Rozdział XXXVII
Nowy początek dla wielu spraw
Maciek i Kreska umówili się tego dnia na spacer po mieście. Pogoda była tak piękna, że grzechem byłoby ją marnować siedząc w domu i młodzi postanowili tego nie robić. Wzięli się zatem czule za ręce i wyszli z kamienicy, pogwizdując sobie wesoło jakąś skoczną melodię, dobrze im obojgu znaną. W progu niemalże wpadli na Janusza Pyziaka, który wyglądał na nieźle zdenerwowanego. Na twarzy miał ślady bójki, widać nieźle oberwał od kogoś, ale od kogo, tego zakochani już nie wiedzieli.
- Z drogi, szczeniaki! - krzyknął w ich stronę Pyziak, machając przy tym dość brutalnie rękami.
Maciek i Kreska odskoczyli na oba boki, aby nie przeszkadzać mężczyźnie, który parł na nich niczym czołg, a kiedy już się przedarł do środka, zaczął dziko wchodzić po schodach, chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim mieszkaniu.
- A temu co się stało? - zapytała Kreska.
- Nie mam pojęcia - odpowiedział jej Maciek - Widziałaś jego gębę? Ktoś go nieźle stłukł.
- Nie chcę być wredna, ale zasłużył sobie na to. Cham i prostak, a dodatkowo jeszcze krzywdził Gabrysię.
- Może wreszcie przestanie to robić.
- Tak sądzisz?
- Po takim laniu, sam bym złagodniał. A swoją drogą, to ciekawi mnie, kto go tak urządził.
- A co nas to obchodzi? Mamy przecież swoje sprawy.
- Masz rację, Janeczko. Nic nam do tego.
To mówiąc, Maciek radośnie ujął ponownie dłoń swojej ukochanej i wyszedł z nią z kamienicy na ulicy Roosevelta 5. Oboje skierowali swoje kroki w kierunku głębi miasta. Nie wiedzieli, co się stało z Januszem, kto go tak urządził, gdzie był, skąd właśnie wrócił i dlaczego tak się wściekł. Nie wiedzieli tego, ale też prawdę mówiąc, jakoś nie specjalnie ich to wszystko przejmowało. Choć dobrze wiedzieli, że nie jest to uczucie zbyt szlachetne, cieszyli się, że ktoś urządził w taki sposób tego podłego człowieka, którego nigdy nie darzyli sympatią, który ranił wiele razy swoim zachowaniem ich serdeczną przyjaciółkę Gabrysię. Nie obchodził obojga jego los. Zresztą mieli o czym myśleć, spacerując ulicami Poznania.
- Jak myślisz, Janeczko... Będzie jeszcze kiedyś normalnie w tym świecie? - zapytał czule Maciek, patrząc z miłością na swoją ukochaną.
Kreska odpowiedziała mu delikatnym i miłosnym wzrokiem, namyślając się, co mogłaby rzec na coś takiego, aż w końcu wydobyła z siebie następujące słowa:
- Na świecie nigdy nie będzie normalnie. Bo nie ma chyba czegoś takiego jak normalność. Poza tym, Maciusiu... Co to niby jest normalność? Kto decyduje o tym, co jest na tym świecie normalne i naturalne, a co nie? Jeśli jest ktoś na tym świecie, kto o tym decyduje, to na pewno nie my. Nie, najdroższy... My na takie coś nie mamy najmniejszego wpływu. My nie decydujemy o tym, co jest na tym świecie normalne, a co nie. A skoro nie mamy na to wpływu, to chyba nie warto się nad tym zastanawiać.
- Może masz rację? - spytał sam siebie Maciek i lekko zachichotał - Wybacz, za dużo książek się naczytałem i odbija mi teraz. Rozmyślam o rzeczach, które są zupełnie bez znaczenia.
- Myśliciel z ciebie, ale nie tylko tobie tak odbija. Mnie czasami też, ale nie myślę o tym zbyt często, bo bym zwariowała, rozmyślając nad sprawami, na jakie nie mam żadnego wpływu. Nie mogłabym myśleć o tym, że nie mogę nic zrobić z tak wieloma rzeczami na tym świecie. Ta świadomość bezsilności by mnie zabiła. Dlatego o tym nie myślę. Wolę myśleć o tym, na co mam wpływ.
- A jakie masz marzenia na przyszłość?
- Nie myślę o przyszłości. Znaczy myślę, ale nie wybiegam w nią zbyt daleko. Wolę nie snuć za dalekich planów, bo potem one mogą nie wyjść i co wtedy? Będę miała żal do siebie, do ciebie, do wszystkich innych za to, że te plany się nigdy nie ziściły. Po co mi to? Lepiej myśleć o najbliższej przyszłości, coś sobie zaplanować na najbliższe dni i po prostu to realizować.
- Ciekawa filozofia.
- Dziadek mnie tego nauczył. On też tak robi, choć często ucieka jeszcze we wspomnienia i przeszłość, ale nie zapomina o tym, co się dzieje teraz. Ja robię tak samo. Dlatego wydaje mi się, że nie mam marzeń.
- Każdy ma jakieś marzenia, Janeczko.
- Może i każdy, ale wiesz... Ja nie jestem „każdy”. Ja jestem ja. Nie mam więc raczej marzeń, a w każdym razie nic o tym nie wiem, żebym je miała. Bo w sumie, po co mieć marzenia? Po co myśleć o takich rzeczach, których nie masz i nie wiesz sam, czy je kiedykolwiek zdobędziesz? Przecież to głupie.
Po tych słowach, Kreska delikatnie się uśmiechnęła do Maćka i spytała:
- A ty masz jakieś marzenia?
- No oczywiście, że mam - odpowiedział jej wesoło chłopak - I wiążą się one ściśle z pewną uroczą okularniczką.
- Naprawdę? - zachichotała słodko Kreska, a jej śmiech wydał się Maćkowi dźwiękiem przecudnych dzwoneczków, których to dźwięk był mu najmilszą rzeczą na świecie, obok jej pocałunków, pieszczot, uśmiechów oraz dotyku jej nagiego ciała, którego miał możliwość zaznać i którego nieraz jeszcze zaznać pragnął.
- Tak, naprawdę - odpowiedział po chwili Maciek.
- A powiesz mi, jakie to marzenie?
- Żeby pewna słodka okularniczka wyszła kiedyś za mnie i urodziła mi dzieci, a najlepiej bliźnięta: chłopczyka i dziewczynkę. I żeby oboje mieli niebieski oczy, jak ona, bo niebieski to najpiękniejszy kolor świata.
- To oświadczyny? - zapytała dowcipnie Kreska.
- Może. A przyjęłabyś je, gdyby nimi były?
- Może.
Po chwili oboje parsknęli śmiechem, zaśmiewając się z tego żartu. Uśmiech im jednak zszedł z twarzy, kiedy zobaczyli przechodzącą pobliską ulicą Matyldę, tę głupią i strasznie zarozumiałą dziewczynę, która tak bardzo im zaszkodziła i która ostatnio na ich oczach dostała naprawdę niezłą nauczkę. Szła ona właśnie w towarzystwie jakiegoś nowego chłopaka. Widocznie Jacek Lelujko z nią zerwał i nie chciał mieć z nią nic wspólnego, zwłaszcza po tych ekscesach w operze. Nie przeszkodziło jej to, oczywiście, prędko znaleźć sobie kolejnego wielbiciela.
- No proszę, kogo ja tu widzę? - spytał ironicznie Maciek na jej widok - Toż to panna Matylda de La Mole.
- Raczej Matylda de La Głupota - odparła złośliwie Kreska.
Wyżej wspomniana osoba zauważyła ich, po czym jak na zawołanie zaczęła nagle zachłannie całować się z chłopakiem, który jej towarzyszył. Maciek i Kreska poczuli obrzydzenie, widząc ten pełen fałszu i zakłamania obraz.
- Och, jakie to żałosne - powiedziała po chwili Kreska - Przecież ona robi to na pokaz. Chce się przed nami popisać.
- Wiesz, jakby co, to możemy pójść w jej ślady - zażartował sobie Maciek.
Kreska uśmiechnęła się do niego delikatnie, ale pokręciła przecząco głową.
- Nie, Maciusiu. Wybacz, ale nie. Jakoś nie mam ochoty na całowanie się na ulicy. Nie, żebym nie lubiła całowania się z tobą, ale wiesz... Ja tam wolę to robić w miejscu bardziej intymnym. Poza tym, nienawidzę pokazówek i nie będę ich dla nikogo robić. Nie chcę zniżać się do jej poziomu.
Maciek musiał przyznać swojej ukochanej rację, jednocześnie czując w sercu, że podziwia ją jeszcze bardziej za tak mądre podejście do życia.
- Masz rację. Pokazówki są żałosne.
Matylda zaś dalej całowała się ze swoim chłopakiem, a potem oboje ruszyli w swoją stronę, dziewczyna jednak co chwila zerkała na zakochanych i uśmiechała się do nich w sposób nad wyraz złośliwy. Maciek jednak nie zareagował na to w żaden sposób, a jego obojętność wyraźnie dobiła Matyldę, bo nie tego oczekiwała i dalszy jej spacer tego dnia nie był już tak miły jak przedtem. Dodatkowo niedługo potem posprzeczała się z chłopakiem, który z nią spacerował, a ten z nią zerwał i panna Stągiewka pozostała sama, oczywiście z poczuciem ogromnej krzywdy, jaka ją spotkała.
Ale tego Maciek i Kreska już nie wiedzieli, a gdyby nawet wiedzieli, to raczej nie specjalnie by ich to obeszło, ponieważ byli zajęci rozmową ze sobą i spacerem, który kontynuowali. Osoba Matyldy wprawiła ich w coś, co by nazwać można przygnębieniem z powodu żałosności zachowania pewnych osób, jak też i tego, że te osoby są bogate i wpływowe, mają władzę i pozycję, mogą wszystko, a oni, ludzie z zasadami są nikim w ich oczach. Choć mieli w nosie opinie takich osób o sobie, jednak teraz to wywołało w sercach obojga dziwny smutek.
- Skąd się takie osoby biorą na świecie? - spytał Maciek.
- Z rozpieszczania ich bogactwem - odpowiedziała mu Kreska - Bogactwem, a także pozycją społeczną i innymi takimi degradującymi bzdurami.
Maciek pokiwał lekko głową na znak, że się z nią zgadza, pomyślał nad tym przez chwilę, a potem powiedział:
- Raz mi mówiono, że są na tu na ziemi...
- Białe anioły z skrzydłami jasnymi - dokończyła za niego Kreska.
Maciek uśmiechnął się do niej życzliwie.
- Widzę, że to znasz.
- Oczywiście, że znam. Narcyza Żmichowska. Cytował to Wokulski, którego tak uwielbiasz.
- Nie uwielbiam Wokulskiego. Uwielbiam powieść o nim. To pewna różnica. Choć wydaje mi się czasami, że przypominam Wokulskiego. Mnie również dobiła żałosna i pusta lalka.
Kreska przyjrzała się chłopakowi uważnie i spytała:
- Kochasz ją jeszcze?
Maciek pokręcił przecząco głową.
- Nie. Wydaje mi się, że nigdy tak naprawdę jej nie kochałem.
- To po co za nią latałeś?
- Bo zakochałem się w swojej własnej wizji jej postaci. Bo wydawało mi się, że ona jest inna i wierzyłem w to tak mocno, że zacząłem tak ją widzieć. A ona nie była ani przez chwilę warta moich starań.
- Czyli kochałeś Matyldę ze swoich marzeń?
- Tak, jak Wokulski kochał Izabelę ze swoich marzeń. Istotę, która nigdy nie istniała.
Po tych słowach, chłopak uśmiechnął się do Kreski delikatnie, bardzo czule ścisnął jej dłoń i powiedział:
- Ale teraz znalazłem swoją panią Stawską i jestem z nią szczęśliwy.
- Ale wiesz chyba, że Wokulski nie był z panią Stawską na końcu, prawda?
- A kto powiedział, że nie był? To, że książka tego nie mówi, nie znaczy, że nie stało się tak nieco później.
- Aha... Tak to sobie kombinujesz. A w sumie, czemu nie? Nie wiemy, co się działo po wydarzeniach z powieści. Równie dobrze twoja wizja jest prawdziwa.
- No i sama widzisz.
Maciek czule ścisnął dłoń swojej ukochanej i zaczęli oboje iść przed siebie, pozbywając się już raz na zawsze ponurego widma Matyldy, które nie stało i już nigdy nie miało stać nad nimi cieniem.
Szli dalej, rozmawiając o wesołych tematach, żartując sobie i drocząc się przy tym ze sobą w taki sposób, w jaki zawsze robią to zakochane osoby. Nie patrzyli na mijający czas, bo wiadomo, że szczęśliwi czasu nie liczą, a oni byli ze sobą nad wyraz szczęśliwi. Nigdy nie byli tak szczęśliwi jak wtedy. Ta chwila mogła dla nich trwać już wiecznie Ale wiadomo, wszystko musi mieć kiedyś swój koniec i ta oto chwila też musiała się zakończyć, a nastąpiło to w chwili, gdy oboje zawrócili w kierunku Jeżyc i w pobliżu kamienicy na ulicy Roosevelta 5 natknęli się na troje osób, z których jedna na pozostałe bardzo głośno krzyczała. Tą krzyczącą była Ida. A pozostała dwójka to byli Sławek Lewandowski oraz Danuśka.
- Myślałam, że mnie kochasz! Jak mogłeś mi to zrobić?! - krzyczała Ida ze łzami w oczach.
- Ale o co ci chodzi? Przecież sama z nim zerwałaś - zauważyła Danuśka.
- Ty się nie odzywaj, bo nie masz prawa głosu - warknęła w jej stronę Ida, po czym spojrzała na swojego byłego chłopaka - Dlaczego mi to zrobiłeś? To ty tak mnie kochasz, że łatwo sobie znalazłeś pociechę?
- Po pierwsze, zachowaj trochę większą kulturę. Nie wszyscy muszą słyszeć nasze kłótnie - zauważył ze stoickim spokojem Sławek - Po drugie, powiedziałaś mi ostatnio, że nie pasujemy do siebie, że masz mnie dość i to koniec. Jak niby to miałem interpretować?
- Przecież nie powiedziałam wtedy, że z tobą zrywam. A poza tym, jeśli nawet bym to zrobiła, to przecież nigdy nie powiedziałam, że rzucam cię na zawsze. Ja po prostu potrzebowałam czasu, aby to wszystko sobie przemyśleć i zrozumieć.
- Aha, a ja miałem czekać na to, aż się uspokoisz i czekać, aż się ze mną znów pogodzisz? Wybacz, ale ja mam swoją godność. Parę razy to zniosłem w imię tego uczucia do ciebie, jednak w końcu przeciągnąłeś strunę mojej cierpliwości. Już nie mogę tego dłużej wytrzymać. Przykro mi, ale sama się o to prosiłaś.
Ida popatrzyła na niego groźnie, wzięła się pod boki i powiedziała:
- Aha, rozumiem. I dlatego, że przez chwilę się zapomniałam i rzuciłam ci w złości kilka niemiłych słów, ty musisz od razu poszukać sobie pociechy?
- Słucham? - Sławek parsknął śmiechem, słysząc jej uwagę - Przez chwilę się zapomniałaś? Dziewczyno, przecież ty się wiele razy już tak zapominałaś. Ty masz jakieś wyraźne problemy ze złością. Za szybko się wściekasz. A poza tym, masz takie ambicje, które mi nie pasują.
- A co ty masz do moich ambicji?
- Nic, mogą być. Właściwie, to są w porządku.
- No właśnie, więc w czym problem?
- W tym, że nie pasują one do mnie.
- No tak, bo ty nie masz w ogóle żadnych ambicji. Tylko chciałbyś pójść w ślady tatusia i prowadzić jakiś cholerny tramwaj przez całe swoje cholerne życie!
Sławek westchnął głęboko i powiedział:
- Widzisz? O tym właśnie mówię. Nie szanujesz moich ambicji, podchodzisz do nich kpiąco.
- A co mam szanować? Przecież ty nie masz w ogóle ambicji.
- I widzisz? Dlatego do siebie nie pasujemy. Tak ambitna osoba nie pasuje do osoby tak mało ambitnej i nieżyciowej jak ja.
- A ona do ciebie pasuje? - Ida ze złością wskazała na Danuśkę.
- Zdecydowanie lepiej niż ty - odparł ponuro Sławek.
Ida ze złością, machnęła ręka na to wszystko, po czym odeszła w kierunku, z którego właśnie przyszli Maciek i Kreska. Mruczała przy tym pod nosem:
- Wszyscy faceci to świnie.
Wtem dostrzegła zakochanych. Widok ich szczęśliwych i trzymających się za ręce, doprowadził ją do jeszcze większej złości.
- Kolejny prosiak. Teraz chodzi z tobą za rączkę i jest wszystko bardzo fajnie, a potem i tak cię zostawi dla innej. Lepiej rzuć tego prosiaka, zanim zostawi ciebie i będziesz przez niego miała złamane serce.
Po tych słowach, odeszła w swoją stronę.
- Ale ona nerwowa - powiedział Maciek.
- Taki ma temperament - stwierdziła Kreska - Dlatego zawsze jakoś lepiej się dogadywałam z Gabrysią.
- Ja też. Ona przynajmniej jest normalna.
- Ida też jest normalna. Tylko wiesz... Ma swój charakterek, ale podobno jest też dobrą siostrą i córką, tak przynajmniej Gabrysia mówi, a ja nie mam powodu, żeby jej nie wierzyć. Po prostu w relacjach z chłopakami nie zawsze jej wychodzi. Ale nie martw się. Wyrośnie z tego.
- A jeśli nie?
- To wtedy współczuję jej przyszłemu, ambitnemu mężowi. Osiwieje przez nią i jej pomysły.
- Biedaczek.
I oboje parsknęli śmiechem, po czym podeszli do Sławka i Danusi. Kreska tak lekko zmieszała się na widok Danusi, w końcu widziała ją, jak nie tak znów dawno całowała Maćka na ulicy, więc nie miała pewności, czy aby relacja ze Sławkiem, o jakiej właśnie oboje usłyszeli, nie była jedynie kiepską próbą pozbycia się uczucia do Maćka. Dlatego miała poważne wątpliwości, jak powinna się zachować w takiej sytuacji. Jej ukochany z kolei nie miał żadnych wątpliwości w tej sprawie.
- Witajcie. Co tam? Miłość kwitnie?
Danusia zarumieniła się delikatnie, a Sławek delikatnie ścisnął ją za rękę, po czym powiedział czule:
- Właściwie, to nie wiemy jeszcze, czy coś z tego będzie, choć oboje bardzo się lubimy i może nawet coś więcej. Ale wiecie... Za szybko, aby mówić o jakimś większym uczuciu.
- No właśnie, nie chcemy się spieszyć - dodała Danusia - Wszystko w swoim czasie, po kolei. Mamy przecież czas.
- Rozumiem - powiedziała uroczo Kreska, odzyskując dobry humor - Czyli z Idą, to już nic nie będzie?
- Raczej nie. Zrozumiałem to podczas tego przyjęcia u twojego dziadka. No i nieco wcześniej rozmawiałem z Aurelią, która była świadkiem mojej kłótni z Idą. Porozmawiałam z małą i ona mi w prosty, uroczy sposób pomogła zrozumieć, że nie powinienem tracić czas na taką osobę. A potem na przyjęciu, kiedy Ida znowu się do mnie przyczepiła, miałem dość. No i wtedy przysiadła się do mnie Danusia i zaczęła ze mną rozmawiać i tak jakoś wyszło między nami, że teraz miło nam się ze sobą spędza czas.
- Nie obiecujemy sobie jednak niczego - dodała Danusia - Po prostu chcemy się lepiej poznać, spędzić więcej czasu ze sobą i w ogóle. Wierzę, że nam się uda tego dokonać. Ale nie chcemy za mocno wybiegać w przyszłość.
- No właśnie - rzuciła zadziornie Kreska i spojrzała wymownie na Maćka.
Jej ukochany zaśmiał się i zapytał:
- A czy więcej was łączy niż ciebie i Idę?
- Tak, moim zdaniem tak - odpowiedział mu na to Sławek - Przede wszystkim oboje lubimy podobne książki i mamy podobne zainteresowania. No i jeszcze coś. Danusia uwielbia tramwaje.
- Naprawdę?
- Poważnie. To mnie szczególnie zachwyciło. I nie przeszkadza jej, że ja także chcę być motorniczym.
- To bardzo uczciwy zawód - powiedziała Danusia - Nie wiem, jak ktoś może coś do niego mieć.
- W sumie nie chodzi o sam zawód, tylko o to, że jest mało ambitny zdaniem niektórych - zauważyła Kreska.
- Dla mnie nie musi być ambitny. Ważne, żeby był uczciwy - stwierdziła na to Danusia.
- No, skoro tak, to wszystko chyba jasne - powiedziała wnuczka Dmuchawca, bardzo zadowolona i to nie tylko dlatego, że kolejna zakochana para pojawiła się w pobliżu, ale również i dlatego, że to oznaczało, iż Maciek jest bezpieczny i Danka nie będzie robić na niego swoich zakusów.
- W takim razie, życzymy wam dużo szczęścia i powodzenia - rzekł bardzo przyjaźnie młody Ogorzałko.
- Dziękujemy. My wam też - powiedział Sławek.
Następnie Sławek i Danusia odeszli w swoją stronę. Maciek i Kreska długo się w nich wpatrywali, aż nie zniknęli za horyzontem.
- Myślisz, że im się uda? - zapytał Maciek swojej ukochanej.
- Mam nadzieję. Życzę im tego z całego serca - odpowiedziała czule Kreska - Jeśli tylko to jest prawdziwe uczucie i będą o nie codziennie dbali, to musi im się udać. Nie ma dwóch zdań.
- Masz rację.
- Pewnie, że mam rację. A w razie czego, Sławek to fajny chłopak. Nie będzie ta, to będzie inna.
Maciek zastanowił się nad jej słowami, rozważając je sobie w głowie.
- Nie będzie ta, to inna. Ciekawe...
- Co takiego? - spytała Kreska.
- Przypomina mi się, że leciała u twojego dziadka na przyjęciu taka piosenka. Możliwe, że ona zainspirowała Sławka do tego, aby dał sobie spokój z Idą.
- Jaka piosenka?
- A taka jedna, bardzo wesoła. Śpiewał ją Andrzej Bogucki. Znam ją dobrze, bo mój tata bardzo ją lubił.
- A przypomnisz mi ją? Jak ona idzie?
Maciek uśmiechnął się do dziewczyny z miłością, po czym stanął w pozycji godnej prawdziwego artysty i zaczął wesoło śpiewać:
Statystyka uczy, że mężczyzn jest mniej.
Nie śmiej się. Jak chcesz, to się śmiej.
Ja mimo to znoszę te humory i złość,
Ale nie śmiej się, bo mógłbym mieć dość.
Ja nie grożę, broń Boże!
Powiedz tak albo nie.
Tylko nie mów już: może,
Jeszcze nie wiem, kto wie?
Bo ja liczę do trzech,
Dość napsułaś mi krwi.
Raz, dwa i...
Nie będziesz ty, to będzie inna.
To będzie inna.
I nie pomogą ci łzy.
Raz, dwa, trzy i będzie inna.
I będziesz winna
Ty sama, tylko ty.
Żal ci będzie, ja wiem, jak nikomu.
Będziesz gryźć się, ja wiem.
Czekać w domu
Na mój list, na telefon, na znak,
A ja będę inną tulić, wiesz jak.
No, nie bądź zła i tak dziecinna
I tak dziecinna, bo nie pomogą ci łzy.
Tego dnia, gdy będzie inna,
Pierwsza lepsza, byle nie ty.
W niedzielę dam anons w kurierze przez front:
Gentleman młody i blond,
Przystojny, subtelny, zamożny - to ja.
Szuka żony na rok albo dwa.
Przecież przyjdą tysiące, będą o mnie się rwać
Przecież całe miesiące u mych drzwi będą stać.
Jeszcze liczę do trzech,
Jeszcze wracam od drzwi.
Raz, dwa i...
Nie będziesz ty, to będzie inna.
To będzie inna
I nie pomogą tu łzy.
Raz, dwa, trzy. Gdy będzie inna...
I będziesz winna
Ty sama, tylko ty.
Będziesz gryźć się, ja wiem, nadaremnie.
Każdy dzień będzie pusty beze mnie.
W każdą noc będzie czegoś ci brak,
A ja będę inną tulić, wiesz jak.
Nie bądź zła i tak dziecinna.
I tak dziecinna,
Bo nie pomogą tu łzy.
Tego dnia, gdy będzie inna,
Pierwsza lepsza... Czemu nie ty?
Kreska parsknęła śmiechem, ubawiona tymi przyśpiewkami.
- Jesteś uroczy, wiesz? Powinieneś być artystą rewiowym.
- Myślałem raczej o byciu nauczycielem. Jak twój dziadek.
- Poważnie? Chcesz być jak on?
- Owszem, bo twój dziadek bardzo mi imponuje. To jest wspaniały człowiek. I bardzo dobrze cię wychował. Oczywiście na spółkę z rodzicami.
- Dziękuję. To miłe, co mówisz.
- To szczera prawda.
Kreska znowu zachichotała i przytuliła się do niego czule. Potem oboje weszli do środka. Musieli się przebrać, ponieważ za godzinę mieli być u Jedwabińskich na uroczystym obiedzie. Ponieważ szli w gości, musieli założyć znacznie bardziej eleganckie stroje niż te, które nosili podczas spaceru. Ostatecznie przecież chcieli pokazać swój szacunek do gospodarzy, nawet jeśliby ich nie lubili. A do niedawna ich nie lubili, obecnie zaś chcieli ich poznać na nowo, jeżeli oczywiście faktycznie chcieli się zmienić, tak jak deklarowali. Maciek i Kreska bardzo pragnęli tego, aby Ewcia Sopel, jak i jej wiecznie zapracowany mąż się zmienili i nie tylko dla swego własnego dobra, lecz dla dobra Aurelii, która przecież tak bardzo ich kochała i tak bardzo potrzebowała.
Godzinę później u Jedwabińskich zeszli się goście. Byli to Maciek, Kreska, profesor Dmuchawiec, Piotr, Gabrysia z siostrami, córką i matką. Był tam również Robert Rojek, który akurat towarzyszył Natalii i odprowadził ją na miejsce, jednak Eugeniusz serdecznie poprosił, aby i on z nimi został na posiłku, bo czemu nie? W końcu im ich więcej, tym weselej.
Obiad był naprawdę smaczny. Chociaż Ewa nie znała się zbyt dobrze ani na gotowaniu, ani na pieczeniu, tym razem wyszło jej wszystko idealnie, do czego się znacznie przyczyniła sąsiadka, która nieraz im gotowała i piekła, a ostatnio tego nie mogła zrobić z powodu wyjazdu do córki, która zaszła w ciążę i którą nasza bohaterka się opiekowała. Teraz jednak mogła powrócić do Poznania i oczywiście Ewa skorzystała z okazji, aby poprosić ją o pomoc w przygotowaniu czegoś nad wyraz smacznego i przepysznego dla zaproszonych gości. Kobieta zaś stanęła na wysokości zadania, czego efekty mogli podziwiać wszyscy zebrani. Najpierw więc nastąpił główny posiłek, czyli pyszna zupa pomidorowa z makaronem, potem zaś drugie danie, czyli ziemniaki i smakowite kotlety, a na końcu kruche ciasteczka. Oto jak wyglądał obiad u Jedwabińskich. Kiedy zaś wszyscy zajadali się deserem, gospodyni wspaniała i powiedziała:
- Chciałabym was wszystkich przeprosić i zarazem podziękować wam. Wam wszystkim.
Goście wpatrywali się w nią z uwagą, z kolei zaś Ewa kontynuowała:
- Ostatnimi czasy mocno naprawdę zraniłam swoich bliskich i nie umiałam się zatroszczyć o swoje dziecko. Korzystałam więc z okazji, aby ją podrzucać wam lub pozwalałam, aby do was przychodziła i dostawała od was to, czego sama jej nie umiałam dać. Miłości, ciepła i serdeczności. Przy was wszystkich się śmiała i była szczęśliwa. Przy mnie nie. Dlatego chcę was przeprosić. Przepraszam was za to, że kazałam wam robić to, czego sama nie umiałam. I że nie umiałam być wam za to należycie wdzięczna. Ale teraz to się zmieni. Obiecuję wam to. Zmieni się to na lepsze. W ciągu ostatnich paru dni miałam wiele okazji do myślenia. Dlatego przemyślałam sobie wiele spraw i już wiem, na czym polegały moje błędy. I mogę wam obiecać, że dołożę wszelkich starań, aby się zmienić na lepsze. Już podjęłam w tym celu odpowiedni kroki i mój mąż może to poświadczyć.
- To prawda - potwierdził Eugeniusz - Sam ją odprowadzałem na spotkanie z psychologiem. Bo wiecie, Ewa chodzi już na terapię.
- Tak, chodzę na terapię - rzekła smutno Ewa - I widzę teraz, jak bardzo były mi one potrzebne. Jak bardzo raniłam siebie i innych. Spotkałam na terapii kilka osób podobnych do mnie. Z podobnymi problemami. Tego właśnie było mi trzeba. Zobaczyć siebie samą w innych osobach. Dzięki temu wiem już, co muszę w sobie zmienić. Ale nie zrozumiałabym tego bez was. Bez was wszystkich, gdyż każde z was na swój sposób pomogło mi, dając Aurelii tyle miłości i dobroci, jakiej ja nie umiałam okazać. Dlatego dziękuję wam za to. Dziękuję i wasze zdrowie.
To mówiąc, podniosła kieliszek z sokiem, który miała w ręku i powiedziała:
- Wasze zdrowie, kochani.
Wszyscy zaczęli klaskać, kiedy skończyła przemowę, a Ewa po raz pierwszy od bardzo dawna publicznie rozpłakała się, wzruszona tym, co właśnie ją spotkało. Mąż objął ją mocno i pocałował ją delikatnie, a Aurelia zaśmiała się słodko, po czym spojrzała na Maćka i Kreskę, prosząc:
- Wy też się pocałujcie.
- O nie, nie ma mowy. Janka bardzo nie lubi pokazówek - odpowiedział jej w żartobliwy sposób Maciek.
- Ale przytulić mnie możesz - odparła na to Kreska, a Maciek od razu z tego pozwolenia skorzystał.
Wszystkiemu temu przyglądała się wzruszona Melania Borejko. Ona również się nauczyła wielu mądrych rzeczy z tej całej przygody. Rozmowa z małą Aurelią, a potem jej matką pomogła jej zrozumieć wiele spraw. Po tym wszystkim bardzo uważnie porozmawiała z Gabrysią i dowiedziała się od niej, jak wiele ta ma jej do zarzucenia i co to jest. Tym razem jednak Melania nie próbowała w żaden sposób się przed tymi oskarżeniami bronić. Wysłuchała ich cierpliwie i kiedy już litania żalów wobec niej dobiegła końca, powiedziała:
- Mogłabym powiedzieć ci, córeczko, że miałam swoje powody do takiego, a nie innego zachowania. Że tak zostałam wychowana, że w takich czasach żyłam i wtedy musiałam taka być i weszło mi to w nawyk, ale nie powiem tego. Wiem już dobrze, że te czasy dawno minęły i teraz muszę być inna wobec ciebie, jak również i pozostałych moich córek. Zraniłam was tym, że wiecznie skupiałam się na swoim bólu. Zraniłam tym, że nie chciałam nigdy w relacji z wami okazywać wam nazbyt wiele czułości, tylko tyle, ile trzeba, czyli w moim wypadku prawie wcale. Nigdy nie umiałam was do siebie przytulić, a jeśli już, to pozwalałam wam tulić się do mnie. A to przecież nie to samo. Nie pozwalałam wam mówić o tym, co was boli. To wszystko było żałosne i teraz to widzę. Nie chcę jednak więcej taka być. Chcę być lepsza. Aurelia pokazała mi, jak wielka radość panuje w moim sercu, kiedy z miłością kogoś do siebie przytulę. A rozmowa z jej mamą pomogła mi pojąć, jakie błędy w swoim życiu jako matka popełniłam. Nie można tłumić w sobie bólu. Nie można twierdzić, że nie wolno mówić o tym, co boli, bo to nie wypada, bo inni na tym świecie mocniej cierpią, a mówienie o naszym bólu jest egoizmem. Dlatego nie zwierzacie mi się. Dlatego z ojcem miałyście zawsze lepsze relacje. Dlatego ja nie jestem wam do niczego potrzebna. Ale chcę być potrzebna. Bardzo tego chcę, bo inaczej mogę być taka jak Ewa, chociaż nie... Ona jest lepsza ode mnie. Sama zauważyła, że jest coś z nią nie tak. Tylko nie umiała z tym walczyć. Ale umiała dostrzegać swoje wady. Ja nawet tego nie umiałam zrobić. Ale chcę to zmienić. Pozwolisz mi na to, Gabusiu? Pozwolisz?
Gabrysia nic nie powiedziała, tylko przytuliła się do matki i rozpłakały się obie nad tym straconym czasem, który zmarnowały, odsuwając się od siebie i nad tym czasem, który jeszcze im pozostał i podczas którego mogą jeszcze tak wiele w swoim życiu zmienić, co oczywiście zamierzały zrobić.
Melania przypomniała sobie to wszystko i z jeszcze większą radością patrzyła teraz na Ewę i jej przemianę. Z równym wzruszeniem przyglądał się tej oto pięknej scenie Dmuchawiec, który pochylił się w kierunku pani Borejko i szepnął:
- Chyba życie w Jeżycach zmierza ku lepszemu.
- Tak. Chyba idzie ku lepszemu, panie profesorze - odpowiedziała mu cicho, mając na twarzy radosny uśmiech.
Tymczasem posiłek trwał dalej, a potem Aurelia wciągnęła Maćka, Kreskę i Natalię, Roberta i Patrycję w wesołą zabawę, która trwała długo i mocno zdołała wykończyć młodego Ogorzałkę, ledwie dyszącego, kiedy tyle dziewczyn naraz go osaczyło i zmusiło do dzikiej zabawy, także nawet pomoc Roberta niewiele mu w tym pomogła.
- Rany, skąd te dziewczynki mają tyle energii? - zapytał, gdy usiadł sobie na chwilę, aby odpocząć i złapać oddech.
- Lepiej nie narzekaj, tylko nabieraj wprawy - powiedziała do niego czule, a zarazem dowcipnie Kreska - W końcu, kto chce mieć ze mną bliźnięta, co?
- Ale to w przyszłości.
- Więc tym bardziej teraz zacznij się przygotowywać.
Maciek uśmiechnął się do niej wesoło, odsapnął jeszcze chwilę i powrócił do zabawy, która trwała tak długo, dopóki nie rozpoczęła się dobranocka. Wówczas to dzieci rzuciły wszystko i podbiegły do telewizora, oglądając kolejne przygody tak lubianej przez siebie Pszczółki Mai. Po niej zaś odbyły się wiadomości, które to z kolei zainteresowały dorosłych. A były one bardzo ciekawe i zawierały niezwykle ważne dla wszystkich informacje.
W sumie nie były to typowe wiadomości, co raczej konferencja prasowa, na czele której stał Jerzy Urban. Ów człowiek przekazał innym dziennikarzom, jak i również całej Polsce, że oto Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (nazywana przez wszystkich złośliwie WRONĄ) została właśnie rozwiązania z powodu swej indolencji i nieudolności, a do tego jeszcze wyszły na jaw różne machlojki, jakich dopuszczali się członkowie tej ponoć szlachetnej instytucji państwowej. Oznaczało to, że zaraz posypały się aresztowania osób podejrzanych o przekręty. Szczególne obrzydzenie u pana Urbana zdobył niejaki minister Zawodny, który jako minister finansów mocno uszczknął sobie pieniędzy z kasy państwa i za te oto pieniądze kupował różne drogie prezenty swojej kochance, chociaż był takim przykładnym mężem i ojcem. Człowiek ten został dziś rano aresztowany w swoim mieszkaniu i zabrany do aresztu, gdzie będzie czekał na proces o zdefraudowanie kilkunastu miliardów złotych.
Gabrysia uśmiechnęła się zadowolona, kiedy to usłyszała. Zatem gazeta, którą jej pokazał Piotr mówiła prawdę. Oznaczało to, że jej szanowny małżonek stracił swojego błogosławionego mecenasa i nie może w żaden sposób jej szantażować, gdyż powoływanie się na osobę pana ministra Zawodnego nie przyniesie mu już żadnych korzyści. Oczywiście o byciu posłem i towarzyszem partyjnym też może zapomnieć, w końcu jedyną osobą, która mogła mu to zagwarantować był właśnie pan minister, a on poszedł siedzieć. Prawdopodobnie więc milicja będzie raczej mało przychylnie patrzeć na osoby, które będą chciały uważać tego oto człowieka, dawnego członka WRON-u za swego protektora. Może nawet takie osoby zostaną uznane za współwinne? Gabrysia nie miałaby nic przeciwko temu, aby i jej mąż został aresztowany z tego powodu, choć podejrzewała, że na takie coś, to on jest chyba nazbyt sprytny. Ale cóż... Przynajmniej stracił plecy, na których tak mocno się ostatnio opierał. To zawsze duży plus.
Piotr Ogorzałko również był zadowolony. Wiedział co prawda od rana o tym, co się stało z panem Zawodnym, gdyż przeczytał o tym w „Trybunie Ludu”. Było to napisane na pierwszej stronie i tylko z tego powodu kupił ten szmatławiec, który w innej sytuacji nie wziąłby nawet do ręki z powodu tak często umieszczanej tam propagandy komunistycznej. Dlatego też nie czuł ani odrobiny strachu podczas rozmowy z Januszem Pyziakiem, który w niczym się jeszcze nie orientował i z przyjemnością dał już całkiem upust swoim uczuciom do niego, kiedy ten złożył mu swoją kuszącą i jakże korzystną propozycję. Wiedział, że może sobie na to pozwolić, bo teraz Janusza już nikt nie obroni i nikt nie pomści jego krzywd.
- A mówili, że wrona orła nie pokona - zaśmiał się głośno - Chociaż raz mieli rację. Chociaż raz takie hasełko nie było tylko pustym frazesem.
- To może niedługo skończy się stan wojenny? - rzekł profesor Dmuchawiec.
- Miejmy taką nadzieję. Dość mam już godzin policyjnych i innych takich - dodała Ida - Nie można nawet późnym wieczorem wracać do domu.
- A zatem, proponuję nowy toast, moi kochani - rzekł Eugeniusz, wstając oraz wznosząc szklankę z sokiem malinowym.
Wszyscy tutaj pili jedynie sok lub herbatę, gdyż Jedwabińscy byli od zawsze abstynentami, a dodatkowo były tu dzieci i nikt nie chciał ryzykować, że któreś z nich może łyknąć tego zakazanego dla nich płynu. Dodatkowo jeszcze dla Ewy już sam widok alkoholu wywołał niemiłe wspomnienia i nie była w stanie nawet na niego patrzeć, więc zastąpiono go napojami bezprocentowymi.
- Proponuję toast... Za lepszą przyszłość - powiedział Eugeniusz.
- Za lepszą przyszłość! - zawołali wszyscy, również ochoczo wznosząc ten toast, czując jednocześnie w sercu wiele nadziei na lepsze jutro dla siebie i swoich bliskich.
Widać, że Maciek i Kreska się dobrze rozumieją.
OdpowiedzUsuńKreska ma uroczy śmiech, podobny do zaczarowanych dzwoneczków. Jakie piękne porównanie.
Ida jak zawsze jest narwana i za bardzo nie wiadomo, czego ona właściwie chce.
Co złego w tym, że Sławek jest tramwajarzem? Wydaje się, że on i skromna Danusia pasują do siebie.
Januszek stracił potężnego protektora, lepiej więc się niech nie powołuje na znajomość z tym złodziejem i aferzystą ministrem Zawodnym. Swoją drogą, chciałabym zobaczyć jego minę jak się o tym dowie.
Jerzy Urban jak zwykle nieźle się zgrywa, udając komunistę. Swoją drogą, w 1981 r. zostaje rzecznikiem rządu generała Wojciecha Jaruzelskiego. Później premierzy się zmieniali, ale Urban aż do 1989 r. trwał niezmiennie na stołku rzecznika pana generała. Stał się - najpierw - symbolem polityki stanu wojennego, a potem symbolem polityki "ucieczki do przodu", która w końcu przybrała formę "okrągłego stołu".
Znakiem firmowym Urbana jako rzecznika rządu były cotygodniowe konferencje prasowe - nie konferencje premiera, ale właśnie rzecznika. Był to swoisty spektakl. Urban nie wahał się występować z otwartą agresją wobec "Solidarności", a po jej zepchnięciu do podziemia - także z otwartą pogardą wobec niej. Siłą rzeczy jedynymi, którzy w tamtych warunkach mogli zadawać Urbanowi niewygodne pytania, byli dziennikarze zachodni - co nierzadko robili i wtedy było naprawdę ciekawie.
Te wymiany zdań były później komentowane w "Wolnej Europie" czy w "BBC", a także w prasie podziemnej. Obszerne fragmenty z konferencji Urbana były też pokazywane w telewizji, co na tle ówczesnej polityki informacyjnej było - nie bójmy się tego zauważyć - czymś oryginalnym.
Dlaczego to ostatnie jest ważne dla oddania kompletnej jego charakterystyki? Bo Urban jest wprawdzie cynikiem i nihilistą, ale jest też przenikliwie inteligentny.
Jak widzę, wszystko zmierza już ku szczęśliwemu zakończeniu. Jestem ciekawa, jak to się ostatecznie skończy, choć jak znam autora, na pewno będziemy mieli tutaj happy end. Naprawdę ciekawy rozdział, rozbawiły mnie rozmowy Maćka i Kreski. Młodzi zakochani są naprawdę uroczy i sympatyczni, trudno więc ich nie lubić. I dobrze, że Januszowi się oberwało od losu. Choć powinien oberwać jeszcze mocniej za wszystko, co zrobił.
OdpowiedzUsuńRozdział bardzo ciekawy i zdecydowanie wart oczekiwania. Większość wątków, która pojawiła się w trakcie tej opowieści, znajduje już swoje szczęśliwe zakończenie.
OdpowiedzUsuńMaciek i Kreska wybierają się na spacer i rozmawiają o przyszłości i marzeniach, które są jak na nich dość śmiałe, ale zrozumiałe dla pary - ślub, dzieci, nawet ich wygląd i płeć xD. Po drodze są także świadkami dwóch bardzo ciekawych zdarzeń. Pierwszym jest widok Matyldy Stągiewki z nowym chłopakiem, z którym na widok Maćka i Kreski od razu zaczyna na pokaz się całować. Nasza para mija ich bez cienia reakcji, co powoduje u panny Stągiewki wielkie rozczarowanie. Zresztą, jak się dowiadujemy, rzeczony chłopak sprzecza się z nią i zrywa znajomość, co nasza Matylda przyjmuje z wielkim oburzeniem i poczuciem ogromnej krzywdy. Następnie Maciek i Kreska napotykają niezwykłe trio - Idę, Sławka i Danusię, którzy zażarcie się kłócą, jednakże głównymi stronami wymieniającymi argumenty są Ida i Sławek. Dziewczyna ma pretensje do byłego już chłopaka, który ze względu na trudny charakter dziewczyny, która otwarcie wyśmiała jego ambicje zostania w przyszłości motorniczym i nie widziała problemu w spotykaniu się z innymi mężczyznami podczas trwania jej związku ze Sławkiem, postanowił zacząć spotykać się z Danusią, która popiera jego ambicje zostania motorniczym, gdyż sama interesuje się tramwajami. Oczywiście to wszystko wywołuje ogromną wściekłość u Idy, która jak widać stosuje pewne zasady tylko wtedy, gdy jest jej wygodnie i nie przyjmuje do wiadomości zdroworozsądkowych argumentów ze strony Sławka. Młoda Borejkówna w końcu odpuszcza i wściekła wraca do domu, oczywiście nie omieszkując skomentować i rzucić uszczypliwej uwagi na temat zachowania mężczyzn w kierunku Maćka i Kreski. Ci niezrażeni podchodzą do Sławka i Danusi, żeby chwilę z nimi porozmawiać, a potem wracają do domu, by przygotować się na uroczysty obiad u państwa Jedwabińskich, podczas którego dowiadują się m.in. że Janusz Pyziak stracił swoje plecy w osobie ministra Zawodnego, który został aresztowany za wyprowadzenie sporej sumy publicznych pieniędzy z kasy państwa oraz zostaje również podana informacja, że WRON została rozwiązana. Wcześniej zostają też poinformowani o tym, że pani Jedwabińska wybrała się na terapię, która ma pomóc jej radzić sobie z emocjami. Dowiadujemy się również, że Melania Borejko ostatecznie pogodziła się z Gabrysią, więc można powiedzieć, że prawie wszystkie wątki skończyły się tu dobrze. No właśnie, PRAWIE... Ale o jakim wątku mówię, to myślę, że doskonale wiesz, drogi Autorze i domyślam się, że zostanie on rozwiązany w ostatnim rozdziale. :)
Ten rozdział bardzo mi się podobał, bardzo przyjemnie mi się go czytało. Zło w osobie Janusza Pyziaka zostało uciszone,a w Polsce zaczynają się przygotowania do lepszych czasów. Już nie mogę się doczekać zakończenia tej historii, którą zawsze z taką radością czytałam i zawsze czytać będę. :)