piątek, 25 czerwca 2021

Rozdział XXVIII

Rozdział XXVIII

To nie jest tombak

Maciek umówił się z Kreską przed wejściem do opery. Dziewczyna poprosiła go o to, aby tam właśnie na nią zaczekał. Tam, a nie w jej mieszkaniu, ponieważ chciała mieć dość czasu na to, aby się przygotować, poza tym uznała, że ciekawiej będzie, jeśli sprawi Maćkowi niespodziankę i pojawi się przed nim w jakieś ładnej kreacji przed samym budynkiem opery. Byłaby to niespodzianka przygotowana w stylu starych, dobrych filmów, które bardzo lubiła, dlatego nie mogła oprzeć się pokusie, aby tak właśnie zrobić.
Młody Ogorzałko zaakceptował pomysł dziewczyny, choć uważał, że jest to z jej strony zupełnie niepotrzebne. Wiedział też dobrze, iż Kreska może mieć małe problemy z doborem kreacji, ponieważ ostatnimi czasy im się nie przelewało. Ona i jej dziadek mieli dość pieniędzy, aby żyć, w końcu Dmuchawiec miał uczciwie zapracowaną emeryturę, ale nie było jej znowu aż tak wiele, aby stać ją było na kupno jakieś wystrzałowej kiecki. Zresztą Maciek wcale nie oczekiwał po Kresce, że założy właśnie coś takiego. Chciał tylko, aby po prostu przyszła ładnie ubrana i dobrze się z nim bawiła. Poza tym sam też nie spał na pieniądzach i wiedział aż za dobrze, jak to jest, kiedy trzeba nieco oszczędzić. Zresztą on sam jakoś nigdy nie wydawał za dużo na siebie, a zwłaszcza jeżeli chodziło o ciuchy, więc nie widział potrzeby, aby nie wiadomo jak się stroić. Ubrać elegancko, to i owszem, ale zaraz kupować sobie nowe ciuchy rodem z Mediolanu czy Paryża? Lekka przesada. To by było już szpanowanie, popisywanie się, na które i tak nie bardzo byłoby go stać, a gdyby nawet, to i tak nie chciałby się w to bawić. Jako osoba wręcz chronicznie nienawidząca wszelkiego fałszu oraz zakłamania, nie umiałby popisywać się przed innymi, nosząc na sobie coś, co mu się nie podobało. A jemu jakoś niesamowicie eleganckie ciuchy z importu nie przypadały do gustu. Był też na bakier z modą, dlatego też nie ubierał się nigdy w dżinsy z Peweksu oraz eleganckie koszule w kratę, aby się podobać płci pięknej lub komukolwiek. Gdyby nawet miał ku temu możliwość, a jak wiemy, nie miał jej, nie robiłby tego, gdyż po prostu nigdy nie ulegał modzie. Nosił tylko i wyłącznie to, w czym mu było wygodnie i w czym się dobrze czuł. Miło mu było, że Kreska też wychodziła z tego samego założenia i nie ulegała modzie na noszenie dżinsów, tylko zawsze nosiła sukienki lub spódniczki, choć może nie najlepszej jakości, bo z powodów swoich problemów finansowych nie mogła kupić sobie lepszych ciuchów, a stare po prostu wyrzucić. Stać by ją było jednak na kupienie choćby używanych dżinsów, ale tego nie robiła. Wolała swój dziewczęcy styl i to był wielki plus w oczach Maćka.
- Mam tylko nadzieję, że nie wyda reszty swoich pieniędzy na jakąś super kieckę z Monako czy innej tam stolicy mody - powiedział sam do siebie, kiedy się szykował przed lustrem do wyjścia - Nie darowałbym sobie tego, gdyby przeze mnie i przez to, że idzie ze mną na przedstawienie, miała ponosić niepotrzebne koszty. Byleby wyglądała ładnie, to będzie w zupełności wystarczyć.
Przyszło mu do głowy, że ładnemu we wszystkim jest ładnie i Kreska, nawet gdyby przyszła w worku na ziemniaki, dla niego wyglądałaby uroczo, zwłaszcza, jakby do tego wszystkiego dodała swój czarujący uśmiech, który coraz bardziej mu się podobał i wywoływał w nim niesamowicie pozytywne emocje.
- Dobra, już powinieneś iść, bo za niedługo siódma - zwrócił mu uwagę Piotr, który stanął w progu pokoju swego brata - Musicie z Janką odebrać Aurelię.
- Owszem, pora by już była - stwierdził Maciek i poprawił sobie delikatnie kołnierzyk swojej białej, zapinanej na guziki koszuli, która doskonale pasowała do czarnego stroju, jaki chłopak miał na sobie - Jak wyglądam, braciszku?
- Jak stróż w Boże Ciało - rzucił dowcipnie Piotr - Ale Jance powinieneś się spodobać.
- To najważniejsze - odpowiedział na to młodszy z braci - To ja idę. Pewnie zostanę na noc u Janki, więc nie musisz mi zostawiać kluczy.
- W razie czego prześpij się na wycieraczce. Jest wygodna - zachichotał Piotr.
- Dzięki za radę. Zapamiętam - powiedział wesoło Maciek.
Następnie zaśpiewał sobie radośnie:

Nie ma niewiast w naszej chacie.
Ani jednej, ani pół.

- I bardzo słusznie - stwierdził ironicznie Piotr - Jeszcze mi tego brakowało, aby mi jakaś baba przestawiała meble razem ze mną z kąta w kat, nazywając to w dodatku robieniem porządków.
- Ale czasami kobieta się przyda w domu, prawda? A zwłaszcza taka Gabrysia Borejko - zauważył dowcipnie Maciek.
- Pani Pyziak, chciałeś powiedzieć - poprawił brata Piotr ponurym tonem - To jest pani Januszowa Pyziakowa, jakby powiedzieli w czasach Orzeszkowej i weź o tym nie zapominaj. Ona ma męża. Zapamiętaj to sobie bardzo dobrze.
- Dobra, niech ci będzie - zgodził się z nim Maciek, który nie miał ochoty na żadne awantury - Ale i tak uważam, że byłaby najlepszą żoną dla ciebie.
- A to dlaczego?
- Nie zrzędziłbyś tyle.
Po tych słowach, Maciek wyszedł z mieszkania, a następnie z kamienicy, aby zaraz potem skierować swoje kroki w kierunku domu, w którym mieszkali Aurelia i jej rodzice. Ponieważ nie było to daleko, bardzo szybko dotarł na miejsce, a gdy już tam się znalazł, to wszedł do środka, znalazł mieszkanie Jedwabińskich i od razu zapukał do jego drzwi.
- Proszę! - odezwał się czyjś głos, który Maciek rozpoznał jako głos matki Aurelii, czyli Ewci Sopel, jak ją nazywali uczniowie.
Chłopiec nacisnął klamkę i otworzył sobie drzwi, wchodząc jednocześnie do środka. Nie zdążył się jednak rozejrzeć dookoła w poszukiwaniu gospodarzy, kiedy nagle pewien piskliwy głosik zawołał go po imieniu, a następnie coś prędkiego jak strzała pomknęło w jego kierunku i nim się spostrzegł, ujęło go mocno za nogi i bardzo czule się w nie wtuliło. Chłopak spojrzał w dół i uśmiechnął się delikatnie, gdyż zobaczył, że tym kimś była Aurelia. Dziewczynka sięgała mu zaledwie do pasa, więc z tej racji nie mogła doskoczyć do jego szyi, ale za to zachwycona tuliła się teraz do jego nóg. Chłopak pogłaskał delikatnie Aurelię po głowię i przykucnął obok niej, mówiąc:
- Gotowa na wyjście do opery?
- No pewnie! - odpowiedziała mu radośnie dziewczynka, klaszcząc przy tym słodko w dłonie - Zobacz, już jestem gotowa. Ładnie mi?
To mówiąc, Aurelia obróciła się szybko dookoła własnej osi, prezentując w ten sposób w całej okazałości swoją błękitną sukienkę z białymi dodatkami.
- I jak? - zapytała ponownie dziewczynka.
- Wyglądasz prześlicznie, Aurelko. Będziesz królową balu - odpowiedział jej Maciek całkowicie szczerze.
Dziewczynka rzeczywiście wydawała mu się niesamowicie urocza i bardzo śliczna w swojej kreacji wyjściowej. Oceną swoją wywołał radość u małej, przez co ta klasnęła ponownie w dłonie i rzuciła mu się na szyję, ściskając go bardzo mocno i całują w oba policzki, wprawiając tym Maćka w radosny nastrój. Humor jednak mu lekko zelżał, kiedy tylko w pokoju pojawili się rodzice Aurelki, ubrani już w stroje wyjściowe. Byli eleganccy, jednak w ich ubiorze Maciek dostrzegł coś innego niż w stroju dziewczynki. Aurelia bowiem w swoim stroju wyglądała po prostu ślicznie, gdyż jej uroda połączona była ze szczerością i prostolinijnością. Aurelia po prostu chciała się podobać Maćkowi oraz innym swoim przyjaciołom. Chciała również miło spędzić z nimi czas, a jej strój pokazywał, że chce dobrze się z nimi bawić. Strój jej był prosty i sympatyczny. Stroje jej rodziców były modne, ale też dosyć pompatyczne i mało szczere. Widać było, że osoby, które je nosiły, chcą się tak bardzo podobać osobom, którym będą towarzyszyć, iż są gotowe robić z siebie kolorowe i głupie papugi. Ich stroje nie sprawiały im przyjemności, z kolei zaś ich córka była swoim strojem bardzo zachwycona i szczęśliwa z jego powodu. Różnice, jakie istniały pomiędzy tymi dwoma skrajnymi poglądami były ogromne i Maciek, jako osoba oczytana i dosyć wrażliwa, dostrzegł takie rzeczy bez trudu. Oczywiście w swoich obserwacjach mógł się mylić, ale...
- Witaj, Maciek - powiedział serdecznym tonem Eugeniusz Jedwabiński.
Z jego głosu biła szczerość, czego o jego stroju powiedzieć się już nie dało.
- Witam. Ja po Aurelię. Widzę, że jest gotowa - odpowiedział Maciek.
- Owszem, jest już gotowa. To w końcu moja córka, Ogorzałko - odparła na to Ewa Jedwabińska.
Jak zwykle, mówiła do niego po nazwisku, jak do każdego swojego ucznia i to bez względu na to, czy miała do czynienia z nim w szkole, czy poza nią.
- Ewie chodziło o to, że nasza córka zna wartość czasu i wie, jak uszykować się na czas. Jest punktualna - wyjaśnił życzliwszym tonem Eugeniusz.
- Jak państwo widzą, ja również - odpowiedział na to Maciek.
- Też widać jesteś dobrze wychowany - powiedział na to ojciec Aurelii - Jaka szkoda, że Piotr nie mógł z wami pójść.
- Też tego żałuję, ale co poradzisz? Ma swoje sprawy do załatwienia.
- Rozumiem. No cóż, mam nadzieję, że wziąłeś zamiast niego swoją uroczą przyjaciółkę, z którą u nas byłeś.
- Urocza? Krechowicz? - prychnęła z lekką kpiną Ewcia Sopel - Nie znam w mojej klasie bardziej hardej sztuki.
- Hardej? Z tego, co mi mówiłaś, ona jest bardzo spokojna i małomówna. Nie mówi nic, poza odpowiedziami na twoje pytania - zdziwił się mąż pani Sopel.
- Właśnie o to chodzi. Milczy i jedyne, co robi, to odpowiada mi spokojnie, w sposób opanowany i konkretny na moje pytania. Ale poza tym milczy. Nie bierze udziału w żadnej dyskusji, które urządzam w klasie.
- No i co w tym złego?
- Przecież to chyba oczywiste. Ona milczy, rozumiesz to? Milczy. A już sam Wielki Książę Konstanty miał powiedzieć, że milczenie oznacza pogardę. I to jest niestety, wielka prawda. Ja wiem, że ta dziewczyna okazuje mi pogardę, podobnie jak i duża część uczniów, ale inni się jeszcze angażują, nawet kłócą się ze mną. Ale nie ona. Bo ona jest na to za mądra. I nazbyt harda. Dlatego wiem, że mną gardzi i to bardziej niż inni. Dlatego, Ogorzałko, nie najlepiej dobierasz sobie towarzystwo.
Maciek nie odpowiedział na ten zarzut ani słowa. Patrzył tylko ze złością w oczy kobiety, która mogła wyczuć, że i on także swoim milczeniem i spojrzeniem na swój sposób okazuje jej pogardę. Zmieszało ją to lekko, po czym odparła:
- Ale pora już iść. Nie traćmy czasu. Mamy swoje obowiązki, a wy musicie zdążyć przyjść do opery, aby zająć swoje miejsce. Niby to są one rezerwowane, ale kto to tam wie, jak to pospólstwo bez choćby grama wykształcenia traktuje innych ludzi i należne im miejsca? Lepiej nie ryzykować.
Po tych słowach, Ewa Jedwabińska podała chłopakowi trzy bilety do opery, patrząc na niego wyzywająco.
- Wybacz, że nie odprowadzimy was do opery, ale musimy już iść. Czekają na nas - powiedziała ponuro kobieta.
- Miłej zabawy życzymy - powiedział przyjaźnie jej mąż.
- Dziękuję, wzajemnie - odparł na to Maciek.
Schował bilety do kieszeni i wziął Aurelię za rękę, po czym wyszli oboje z domu, a za nimi zrobili to państwo Jedwabińscy, którzy ruszyli w swoją stronę.
- No cóż, idziemy - powiedział chłopak do swojej małej towarzyszki.
Dziewczynka lekko ścisnęła jego dłoń, będąc zadowolona, że może tak z nim iść. Czuła się bardzo zadowolona z tego faktu, bo zawsze chciała mieć starszego brata. Zazdrościła nieraz koleżankom, które miały takich i nieraz opiekowali się oni nimi. Poza tym fajnie było mieć kogoś w rodzaju rycerza, który będzie bronił swojej małej księżniczki przed różnymi smokami i innymi takimi potworami. Co prawda, Aurelia była za mądra, aby wierzyć w potworzy, ale rycerza zawsze miło było mieć. I czuła, że Maciek mógłby być jej rycerzem.
Maciek nie wiedział oczywiście o tym, co myślała sobie dziewczynka. Ale czuł, że bardzo ją lubi i kiedy tak zerkał niekiedy na jej uroczą postać, pomyślał, że cudownie by było mieć młodszą siostrzyczkę, oczywiście pod warunkiem, żeby była tak cudowna, jak mała Aurelia. A najlepiej, aby była właśnie nią. Wielu jego rówieśników narzekało na młodsze siostrzyczki, które biegają za nimi, podglądają ich, jak się całują z dziewczynami i opowiadają im ciągle jakieś swoje ploteczki ze szkoły, co zrobiła taka i owa koleżanka... Maciek z kolei wiedział, że oddałby tuzin starszych braci za jedną taką Aurelię. Nie oznaczało to, oczywiście, iż nie kochał Piotra. Przeciwnie, był mu on bliższy niż oboje rodziców razem wziętych, głównie dlatego, że mimo zainteresowania polityką interesował się także młodszym bratem i umiał mu mądre rzeczy wbić do głowy. O państwu Ogorzałko powiedzieć się tego już nie dało. Nie byli oni jakimiś złymi rodzicami, ale odkąd wciągnęli się w działalność tej chorej „Solidarności” i zaczęli nagle bawić się w naprawę świata, z Maćkiem nie mieli już tak dobrych relacji, co kiedyś. Można było powiedzieć, że konspiracja niemal całkowicie ich pochłonęła. Piotr zaś zawsze miał czas dla brata, dlatego był wręcz idealnym starszym bratem. Ale mimo wszystko bywał chwilami dosyć irytujący, zwłaszcza z tym swoim narzekaniem na cały świat i dlatego miło by było mieć również jakąś przeciwwagę w postaci uroczej młodszej siostrzyczki. Dlatego cieszył się, że mógł ją mieć w osobie Aurelii.
Z tymi myślami, chłopak dotarł pod budynek opery i zaczął uważnie patrzeć na jej wejście. Kręciło się tam już sporo ludzi, jedni wchodzili do środka, inni zaś czekali na kogoś, aby wraz z tymi osobami wejść na przedstawienie. Nigdzie nie było jednak Kreski. Postanowił na nią poczekać. Zaczął się wówczas rozglądać wokół siebie z nadzieją, że w końcu ją wypatrzy. Nigdzie jednak nie mógł jej dostrzec. Już się bał, iż dziewczyna nie przyjdzie, aż nagle ktoś delikatnie dotknął jego ramienia, po czym dobrze mu znany, słodki głos zapytał:
- Czekasz na kogoś?
Maciek odwrócił się za siebie i zauważył przed sobą Kreskę. Wyglądała ona w sposób po prostu oszałamiający. Miała na sobie piękną, zieloną sukienkę w takie jakby białe kwiatki. Jej włosy były pięknie uczesane, lekko miała je zarzucone na lewę ramię, co dodawało uroku jej osobie. Zamiast okularów o grubszych ramkach barwy bordo, jakie zawsze nosiła, teraz miała okulary o cieńszych ramkach, które były dwubarwne: czerwone i czarne. Maciek musiał przyznać, że wyglądała w nich po prostu prześlicznie.
- Tak, czekam na kogoś - powiedział chłopak, uśmiechając się życzliwie do dziewczyny, aby zamaskować lekkie zmieszanie jej oszałamiającym wyglądem - Na taką uroczą księżniczkę, która miała zaszczycić mnie i moją przyjaciółkę swoją obecnością podczas wizyty w operze.
- Chyba chodzi o ciebie - wtrąciła wesoło Aurelia.
Kreska zachichotała, rozbawiona tym wszystkim i poprawiła sobie niesforny kosmyk włosów, jaki opadł jej na czoło.
- Rozumiem. Mam nadzieję, że wam się podobam.
- Oczywiście, jeszcze pytasz? - zachichotał Maciek - Naprawdę pięknie ci w tej sukience. To jakaś nowa?
- Tak. Sprawdzałam dzisiaj moje sukienki, ale są już w nie najlepszej jakości, a ja nie chciałam wyglądać okropnie. W końcu to wycieczka do opery.
- Więc sobie kupiłaś nową?
- No, nie do końca. Gabrysia mi pomogła.
- Gabrysia?
- No tak. Powiedziała mi, że skoro idę na ran... Znaczy na spotkanie z tobą, to muszę wyglądać naprawdę ładnie.
Zarumieniła się, ponieważ nie wypowiedziała słowa „randka”, a przecież tego słowa użyła Gabrysia, gdy pomogła jej dobierać strój. Kreska wolała jednak nie mówić o tym Maćkowi.
Prawda była taka, że rzeczywiście nie miała żadnej ładnej kreacji na wyjście do opery, dlatego też poszła do Gabrysi prosząc ją o pomoc. Liczyła, że pomoże jej ona w jakiś sposób doprowadzić choćby jedną z jej sukienek wyjściowej do dosyć zadowalającego stanu używalności. Może jakieś dodatki, może umiała też w jakiś domowy sposób przywołać trochę wyblakłe kolory albo w ogóle znała jakiś sposób na to, aby któraś z tych sukienek wyglądała na ładną.
Gabrysię zastała zasmuconą. Widać było, że pokłóciła się ona o coś ze swoim mężem, który tego samego dnia już zdążył wrócić z Australii. Oczywiście wcale to nie zdziwiło Kreski. Janusz Pyziak był przecież chyba w całej kamienicy na ulicy Roosevelta 5 znany jako mało przyjemna osoba, której zawsze łatwo przychodziło kogoś zranić jakimś nieprzyjemnym słowem. Najwidoczniej to właśnie się stało w czasie jakieś jego rozmowy z Gabrysią. Swoją drogą, ten gość miał tupet. Ledwie tutaj przyjechał, a już ją zaczął o coś wyzywać lub się czegoś uczepił, co zraniło jej uczucia. Faktycznie, kochający z niego mężuś, nie ma co.
Gabrysia jednak nie chciała, aby Kreska widziała jej smutek, dlatego na jej widok szybko się otrząsnęła i zapytała, czego dziewczyna sobie życzy. Gdy zaś ta wyjaśniła jej, o co chodzi, pani Pyziak spojrzała na nią uważnie, pomyślała przez chwilę i zapytała:
- Idziesz więc do opery z Maćkiem i Aurelią, tak?
- Właśnie - potwierdziła Kreska.
- I to jest wyjątkowa okazja?
- Tak.
- Wobec tego chętnie ci pomogę. Pokaż mi swoje sukienki.
Gabrysia poszła z Kreską do jej mieszkania i obejrzała garderobę dziewczyny, jednak uznała, że żadna z jej sukienek nie nadaje się na dzisiejsze wyjście.
- Nie obraź się, ale one są znoszone. Ładne, ale teraz bardziej się nadają do codziennego użytku. Kolory poblakły i nic już im ich nie przywróci. Ty zaś musisz mieć naprawdę super strój.
- Ale nie stać mnie na niego. Dziadek nie ma za wysokiej emerytury. A ja, jak wiesz, dorabiam sobie nieco szyciem czapek i innych takich rzeczy dla dzieciaków z tej okolicy, a także na przerabianiu starych ciuchów na coś nowego. Zarabiam na tym trochę, ale nie tyle, żeby sobie kupić jakąś piękną sukienkę.
- Spokojnie, zostaw to mnie. Ja się tam nie znam na modzie, to już bardziej jest broszka Idy, ale wiem, jak wyglądać elegancko. Dlatego pomogę ci coś wybrać na dzisiaj.
- Ale przecież mnie nie stać.
- Mówiłam ci, żebyś zostawiła to mnie? Więc zostaw to mnie.
- Ale co, będziesz wydawać pieniądze na mnie?
- Weź już nie marudź - machnęła na to ręką Gabrysia - Mój mąż wrócił z całą masą forsy, którą chce przeznaczyć na jakieś dobre autko, ale nie wyda przecież na nie wszystkiego. Część więc tej kasy mogę wziąć na jakiś ważny cel. A nie znam obecnie bardziej ważnego celu niż pomoc tobie. Poza tym, lubię Maćka i nie chcę, żebyś chodziła z nim do opery ubrana byle jak. Musisz wyglądać najlepiej i to tak, żeby mu oczy wystrzeliły z orbit, gdy cię zobaczy. Wasza randka musi być udana.
- Ale to przecież nie jest...
- Nie szkodzi. Ale może być. To chodźmy.
Kreska chciała jakoś wyjaśnić Gabrysi, że przecież nie chodzi tu o randkę, ale ta nie chciała jej słuchać, tylko zabrała ją do sklepu z ubraniami i pomogła wybrać jej właściwą sukienkę. Następnie zapłaciła za nią, nie przyjmując do wiadomości protestów ze strony Kreski, którą następnie zabrała do sklepów z okularami.
- Te okularki, które nosisz, nie są złe, ale lepiej będzie, jeżeli zaczniesz nosić inne, takie o cieńszych ramkach. Będziesz w nich wyglądać bardziej uroczo.
Kreska z pomocą Gabrysi dobrała sobie okulary pasujące do jej lekkiej wady wzroku, która nawiasem mówiąc nie była zbyt duża, ale wymagająca niewielkiego wsparcia, stąd właśnie powód, dla którego nosiła okulary. Tym razem jednak, za radą Gabrysi, wybrała okulary o cieńszych ramkach, które były czerwone-czarne. Pani Pyziak oczywiście i za to zapłaciła, nie przyjmując do wiadomości faktu, że nie wypada tego robić, a na wiadomość, że Kreska czuje się zobowiązana zwrócić jej koszty zakupów, odpowiedziała:
- Miej udaną randkę z Maćkiem, a będę w pełni zadowolona. Tylko wiesz, nie bądź zbyt śmiała. Wiesz, co mam na myśli.
- Chyba się domyślam - zachichotała Kreska - Boisz się, że pójdę za radą Idy, prawda?
- Wiesz, nie zrozum mnie źle, Janko - powiedziała nieco zmieszana Gabrysia, starając się ubrać swoje myśli w odpowiednie słowa - Moja siostra to dobra osoba, tylko ma nieco zbyt swobodne podejście w kwestiach damsko-męskich i dlatego też... Sama rozumiesz. Zrobisz jak zechcesz, ale mam nadzieję, że nie chcesz iść za jej radą i szukać doświadczeń w tych sprawach.
Kreska parsknęła śmiechem, ubawiona niesamowicie tym stwierdzeniem.
- Spokojnie, Gabrysiu. Ida to jest fajna dziewczyna i ma ciekawe zasady, ale ja mam swoje własne i zamierzam się ich wiernie trzymać. Jej sposób życia raczej nie pasuje do mnie.
- To dobrze, uspokoiłaś mnie - powiedziała z ulgą Gabrysia, z uwagą patrząc na dziewczynę - Jestem pewna, że spodobasz się Maćkowi.
- Oczywiście. W końcu naga mu się podobałam, to na pewno spodobam mu się też ubrana.
Gabrysia zamarła ze zdumienia, gdy to usłyszała.
- Naga? Chcesz powiedzieć, że ty i on...
- Nie, ale widział mnie już nago i to kilka razy. Raz nawet pomagał mi się umyć, gdy brałam kąpiel. Wiesz, nie widzę najlepiej bez okularów i mam niekiedy problemy z myciem głowy, więc on mi pomógł.
- Pozwoliłaś, żeby on cię mył jak jakąś Kleopatrę? Czuję w tym rękę mojej siostry. A mówiłaś, że masz swoje własne zasady.
- W kwestii doświadczenia tak. Ale w kwestii ośmielenia chłopaka, to akurat się z nią muszę zgodzić. Zresztą Maciek był zadowolony.
- Tak, miałby nie być zachwycony? Chyba byłby głupi - mruknęła Gabrysia - Ale sądzę, że to trochę za śmiałe.
- Powiedziała ta, co spędziła całą noc u Piotra, który wygonił Maćka do mnie, aby nikt wam nie przeszkadzał.
Gabrysia zmieszała się lekko, syknęła na Kreskę, aby nie mówiła zbyt głośno, po czym zapytała konspiracyjnym tonem:
- Skąd wiesz, że spędziłam z nim noc?
- Właśnie się przyznałaś - zachichotała dziewczyna - Spokojnie, nie powiem. Ale moim zdaniem, powinnaś sama powiedzieć mężowi i odejść od niego. Po co się męczyć? Przecież go nie kochasz.
- Jak dorośniesz, to zrozumiesz pewne kwestie, jak chociażby takie, że nic nie jest takie proste, jak się może wydawać. A zwłaszcza sprawy uczuć. Póki się jest nastolatką, wszystko wydaje się proste. Ale wcale takie nie jest. Nie chcę cię urazić ani nic z tych rzeczy, ale póki nie jesteś dorosła, to nie zrozumiesz pewnych spraw.
- Jestem dorosła. 13 sierpnia kończę osiemnaście lat.
- Możliwe, ale póki co mamy lipiec, a więc do pełnoletniości jeszcze ci nieco brakuje.
- Wydaje mi się, że dojrzałość nie zyskuje się tylko z wiekiem.
- Ale przede wszystkim z nim. Chociaż masz rację, bo znam paru takich, co to są dorośli, a zachowują się jak banda niedojrzałych emocjonalnie dzieciaków. Jak choćby rodzice Aurelii. Wiecznie to biedne dziecko gdzieś po sąsiadach upychają. Nie, żebym nie lubiła tej małej, bo ją uwielbiam, ale sama chyba rozumiesz, że tak się dzieci nie wychowuje.
- Rozumiem.
Gabrysia uściskała ją serdecznie i powiedziała:
- Dobra, to szykuj się na wycieczkę, a ja wracam do swojego dziecka, które się już pewnie za mną stęskniło. I powodzenia życzę. Oby się wam udało. Chociaż wam, bo mnie... Nieważne.
Kreska była niesamowicie wdzięczna Gabrysi za tę pomoc, a kiedy widziała teraz reakcję Maćka na jej piękny ubiór, poczuła, że musi naprawdę odwdzięczyć się za to swojej przyjaciółce, ponieważ jej pomoc okazała się po prostu wspaniała. Nie tylko sprawiła, że Maciek był nią zachwycony, ale jeszcze wręcz nie odrywał od niej wzroku.
- To co? Idziemy? - zapytała po chwili Kreska.
- No tak, jasne - potwierdził wesoło Maciek i podał jej ramię, jak widział to nieraz na filmie.
Weszli całą trójką po schodach na górę, następnie zaś wkroczyli do środka. Młody Ogorzałko trzymał wówczas Kreskę po swojej lewej stronie, prowadząc ją pod ramię. Z kolei z prawej strony miał Aurelię, ściskając ją delikatnie za rączkę. Weszli do środka, gdzie zbierali się już ludzie, szykujący się na przedstawienie. Wejścia na balkony jeszcze nie były otwarte, dlatego trzeba było poczekać, aż je otworzą. Ten czas poświęcili na oglądanie ludzie wokół siebie.
- Ubrałaś się dzisiaj naprawdę pięknie. Gabrysia ma gust. Ty zresztą także - powiedział po chwili Maciek - Chociaż zdziwiło mnie to nieco.
- Co cię zdziwiło? - zapytała zainteresowana Kreska.
- Że się stroisz. Wiesz, w końcu jest kryzys, a on jest jak licho. Osłabia ludzi, a już zwłaszcza ich kieszeń. Coraz mniej się ludzi stroi. No, popatrz sama! Tamta dziewczyna przyszła do opery w dżinsach i golfie.
Kreska spojrzała na dziewczynę wskazaną przez Maćka i prychnęła z lekką pogardą.
- Tamta dziewczyna nie ma krzty wyczucia ani za grosz gustu. Kryzys to nie jest wymówka dla braku umiejętności pokazania się publicznie. Opera to jest coś jakby świątynia sztuki. Trzeba umieć się ubrać, gdy się tu przychodzi. Ta pannica tu chyba przyszła dla zabawy, a nie na przedstawienie. Równie dobrze mogła tutaj przyjść w szlafroku, bo jest kryzys. Albo przywlec kozę na sznurku.
Maciek zachichotał, ubawiony tą odpowiedzią, z kolei zaś Aurelia rozbawiła ich oboje jeszcze mocniej, przykładając sobie palce wskazujące do głowy i lekko imitując meczenie kozy.
- No proszę, nasz drogi Maciuś i jego harem - odezwał się nagle czyjś wredny głos.
Cała trójka obejrzała się za siebie i przed sobą ujrzała Matyldę Stągiewkę. Była ona ubrana w piękną sukienkę najnowszej mody, rodem z Mediolanu i barwy czerwonej. Suknia posiadała spory dekolt, podkreślający, że dziewczyna ma czym oddychać i wyraźnie nie tylko się tego nie wstydzi, ale wręcz lubi dźgać tym oto widokiem w oczy swoim rozmówcom. Na nogach miała różowe szpilki, a w dłoni niewielką torebkę kremowej barwy.
- Jak wy pięknie wszyscy wyglądacie - powiedziała bardzo jadowitym tonem - Przyszliście zobaczyć przedstawienie? Nie wiem, czy pasujecie tutaj. Tutaj tylko dorośli przychodzą, a nie małe dziewczynki i ich wielbiciele.
- Przynajmniej te dziewczynki są miłe - odparł na to złośliwie Maciek - I to bardziej niż zarozumiałe pannice w kieckach zza granicy. Myślisz, że kto ty jesteś? Matylda de La Mole?
- Nie, Stągiewka - powiedziała Matylda.
Kreska, która zrozumiała żart chłopaka, zasłoniła sobie oczy dłonią i zaśmiała się ironicznie. Nie mogła uwierzyć, że można być aż tak ograniczonym.
- To Stedhal - powiedziała gwoli wyjaśnienia.
- Nie, Stągiewka - powtórzyła Matylda z naciskiem.
- Chodziło o tego pisarza, Stedhala.
- A on mieszka w naszej kamienicy?
- Nie, bo on od dawna nie żyje.
- Jakie to straszne, że tylu ludzi ostatnio umiera.
Maciek popatrzył na Matyldę załamanym wzrokiem. Zastanawiał się, co go w niej mogło zachwycić? Jak mógł kiedykolwiek się zadurzyć w tak głupiej i pustej dziewczynie?
- Dobra, nieważne. Gadacie od rzeczy, a ja nie mam ochoty was słuchać. Ja tu przyszłam na przedstawienie, a nie wysłuchiwać waszych głupot - powiedziała po chwili dawna sympatia Maćka - Poza tym, mój kawaler na mnie czeka.
To mówiąc, odwróciła się i kiwnęła na kogoś palcem wskazującym. Po chwili zjawił się przy niej ubrany elegancko Jacek Lelujka.
- Jacuś? No proszę, to twój kawaler? - zapytała ironicznie Kreska - Muszę ci pogratulować dobrego gustu, Matyldo.
- No co? Ty mnie przecież nie chciałaś - odpowiedział szczerze Jacek - A ja nie zamierzam zabiegać o taką, która mnie nie chce.
- To zabiegaj sobie o taką, która używa cię jako nagrody pocieszenia. To jest rzeczywiście dużo lepsze - odparł na to złośliwie Maciek i podał on rękę Kresce, a drugą Aurelii - To co? Idziemy? Otworzyli właśnie wejście na balkony.
Chwilę później ruszyli wraz z innymi ludźmi w kierunku balkonów, ponieważ mieli miejsca na nich. Maćka to nie zdziwiło. Przecież kupowali te miejsca rodzice Aurelii, a oni zawsze musieli mieć wszystko, co najlepsze. Dlatego właśnie musieli sobie kupić miejsca na balkonie, bo tam właśnie najlepiej wszystko widać. I poza tym wiązało się to z faktem, że swego czasu Aurelia przyniosła im wstyd, kiedy raz sobie kupili miejsca na dole. Siedzieli wówczas w pobliżu orkiestry i dyrygent był łysy, zaś mała Aurelia nie mogła się powstrzymać i dotknęła lekko palcem jego łysiny, co oczywiście oburzyło dyrygenta i o mało nie wyproszono ich z opery. Od tego czasu uznali, że o wiele lepiej wynajmować miejsca na balkonie. Poza tym na dole siedziała głównie biedota. Ktoś, kto chciał się liczyć, brał miejsca na górze. Stąd pewnie wzięło się powiedzenie o patrzeniu na innych z góry.
Przedstawienie było piękne i bardzo podobało się całej trójce bohaterów, a zwłaszcza Maćkowi i Kresce. Aurelia nie do końca wszystko rozumiała, ale bardzo ją bawiły niektóre sytuacje, a zwłaszcza, kiedy jeden z bohaterów śpiewał w zbroi ze skrzydłami o tym, że nie chce mieć kobiet w domu, a potem sam się ożenił, tak jak i jego brat, głoszący wcześniej podobne obietnice. Kiedy wychodzili z opery, nucili sobie jeszcze pod nosem piosenki z opery. Po drodze minęli Jacka i Matyldę, którzy nie wyglądali na specjalnie zachwyconych. Widocznie pokłócili się podczas przedstawienia.
- Co się stało? Twoja nagroda pocieszenia nie podoba ci się już? - zapytał z udawaną troską w głosie Maciek.
- Wypchaj się - syknęła w jego kierunku Matylda.
- Dlaczego mówisz do mnie tak brzydko? - spytał uroczo Ogorzałko - Złość piękności szkodzi.
- Jej wątpliwej urodzie raczej nic nie zaszkodzi - rzuciła Kreska.
- To już kwestia gustu, a poza tym kobiety nie znają się na kobiecej urodzie - powiedziała na to Jacek Lelujko - Chociaż przyznaję, że Matylda ma swoje wady, ale na pewno mniej niż moje cztery narzeczone.
Wtedy ugryzł się w język, zorientowawszy się, że powiedział nieco za dużo. Jego partnerka spojrzała na niego groźnie i zapytała:
- Cztery narzeczone, tak? A ja która jestem z kolei? Trzecia? Czwarta?
- Ale najdroższa... Tamte cztery nic dla mnie nie znaczą.
Matylda spojrzała na niego groźnie, a Jacek spocił się na twarzy ze strachu, spodziewając się w każdej chwili ostrego linczu. Z kolei Maciek, Kreska i Aurelia parsknęli śmiechem.
- Szkoda mi mojej złości i czasu na ciebie - powiedziała Matylda po chwili - Jesteś słodki i przystojny, ale strasznie głupiutki. A ty, Maciusiu...
To mówiąc, spojrzała na niego spode łba.
- A ty nie jesteś wcale podobny do Roberta Redforda.
- I bardzo dobrze. Nigdy nie rozumiałem jego fenomenu.
- Prostak - odpowiedziała Matylda i minęła chłopaka z pogardą.
Wtem wywaliła się jak długa. Kreska spojrzała zdumiona najpierw na nią, a potem na Aurelię, której lewa nóżka była jeszcze przez chwilę mocno wysunięta do przodu. Co prawda szybko powróciła ona do prawej, jednak nie na tyle szybko, aby Matylda tego nie zauważyła.
- Ten wredny, przeklęty bachor zawsze musi mi stanąć na drodze! - wrzasnęła wściekle Matylda, nie bacząc na ludzi patrząc się na nią ze zdumieniem - Teraz już lepiej rozumiem Heroda. Małe wredne bachory trzeba mordować, ledwie się tylko urodzą!
- Ale on mordował chłopców, wiesz o tym? - zapytał złośliwie Maciek.
- Tym lepiej, nie wyrosną na takich nieudaczników jak ty.
Po tych słowach Matylda wstała i wyszła z budynku opery. Jacek Lelujko zaś szybko za nią ruszył, próbując jakoś ją udobruchać, z kolei mała Aurelia dusiła się niemal dziko ze śmiechu.
- Aurelko, jak mogłaś? - skarciła ją lekko, ale bez przekonania Kreska - Nie wolno podkładać ludziom nogi ani się z nich śmiać.
- To czemu ty się śmiejesz? - zapytała Aurelia, widząc wyraźnie, że jej wierna przyjaciółka sama chichocze ubawiona tą sytuacją.
- Właśnie ci mówię, że nie powinno się śmiać z innych. Tylko, że czasami się trudno od tego powstrzymać.
Po tych słowach, cała trójka wyszła powoli z opery i patrzyła na kłócących się na schodach do budynku Matyldę i Jacka. Obserwowali to oni do chwili, w której to Matylda odwróciła się w ich kierunku i zawołała ze złością:
- Wszyscy jesteście siebie warci. Gratuluję ci, Maciusiu. Jesteś strasznie ślepy i nie widzisz, z jakim pospólstwem się zadajesz.
Chwilę później zrobiła krok do przodu, trafiając obcasem na brzeg schodka, co sprawiło, iż obcas nie wytrzymał ciężaru całego jej ciała i odleciał od jej buta. Matylda krzyknęła przerażona i poleciała do tyłu, upadając na siedzenie, po czym na tymże siedzeniu zjechała po schodach na sam dół. Wywołało to śmiech u ludzi wychodzących właśnie z budynku, a także dziki krzyk Matyldy, która pisnęła:
- Moje szpilki! Prosto z Paryża! Nie zasłużyłam na to!
- Życie rzadko bywa fair - powiedział Lelujko, podchodząc do dziewczyny.
Chciał pomóc się jej podnieść, jednak ta warknęła na niego, więc odskoczył od niej.
- A wy nie będziecie się ze mnie bezkarnie śmiać! Bo nikt nie śmieje się z Matyldy Stągiewki! Ale to nikt! Zapłacisz mi za to, Maciusiu! Ja ci jeszcze pokażę i tej twojej niuni też!
Chwilę później przejechał samochód, który wjechał prosto w kałużę, która pozostała po nocnym deszczu. Ponieważ Matylda siedziała teraz na chodniku, to kałuża, w którą samochód uderzył z całym impetem, poleciała wysoko w górę i opadła prosto na kiepską podróbkę panny de La Mole, mocząc ją od stóp do głów. To oczywiście wywołało jeszcze większą rozpacz u dziewczyny, która pisnęła:
- Moja kiecka... Z Mediolanu! To po prostu nie fair!
- Jednak rzeczywiście nieszczęścia chodzą parami - powiedział Maciek, kiedy zszedł z dziewczynami na dół - A to niby ja jestem ślepy. Może i jestem, ale za to przynajmniej patrzę pod nogi.
Matylda spojrzała na niego z żądzą mordu w oczach, po czym wstała, całkiem ignorując stojącego obok niej Lelujkę, który chciał jej pomóc i z godności ruszyła przed siebie, a za nią pobiegł Jacek.
- I to jest bohaterka Stedhala? - zapytał sam siebie Maciek - To bohaterka na miarę swoich czasów.
Po tych słowach, chłopak po prostu zabrał Kreskę i Aurelię ze sobą i ruszyli w kierunku Jeżyc. Po drodze śpiewali sobie:

Dobrze, dobrze, panie bracie.
Przewyborny ten nasz plan.
Nie ma niewiast w naszej chacie.
Wiwat, sempre! Wolny stan!

Gdy skończyli na chwilę śpiewać, Maciek spojrzał uważnie na Kreskę i rzekł:
- Wiesz, Janeczko. Bawiłem się dzisiaj doskonale.
- Ja też - odparła dziewczyna.
- Wiesz, dręczy mnie to, co mi ostatnio mówiłaś. O tym tombaku.
- Nie wiesz, co to jest?
- Wiem, tylko... Chciałem cię zapytać. Czy gdybym teraz powiedział ci, że cię kocham, to byłby tombak?
Kreska zarumieniła się mocno, po czym uśmiechnęła się słodko i odparła:
- Nie. Teraz to nie byłby tombak. Teraz to byłoby coś cudowniejszego.
- Tak, taki kruszec, z którego robi się obrączki.
- Obrączki? - podłapała Aurelia - Ożenisz się z nią?
Kreska i Maciek parsknęli śmiechem, słysząc to pytanie.
- Nie, jeszcze nie. Na to trzeba czasu. Musimy najpierw skończyć szkołę i znaleźć pracę - wyjaśnił Maciek.
- A po co? Nie możecie już teraz? Ja chcę być waszą druhną.
- I będziesz, kochanie. Ale wszystko w swoim czasie. Za kilka lat...
- Za kilka lat będę za stara na druhnę.
Maciek i Kreska znowu chichotali.
- Wiesz, Janeczko. Cudownie się śmiejesz - powiedział młody Ogorzałko.
- Naprawdę? - Kreska ponownie zarumieniła się na całej twarzy.
- Tak. Twój śmiech zawsze mnie rozbawia. Jest taki słodki. I taki uroczy. Ty zawsze umiesz mnie rozbawić i poprawić mi humor. Nie ma nikogo, z kim bym się tak dobrze czuł.
- EKHEM! - mruknęła ze złością Aurelia.
- Oprócz ciebie, oczywiście - szybko poprawił się Maciek, co dziewczynkę bardzo zadowoliło i poprawiło jej humor.
W wesołej atmosferze i ponownie śpiewając, powrócili do mieszkania Kreski, w którym cała trójka miała spędzić noc. Oczywiście musieli nieco uciszyć swoje trele, ponieważ ich śpiew nie spodobał się sąsiadom, którzy wychylili się ze swoim mieszkań i kazali im siedzieć cicho. Dlatego też cała trójka zaczęła jedynie cicho nucić sobie arie z opery „Straszny dwór”, a kiedy już byli w mieszkaniu, zaczęli nieco głośniej sobie je podśpiewywać. Szczególnie brylował w tym Maciek, który miał u siebie na płytach kilka arii z różnych oper, w tym niektóre z opery, na której dzisiaj byli. Znał je zatem dość dobrze i musiał je śpiewać dla swoich dam, słodko proszących go o to, aby dał im jakiś słodki popis wokalny. Ponieważ damom się nie odmawia, chłopak zaśpiewał im kilka utworów, a zwłaszcza swoją ulubioną arię Skołuby, zaczynającą się od słów „Ten zegar stary gdyby świat...”. Co prawda nie miał tak pięknego głosu jak Bernard Ładysz, który w obejrzanym przez nich tego dnia przedstawieniu wykonał ten kawałek, jednakże dla wielbicielek talentu młodego Ogorzałki to, jak śpiewał w zupełności zasługiwało na oklaski, dlatego też dostał ich naprawdę dużo.
Potem mała Aurelia poczuła się zmęczona i Kreska położyła ją spać w swoim pokoju. Ponieważ mała nie miała ze sobą piżamy, zapomniała ją bowiem wziąć, spała w samej koszulce i majteczkach, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Była ona wręcz zachwycona, że może się rozkoszować ciepłem pościeli swojej przyjaciółki i że tak fajnie się z nią i z Maćkiem, swoim przybranym braciszkiem, tak dobrze tego dnia bawiła.
- Zasnęła - powiedziała po chwili Kreska.
Wraz z Maćkiem przekradła się po cichu do pokoju swojego dziadka, gdzie oboje mieli spędzić noc. Nie byli jeszcze przebrani i wciąż mieli na sobie stroje, w których byli w operze.
- Musimy się przebrać i pójść spać.
- Janeczko... - rzekł czule Maciek.
- Tak, Maciusiu? - spytała słodko Kreska.
- Ja mówiłem poważnie.
- Kiedy?
- Wtedy, na ulicy. Kocham cię. Jestem tego pewien. Nie mam wątpliwości, że cię kocham. I chcę z tobą być. I chcę, żebyś była moją dziewczyną.
Kreska westchnęła głęboko. Nie była pewna, czy powinna mu wierzyć.
- A Matylda? - zapytała.
- To ciebie kocham, nie ją - odpowiedział Maciek.
- I nie jestem nagrodą pocieszenia? Plasterkiem na rany?
- Nigdy nim nie byłaś.
Kreska uśmiechnęła się słodko do chłopaka i gdy ten pocałował ją w usta, nie miała nic przeciwko temu. Więcej, zarzuciła mu ręce na szyję i oddała pocałunek, który był długi i bardzo przyjemny. Maciek całował raz za razem swoją Janeczkę, czując na swoich wargach smak jej różowej szminki o smaku malin. Jednocześnie dłonie jego, jakże niegrzeczne, dotknęły jej zapięcia sukienki. Kreska oderwała się wtedy od jego ust, spojrzała mu w oczy i powiedziała:
- Zrób to.
- Na pewno?
- Tak. Na pewno. I dzisiaj możesz.
- Mogę?
Nie musiał pytać, co może. Oboje doskonale wiedzieli, że tego chcą, że są już na to wreszcie gotowi. Że wreszcie stało się to, o czym marzyli. Kochali się oboje z wzajemnością równie silnie i równie poważnie, aby zrobić ten kolejny krok do przodu. I zrobili go.
Ten jeden krok był pełen szaleństwa i rozkoszy. Zdjęli z siebie wszystko, co mieli na sobie, po czym poddali się całkowitemu szaleństwu, o którym marzyli już od dawna. Kreska poddała się Maćkowi, uspokajając go, że nie musi się bać, bo ona jest duża i wie, co robi i że chce tego. Chłopak więc odrzucił wątpliwości i porwał ją do raju. Co prawda, oboje nie byli jeszcze w tym wszystkim specjalnie doświadczeni, jednak ćwiczenia dokonane poprzedniej nocy pomogły im tu bardzo mocno. Ich ciała oswoiły się ze sobą, stworzyły wręcz piękną harmonię i choć nie było idealnie, to im było wtedy cudownie. Zwłaszcza wtedy, gdy Matylda osiągała jeden po drugim wielką falę przyjemnością, dysząc przy tym słodko imię swego ukochanego, a gdy przyszła ostatnia, największa, płakała.
- Co się stało? Czemu płaczesz? - zapytał z troską Maciek, bojąc się, że coś jej zrobił.
- Ze szczęścia. Marzyłam o tym od dawna - odpowiedziała mu Kreska.
Spojrzała mu czule w oczy i powiedziała słodko:
- Wczoraj jeszcze nie mogłam tego zrobić, bo wiesz... Nie byłeś jeszcze moim chłopakiem. A ja chciałam... Ja mam swoje zasady.
- Jakie zasady? - zapytał Maciek.
- Obiecałam sobie, że pójdę do łóżka tylko z chłopakiem, którego pokocham i który pokocha mnie. I zrobię to tylko i wyłącznie z prawdziwej miłości i tylko, gdy będą pewna tej miłości. I tak się stało.
Dotknęła czule jego policzka i powiedziała słodko:
- Dzisiaj zostałeś królem.
- Jak to?
- Bo oddałam ci swoje serce i swoje ciało. Jestem cała twoja. Nikt przed tobą tego nie dostał i nikt inny nie dostanie. Wierzę w to. Może to głupie, ale wierzę w to i to całym sercem.
- Och, Janeczko! - zawołał radośnie Maciek.
Pocałował ją ponownie, a ona poczuła, że chce jeszcze raz poczuć, jak on jest jej bliski, dlatego przyjęła go, zaś on nie dał się długo prosić i ponownie porwał ją do nieba. Tym razem jednak nie hamowała się. Nie umiała. Nieśmiałość całkiem już ją opuściła. Zachłannie dłońmi dotykała jego ramion i jego głowy, wariowała, śmiała się i płakała jednocześnie, szepcząc słodko:
- Maciusiu... Maciusiu... Tak... Tak... TAK!
A gdy przyszła ostatnia już tej nocy fala, największa i najmocniejsza, bardzo czule ugryzła jego uszka i wyszeptała:
- Maciusiu, kocham cię!
A zaraz potem rozpłakała się na dobre, przyciskając chłopaka do swego serca. Tej nocy przestała już być dziewczyną, a stała się kobietą. Nie to jednak było dla niej najważniejsze. Po głowie kołatała jej wówczas znacznie cudowniejsza myśl. Kocha i jest kochana. Kocha... Kocha ze wzajemnością.

3 komentarze:

  1. Kreska jest seksowna niczym Kleopatra z serialu "Rzym". Jednak Kreska nie bawi się facetami, tylko czekała na tego jednego, aby oddać mu swoje serce, duszę i ciało. Maciek może się czuć jak król, bo jej serce to jedyny skarb, jaki ma.
    Piotr jest zły na Gabrysię i znowu jest nie w sosie. Pewnie dlatego, że wróciła do męża i nie jest z nim.
    Wydaję mi, że rodzice Piotra i Macka walcząc o tak ważne sprawy, jak demokracja i pluralizm, zaniedbali własne dzieci. A to o dom należy dbać przede wszystkim.
    Rozbawiło mnie to, że Matylda poniosła karę. Musiała wyglądać jak siedem nieszczęść, jak zmokła kura. Jakoś mi jej nie żal, trudno powstrzymać się od śmiechu na ten pożałowania godny widok. Ale z tego Jacka babiarz. Cztery narzeczone, a Matylda była jego piątą alternatywą. Po prostu nieźle.
    Wspaniały Bernard Ładysz śpiewał arie operowe, to chyba najlepszy polski śpiewak operowy.
    Też nigdy nie rozumiałam fenomenu panu o nazwisku Robert Redford.
    Dla mnie to jest jeden z najbardziej przereklamowanych aktorów w historii kina.
    Piękna scena miłosna między Maćkiem a Kreską. Łączy ich szczere uczucie. Są piękną parą: intelektualnie, wizualnie i duchowo.
    Maciek czekający na Kreskę przed operą, skojarzył mi się z tą piosenką:

    Wiem, że czekasz, że stoisz.
    Boisz się, że nie przyjdę, że to był tylko żart.
    Nie, nie żartuje, bardzo tęsknie i czuję,
    Że bez Ciebie umieram, powietrza mi brak.
    Nie, nie żartuje, bardzo tęsknie i czuję,
    Że bez Ciebie umieram, powietrza mi brak.
    Nieuchwytny, ulotny jak cień.
    Przez blask i oczu mgnienie.
    Idę, nie idę, idę, biegnę.
    Kochany biegnę do Ciebie!
    Idę, nie idę, idę, biegnę.
    Kochany biegnę do Ciebie!
    Biegnę, a serce mi drży.
    Drży jak schwytany ptak.
    Mówisz: "Kocham, kocham Cię".
    Kochaj, kochaj, kochaj mnie.
    Na na na na na na naj.
    Mówisz: "Kocham, kocham Cię".
    Kochaj, kochaj, kochaj mnie.
    Na na na na na na naj.
    Mówisz: "Kocham, kocham Cię".
    Kochaj, kochaj, kochaj mnie.
    Na na na na na na naj.
    Kocham, kocham, kocham, kocham.
    Kochaj, kochaj, kochaj mnie.
    Na na na na na na naj.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo przyjemny rozdział, z nawiązaniem do mojej ulubionej opery "Straszny dwór" i podziwianego przeze mnie rewelacyjnego Bernarda Ładysza. Nie obyło się też bez satyry społecznej, jak również kary dla Matyldy. No i wreszcie Maciek i Kreska wyznali sobie miłość. NARESZCIE. Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział był bardzo ciekawy i wręcz idealny do czytania przed snem. Wywołał u mnie także kilka naprawdę miłych wspomnień, ale o nich za chwilę. :)
    Maciek, Janeczka i Aurelia wybierają się do opery. Chłopak najpierw wybiera się do państwa Jedwabinskich, żeby odebrać Aurelię, która wydaje się i jest bardzo zadowolona z jego towarzystwa. Oczywiście, nie unika on spotkania z mamą Aurelii, która także i poza szkołą jest zimna jak lód i traktuje swoich uczniów z wyraźnym dystansem, a może nawet i lekką pogardą. Niemniej jednak Maciek i Aurelia w dobrych nastrojach wychodzą do opery, gdzie czekają na Janeczkę, która po chwili przychodzi do nich w bardzo ładnej sukience, która okazuje się być prezentem od Gabrysi. :) W operze niestety napotykają Matyldę Stagiewke i jej adoratora Jacka Lelujke, z którym jak się później okazuje, dziewczyna nieszczególnie jest szczęśliwa, zwłaszcza, że wychodzi na jaw jego poligamia, co bardzo nie podoba się jego towarzyszce. Przy okazji zauważyłam bardzo ciekawe nawiązanie do jednej z polskich komedii. Wybacz, nie pamiętam tytułu, ale pamiętam, że akurat za tekst o czterech narzeczonych odpowiadał w nim Michał Milowicz. :)
    Jak to się mówi, karma wróciła do Matyldy za to, jaką zołzą była - podczas schodzenia ze schodów, łamie się jej obcas i dziewczyna zjeżdża ze schodów na tyłku, a na domiar złego, po wyjściu z opery, zostaje doszczętnie zmoczona od stóp do głów przez przejeżdżający samochód. ;)
    Po powrocie do domu, Janeczka i Maciek przez chwilę jeszcze wspólnie się bawią, a potem kładą małą Aurelię spać. Gdy dziewczynka zasypia w pokoju Janki, Maciek i jego ukochana idą do sypialni profesora Dmuchawca, by tam spędzić noc. Tam Maciek wyznaje dziewczynie miłość, co zostaje przez nią odwzajemnione, a później ona oddaje mu to, co ma najcenniejsze - samą siebie i swoją niewinność, co trochę mi przypomina pewien uroczy romans, kiedy dziewczyna przeżywa z ukochanym pierwszy raz i podczas niego wyznaje mu miłość. Ogólnie pierwszy raz Maćka i Kreski przywiódł mi trochę wspomnień na myśl i to bardzo miłych wspomnień. ;)
    Rozdział bardzo mi się podobał i faktycznie, jak zapowiadałeś, na końcu był słodko niegrzeczny, a do tego przywołał co nieco miłych wspomnień. :) Był też bardzo ciekawy i satysfakcjonujący pod pewnymi względami. :) Niemniej jednak czekam na kolejny rozdział. :)

    OdpowiedzUsuń

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...