Rozdział XXVI
Raj utracony
Gabrysia leżała naga wtulona w ramiona Piotra, trzymając głowę na jego ramieniu i powoli gładząc go palcami po torsie. Co jakiś czas bawiła się delikatnie za pomocą palców włosami, które wyrastały mężczyźnie z tej części ciała. To było dla niej bardzo przyjemna czynność, podobnie zresztą, jak i dla samego Piotra, który obejmował ją czule prawą ręką i bardzo delikatnie pieścił jej włosy. Gabrysia uwielbiała tę pieszczotę i pozwalała na nią, mrucząc jednocześnie jak zadowolona kotka.
- Śpisz? - zapytał ją po chwili Piotr.
- Nie - odpowiedziała mu zachwycona - Jakoś nie umiem tego zrobić. Wiesz, za dobrze mi teraz z tobą, żebym miała zasnąć.
- Wiesz, że będziesz musiała w końcu zasnąć.
- Wiem, ale póki nie muszę, nie chcę zasypiać. Chcę się rozkoszować tym, co teraz się dzieje.
Piotr uśmiechnął się delikatnie i zaczął jeszcze bardziej pieścić jej włosy.
- Aż tak ci dobrze teraz? - zapytał po chwili.
- Oczywiście - odpowiedziała mu czule Gabrysia - Nigdy nie czułam się aż tak cudownie, jak teraz z tobą.
- Naprawdę? Z Januszem nie było ci tak dobrze?
- Było dobrze, ale z tobą jest inaczej.
- W jaki sposób inaczej?
- Cudowniej. Czuję się taka mała, drobniutka i bezbronna, gdy teraz leżę naga w twoich ramionach, a jednocześnie czuję się taka bezpieczna i to właśnie słodkie poczucie bezpieczeństwa oraz zaufanie, jakim cię darzę, czynią mnie szczęśliwą.
- Janusz nie umie ci tego dać?
Gabrysia popatrzyła na tors Piotra i pocałowała delikatnie miejsce, w którym powinno znajdować się jego serce.
- Z nim nigdy nie czułam tego, co czuję teraz. Czułam się dobrze, ale tylko tak przed ślubem. Po ślubie wszystko się pogorszyło.
- Dlaczego? - zapytał zaintrygowany Piotr.
- Obawiam się, że on czuje się przeze mnie zniewolony - odpowiedziała na to Gabrysia, ponownie kładąc głowę na ramieniu mężczyzny - Wiesz, on chyba nigdy nie chciał zostać ojcem, a już na pewno nie tak wcześnie i dlatego teraz nie umie być dla mnie dobrym mężem.
- Uważa pewnie, że chciałaś go usidlić, co nie?
- Chyba tak. Nie wiem, nigdy o tym ze mną nie mówił. Zresztą od ślubu my dość rzadko ze sobą rozmawiamy. Nie było zresztą ku temu za wiele okazji. On to ciągle w pracy siedzi, pracuje na rodzinę, a gdy wraca, nie ma za bardzo siły ani ochoty na to, aby ze mną o czymś rozmawiać. A w dni wolne od pracy też jakoś nie ma ochoty na rozmowy. Obawiam się, że ma podświadomie do mnie żal, że mu urodziłam dziecko. Możliwe, że nigdy nie chciał się ze mną żenić i gdyby nie Róża i gdyby nie pewne zasady, których mimo wszystko przestrzega, to...
- Rozumiem. Postąpił tak, jak należy, ale nie czuje z tego powodu satysfakcji.
- No właśnie. Ale oczywiście mogę się, co do niego mylić. Może on naprawdę mnie kocha, choć jakoś tak ostatnio w to powątpiewam. Zaczynam też wątpić, czy kiedykolwiek mnie kochał. Czy kiedykolwiek kochał swojego kalafiorka.
Piotr spojrzał zaintrygowany na Gabrysię i zapytał:
- Kalafiorka?
- No tak - odpowiedziała mu pani Pyziak i parsknęła śmiechem - Wiem, że to głupie, ale tak właśnie mnie nazywa. Kalafiorkiem.
- A dlaczego?
- Bo wiesz, jak kiedyś się do mnie zalecał, to byłam dla niego takim twardym orzechem do zgryzienia. Był nazbyt zarozumiały, miał zbyt wielkie powodzenie u dziewczyn, które nieźle go rozpieściły. Dlatego nie wierzyłam w jego uczucia i gdy przychodził do mnie z kwiatami i prawił mi komplementy, to nie wierzyłam w ich szczerość i złośliwie raz mu powiedziałam, że kwiatami nigdy mnie nie kupi, więc może niech spróbuje z warzywami. Spróbował i przyniósł mi kalafiory, powiedział mi przy tym, że jestem dla niego jak kwiat kalafiora.
Piotr ponownie parsknął śmiechem.
- Kwiat kalafiora? Mało to romantyczne.
- Wiesz, wszystkie swoje dotychczasowe wielbicielki porównywał do kwiatu jabłoni i działało to na nie. Ze mną ten numer nie przeszedł, więc powiedział do mnie, że jestem prozaiczna jak kalafior. A potem przyniósł mi kalafiory i rzekł, że może są one prozaiczne, ale za to zdrowe i pożywne. Tak jak i ja. Wtedy mi się to wydawało głupie. Dzisiaj wiem, że to było zakamuflowana obraza.
- Nie przesadzasz aby? Może w jego oczach to właśnie komplement?
- Piotrusiu, możesz być pewien, że bardzo dobrze wiem, kiedy ktoś mi prawi komplementy, a kiedy nie.
Leżeli dalej i przez chwilę nic nie mówili, rozkoszując się tą cudowną chwilą swojej bliskości.
- Wiesz, kwiat kalafiora to zdecydowanie mało romantyczny komplement - rzekł po chwili Piotr - Jak dla mnie, to bardziej przypominasz orchideę.
- Dlaczego właśnie ją? - zapytała Gabrysia.
- Ponieważ orchidee są najpiękniejsze na świecie.
- Myślałam, że to róże są najpiękniejsze.
- Róże mają kolce. Ty nie masz kolców.
- Naprawdę? Sądziłam, że umiałam cię nieraz nieźle ukłuć.
- Owszem, ale to były pożyczone kolce. Ty sama kolców nie masz. Jesteś jak orchidea. Taka łagodna, dobra i wrażliwa, choć lekko niepozorna. Ale zawsze też możesz cudownie rozkwitnąć, jeżeli oczywiście będzie się o ciebie dbać.
- Jakoś nie zdołałam rozkwitnąć.
- Może źle o ciebie dbano? Może trafiłaś na bardzo złego ogrodnika?
- Może...
Gabrysia podniosła się lekko i zadowolona pogłaskała dłonią policzek Piotra, uśmiechając się do niego przy tym w sposób bardzo czuły.
- Jesteś wyjątkowy.
- Dziękuję. Ty także - odpowiedział jej Piotr.
Brzmiało to w jego uszach dość banalnie, jednak nie umiał niczego innego w tamtej chwili wymyślić. Chciał bardzo powiedzieć, jak bardzo kocha tę upartą i zadziorną feministkę, jak ze zwykłego zauroczenia powoli i stopniowo przerodziło się to uczucie w prawdziwą miłość. Jak niesamowicie piękna w jego oczach mu się ona wydawała, a zwłaszcza teraz, kiedy leżała całkiem naga, wtulona bardzo czule i mocno w jego tors, kiedy ich nagie ciała były słodko splecione ze sobą i ocierały się o siebie przy każdym ruchu, kiedy Gabrysia odsłoniła przed nim to, co jak dotąd tylko swojemu mężowi ofiarowywała, czego on jednak nie tylko nie umiał w żaden sposób docenić, ale i też nie był tego wart. Jak on mógł jej w tamtej chwili to wszystko powiedzieć, kiedy wyznała mu, jak niskie i żałosne wydawały się jej, z biegiem czasu oczywiście, komplementy jej męża, które ciągle jej prawił, zanim ją poślubił? Widziała doskonale, że te słowa, chociaż nieraz bardzo piękne, nie posiadają w sobie szczerości i miłości. Bo czy gdyby było inaczej, czy traktowałby tak ją, ten swój kwiat kalafiora, który podobno kocha? To wszystko Gabrysia wiedziała, jak również wiedział o tym także Piotr, dlatego nie odważył się jej powiedzieć, co do niej czuje, z obawy, że nie zdoła zabrzmieć szczerze, a Gabrysia nie uwierzy w jego słowa i uzna je, w najlepszym razie, za objaw litości. Ale litość nie mogła się tu pojawić. Litość by ją upokorzyła. Co prawda jego uczucia nie były w żaden sposób zwykłym zlitowaniem się nad biedną panią Pyziak, ale jak niby miałby ją o tym przekonać? Ją, taką rozgoryczoną i załamaną?
- O czym myślisz, Piotrusiu? - zapytała po chwili Gabrysia.
- O tobie - odpowiedział jej Piotr.
- A co myślisz o mnie?
- Że czuję się przy tobie cudownie i będzie mi smutno, kiedy odejdziesz rano do siebie i swojego życia.
Gabrysia chciała mu odpowiedzieć: „To nie pozwól mi odejść”. W ostatniej jednak chwili ugryzła się w język. Przecież nie mogła sobie na to pozwolić. On nie mógł wiedzieć, że coś do niego poczuła. Po pierwsze, nie mogła sobie na takie uczucie pozwolić. Miała męża, nawet jeśli nie była z nim szczęśliwa, obowiązek, do którego szacunek wpoiła jej matka od najmłodszych lat, nakazywał jej z nim zostać. Oczywiście nie chodziło tu o obowiązek wobec męża. Gdyby tylko o to tu chodziło, bez wahania plunęłaby na takie poczucie obowiązku i poszłaby w swoją stronę. Nie, tutaj chodziło o obowiązek wobec dziecka. Przecież ona i Janusz mieli dziecko. Jak mogła tak po prostu je porzucić? Nie mogła. Róża zasługuje na to, aby mieć oboje rodziców. Nawet jeśli jedno z nich było żałosnym palantem. To nie miało w tym wypadku żadnego znaczenia. Zawsze przecież: co ojciec, to ojciec.
To po pierwsze. A co po drugie? Przede wszystkim to, że Gabrysia nie była pewna uczuć Piotra. Nie wiedziała, co on do niej czuje. Przecież nie powiedział jej nigdy, że ją kocha. Okazywał jej ogromną czułość, dobroć i wsparcie. Ale czy to była miłość? Czy może tylko lubienie pomieszane z pożądaniem? Gabrysia nie miała pewności na temat tego, co czuje do niej Piotr. Ponieważ zaś była zawsze kobietą rozsądną, a w każdym razie starała się nią zawsze być, milczała teraz i nie mówiła nic. Czekała na sygnał od ukochanego, na jakiś jego pierwszy znak, który będzie całkowicie jednoznaczny i powie jej, że Piotr ją kocha. Piotr jednak go nie dawał. Dlaczego? To chyba było oczywiste. Nie kochał w żaden sposób jej osoby. Chociaż... Może to i lepiej? Gdyby ją kochał, jej poczucie obowiązku nie miałoby szans, aby wygrać z poczuciem namiętności. Podzieliłaby los Anny Kareniny. Poświęciłaby dla kochanka swoje nie tak wcale złe małżeństwo, a rodzina by jej tego nigdy nie wybaczyła. Zwłaszcza matka, Melania Borejko, wierząca święcie w swoje dosyć niezwykłe, jak dla Gabrysi, zasady moralne. Tak, ona by z pewnością ją za takie coś potępiła. Oczywiście dla pani Pyziak nie miałoby teraz jakiegoś poważnego znaczenia, że matka by ją potępiła. Po prostu przyjęłaby to wszystko do wiadomości i już. No, ale co by o niej powiedzieli ojciec, siostry, córka? Czy poparliby jej decyzję? Czy może wręcz by ją ukamienowali, rzecz jasna w sposób metaforyczny?
Może zatem lepiej, że Piotr nie dawał żadnego sygnału? Ostatecznie przecież, taki związek nie miałby najmniejszej nawet przeszłości. Lepiej więc, że wszystko zostało takie, jakie jest obecnie. Wtedy nie będzie żadnych komplikacji.
- Dlaczego milczysz? - wyrwał Gabrysię z myśli Piotr.
- Ja również myślę - odpowiedziała mu na to pani Pyziak, podnosząc znowu głowę i patrząc mu w oczy.
- A o czym myślisz?
- O tym, jak ci okazać moją sympatię do ciebie.
- Już mi ją okazałaś.
- Ale nigdy dość okazywania sympatii.
Po tych słowach, Gabrysia położyła się cała naga na Piotrze, dotknęła bardzo zmysłowo jego torsu i przysunęła delikatnie swoją twarz do jego.
- Nie myślisz o jutrze? - zapytał ją wtedy Piotr.
- O jutrze pomyślę jutro - odpowiedziała mu Gabrysia - Ostatecznie przecież jutro też jest dzień. A teraz chcę myśleć tylko o tym, co jest tu i teraz.
To mówiąc, pocałowała Piotra delikatnie w usta i uśmiechnęła się do niego w słodki sposób.
- Masz taki rozkoszny smak.
Następnie wtuliła w takiej pozie, głowę w jego tors, dotykając go zachłannie i wdychając jego zapach. Poczuła, że jej ciało ponownie ogarnia pożądanie i dobrze wiedziała, że musi mu się poddać. Dowiedziono już przecież i to dawno temu, że najlepszym sposobem na to, aby pokonać pokusę, jest poddanie się jej. Wiedziała dobrze o tym, iż jutro będzie musiała znowu przeistoczyć się w uczciwą i porządną mężatkę, chciała więc skorzystać jeszcze raz z tej jednej, być może też jedynej, aby być po prostu kobietą. Prawdziwą kobietą z krwi i kości.
- Piotrusiu?
- Tak, Gabusiu?
- Zrób to.
- Co mam zrobić?
- Dobrze wiesz - podniosła głowę i spojrzała mu w oczy - Zanim powrócę do swego nudnego i pełnego obowiązków życia, choć raz jeszcze chcę polecieć z tobą do nieba.
Piotr uśmiechnął się do niej zachwycony i złapał ją za miejsce, w którym to jej słodkie plecy kończyły swoją szlachetną nazwę, po czym zaczął zachłannie i dziko całować ją w usta. Gabrysia poddawała się temu, nie kryjąc przy tym, jak wiele to jej daje przyjemności. Po czym pozwoliła się rzucić na łóżko i stworzyła z nim jedność. Wbrew jednak życzeniu, nie poleciała do nieba tylko raz, ale kilka razy, chyba tak z dziesięć, choć nie liczyła tych odlotów. Wiedziała jednak, że ten ostatni był tak bardzo intensywny, że ścisnęła dziko ramiona Piotra i pocałowała go zachłannie w usta, aby w ten sposób stłumić dziki okrzyk, który mogła z siebie wydać, a który w jej i jego sytuacji nie byłby najlepszym pomysłem. Krzyknęła mu głucho w usta, kiedy już odkryła ponownie drogę do gwiazd, a chociaż nie od dziś wiedziała, czym jest taka wspaniała podróż ku niebu, to jednak dopiero w tamtej właśnie przecudnej chwili niebo otworzyło przed nią swoje podwoje, wpuszczając ją do środka. Blask jakiś wówczas ją oślepił, ciało przeszyły dreszcze, a jej dłonie przycisnęły Piotra dziko do jej piersi, nie chcąc go w żaden sposób wypuścić i nie wypuszczały go długi czas, aż w końcu oboje znaleźli w tym wszystkim ukojenie.
Po tych przeżyciach, położyli się spać. Spali na łyżeczkę. Tam było im chyba najwygodniej, poza tym Gabrysia nie była wstanie patrzeć na Piotra. Nie dlatego, że było jej z nim źle, ale dlatego, że było jej tak dobrze. Wiedziała, że im więcej na niego będzie patrzeć, tym bardziej stanie się niewolnicą swoich uczuć i nie będzie w stanie odejść. A przecież dobrze wiedziała, że musi to zrobić. Mimo to słodko spała w jego ramionach, dotykając delikatnie i czule jego dłoni, którymi ją mocno obejmował. Gładziła je czułym dotykiem, drżała od tego w przyjemny sposób, a gdy stwierdziła, że on na pewno śpi, wyszeptała:
- Kocham cię, Piotrusiu. Ale nigdy się o tym nie dowiesz. Nie możesz się o tym dowiedzieć.
Wydawało się jej, że Piotr poruszył się przez sen, ale zwróciła na to większej uwagi, tylko zamknęła oczy i poddała się sile mocy Morfeusza.
Następnego dnia obudziła się dokładnie w tej samej pozie, w której zasnęła. Wciąż znajdowała się w ciepłych, silnych i męskich ramionach Piotra, który spał, pogrążony w głębokim śnie. Delikatnie wyzwoliła się z nich, po czym stanęła naga przed łóżkiem, patrząc z uwagą na śpiącego mężczyznę. Poczuła, jak w oczach zbierają się jej łzy. Dobrze wiedziała, że musi tak postąpić, ale decyzja ta nie była łatwa.
- Muszę, Piotrusiu - powiedziała cicho - Kiedyś zrozumiesz.
Mówiła to nie tyle do niego, co do siebie samej, aby upewnić się w tym, że jak najbardziej dobrze postępuje. Powoli zebrała wszystkie swoje ubrania, a potem nałożyła je na siebie, pochyliła się nad Piotrem i pocałowała go w usta.
- Do zobaczenia, najmilszy. Nigdy nie zapomnę tego, co mi dałeś.
Po tych słowach wyszła z pokoju i z mieszkania. Wychodząc, trzasnęła dość mocno drzwiami. Miała nadzieję, że Piotr się obudzi. Nie chciała zostawiać go w tym mieszkaniu samego i z otwartymi drzwiami. Jeszcze ktoś go okradnie. Nie umiała jednak go obudzić w sposób tradycyjny, gdyż obawiała się o to, że jeżeli to zrobi, nie zdoła już wrócić do siebie. Nie zdoła wrócić do swoich obowiązków. Nie zdoła być znowu tą mądrą i rozsądną Gabrysią, którą to zawsze była i którą zawsze starała się być.
Po powrocie do domu, Gabrysia zjadła śniadanie, nakarmiła dziecko, potem przebrała się i poszła po Natalię, która miała tego właśnie dnia wyjść ze szpitala. Wychodząc, minęła w drzwiach matkę, patrzącą na nią z dezaprobatą. Po wzroku, który zawitał na jej twarzy widać było, że nie podoba się jej to, co zrobiła Gabrysia tej nocy. Ta jednak nie miała teraz ochoty na to, aby wysłuchiwać jej kazań ani też przejmować się czyimikolwiek ponurymi spojrzeniami. Nazbyt martwiła się teraz tym, że już więcej nie spędzi cudownych chwil w ramionach Piotra, aby martwić się tak nieistotną kwestią, jak ocena jej pruderyjnej matki.
Gabrysia odebrała siostrę ze szpitala, ciesząc się, że Natalia nie złapała przez swoje pomysły zapalenia płuc, a kaszel, choć wydawał się groźny, nie zapowiadał wcale żadnej poważnej choroby i w końcu jej minął. Nutria również była z tego powodu zadowolona, a zwłaszcza cieszyło ją to, że może już opuścić szpital. Nie, żeby była tam źle traktowana, ale co dom, to dom.
- Stęskniłam się za domowymi obiadkami - powiedziała do starszej siostry - Już się nie mogę doczekać, jak z mamą coś uszykujecie.
- Spokojnie, uszykujemy. Wszystkie smakołyki, jakie tylko chcesz - rzekła do Natalii Gabrysia, gładząc ją czule po głowie.
Przed wyjściem obie odwiedziły profesora Dmuchawca, który to czuł się już dużo lepiej i zdaniem lekarzy za kilka dni mógł opuścić szpital. Uczony z wielką przyjemnością powitał wizytę obu sióstr, ale wyczuł bez trudu, że starsza z nich ukrywa coś, co ją dręczy i próbował z nią na ten temat porozmawiać. Rzecz jasna Gabrysia, zgodnie ze swoim charakterem, udawała, że profesor jest w błędzie i nic jej nie jest, ale szybko się przekonała, że ze swoim dawnym wychowawcą nie ma szans i nie zdoła go oszukać. Mimo wszystko nie była w stanie o tym mówić.
- To nie jest temat do rozmów w takich okolicznościach - powiedziała do pana profesora - Poza tym nie wiem, czy jestem gotowa na takie rozmowy.
- Oj, zawsze jest czas, aby prowadzić takie rozmowy - odpowiedział jej na to profesor Dmuchawiec - Wystarczy tylko mieć odwagę, aby stanąć przed lustrem, spojrzeć śmiało w swoje odbicie i powiedzieć sobie: „Mam problem”.
- Mam odwagę, aby powiedzieć samej sobie, że mam problem - stwierdziła Gabrysia - Ale nie umiem o nich rozmawiać z panem. Właściwie, to chyba nie mam dość odwagi, aby rozmawiać o tym z kimkolwiek.
- Dlaczego?
- Bo to zbyt osobisty i poważny problem, aby o nim mówić. No, a poza tym, z całym do pana szacunkiem, obawiam się, że nie może mi pan pomóc.
Profesor westchnął ponuro, nieco przygnębiony, po czym rzekł:
- Cóż... Pewnie masz rację, że w sprawach osobistych nie zdołam ci pomóc. Ale wiesz, jak to jest. Zgryzota jest jak trucizna. Dobrze ją wypluć.
Gabrysia uśmiechnęła się delikatnie, słysząc te słowa, które dobrze poznała.
- Panie profesorze. Tyle lat minęło, a pan wciąż taki sami. Wciąż cytuje pan klasyków, a zwłaszcza Prusa.
- Oj tak, to prawda - odpowiedział Dmuchawiec, lekko przy tym chichocząc - Nie ma co gadać, pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. Nie w moim przypadku. Jestem już za stary, aby zmieniać swoje nawyki. Ale ty się możesz zmienić, masz jeszcze czas. I możesz zmienić nawyk w kwestii rozmowy lub braku rozmowy o swoich problemach.
- Owszem, mam czas. Ale nie wiem, czy jestem na to gotowa.
- Daj sobie czas, Gabrysiu. Daj sobie czas. Na wszystko w życiu trzeba dać sobie czas, a zwłaszcza na zmiany.
Gabrysia uśmiechnęła się do niego przyjaźnie i porozmawiała z nim jeszcze przez chwilę, po czym wzięła siostrę za rękę, pożegnała uczonego i wyruszyła w drogę powrotną do domu.
- Odwiedzimy jeszcze pana profesora? - zapytała Natalia.
- Oczywiście, kochanie. A niedługo będziemy mogli odwiedzić go w domu, bo on wyjdzie ze szpitala i będziemy mogli złożyć mu wizytę w jego mieszkaniu - odparła Gabrysia z uśmiechem na twarzy.
Obie siostry, rozmawiając ze sobą bardzo serdecznie, powoli powracały do swojej ukochanej kamienicy na ulicy Roosevelta 5. Nie spiesząc się wcale, dotarły tam spokojnie, a potem weszły do środka i wspięły się po schodach do swojego mieszkania.
- Ale się wszyscy ucieszą, jak cię zobaczą - powiedziała Gabrysia do siostry, otwierając kluczami drzwi.
- Myślisz, że wszyscy? Nawet Ida? - zapytała Natalia.
- Tak, nawet ona. Przecież bardzo cie kocha.
- Ida? Mnie?
- Oczywiście. Wiesz, ona lubi sobie ponarzekać na każdą ze swoich sióstr, a zwłaszcza na mnie, ale bardzo nas wszystkich kocha. Jestem tego pewna.
Po tych słowach, Gabrysia otworzyła drzwi i obie weszły do środka. Niestety, wtedy właśnie minął im obu dobry humor, ponieważ chwilę potem zobaczyły, jak ktoś wychodzi z kuchni, wcinając właśnie kanapkę z salcesonem i mówiąc niemal z pełnymi ustami:
- Gabusiu... Kalafiorku mój kochany!
Gabrysia spojrzała na tego osobnika i dech zamarł jej w piersiach. Przed nią stał jej mąż, Janusz Pyziak.
- Śpisz? - zapytał ją po chwili Piotr.
- Nie - odpowiedziała mu zachwycona - Jakoś nie umiem tego zrobić. Wiesz, za dobrze mi teraz z tobą, żebym miała zasnąć.
- Wiesz, że będziesz musiała w końcu zasnąć.
- Wiem, ale póki nie muszę, nie chcę zasypiać. Chcę się rozkoszować tym, co teraz się dzieje.
Piotr uśmiechnął się delikatnie i zaczął jeszcze bardziej pieścić jej włosy.
- Aż tak ci dobrze teraz? - zapytał po chwili.
- Oczywiście - odpowiedziała mu czule Gabrysia - Nigdy nie czułam się aż tak cudownie, jak teraz z tobą.
- Naprawdę? Z Januszem nie było ci tak dobrze?
- Było dobrze, ale z tobą jest inaczej.
- W jaki sposób inaczej?
- Cudowniej. Czuję się taka mała, drobniutka i bezbronna, gdy teraz leżę naga w twoich ramionach, a jednocześnie czuję się taka bezpieczna i to właśnie słodkie poczucie bezpieczeństwa oraz zaufanie, jakim cię darzę, czynią mnie szczęśliwą.
- Janusz nie umie ci tego dać?
Gabrysia popatrzyła na tors Piotra i pocałowała delikatnie miejsce, w którym powinno znajdować się jego serce.
- Z nim nigdy nie czułam tego, co czuję teraz. Czułam się dobrze, ale tylko tak przed ślubem. Po ślubie wszystko się pogorszyło.
- Dlaczego? - zapytał zaintrygowany Piotr.
- Obawiam się, że on czuje się przeze mnie zniewolony - odpowiedziała na to Gabrysia, ponownie kładąc głowę na ramieniu mężczyzny - Wiesz, on chyba nigdy nie chciał zostać ojcem, a już na pewno nie tak wcześnie i dlatego teraz nie umie być dla mnie dobrym mężem.
- Uważa pewnie, że chciałaś go usidlić, co nie?
- Chyba tak. Nie wiem, nigdy o tym ze mną nie mówił. Zresztą od ślubu my dość rzadko ze sobą rozmawiamy. Nie było zresztą ku temu za wiele okazji. On to ciągle w pracy siedzi, pracuje na rodzinę, a gdy wraca, nie ma za bardzo siły ani ochoty na to, aby ze mną o czymś rozmawiać. A w dni wolne od pracy też jakoś nie ma ochoty na rozmowy. Obawiam się, że ma podświadomie do mnie żal, że mu urodziłam dziecko. Możliwe, że nigdy nie chciał się ze mną żenić i gdyby nie Róża i gdyby nie pewne zasady, których mimo wszystko przestrzega, to...
- Rozumiem. Postąpił tak, jak należy, ale nie czuje z tego powodu satysfakcji.
- No właśnie. Ale oczywiście mogę się, co do niego mylić. Może on naprawdę mnie kocha, choć jakoś tak ostatnio w to powątpiewam. Zaczynam też wątpić, czy kiedykolwiek mnie kochał. Czy kiedykolwiek kochał swojego kalafiorka.
Piotr spojrzał zaintrygowany na Gabrysię i zapytał:
- Kalafiorka?
- No tak - odpowiedziała mu pani Pyziak i parsknęła śmiechem - Wiem, że to głupie, ale tak właśnie mnie nazywa. Kalafiorkiem.
- A dlaczego?
- Bo wiesz, jak kiedyś się do mnie zalecał, to byłam dla niego takim twardym orzechem do zgryzienia. Był nazbyt zarozumiały, miał zbyt wielkie powodzenie u dziewczyn, które nieźle go rozpieściły. Dlatego nie wierzyłam w jego uczucia i gdy przychodził do mnie z kwiatami i prawił mi komplementy, to nie wierzyłam w ich szczerość i złośliwie raz mu powiedziałam, że kwiatami nigdy mnie nie kupi, więc może niech spróbuje z warzywami. Spróbował i przyniósł mi kalafiory, powiedział mi przy tym, że jestem dla niego jak kwiat kalafiora.
Piotr ponownie parsknął śmiechem.
- Kwiat kalafiora? Mało to romantyczne.
- Wiesz, wszystkie swoje dotychczasowe wielbicielki porównywał do kwiatu jabłoni i działało to na nie. Ze mną ten numer nie przeszedł, więc powiedział do mnie, że jestem prozaiczna jak kalafior. A potem przyniósł mi kalafiory i rzekł, że może są one prozaiczne, ale za to zdrowe i pożywne. Tak jak i ja. Wtedy mi się to wydawało głupie. Dzisiaj wiem, że to było zakamuflowana obraza.
- Nie przesadzasz aby? Może w jego oczach to właśnie komplement?
- Piotrusiu, możesz być pewien, że bardzo dobrze wiem, kiedy ktoś mi prawi komplementy, a kiedy nie.
Leżeli dalej i przez chwilę nic nie mówili, rozkoszując się tą cudowną chwilą swojej bliskości.
- Wiesz, kwiat kalafiora to zdecydowanie mało romantyczny komplement - rzekł po chwili Piotr - Jak dla mnie, to bardziej przypominasz orchideę.
- Dlaczego właśnie ją? - zapytała Gabrysia.
- Ponieważ orchidee są najpiękniejsze na świecie.
- Myślałam, że to róże są najpiękniejsze.
- Róże mają kolce. Ty nie masz kolców.
- Naprawdę? Sądziłam, że umiałam cię nieraz nieźle ukłuć.
- Owszem, ale to były pożyczone kolce. Ty sama kolców nie masz. Jesteś jak orchidea. Taka łagodna, dobra i wrażliwa, choć lekko niepozorna. Ale zawsze też możesz cudownie rozkwitnąć, jeżeli oczywiście będzie się o ciebie dbać.
- Jakoś nie zdołałam rozkwitnąć.
- Może źle o ciebie dbano? Może trafiłaś na bardzo złego ogrodnika?
- Może...
Gabrysia podniosła się lekko i zadowolona pogłaskała dłonią policzek Piotra, uśmiechając się do niego przy tym w sposób bardzo czuły.
- Jesteś wyjątkowy.
- Dziękuję. Ty także - odpowiedział jej Piotr.
Brzmiało to w jego uszach dość banalnie, jednak nie umiał niczego innego w tamtej chwili wymyślić. Chciał bardzo powiedzieć, jak bardzo kocha tę upartą i zadziorną feministkę, jak ze zwykłego zauroczenia powoli i stopniowo przerodziło się to uczucie w prawdziwą miłość. Jak niesamowicie piękna w jego oczach mu się ona wydawała, a zwłaszcza teraz, kiedy leżała całkiem naga, wtulona bardzo czule i mocno w jego tors, kiedy ich nagie ciała były słodko splecione ze sobą i ocierały się o siebie przy każdym ruchu, kiedy Gabrysia odsłoniła przed nim to, co jak dotąd tylko swojemu mężowi ofiarowywała, czego on jednak nie tylko nie umiał w żaden sposób docenić, ale i też nie był tego wart. Jak on mógł jej w tamtej chwili to wszystko powiedzieć, kiedy wyznała mu, jak niskie i żałosne wydawały się jej, z biegiem czasu oczywiście, komplementy jej męża, które ciągle jej prawił, zanim ją poślubił? Widziała doskonale, że te słowa, chociaż nieraz bardzo piękne, nie posiadają w sobie szczerości i miłości. Bo czy gdyby było inaczej, czy traktowałby tak ją, ten swój kwiat kalafiora, który podobno kocha? To wszystko Gabrysia wiedziała, jak również wiedział o tym także Piotr, dlatego nie odważył się jej powiedzieć, co do niej czuje, z obawy, że nie zdoła zabrzmieć szczerze, a Gabrysia nie uwierzy w jego słowa i uzna je, w najlepszym razie, za objaw litości. Ale litość nie mogła się tu pojawić. Litość by ją upokorzyła. Co prawda jego uczucia nie były w żaden sposób zwykłym zlitowaniem się nad biedną panią Pyziak, ale jak niby miałby ją o tym przekonać? Ją, taką rozgoryczoną i załamaną?
- O czym myślisz, Piotrusiu? - zapytała po chwili Gabrysia.
- O tobie - odpowiedział jej Piotr.
- A co myślisz o mnie?
- Że czuję się przy tobie cudownie i będzie mi smutno, kiedy odejdziesz rano do siebie i swojego życia.
Gabrysia chciała mu odpowiedzieć: „To nie pozwól mi odejść”. W ostatniej jednak chwili ugryzła się w język. Przecież nie mogła sobie na to pozwolić. On nie mógł wiedzieć, że coś do niego poczuła. Po pierwsze, nie mogła sobie na takie uczucie pozwolić. Miała męża, nawet jeśli nie była z nim szczęśliwa, obowiązek, do którego szacunek wpoiła jej matka od najmłodszych lat, nakazywał jej z nim zostać. Oczywiście nie chodziło tu o obowiązek wobec męża. Gdyby tylko o to tu chodziło, bez wahania plunęłaby na takie poczucie obowiązku i poszłaby w swoją stronę. Nie, tutaj chodziło o obowiązek wobec dziecka. Przecież ona i Janusz mieli dziecko. Jak mogła tak po prostu je porzucić? Nie mogła. Róża zasługuje na to, aby mieć oboje rodziców. Nawet jeśli jedno z nich było żałosnym palantem. To nie miało w tym wypadku żadnego znaczenia. Zawsze przecież: co ojciec, to ojciec.
To po pierwsze. A co po drugie? Przede wszystkim to, że Gabrysia nie była pewna uczuć Piotra. Nie wiedziała, co on do niej czuje. Przecież nie powiedział jej nigdy, że ją kocha. Okazywał jej ogromną czułość, dobroć i wsparcie. Ale czy to była miłość? Czy może tylko lubienie pomieszane z pożądaniem? Gabrysia nie miała pewności na temat tego, co czuje do niej Piotr. Ponieważ zaś była zawsze kobietą rozsądną, a w każdym razie starała się nią zawsze być, milczała teraz i nie mówiła nic. Czekała na sygnał od ukochanego, na jakiś jego pierwszy znak, który będzie całkowicie jednoznaczny i powie jej, że Piotr ją kocha. Piotr jednak go nie dawał. Dlaczego? To chyba było oczywiste. Nie kochał w żaden sposób jej osoby. Chociaż... Może to i lepiej? Gdyby ją kochał, jej poczucie obowiązku nie miałoby szans, aby wygrać z poczuciem namiętności. Podzieliłaby los Anny Kareniny. Poświęciłaby dla kochanka swoje nie tak wcale złe małżeństwo, a rodzina by jej tego nigdy nie wybaczyła. Zwłaszcza matka, Melania Borejko, wierząca święcie w swoje dosyć niezwykłe, jak dla Gabrysi, zasady moralne. Tak, ona by z pewnością ją za takie coś potępiła. Oczywiście dla pani Pyziak nie miałoby teraz jakiegoś poważnego znaczenia, że matka by ją potępiła. Po prostu przyjęłaby to wszystko do wiadomości i już. No, ale co by o niej powiedzieli ojciec, siostry, córka? Czy poparliby jej decyzję? Czy może wręcz by ją ukamienowali, rzecz jasna w sposób metaforyczny?
Może zatem lepiej, że Piotr nie dawał żadnego sygnału? Ostatecznie przecież, taki związek nie miałby najmniejszej nawet przeszłości. Lepiej więc, że wszystko zostało takie, jakie jest obecnie. Wtedy nie będzie żadnych komplikacji.
- Dlaczego milczysz? - wyrwał Gabrysię z myśli Piotr.
- Ja również myślę - odpowiedziała mu na to pani Pyziak, podnosząc znowu głowę i patrząc mu w oczy.
- A o czym myślisz?
- O tym, jak ci okazać moją sympatię do ciebie.
- Już mi ją okazałaś.
- Ale nigdy dość okazywania sympatii.
Po tych słowach, Gabrysia położyła się cała naga na Piotrze, dotknęła bardzo zmysłowo jego torsu i przysunęła delikatnie swoją twarz do jego.
- Nie myślisz o jutrze? - zapytał ją wtedy Piotr.
- O jutrze pomyślę jutro - odpowiedziała mu Gabrysia - Ostatecznie przecież jutro też jest dzień. A teraz chcę myśleć tylko o tym, co jest tu i teraz.
To mówiąc, pocałowała Piotra delikatnie w usta i uśmiechnęła się do niego w słodki sposób.
- Masz taki rozkoszny smak.
Następnie wtuliła w takiej pozie, głowę w jego tors, dotykając go zachłannie i wdychając jego zapach. Poczuła, że jej ciało ponownie ogarnia pożądanie i dobrze wiedziała, że musi mu się poddać. Dowiedziono już przecież i to dawno temu, że najlepszym sposobem na to, aby pokonać pokusę, jest poddanie się jej. Wiedziała dobrze o tym, iż jutro będzie musiała znowu przeistoczyć się w uczciwą i porządną mężatkę, chciała więc skorzystać jeszcze raz z tej jednej, być może też jedynej, aby być po prostu kobietą. Prawdziwą kobietą z krwi i kości.
- Piotrusiu?
- Tak, Gabusiu?
- Zrób to.
- Co mam zrobić?
- Dobrze wiesz - podniosła głowę i spojrzała mu w oczy - Zanim powrócę do swego nudnego i pełnego obowiązków życia, choć raz jeszcze chcę polecieć z tobą do nieba.
Piotr uśmiechnął się do niej zachwycony i złapał ją za miejsce, w którym to jej słodkie plecy kończyły swoją szlachetną nazwę, po czym zaczął zachłannie i dziko całować ją w usta. Gabrysia poddawała się temu, nie kryjąc przy tym, jak wiele to jej daje przyjemności. Po czym pozwoliła się rzucić na łóżko i stworzyła z nim jedność. Wbrew jednak życzeniu, nie poleciała do nieba tylko raz, ale kilka razy, chyba tak z dziesięć, choć nie liczyła tych odlotów. Wiedziała jednak, że ten ostatni był tak bardzo intensywny, że ścisnęła dziko ramiona Piotra i pocałowała go zachłannie w usta, aby w ten sposób stłumić dziki okrzyk, który mogła z siebie wydać, a który w jej i jego sytuacji nie byłby najlepszym pomysłem. Krzyknęła mu głucho w usta, kiedy już odkryła ponownie drogę do gwiazd, a chociaż nie od dziś wiedziała, czym jest taka wspaniała podróż ku niebu, to jednak dopiero w tamtej właśnie przecudnej chwili niebo otworzyło przed nią swoje podwoje, wpuszczając ją do środka. Blask jakiś wówczas ją oślepił, ciało przeszyły dreszcze, a jej dłonie przycisnęły Piotra dziko do jej piersi, nie chcąc go w żaden sposób wypuścić i nie wypuszczały go długi czas, aż w końcu oboje znaleźli w tym wszystkim ukojenie.
Po tych przeżyciach, położyli się spać. Spali na łyżeczkę. Tam było im chyba najwygodniej, poza tym Gabrysia nie była wstanie patrzeć na Piotra. Nie dlatego, że było jej z nim źle, ale dlatego, że było jej tak dobrze. Wiedziała, że im więcej na niego będzie patrzeć, tym bardziej stanie się niewolnicą swoich uczuć i nie będzie w stanie odejść. A przecież dobrze wiedziała, że musi to zrobić. Mimo to słodko spała w jego ramionach, dotykając delikatnie i czule jego dłoni, którymi ją mocno obejmował. Gładziła je czułym dotykiem, drżała od tego w przyjemny sposób, a gdy stwierdziła, że on na pewno śpi, wyszeptała:
- Kocham cię, Piotrusiu. Ale nigdy się o tym nie dowiesz. Nie możesz się o tym dowiedzieć.
Wydawało się jej, że Piotr poruszył się przez sen, ale zwróciła na to większej uwagi, tylko zamknęła oczy i poddała się sile mocy Morfeusza.
Następnego dnia obudziła się dokładnie w tej samej pozie, w której zasnęła. Wciąż znajdowała się w ciepłych, silnych i męskich ramionach Piotra, który spał, pogrążony w głębokim śnie. Delikatnie wyzwoliła się z nich, po czym stanęła naga przed łóżkiem, patrząc z uwagą na śpiącego mężczyznę. Poczuła, jak w oczach zbierają się jej łzy. Dobrze wiedziała, że musi tak postąpić, ale decyzja ta nie była łatwa.
- Muszę, Piotrusiu - powiedziała cicho - Kiedyś zrozumiesz.
Mówiła to nie tyle do niego, co do siebie samej, aby upewnić się w tym, że jak najbardziej dobrze postępuje. Powoli zebrała wszystkie swoje ubrania, a potem nałożyła je na siebie, pochyliła się nad Piotrem i pocałowała go w usta.
- Do zobaczenia, najmilszy. Nigdy nie zapomnę tego, co mi dałeś.
Po tych słowach wyszła z pokoju i z mieszkania. Wychodząc, trzasnęła dość mocno drzwiami. Miała nadzieję, że Piotr się obudzi. Nie chciała zostawiać go w tym mieszkaniu samego i z otwartymi drzwiami. Jeszcze ktoś go okradnie. Nie umiała jednak go obudzić w sposób tradycyjny, gdyż obawiała się o to, że jeżeli to zrobi, nie zdoła już wrócić do siebie. Nie zdoła wrócić do swoich obowiązków. Nie zdoła być znowu tą mądrą i rozsądną Gabrysią, którą to zawsze była i którą zawsze starała się być.
Po powrocie do domu, Gabrysia zjadła śniadanie, nakarmiła dziecko, potem przebrała się i poszła po Natalię, która miała tego właśnie dnia wyjść ze szpitala. Wychodząc, minęła w drzwiach matkę, patrzącą na nią z dezaprobatą. Po wzroku, który zawitał na jej twarzy widać było, że nie podoba się jej to, co zrobiła Gabrysia tej nocy. Ta jednak nie miała teraz ochoty na to, aby wysłuchiwać jej kazań ani też przejmować się czyimikolwiek ponurymi spojrzeniami. Nazbyt martwiła się teraz tym, że już więcej nie spędzi cudownych chwil w ramionach Piotra, aby martwić się tak nieistotną kwestią, jak ocena jej pruderyjnej matki.
Gabrysia odebrała siostrę ze szpitala, ciesząc się, że Natalia nie złapała przez swoje pomysły zapalenia płuc, a kaszel, choć wydawał się groźny, nie zapowiadał wcale żadnej poważnej choroby i w końcu jej minął. Nutria również była z tego powodu zadowolona, a zwłaszcza cieszyło ją to, że może już opuścić szpital. Nie, żeby była tam źle traktowana, ale co dom, to dom.
- Stęskniłam się za domowymi obiadkami - powiedziała do starszej siostry - Już się nie mogę doczekać, jak z mamą coś uszykujecie.
- Spokojnie, uszykujemy. Wszystkie smakołyki, jakie tylko chcesz - rzekła do Natalii Gabrysia, gładząc ją czule po głowie.
Przed wyjściem obie odwiedziły profesora Dmuchawca, który to czuł się już dużo lepiej i zdaniem lekarzy za kilka dni mógł opuścić szpital. Uczony z wielką przyjemnością powitał wizytę obu sióstr, ale wyczuł bez trudu, że starsza z nich ukrywa coś, co ją dręczy i próbował z nią na ten temat porozmawiać. Rzecz jasna Gabrysia, zgodnie ze swoim charakterem, udawała, że profesor jest w błędzie i nic jej nie jest, ale szybko się przekonała, że ze swoim dawnym wychowawcą nie ma szans i nie zdoła go oszukać. Mimo wszystko nie była w stanie o tym mówić.
- To nie jest temat do rozmów w takich okolicznościach - powiedziała do pana profesora - Poza tym nie wiem, czy jestem gotowa na takie rozmowy.
- Oj, zawsze jest czas, aby prowadzić takie rozmowy - odpowiedział jej na to profesor Dmuchawiec - Wystarczy tylko mieć odwagę, aby stanąć przed lustrem, spojrzeć śmiało w swoje odbicie i powiedzieć sobie: „Mam problem”.
- Mam odwagę, aby powiedzieć samej sobie, że mam problem - stwierdziła Gabrysia - Ale nie umiem o nich rozmawiać z panem. Właściwie, to chyba nie mam dość odwagi, aby rozmawiać o tym z kimkolwiek.
- Dlaczego?
- Bo to zbyt osobisty i poważny problem, aby o nim mówić. No, a poza tym, z całym do pana szacunkiem, obawiam się, że nie może mi pan pomóc.
Profesor westchnął ponuro, nieco przygnębiony, po czym rzekł:
- Cóż... Pewnie masz rację, że w sprawach osobistych nie zdołam ci pomóc. Ale wiesz, jak to jest. Zgryzota jest jak trucizna. Dobrze ją wypluć.
Gabrysia uśmiechnęła się delikatnie, słysząc te słowa, które dobrze poznała.
- Panie profesorze. Tyle lat minęło, a pan wciąż taki sami. Wciąż cytuje pan klasyków, a zwłaszcza Prusa.
- Oj tak, to prawda - odpowiedział Dmuchawiec, lekko przy tym chichocząc - Nie ma co gadać, pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. Nie w moim przypadku. Jestem już za stary, aby zmieniać swoje nawyki. Ale ty się możesz zmienić, masz jeszcze czas. I możesz zmienić nawyk w kwestii rozmowy lub braku rozmowy o swoich problemach.
- Owszem, mam czas. Ale nie wiem, czy jestem na to gotowa.
- Daj sobie czas, Gabrysiu. Daj sobie czas. Na wszystko w życiu trzeba dać sobie czas, a zwłaszcza na zmiany.
Gabrysia uśmiechnęła się do niego przyjaźnie i porozmawiała z nim jeszcze przez chwilę, po czym wzięła siostrę za rękę, pożegnała uczonego i wyruszyła w drogę powrotną do domu.
- Odwiedzimy jeszcze pana profesora? - zapytała Natalia.
- Oczywiście, kochanie. A niedługo będziemy mogli odwiedzić go w domu, bo on wyjdzie ze szpitala i będziemy mogli złożyć mu wizytę w jego mieszkaniu - odparła Gabrysia z uśmiechem na twarzy.
Obie siostry, rozmawiając ze sobą bardzo serdecznie, powoli powracały do swojej ukochanej kamienicy na ulicy Roosevelta 5. Nie spiesząc się wcale, dotarły tam spokojnie, a potem weszły do środka i wspięły się po schodach do swojego mieszkania.
- Ale się wszyscy ucieszą, jak cię zobaczą - powiedziała Gabrysia do siostry, otwierając kluczami drzwi.
- Myślisz, że wszyscy? Nawet Ida? - zapytała Natalia.
- Tak, nawet ona. Przecież bardzo cie kocha.
- Ida? Mnie?
- Oczywiście. Wiesz, ona lubi sobie ponarzekać na każdą ze swoich sióstr, a zwłaszcza na mnie, ale bardzo nas wszystkich kocha. Jestem tego pewna.
Po tych słowach, Gabrysia otworzyła drzwi i obie weszły do środka. Niestety, wtedy właśnie minął im obu dobry humor, ponieważ chwilę potem zobaczyły, jak ktoś wychodzi z kuchni, wcinając właśnie kanapkę z salcesonem i mówiąc niemal z pełnymi ustami:
- Gabusiu... Kalafiorku mój kochany!
Gabrysia spojrzała na tego osobnika i dech zamarł jej w piersiach. Przed nią stał jej mąż, Janusz Pyziak.
Skomplikowana sytuacja Gabrysi, Piotra i Januszka. Gabrysia czuję się niczym Anna Karenina. Nie wie, co ma wybrać, rodzinę i poczucie obowiązku, czy pójście za głosem serca.
OdpowiedzUsuńZwłaszcza, że ją rozwódkę, która pogoni męża, spotka fala hejtu. Ludziom łatwo oceniać, stojąc z boku, że jak nie pije, nie bije, pracuje, przynosi wypłatę do domu, to nie powinna narzekać, że wręcz to nie wypada robić.
Ale niczym Scarlett O'Hara wie, że o jutrze pomyśli jutro, bo jutro też jest dzień. Nie ma nic nigdy i nie ma nic na zawsze. Prawdziwa miłość jest tylko dzisiaj, tu i teraz.
Gabrysia tylko przy Piotrze rozkwita jak biała orchidea, a przy Januszu jest praktycznym kalafiorkiem. Mąż sugeruję swoim zachowaniem, że złapała go na dziecko i zastosowała pułapkę biologiczną. Gdyby był bardziej podły, zasugerował by jej aborcję. Ale nie posunął się do tego.
Nie chce też Gabrysia słuchać kazań matki, wiecznej męczennicy, jakby chciała posłuchać kazania, to poszła by do kościoła.
Profesor Dmuchawiec jak zawsze wspaniały: ciepły, mądry i wyrozumiały. Zresztą Gabusia już wie, że ma problem i musi się z nim zmierzyć, a to początek sukcesu. Natalka wreszcie wyszła ze szpitala. Nawet Ida się ucieszy.
No i mocne zakończenie: powrót Janusza. Który jak zwykle nie ma żadnej ogłady, o czym świadczy mówienie z pełnymi ustami.
Naprawdę bardzo dobry rozdział. Subtelny erotyzm jest tu podkreśleniem rodzącej się miłości pomiędzy Gabrysią a Piotrem. Przy okazji, bardzo mi się podobało nawiązanie do "Anny Kareniny". Mam tylko nadzieję, że nie skończy się jak tam. Liczę na tradycyjny happy end, który jest wizytówką Twoich książek.
OdpowiedzUsuńRozdział bardzo ciekawy i zgodnie z zapowiedzią, trochę też niegrzeczny, dokładnie takie, jakie lubię najbardziej. :) Trafiłeś idealnie w mój gust.
OdpowiedzUsuńGabrysia spędza namiętną noc z Piotrem, jednak nie umie się przed nim przyznać, że coś do niego czuje. Jak się okazuje, także i Piotr ma takie rozterki, o czym Gabi oczywiście nie wie i pewnie kiedyś się dowie, ale jeszcze nie teraz. :) Zwierzają się sobie nawzajem ze swoich własnych przemyśleń, jednak żadne nie ma odwagi wyznać temu drugiemu swoich prawdziwych uczuć. Na razie cieszą się sobą i tym, że mogą ze sobą być najbliżej, jak tylko się da. :) Żegnają się w bardzo namiętny sposób, który trochę przypomina mi pewne historie, na pewno domyślasz się, jakie :) Zasypiają na łyżeczkę (tak jak wiele zakochanych par w filmach, a zapewne także Ty i Iwonka), a rano Gabrysia wychodzi, jak Piotr jeszcze śpi i całuje go w usta na pożegnanie. Swoją drogą, mam nadzieję, że oni mimo wszystko się ze sobą zejdą. :)
Po upojnej nocy spędzonej z Piotrem, Gabi wraca do domu i swojej szarej rzeczywistości. Oczywiście jej matce nie podoba się fakt, że jej dorosła zamężna córka ponownie spędziła noc poza domem w towarzystwie innego mężczyzny, ale Gabi się tym nie przejmuje. Opiekuje się Różą, a potem idzie do szpitala po Natalię i przy okazji odwiedzają także profesora Dmuchawca, który wyczuwa, że Gabi ma jakiś problem, jednak dziewczyna nie czuje się gotowa, aby rozmawiać o tym z profesorem, co mężczyzna przyjmuje ze zrozumieniem.
W drodze do domu, dziewczyny wesoło między sobą rozmawiają, jednak po dotarciu do domu cały dobry nastrój Gabrysi pryska jak bańka mydlana, gdyż w mieszkaniu zastaje już swojego męża, Janusza Pyziaka...
Rozdział bardzo mi się podobał i zawierał wiele inspiracji dla mnie do pisania kolejnych rozdziałów mojej historii, na pewno część tekstów pozwolę sobie zapożyczyć, oczywiście za pozwoleniem mojego ulubionego Autora. :) Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział, gdyż jestem bardzo ciekawa dalszego ciągu. :)