie hałasować i nie obudzić wciąż słodko śpiącej Aurelii. Kiedy wyszedł z pokoju, natknął się na Kreskę, przez co z miejsca się rozpromienił. Jej widok ucieszył jego serce, a także i oczy, gdyż dziewczyna była w szlafroku i bardzo zgrabnie poruszała biodrami, nucąc sobie słodką jakąś sympatyczną piosenkę podczas szykowania śniadania. Przez chwilę Maciek nie mógł rozumiał słów, potem jednak dziewczyna zaczęła śpiewać dużo wyraźniej i chłopak mógł poznać słowa. A te szły tak:
Kocham cię, kochanie moje.
Kocham cię, a kochanie moje.
To polana w leśnym gąszczu schowana.
Kocham cię, kochanie moje.
Kocham cię, a kochanie moje.
To sad wiosenny, rozgrzany i senny.
Kocham cię, kochanie moje.
To rozstania i powroty.
I nagle dzwony dzwonią.
I ciało mi płonie.
Kocham cię.
Kocham cię, kochanie moje.
Kocham cię, a kochanie moje.
To oczy twoje we mnie wpatrzone.
Kocham cię, kochanie moje.
Kocham cię, a kochanie moje.
To tęsknota nieskończona.
Kocham cię, a kochanie moje.
To rozstania i powroty.
I nagle dzwony dzwonią.
I ciało mi płonie.
Kocham cię.
Kocham cię, kochanie moje.
Kocham cię, a kochanie moje.
To przypominanie pierwszej pieszczoty.
Kocham cię, kochanie moje.
Kocham cię, a kochanie moje.
To noce z miłości bezsenne.
Kocham cię, kochanie moje.
To rozstania i powroty.
I nagle dzwony dzwonią.
I ciało mi płonie.
Kocham cię.
Po zakończeniu tej piosenki, Kreska odwróciła się przodem do Maćka i wtedy go zobaczyła. Uśmiechnęła się wówczas do niego promiennie i powiedziała doń słodko:
- Maciuś... Już jesteś? Jak ci się spało?
- Dziękuję, bardzo przyjemnie. A tobie? - zapytał Maciek.
Kreska uśmiechnęła się do niego czule i odparła:
- Dziękuję, mnie również bardzo przyjemnie. Mam tylko nadzieje, że moje śpiewanie cię nie obudziło.
- Nie, dopiero przed chwilą je usłyszałem. Bardzo ładnie śpiewasz.
- Dziękuję. To miłe - odparła Kreska, lekko się przy tym rumieniąc - Robię nam śniadanie. Mam nadzieję, że zjesz.
- Jeszcze pytasz? Oczywiście. A co robisz?
- Zapiekanki. Pomożesz mi?
- Jasne.
Maciek ochoczo zabrał się do pomagania Kresce, dzięki czemu posiłek był w ciągu zaledwie paru minut przygotowany. Kiedy już był gotowany, zawołali zaraz do kuchni Aurelię, która przyszła do nich, wciąż ubrana w swoją różową piżamkę i będąc jeszcze lekko senną.
- Co tak słodko pachnie? - zapytała dziewczynka.
- Nasze śniadanie - odpowiedział Maciek tonem starszego brata, który bardzo chce sprawić przyjemność młodszej siostrzyczce - Jesteś głodna?
- Tak, bardzo jestem! - zawołała wesoło Aurelia, z miejsca odzyskując na tę wieść przytomność i siadając szybko przy stole.
Maciek i Kreska nakryli do stołu, ustawili tam wszystko, co przygotowali na śniadanie, a następnie usiedli obok dziewczynki i zaczęli jeść. Posiłek smakował im wszystkim, głównie dlatego, że mogli go zjeść w tak miłym towarzystwie, czyli swoim własnym, bo jak wiadomo, nawet najgorszy posiłek może być smakowity, jeśli je się go w naprawdę doborowym towarzystwie. Tak też było i tym razem. To, co przygotowali Maciek i Kreska nie było może jakimś specjalnie wyszukanym śniadaniem, ale smakowało im rewelacyjnie, ponieważ mogli zjeść ten posiłek w trójkę, mając na sobie jedynie piżamy oraz świadomość, że nikomu to w niczym nie przeszkadza. W tamtej chwili nie krępowały ich sztywne zasady etykiety ani też inne tego rodzaju bzdury. Tutaj takie coś nie miało żadnego znaczenia. Przy tym stole liczyło się po prostu to, aby się dobrze czuć w towarzystwie przyjaciół i tak też było.
Kiedy wszyscy zjedli już do końca śniadanie, zadowoleni wstali i umyli swoje naczynia, a potem poszli się przebrać. Gdy już byli gotowi do wyjścia, opuścili to jakże miłe i gościnne mieszkanie profesora Dmuchawca, aby wykonać swoje plany na dzisiejszy dzień. A te były niebagatelne.
- Pójdziemy odwiedzić mojego dziadka. Mam nadzieję, że mu się przez ten czas nie pogorszyło - powiedziała Kreska - Oczywiście zrozumiem was, jeżeli nie będziecie chcieli mi towarzyszyć, ale...
- Żartujesz sobie? Przecież chętnie pójdziemy tam z tobą - odpowiedział na to wesoło Maciek - Dziwi mnie, że możesz w ogóle nam zadawać takie pytania.
- Właśnie! Chodźmy odwiedzić pana profesora! - zawołała wesoło Aurelia, z czułością ściskając dłoń Maćka - Bardzo go lubię, jest bardzo miły. Myślicie, że on mógłby być też i moim dziadkiem?
Kreska i Maciek spojrzeli zdumieni na dziewczynkę, nie bardzo rozumiejąc jej pytania oraz powodu, dla którego je zadała.
- A dlaczego chciałabyś, żeby mój dziadek był też twoim dziadkiem? - spytała po chwili Kreska.
- Bo ja nie mam dziadka, a bardzo chciałabym mieć - wyjaśniła dziewczynka - Bo przecież to fajnie jest mieć dziadka, prawda?
- O tak, bardzo fajnie - odpowiedziała Kreska z uśmiechem na twarzy, zaraz przypominając sobie wszystkie radosne chwile, które spędziła z dziadkiem oraz to, ile dobrego dziadek dla niej zrobił.
Aurelia nie znała żadnego z tych uczuć. Rodzice jej ojca nie żyli, z kolei u jej mamy sytuacja była nieco bardziej skomplikowana, ponieważ rodzice Ewy byli po rozwodzie, którego powodem była brutalność ze strony ojca. Mała Ewa była raz świadkiem bicia matki przez ojca i przerażona zadzwoniła na milicję. Oczywiście funkcjonariusze interweniowali, ojciec próbował ich pobić, za co poszedł siedzieć, a kiedy wrócił, rozwiódł się z matką, która kochała go na tyle mocno, że mu to wszystko wybaczyła, ale on nie kochał jej na tyle mocno, aby wybaczyć jej, iż to z jej powodu oraz z powodu Ewy poszedł do więzienia. Ewę obwiniał o to, że to jej donos posłał go za kratki, a żonę o to, iż na to pozwoliła i nie zmusiła córki do zmiany zeznań. Matka z kolei znienawidziła odtąd córkę, którą musiała wychować sama, ale nigdy nie darowała jej tego, iż jej małżeństwo się rozpadło z powodu jednego telefonu na milicję. Teraz rodzice pani Jedwabińskiej wiedli swoje własne życie, mając w głębokim poważaniu zarówno swoją córkę, jak i wnuczkę. Dlatego też Aurelia nie znała żadnego ze swoich dziadków, państwo Jedwabińscy natomiast uznali, że ich jedyne dziecko nie powinno się nigdy dowiedzieć tego wszystkiego, o czym właśnie my się dowiedzieliśmy. Dlaczego? Uważali, że to nazbyt brutalne, aby opowiadać o tym dziecku. Poza tym oboje uznali ten temat za zamknięty, a skoro coś było dla nich (a zwłaszcza dla Ewy) tematem zamkniętym, to nigdy się o tym nie mówiło, nawet po to, aby oczyścić swoją skrzywdzoną i poranioną duszę, kojącą rozmową z bliskimi.
Podsumowując zatem, dla Aurelii zarówno jedni, jak i drudzy dziadkowie nie żyli i nigdy nie miała okazji ich poznać. Dlatego też patrzyła niekiedy z taką lekką zazdrością na Kreskę i na to, jak doskonale dogaduje się ona z dziadkiem i jak ma z nim naprawdę wspaniałe relacje. Marzyła nieraz o tym, aby mieć nieco większą rodzinę niż ta, którą miała. Przede wszystkim marzyła o dziadku, choć chciała też mieć starszego brata i starszą siostrę, z którymi mogłaby się bawić, więc Maciek i Kreska spełniali jej marzenia w tym kierunku. Zatem do szczęścia brakowało jej tylko dziadka i pomyślała sobie, że najlepszym kandydatem na to oto stanowisko byłby Czesław Dmuchawiec.
Kreska oczywiście nie wiedziała o tym wszystkim, dlatego też zadowoliła się odpowiedzią udzielonej jej przez dziewczynkę i rzekła:
- Wiesz, możemy porozmawiać o tym z moim dziadkiem, ale spokojnie. Nie teraz jeszcze. Może jak wyjdzie ze szpitala.
- A jeżeli nie wyjdzie? - zapytała Aurelia.
Kreska posmutniała, a dziewczynka zrozumiała, że palnęła głupstwo, chociaż wcale nie miała takiego zamiaru, a swoje pytanie zadała jedynie z powodu swojej dziecięcej naiwności, więc przeprosiła. Kreska jednak nie gniewała się na nią, więc szybko ją pocieszyła, mówiąc:
- Spokojnie, nie gniewam się. Dziadek niedługo wyjdzie ze szpitala i będzie dobrze. Wtedy z nim porozmawiamy, dobrze? Ale na razie nie mówmy o tym. Na razie po prostu go odwiedźmy.
- No, w sumie racja. Szpital to nie jest miejsce na takie rozmowy - stwierdził Maciek.
- No dobrze, ale jak już wyjdzie, to z nim porozmawiam, dobrze? - zapytała z nadzieją w głosie Kreska.
- Oczywiście, kochanie. Jak najbardziej - zgodziła się Kreska.
Dziewczyna oczywiście nie miałaby nic przeciwko temu, żeby Aurelia miała dziadka w osobie Dmuchawca. Wolała jednak nie rozmawiać o tym z dziadkiem do czasu, aż nie wyjdzie on ze szpitala. Miał przecież unikać wzruszeń, a taka słodka prośba od takiej uroczej dziewczynki mogłaby go zanadto wzruszyć, a póki co jego stan nie był jeszcze taki, żeby można było być pewnym jego powrotu do zdrowia tak całkowicie. Wolała więc oszczędzić mu wzruszeń, przynajmniej na razie.
Z tego też właśnie powodu, nie poruszono tego tematu, kiedy to cała trójka naszych bohaterów odwiedziła profesora Dmuchawca w szpitalu. Rozmawiali oni tylko o prostych, przyjemnych tematach, nie poruszając żadnego, który brzmiałby poważnie w jakikolwiek sposób. Oczywiście profesor co jakiś czas je poruszał, ale oni starali się w miarę możliwości nie rozwijać ich, aby nie wywoływać u niego żadnych problemów z sercem. Dmuchawiec, rzecz jasna, łatwo się zorientował w ich zachowaniu i uśmiechał się, obserwując ich starania o to, aby w jakiś miły oraz przyjemny sposób umilić mu czas.
- Słuchajcie, kochani, naprawdę doceniam wasze starania o to, żebym się za bardzo nie wzruszył, nie przejął czymś lub coś w tym stylu i abym z tego powodu nie miał aby zawału serca. Ale naprawdę, nie musicie mnie traktować jak kaleki lub małego dziecka. Nie jest ze mną aż tak tragicznie, aby się ze mną obchodzić jak z jajkiem.
Oczywiście Maciek i Kreska z miejsca zaczęli wyjaśniać, że to nie o to chodzi i przecież ich rozmowa nie ma wcale na celu tego, co sugeruje profesor, ale on nie uwierzył im i odparł przyjaźnie:
- Dajcie już spokój. Nie urodziłem się wczoraj. Znam młodzież dość dobrze, bo długo byłem nauczycielem i poznałem co nieco psychologię nastolatków. Wiem dobrze, kiedy kręcą. A wy kręcicie i to nieźle. Ale spokojnie, nie mam do was o to żalu. Chcecie dobrze, ale proszę, rozmawiajcie ze mną normalnie na każdy temat. To mi o wiele bardziej pomoże niż dbanie o mnie jak o jajeczko, które za nic w świecie nie chcemy, aby się stłukło. Naprawdę, rozmawiajcie ze mną normalnie, jak z człowiekiem.
- No dobrze, a więc człowieku, może człowiek zechce powiedzieć nam, kiedy wypiszą go ze szpitala? - zapytała dowcipnie Kreska.
Dmuchawiec parsknął śmiechem, ubawiony pytaniem wnuczki i zaraz potem pospieszył z odpowiedzią:
- Jeszcze tak dwa lub trzy dni i będę wolny. Ale oczywiście będę musiał się w domu oszczędzać, aby nie było powtórki z zawału. Tak przynajmniej mówią mi lekarze. Nie chcą mi wierzyć, że ja nic innego na emeryturze nie robię.
- Tak, takie Tomasze niedowiarki z nich - powiedział dowcipnie Maciek.
- Otóż to, młody człowieku. Otóż to - zgodził się z nim profesor, ponownie się uśmiechając do swoich gości.
Rozmowa toczyła się jeszcze przez jakiś czas, a zaraz potem nasi bohaterowie zostali wyproszeni przez pielęgniarkę, która powiedziała im, że pacjent musi teraz odpocząć, a oni nie powinni go męczyć. Dlatego też wyszli, składając jeszcze małą wizytę Natalii Borejko, która już doszła do siebie na tyle, że przestała kaszleć, a i lekarze nie widzieli w jej płucach nic, co by mogło zagrozić jej życiu, żadnego też dowodu na to, aby miała zapalenie płuc, dlatego mogła wyjść ze szpitala już jutro. Wiadomość ta bardzo ucieszyła Maćka, Kreskę i Aurelię, którzy z tego powodu wpadli w doskonały nastrój i oczywiście uczcili to naprawdę solidną porcją lodów z bakaliami, na jakie wybrali się zaraz po wyjściu ze szpitala.
Potem pochodzili nieco po mieście, rozkoszując się słonecznym oraz pięknym dniem, jednym z tych, jakie tylko lipiec może zaofiarować. A gdy się tym nieco zmęczyli, powoli skierowali swoje kroki w kierunku domu, w którym mieszkali państwo Jedwabińscy. W końcu tego dnia mieli oni przecież wrócić, więc trzeba było odprowadzić w odpowiednim czasie Aurelię do domu. Maciek i Kreska rzecz jasna to zrobili, choć ich mała przyjaciółka nie miała specjalnej ochoty na to, aby wracać do siebie. Kiedy tylko wnuczka profesora i młodszy Ogorzałko zobaczyli wyżej wspomniane lokum, szybko zrozumieli, o co chodzi. Było ono pełne mebli ułożonych w taki elegancki i dokładny sposób, jakby były obiektami w muzeum, a nie sprzętami codziennego użytku. Trudno było czuć się tutaj swobodnie.
- Jesteście? To super. Punktualnie jak należy - powiedziała do nich pani Ewa, gdy tylko weszli do środka - Aurelia powinna jeść obiady o stałej porze. Zresztą każdy tak powinien robić. Jest to bardzo zdrowe i rozsądne.
Kobieta nawet nie powiedziała do nich „Dzień dobry”. Była za bardzo zajęta czymś, co wydawało się robieniem porządków, a co Maćkowi bardziej wyglądało na dbanie o to, aby dom wręcz błyszczał od czystości. Ewa słynęła ze swego wręcz szalonego umiłowania do porządku. W jej domu nie było nawet ociupinki kurzu, gdyż kobieta codziennie szorowała pułki ścierką, myła osobiście podłogę i nawet nie pomyślała o tym, aby wynająć w tym celu jakąś sprzątaczkę. Po pierwsze, nie chciała tego, aby ktokolwiek uznał ją za fałszywą osobę, która wyznaje, podobnie jak i jej mąż, zasady socjalizmu i równości społecznej, a pozwala, aby inni robili za nią to, co należy do niej. Po drugie, nie dowierzała w to, że ktoś mógłby lepiej posprzątać mieszkanie niż ona sama. Nie wyobrażała sobie, aby miała powierzyć to zadanie innym osobom. Poza tym lepiej się czuła, kiedy mogła sprzątać dom i stworzyć w ten sposób swój umiłowany, sterylny i porządny świat, jaki uwielbiała i jaki dawał jej poczucie spokoju i bezpieczeństwa, które tak potrzebowała.
- Jak tam, moja mała księżniczka? Czy bardzo tęskniła za swoimi rodzicami? - zawołał wesoło Eugeniusz Jedwabiński, wychodząc ze swojego gabinetu.
Był to wysoki i dosyć przystojny mężczyzna dobijający czterdziestki, mający oczy barwy niebieskiej, nos władczy i rzymski, lekki zarost na swoich policzkach, a na twarzy typowy uśmiech cwaniaczka.
- Cześć, tatusiu - powiedziała do niego przyjaźnie Aurelia, choć bez jakiegoś większego entuzjazmu.
Jej ojciec jednak nie specjalnie się tym przejął, ponieważ uśmiechnął się do córki bardzo serdecznie i mocno ją do siebie przytulił, ale ta szybko się od niego odsunęła i powiedziała z lekkim wyrzutem:
- Drapiesz.
- Bo nie zdążyłem się jeszcze ogolić - odpowiedział Eugeniusz i spojrzał na Maćka i Kreskę z ogromną uwagą - Mam nadzieję, że nie sprawiła wam kłopotu.
- Oczywiście, że nie. W żadnym razie - odparła serdecznie Kreska - To jest bardzo urocza dziewczynka. I jaka kochana.
- Nic dziwnego, w końcu to jest moja córeczka - powiedział serdecznie ojciec dziewczynki.
- No tak, oczywiście, bo ja przecież nie miałam praktycznie nic wspólnego z jej przyjściem na świat - rzuciła w jego stronę zgryźliwie Ewa.
- Nie zwracajcie na nią uwagi. Ma zły humor - powiedział Jedwabiński dość beztroskim tonem - A przy okazji, zostaniecie na obiedzie?
- O matko, obiad! - zawołała przerażona Ewa i pognała do kuchni.
Okazuje się, że z powodu swoich porządków zapomniała o tym, że właśnie na gazówce gotuje się posiłek. Na całe szczęście zdążyła w porę wyłączyć gaz, zanim jej z garnka wykipiało. Była to pozytywna wiadomość, podobnie jak też i ta, że jak zwykle Ewa gotowała nieco więcej, na tzw. wszelki wypadek i w ten sposób ona i jej mąż mogli ugościć u siebie dwoje nastolatków.
- Cała Ewa. Po prostu całkowicie zakręcona - zaśmiał się Eugeniusz.
Zakręcona, dobre sobie, pomyślała Kreska. Po prostu zarozumiała i chce ona robić wszystko sama, bo jej zdaniem tylko ona wykona wszystko idealnie i nie ma szans na to, aby ktoś inny sobie poradził.
- To co? Zostajecie na obiedzie? - spytał Eugeniusz.
- Tak, tak! Zostańcie u nas na obiedzie. Zostaniecie? - zapytała słodkim tonem Aurelia, patrząc na Kreskę i Maćka proszącym wzrokiem.
Oczywiście nie umieli odmówić tak słodkiej prośbie i po chwili siedzieli już przy stole, przy którym też usiedli Eugeniusz i Aurelia. Czekali teraz wszyscy na przybycie Ewy, która po dość dłużej chwili zjawiła się i postawiła przed wszystkim wielką wazę z zupą pomidorową z makaronem.
- Mam nadzieję, że kulinarne eksperymenty mojej żony będą wam smakować i nie potrujecie się wszyscy - powiedział Eugeniusz, szczerząc zęby w naprawdę głupkowatej podróbce uśmiechu.
Ewie oczywiście nie było do śmiechu, kiedy to usłyszała. Ze złością wzięła się rękami pod boki i powiedziała:
- Posłuchaj, kochany... Jako członek partii nie możesz sobie pozwolić na to, aby mieć służącą, ale też nie stać nas na to, abyśmy codziennie chodzili sobie do restauracji na jakieś twoje ulubione frykasy. Może więc spróbujesz zaakceptować moją kuchnię taką, jaka jest, zamiast wiecznie na nią narzekać, co?
- Ależ ja wcale nie zamierzam podważać twoich wątpliwych... Znaczy wiesz, twoich wrodzonych talentów kulinarnych - odpowiedział na to Eugeniusz - Ja po prostu, no wiesz... Lubię różnorodność, jeśli chodzi o posiłki.
- Po prostu nie lubisz mojej kuchni i tyle. Ale co tam? Może naszym gościom będą one smakować.
- Nie wiem, czy powinnaś ryzykować. A co, jeśli się okaże, że wyjdzie z tego największe otrucie zbiorowe od czasów Lukrecji Borgii?
Eugeniusz oczywiście żartował, ale Ewie wcale się te żarty nie spodobały. Ze złością wymalowaną na twarzy, nalała Maćkowi i Kresce zupy, a potem też córce i mężowi, a na końcu sobie i usiadła razem z innymi.
- Życzę smacznego - powiedziała i powoli zaczęła jeść.
Wszyscy rozpoczęli posiłek. I wszyscy stwierdzili z radością, że zupa nie jest aż tak zła, choć Maciek obawiał się, iż jeśli Ewcia Sopel, jak ją nazywali w szkole z powodu jej żałosnego charakteru i bycia zimną jak sopel lodu, równie dobrze tu gotuje, jak uczy w szkole, to nie można spodziewać się fajerwerków. Na szczęście zupa nie była zła, choć może nieco za ostra i co chwila trzeba było napić się wody lub mleka, aby jakoś wytrzymać to okrutne palenie w gardle, jakie ich dopadało po każdej łyżce zupy.
- A ty co wyprawiasz? - zapytała ze złością, patrząc na męża, który właśnie, zamiast jeść, lekko zanurzał łyżkę w zupie i uważnie ją obserwował.
- Ta zupa jest tak ostra, że wolałem sprawdzić, czy nie roztopi łyżki.
Po tych słowach parsknął śmiechem, podobnie jak i Maciek, Kreska i Aurelia. Jednak Ewie Jedwabińskiej wcale do śmiechu nie było. Mąż ponownie ją wkurzył i nie zamierzała tego ukrywać, więc powiedziała mu:
- A może wsadzimy tam twój pusty łeb? Może on się rozpuści?
Mąż spojrzał na nią poważnie i powiedział:
- Kochanie, nie przy obcych. A poza tym już cię przeprosiłem. Czego jeszcze chcesz?
- Szacunku do mojej ciężkiej pracy. Czy to tak wiele?
- Ciężkiej pracy? - zakpił sobie lekko Eugeniusz - Od kiedy to niby uczenie dzieciaków jest czymś ciężkim?
- Uwierz mi, dzieciaki potrafią nieźle dać w kość człowiekowi, ale nie o to mi akurat chodziło, tylko o gotowanie. Męczę się, aby coś ci uszykować i co od ciebie dostaję? Tylko pretensje.
- Przecież ja nie składam pretensji, tylko...
- Tylko co? Tyłek żony szefa już ci całkiem rozum przyćmił, co?
- Aha, a więc o to chodzi?
- Eee... Nie chcę się wtrącać, ale o co chodzi? - zapytał Maciek.
- Wyobraźcie sobie, że mój kochany mąż podczas polowania ciągle gapił się z zachwytem na zgrabny tyłek żony swego szefa - pospieszyła z wyjaśnieniami Ewa - Ta tania podróbka Marylin Monroe bardziej mu się podoba niż rodzona żona.
- A to żona może być rodzona? - spytała dowcipnie Kreska.
Ewa przyłapała się na błędzie, jednak nie zamierzała go poprawiać. Zamiast tego popatrzyła ze złością na dziewczynę i powiedziała:
- Krechowicz, ty to lepiej zajmij się nauką historii, niż poprawianiem swojej nauczycielki i to w jej własnym domu. Pomijam już tutaj fakt, że zwracanie na coś uwagi swemu wychowawcy nie jest efektem dobrego wychowania. Ale historia nie jest chyba twoją mocno stroną, co nie?
- Spokojnie, biorę lekcję od Maćka. Jest bardzo dobry z historii.
Ewa Jedwabińska spojrzała z uwagą na młodego Ogorzałkę. Rzeczywiście, był on najlepszy w jej klasie z historii, co oczywiście nie oznaczało, że go lubi. Ewa jakoś nie lubiła żadnego ze swoich uczniów, z góry sobie zakładając, iż są oni tylko i wyłącznie nastawienie na dokuczanie nauczycielom, wobec których nie mają żadnego szacunku i chcą ich krzywdzić, wymigując się od obowiązków oraz odrabiania lekcji, a jeśli się uczą doskonale, to tylko dlatego, że chcieli się jej jakoś podlizać, czego Ewa nienawidziła jeszcze mocniej niż leserstwa. Z tego właśnie powodu nie dowierzała w to, że Maciek szczerze kocha historię, tylko z góry sobie założyła, iż musi po prostu chcieć jej zrobić na złość. Miało to związek z faktem, iż dla Ewy Jedwabińskiej to ona była centrum wszechświata, a wszystko inne się wokół niej kręci. Ta oto teoria, nazywana przez znawców teorią ewocentryczną nie sprzyjała jej pracy, którą najpierw kobieta podejmowała z entuzjazmem, ale którą z czasem zaczęła nie cierpieć i którą wykonywała tylko z braku innej możliwości.
- Nie wątpię, że jest tak, jak mówisz - powiedziała do Kreski - Oby więc ten twój młody korepetytor naprawdę postarał się i nauczył cię czegoś, co ci się przyda w nowym roku szkolnym na lekcjach.
- A przy okazji, Maciek... - odezwał się nagle Eugeniusz - Jakże się miewa ten twój starszy brat? Dawno go już nie widziałem.
- Ma się bardzo dobrze, choć obecnie niezbyt dobrze mu idzie w życiu, że tak powiem, zawodowym - odparł na to Maciek - Zamiast stałej pracy tylko jakieś tam fuchy. Zawsze z tego jest jakiś zarobek, ale niewielki. Trudno to uznać za sukces.
- Przykro mi to słyszeć, ale cóż... Nie chcę być niemiły, jednak twój brat sam się o to prosił. Po co mieszał się w działalność opozycyjną?
- Przecież on tylko rozdawał ulotki - zauważył Maciek - Co w tym złego?
- Był w opozycji przeciwko władzy. To mało? - zapytał Eugeniusz.
- Za mało, aby posłać go do więzienia.
- Toteż tam nie trafił. Ale sam rozumiesz, że on się na polityce nie znał na tyle dobrze, aby się w nią bawić. Szkoda, że mnie nie słuchał, gdy go w ten czy inny sposób chciałem ostrzec. Polityka nie jest dla idealistów, a dla ludzi, którzy zawsze trzeźwo myślą.
- Takich jak pan?
- A chociażby. Zawsze trzeba iść z wiatrem, a nie pod wiatr, mój chłopcze. To jest jedyny sposób, aby sobie poradzić w świecie polityki. Trzeba wiedzieć zawsze, w którą stronę zmierza wiatr i potem w nią iść. To się nazywa bystrość.
- Nie, to się nazywa zupełnie inaczej, ale nie chcę się wyrażać przy Aurelii - odparł odważnie Maciek.
Ewa spiorunowała go wzrokiem, z kolei Eugeniusz, któremu zaimponowała odwaga chłopaka, powiedział:
- Śmiałe słowa, mój chłopcze. Tym lepiej. Trzeba wiedzieć, czego się chce i od kogo się tego chce. Ja przykładowo doskonale wiem, czego chcę od życia.
- A czego pan chce od życia?
- Tego, aby zawsze było w mojej rodzinie wszystko dobrze i abyśmy mieli za co żyć.
- Dlatego ciągle komplementujesz żonę szefa i gapisz się bez przerwy na jej tyłek? - spytała ze złością w głosie Ewa.
- Kochanie, prosiłem. Nie przy ludziach - skarcił ją lekko Eugeniusz.
- A dlaczego nie? Niech się wszyscy dowiedzą, jaki jesteś - odparła złośliwie Ewa, z ironią spoglądając na męża.
- Tato, a czemu ty nie patrzysz na tyłek mamy? - zapytała z typową dla siebie słodką naiwnością Aurelia - On jest jakiś brzydki czy co?
- Nie, tylko na pewno jest on duży brzydszy od tyłeczka żony szefa - rzuciła złośliwie jej mama.
- Nie sądzę. Po prostu tyłek mamy twój tata ma na co dzień i prawdopodobnie potrzebuje lekkiej od niego odmiany, ponieważ widok codzienny nieco go nudzi - powiedział dowcipnie na to Maciek.
Eugeniusz Jedwabiński popatrzył ironicznie na chłopaka, dostrzegając w jego słowach nie tyle własne przemyślenia, co przeróbkę słów Piotra Ogorzałki. Wyczuł w tym wszystkim lekką chęć odwetu za brata i za zdradzoną z nim przyjaźń, którą podobno on zdradził, porzucając ich wspólne ideały i wstępując do partii. Piotr mu tego nigdy nie wybaczył i odsunął się od niego, choć Eugeniusz próbował na różne sposoby zachować tę relacje. Widać Piotr wpoił w młodszego brata lekką niechęć do jego osoby i Jedwabiński poczuł instynktownie, że musi to sprostować, chociaż w przypadku Maćka.
- Mój chłopcze, nie chodzi tutaj bynajmniej o to, że nudzi mnie to, co mam na co dzień. Chodzi o to, że są na tym świecie pewne sprawy, które istnieją naprawdę, a które istnieją tylko w wyobraźni kobiet naszego życia.
- Aha, a więc rozumiem, że tylko w mojej wyobraźni istnieje fakt, że gapisz się na inne baby, tak? - spytała ironicznie Ewa.
- To nie, ale za to istnieje w niej jedynie chęć, że ty mi się przez to w ogóle już nie podobasz - wyjaśnił Eugeniusz.
- Naprawdę? To po co mężczyzna patrzy na inne, skoro podoba mu się jego ukochana? - zapytała Kreska.
- Bo prawdziwy mężczyzna docenia prawdziwe piękno i nie może być na nie i głuchy i ślepy - odpowiedział Eugeniusz - Musi na nie spojrzeć, to jest od niego silniejsze. Nie znaczy to jednak, że jest zdrajcą, że myśli tylko o porzuceniu swojej ukochanej dla innej. Po prostu podziwia prawdziwe piękno. Podobnie jest również z przyjaźnią.
Maciek, który był bystrym chłopakiem, zaczął z uwagą wpatrywać się w pana Jedwabińskiego, spodziewając się usłyszeć coś na temat swojego brata oraz relacji z nim, jakie łączyły ojca Aurelii. I nie pomylił się.
- Prawdziwy mężczyzna zostaje też wierny w przyjaźni, choć niekiedy może się jego przyjaciołom wydawać inaczej. Czasami przyjaciel może odebrać dosyć niezwykłe zachowanie swojego przyjaciela jako zdradę, ale to wcale może nie być zdrada ani przyjaciela, ani ideałów, jakie obaj wyznawali. Czasami może być i tak, że jeden przyjaciel, starszy i bardziej doświadczony, dostrzeże fakt, że trzeba nieco zmienić swoje poglądy i nie stać w miejscu, tylko iść do przodu, bo zbyt wiele od tego zależy. Przyjaciel musi zrozumieć przyjaciela, który zmienia poglądy, jakie kiedyś obaj wyznawali, zwłaszcza, jeśli przyjacielem zmieniającym swoje poglądy kieruje przede wszystkim dobro swojej rodziny lub dobro kraju.
- Dobro kraju? - zapytał zaintrygowany Maciek.
- A tak, dobro kraju - potwierdził poważnie Eugeniusz - Wbrew bowiem tym jakże popularnym pozorom, członkowie partii nie zajmują się tylko sobą i swoimi potrzebami. Oni również chcą dbać o ten kraj. Nie mówię, że wszyscy. Ale gdyby przekreślić partię tylko dlatego, że dużą część jej członków to pasożyty skupione tylko na sobie, to do partii wstępowaliby tylko tacy ludzie, gdyż ci ludzie, chcący na serio coś dobrego zrobić, opuściliby jej szeregi, to zaś byłoby tylko ze szkodą dla naszego kraju. Bo przecież tylko wstępując w szeregi partii możesz pozyskać takie możliwości, aby w jakiś sposób wesprzeć naszą ukochaną ludową ojczyznę. Wtedy i tylko wtedy można liczyć na realną władzę i możliwość wsparcia Polski. Działając jako samotny kowboj niczego się nie osiągnie. Może w westernach, ale nie tutaj.
- Ja tam lubię westerny - wtrąciła się Aurelia - „Bonanza” jest fajna. Dawno jej nie było w telewizji.
Eugeniusz uśmiechnął się do delikatnie, ubawiony naiwnością córki, po czym kontynuował rozmowę:
- Przyjaciel więc nie musi wcale być takim samotnym kowbojem, aby móc się z innym samotnym kowbojem zaprzyjaźnić. Po prostu niekiedy przyjaciele mogą rozbiegać się w poglądach, ale czy to oznacza, że ich przyjaźń nie może istnieć? Czy jeśli jeden przyjaciel stoi w miejscu, bo tak mu jest dobrze, to drugi też musi obowiązkowo stać? Nie może iść do przodu, mając wciąż szacunek do przyjaciela i tego, że on stoi, choć samemu bardzo chcemy iść do przodu?
Maciek pomyślał przez chwilę nad słowami Jedwabińskiego. Poczuł, że jest w nich sporo racji, chociaż zastanawiało go, dlaczego mężczyzna mu to mówi. Czy może robił aluzje do swojej relacji z jego starszym bratem, jak przez chwilę mu się wydawało? Jaka szkoda, że Piotra tu nie było i nie mógł tego słyszeć.
- Wie pan, ja tam się na tym wszystkim nie znam. Polityka mnie nie interesuje - powiedział po chwili chłopak.
- Wiesz, młodzieńcze... Żyjemy w takich czasach, że być może polityka cię nie interesuje, ale prędzej czy później polityka może zainteresować się tobą - rzekł na to Eugeniusz.
- Brzmi strasznie.
- Niekoniecznie. Od młodych ludzi wiele zależy na tym świecie. Oni tylko ten świat mogą popchnąć do przodu. Nie zrobią tego jednak, jeżeli nie będą się też interesować polityką, a nie tylko swoją własną osobą.
- Nie każdy młody człowiek musi interesować się polityką.
- Każdy młody człowiek powinien choć częściowo się nią interesować i gdy ma ku temu możliwość, wesprzeć naszą socjalistyczną ojczyznę swoim działaniem dla wspólnego dobra.
- A skąd ci młodzi ludzie mają wiedzieć, co jest dobre dla ojczyzny oraz czym jest to wspólne dobro?
- To nie jest proste, nawet dorośli członkowie partii, tacy jak ja, niekiedy mają poważne wątpliwości, na czym naprawdę polega dobro ojczyzny, ale spokojnie. Zawsze prędzej czy później odkrywa się ten fakt, to jest tylko kwestia czasu. Byle coś robić, byle działać i nie stać w miejscu.
- I niech Bóg nas wspiera - dodała złośliwie Kreska, gdyż słowa mężczyzny zabrzmiały jej nieco jak kazanie księdza.
Ewa popatrzyła na nią z ironią w oczach i powiedziała:
- Jaki Bóg? Jaki niby Bóg? O czym ty mówisz? Dziewczyno, to ty nie wiesz, że prawdziwie światli ludzie mają zawsze światopogląd materialistyczny?
- Nie zapomniałam o tym, gdyż bardzo często powtarza to pani na lekcjach - odpowiedziała Kreska tonem bynajmniej nie dowodzącym aprobaty dla tego typu poglądów.
Ewa Jedwabińska jednak nie zwróciła uwagę na jej ton i rzekła:
- No właśnie. Ja to powtarzam, ale czy ktoś mnie słucha? Oczywiście, że nie. Moja droga, ja mam światopogląd szeroki i ogólnie naprawdę dosyć tolerancyjny, ale przecież nikt nie udowodnił naukowo istnienia Boga, więc co ty mi, do diabła, teraz opowiadasz?
- Ale przecież też nikt nie udowodnił nieistnienia Boga - zauważyła Kreska, przybierając ton niewiniątka.
Ewa ze złości trzasnęła dłońmi w stół i oparła się o krzesło.
- Do diabła, co jest z tymi młodymi?! Kto im wciska takie bzdury?!
- Istnienia Boga nikt nie udowodnił, a diabła tak? - spytał złośliwie Maciek.
Jedwabińska spojrzała na niego groźnym wzrokiem i powiedziała:
- Słuchaj, Ogorzałko, ty to masz, podobnie zresztą jak twój brat, tendencję do posiadania dość dziwacznych poglądów, przez które ciągle stoisz w miejscu. A jak powiedział mój mąż, nie warto tego robić. Od siebie mogę dodać jeszcze to, że kto nie idzie do przodu, ten się cofa.
- No, nie aż tak radykalnie, kochanie - powiedział uspokajającym tonem jej mąż - Przecież nasza socjalistyczna ojczyzna nie może nikogo zmuszać do tego, aby działał dla jej dobra.
- A kto tu kogo do czegoś zmusza? Ja na pewno nie - odparła ze złością Ewa, ze złością wstając od stolika - Zjedliście już? To zabieram talerze.
Denerwowało ją to, że wszyscy podważają jej zdanie i nie zamierzają się w żadnej sprawie z nią zgodzić. Nawet własny mąż nie zamierza tego robić i uważa ją za nazbyt radykalną w wyrażaniu swoich opinii i zamkniętą na inne poglądy. A przecież tylko radykalność i wierność przekonaniom czyni człowieka człowiekiem, a nie chorągiewką na wietrze. Poza tym młodzieży nie wolno folgować. Tylko i wyłącznie dyscyplina może je wychować. Ją wychowana w dyscyplinie i jakoś na człowieka wyrosła. Tym rozpuszczonym smarkaczom też by się jej sporo przydało. Ona zaś starała się zachować dyscyplinę w swojej szkole i przy okazji też swoim uczniom przekazać oprócz wiedzy odpowiedni pogląd na życie, które pomoże im w przyszłym życiu. A ci nie tylko tego nie doceniali, ale jeszcze robili jej na złość i to nawet tutaj, w jej własnym domu. Oj, gdyby tak jej ojciec lub jej matka wzięli się za te bachory. Chodziłyby jak w zegarku.
Tak myśląc, kobieta wyszła do kuchni, żeby umyć naczynia, zaś Eugeniusz spojrzał na gości i powiedział:
- Musicie wybaczyć mojej żonie. Bywa niekiedy dość ciężka w obyciu i nie jest ma umysłu otwartego na świat, choć bardzo lubi twierdzić, że ma tolerancyjny światopogląd. Ale to po prostu takie wychowanie. Za dużo tam było surowości, a za mało wyrozumiałości. Ale to dobra kobieta. Nie warto więc jej drażnić.
- A pan tego nie robi? - zapytał złośliwie Maciek.
- Ja jestem jej mężem. Z mojej strony to tylko dowcipne droczenie się i takie też czubienie się i cóż... Ona na pewno bardzo o tym wie, chociaż w złości potrafi czasami o tym zapomnieć. No, może nie czasami, a to często. Ale trzeba mieć dużo do niej cierpliwości i można wtedy jakoś z nią wytrzymać.
- Dobre słowo, jakoś - zachichotała Kreska.
- Moja droga, Ewa jest jaka jest, ale chce dobrze - odparł na to Jedwabiński - Cały z nią problem polega tylko na tym, że po prostu chce osiągnąć wszystko zbyt prostymi sposobami. Dla niej świat jest czarno-biały, podobnie jak i dla twojego brata, mój chłopcze.
Tymi słowami zwrócił się do Maćka, który z uwagą spojrzał na niego.
- Oboje macie oczywiście do tego prawo, jednak pamiętaj, że niezbyt daleko w ten sposób można zajść. Aby coś osiągnąć, trzeba umieć dogadać się z innymi i iść na kompromisy. Tym zyskasz więcej niż nieprzejednaniem.
- Naprawdę? A osoby będące u władzy nie są nieprzejednane? - rzekł Maciek - A wprowadzenie stanu wojennego jak pan nazwie, jak nieprzejednaniem?
- Koniecznością dziejową, którą kiedyś potomni ocenią właściwie. Może się to wydawać okrutne, ale lepsze było to niż konsekwencje, jakie czekały na Polskę, gdyby nie wprowadzono stanu wojennego. Ale nie warto o tym mówić. Jesteś zbyt mali, aby móc to należycie skomentować. To już zostawmy historii. Ona najlepiej oceni, kto miał w tym sporze rację.
- Tak, ale historię piszą zwycięzcy, a kto jest zwycięzcą? Ci, co wprowadzili stan wojenny - zauważył Maciek.
- Oni mieli swoje rację, a my mamy swoje i nie zawsze da się to wszystko w taki sposób pogodzić, aby wszyscy byli zadowoleni - odparł na to Eugeniusz - A poza tym wam, młodym i spoza systemu, łatwo jest krytykować. Ale prawda jest taka, że nasz system jest jedynym, jaki mamy i trzeba nauczyć się w nim żyć. Nie mówię, że wszystko w nim jest dobre, jednakże nie można go obalać za pomocą rewolucji. W ten sposób można tylko wszystko zniszczyć, bo rewolucja nie ma daru tworzenia, tylko niszczenia. Jeżeli są błędy w systemie, bo w każdym są, to przecież trzeba je zmieniać, ale zmieniać stopniowo oraz powoli, a nie z szablą na czołgi się rzucać lub rozwalać pomniki, wyrywać bruki z chodników i ciskać nimi w przeciwników politycznych. Tak się nie robi demokracji.
Maciek pomyślał, że coś podobnego słyszał z ust swojego brata i doszedł do wniosków, że wbrew pozorom i temu, co uważał Piotr, Eugeniusz nie porzucił tak całkowicie swoich dawnych ideałów. Tylko przeniósł je na komunistyczny grunt, czy może bardziej socjalistyczny, o ile oczywiście istniała jakakolwiek poważna różnica pomiędzy tymi gruntami.
- Tak więc, pamiętaj o tym młody, że zmian na lepsze nie wprowadzisz tak od razu - mówił dalej Eugeniusz Jedwabiński - Nie osiągniesz w jeden dzień to, co inni musieli osiągać przez kilka lub kilkanaście lat. A jak spróbujesz, to poniesiesz zawsze porażkę. I nim się obejrzysz, to obudzisz się któregoś ranka...
- Wiem i nie będzie już Teleranka - rzucił złośliwie Maciek.
- Ja tam lubię Teleranek - odezwała się Aurelia - Zawsze coś fajnego tam było w telewizji. Bardzo lubiłam Zorro i jego przygody z Garcią i Bernardo. A teraz już nie puszczają Zorro. Tylko wypowiedzi takiego jednego starego pana w okularach, który ma mundur i opowiada jakieś poważne rzeczy.
Kreska i Maciek uśmiechnęli się, niesamowicie ubawieni tym stwierdzeniem. Aurelia jak zwykle wszystko przedstawiała w sposób prosty i dziecinny.
- Tak, ten pan rzeczywiście strasznie przynudza - powiedziała Kreska.
- I wygląda jak Zorro na emeryturze - dodała Aurelia - Tylko nosi okulary, a nie maskę. Ale też mu zasłaniają twarz.
Maciek pomyślał sobie, że tak naprawdę osoba, o której mówi dziewczynka, też nosi maskę, tylko zupełnie innego rodzaju niż maska Zorro. Jego maska była taka bardziej romantyczna, pokazywała go jako człowieka, który jako jedyny chce coś dobrego zrobić dla kraju i nawet jeśli czasami trzaśnie rodaków batem, to też mimo wszystko zawsze chce dla nich jak najlepiej. Maciek jednak nie miał w tej sprawie żadnych złudzeń. Wiedział, że generał Jaruzelski może sobie publicznie głosić, że stan wojenny oraz wszystko, co robi, ma pomóc Polsce i obronić ją przed wrogiem zewnętrznym, ale prawda jest taka, że po prostu Solidarność za bardzo urosła w siłę i za dużo zwolenników zyskała, więc trzeba było jakoś ją uspokoić. Zatem stan wojenny miał za zadanie po prostu ukrócić ich działalność, rozbić ich i nie dopuścić do działań na tyle skutecznych, aby mogli obalić komunizm. Krótko mówiąc, to wszystko miało za zadanie uratować Polskę Ludową.
- Wiesz, im bardziej zaciśniesz szpony, tym więcej systemów gwiezdnych przecieknie ci między palcami - powiedziała w filmie „Gwiezdne Wojny: Nowa nadzieja” księżniczka Leia do gubernatora Tarkina, przedstawicieli dyktatorskiego systemu Imperium.
Chłopak pomyślał, że tak właśnie jest i stan wojenny, zamiast ocalić system, tylko jeszcze prędzej go obali, choć początkowo wydaje się być inaczej, jednak w dłuższej perspektywie czas działał na niekorzyść władzy. Pytanie tylko, czy ojciec Aurelii zdawał sobie z tego sprawę? Czy był szczery w wypowiedziach, czy też może kłamał, aby wycisnąć z niego poglądy jego i jego brata, żeby potem w jakiś sposób zaszkodzić im obu? Z powodu tych obaw Maciek poczuł mieć obawy na temat Eugeniusza Jedwabińskiego, choć wcześniej słuchał go z uwagą i z ogromną ciekawością. Poczuł, że chce jak najszybciej zakończyć tę rozmowę, dlatego też postanowił ją urwać i powiedział:
- Tak wszystko, o czym rozmawiamy, jest strasznie ciekawe, ale chyba już na nas pora. Prawda, Janeczko?
- Tak, masz rację - odparła Kreska, którą rozmowa o polityce, chociaż na swój sposób ciekawiła, też jednak zaczęła ją powoli męczyć - Dziękujemy państwu za obiad, był naprawdę dobry.
- Może troszkę za ostry - dodał zadziornie Maciek, mając bardziej na myśli nie tyle jednak smak zupy, co zachowanie Ewci Sopel.
- Cieszę się, że miałem okazję z wami sobie porozmawiać - rzekł Eugeniusz, wstając od stołu i odprowadzając Maćka i Kreskę do drzwi - Lubię rozmawiać z młodymi ludźmi. Mają otwarte umysły, choć jeszcze nie całkowicie ukształtowane w sposób obywatelski. Miło mi jest z nimi rozmawiać i poznawać ich zdanie. Ich słowa zmuszają nieraz do myślenia i niekiedy pokazują nam, co trzeba zmienić w tym kraju, a co nie. A przy okazji też można ich nauczyć czegoś o naszej ojczyźnie ludowej i o tym, co młodzi mogą dla niej zrobić. Podsumowując więc, wszyscy na takiej rozmowie zyskują i warto je przeprowadzać.
- Być może, ale nie warto z nimi przesadzać - powiedziała Kreska.
- Zresztą ja jestem wolnym duchem i to duchem antysystemowym - dodał z uśmiechem na twarzy Maciek - Dlatego wolę skupić się na swoim własnym życiu, niż zbawianiu całego świata. I tak nie mam do takiego zbawiania talentu.
- Nie wiadomo. Nigdy nie wiadomo, jakie talenty się w nas kryją - rzekł na to pan Jedwabiński.
Po tych słowach uściskał on ręce nastolatkom i pożegnał ich, gdy już wyszli z jego mieszkania, prosząc ich serdecznie, aby go odwiedzili jeszcze i zjedli z nimi obiad. Maciek pomyślał sobie jednak, że dopóki nie wróci sąsiadka, która zwykle gotowała dla państwa Jedwabińskich, a chwilowo wyjechała, aby pomagać córce w opiece nad jej nowo narodzonym dzieckiem, to lepiej będzie chyba nie wpadać z wizytą na obiadki do tej dość niezwykłej rodzinki. Ewa bowiem może i jest dobrą nauczycielką, ale kucharką za to raczej nie najlepszą. Nie, żeby gotowała jak noga, jednak zdecydowanie za ostro i za mało z sercem. Podobnie zresztą wychodziło jej w życiu osobistym.
Ciekawy rozdział.
OdpowiedzUsuńEugeniusz jest z jednym strony cwaniaczkiem, a z drugiej strony ma fajne argumenty. Jeśli nie da się od razu obalić systemu, to może trzeba go zacząć reformować od środka, a nie tylko obrażać się na rzeczywistość i uciekać w emigrację wewnętrzną. Każdy wybór, nawet ten, aby się nie interesować się polityką jest w gruncie rzeczy polityczny.
Drażnił mnie Eugeniusz tym, że przy gościach mówi o tym, że jego żona ma dwie lewę ręce do gotowania. Takie złośliwości naprawdę były niepotrzebne.
Podejrzewałam, że Ewa może mieć DDA (Dorosłe Dzieci Alkoholików), co wpływa na to, że jest zbyt wielką perfekcjonistką i nie daję sobie prawo do zwykłych ludzkich słabości i prawa do popełniania błędów.
Zgadzam się z Aurelią, że Bonanzy dawno nie było w rządowej telewizji, a wielka szkoda.
Zabawne było to, jak mała stwierdziła, że Jaruzelski to taki Zorro, tylko na emeryturze.
Jaruzelski jest moim zdaniem postacią niejednoznaczną, bo jakby nie wprowadził stanu wojennego to Rosjanie, aby weszli i skończyło by się to dużo gorzej.
Uwielbiam piosenki Kory, poetyckie i bardzo zmysłowe.
Rewelacyjny rozdział. Pełen politycznych dyskusji i aluzji, a także świetnie oddanego klimatu tamtych czasów. Podziwiam Twoją lekkość pióro oraz to, jak doskonale to wszystko opisujesz i jak super postacie tworzysz. Wszystkie są wiarygodne i można je sobie łatwo wyobrazić. Teraz lepiej poznaliśmy rodziców Aurelii. Jestem ciekawa, co będzie dalej.
OdpowiedzUsuńRozdział bardzo ciekawy, warto było na niego tyle czekać. :) Aurelia, Maciek i Kreska budzą się wspólnie w mieszkaniu profesora Dmuchawca. W czasie, gdy Maciek i Aurelia śpią, Janeczka przygotowuje dla nich śniadanie, śpiewając przy tym piosenkę Maanamu "Kocham cię, kochanie moje", która ewidentnie pasuje do obecnej sytuacji. Maciek przy okazji nieco się rozmarza na temat Kreski, po czym we trójkę jedzą wspólnie śniadanie i postanawiają wybrać się z wizytą do profesora Dmuchawca, który za dwa-trzy dni wychodzi ze szpitala, co bardzo ich cieszy. Potem odprowadzają Aurelię z powrotem do domu, gdzie zostają zaproszeni na obiad w towarzystwie rodziców Aurelii, którzy cały czas sobie dogryzają. A to wszystko z powodu tego, że mąż pani Jedwabińskiej podczas polowania gapił się na tyłek żony swojego szefa, o co jego własna żona ma do niego sporo pretensji i dogryza mu przy każdej okazji. A ona sama jest osobą niby tolerancyjną, ale jak widać, tak naprawdę nią nie jest. Nienawidzi swojej pracy - jest nauczycielką historii - i nie cierpi też swoich uczniów, bez względu na to, czy są dobrymi uczniami, czy nie. Za każdym razem wychodzi z założenia, że wszyscy robią jej na złość. Jej kulinarne zdolności są całkiem ciekawe, jednak zupa wychodzi nieco za ostra, zupełnie jak gospodyni, która ją doprawiała. :) Oczywiście nie obywa się tutaj bez politycznej propagandy ze strony ojca Aurelii, który próbuje nieco "ukształtować" Maćka i Janeczkę, co chyba mu się nie udaje, bo jak widać, zwłaszcza Maciek ma swoje poglądy, których nie zamierza zmieniać, nawet w obecności dawnego przyjaciela swojego brata, którym jest pan Eugeniusz Jedwabiński. Wywiązuje się również dyskusja na temat istnienia Boga, która kończy się nierozstrzygnięta i powoduje ona tylko większą irytację żony pana Jedwabińskiego, która jak się dowiadujemy na lekcjach przekazuje uczniom również socjalistyczny światopogląd, uważając jednocześnie, że dzieciakom przyda się sporo dyscypliny, bo obecnie są chowane zbyt luźno, co dla niej osobiście jest niedopuszczalne. Między Maćkiem a panem Jedwabińskim wywiązuje się potem dyskusja na temat historii, podczas której pan Jedwabiński stara się wyciągnąć z chłopaka poglądy polityczne, za które później mógłby zaszkodzić jemu albo jego bratu, więc Maciek decyduje się zakończyć dyskusję dyplomatycznie i wraz z Janeczką decydują się wrócić już do domu, co oczywiście robią. :)
OdpowiedzUsuńRozdział bardzo mi się podobał, wart był czekania. :) Oczywiście wkradło się tu sporo polityki i socjalistycznego światopoglądu, ale to tylko dodaje klimatu całej historii. :) Z radością przeczytam kolejny Twój rozdział. :)