Rozdział I
Chłopak i dziewczyna
Chłopak i dziewczyna
Maciek Ogorzałko powoli podszedł do lustra, z uwagą wpatrując się w swoje odbicie, które przedstawiło widok dla niego niezbyt imponujący, ale zachwycający dla wielu przedstawicielek płci pięknej. Bo przecież miał się czym pochwalić, jeśli chodzi o wygląd. Był wszak wysoki, miał brązowe włosy, niebieskie oczy, męski i władczy nos w rzymskim stylu, uszy kształtne, nieco czerwone policzki, które pod czerwoną barwą kryją piegi, ręce i nogi właściwych rozmiarów, a figurę postawną i szczupłą, choć niezbyt może umięśnioną. Jednym słowem, całkiem ładny chłopak z niego był, a przynajmniej w oczach koleżanek ze szkoły. On sam jednak nie postrzegał siebie jako ładnego. Przeciwnie, widział siebie jako kogoś raczej dosyć przeciętnego, kto może się ewentualnie podobać płci pięknej, ale zdobywać serca tych oto istot, to już raczej nie. Zdecydowanie nie wierzył w siebie i swoją urodę, zresztą nigdy nie chciał zdobywać dziewczyn za pomocą urody. Zbyt wiele książek przeczytał i zdecydowanie za dużo już widział w swoim osiemnastoletnim życiu, aby nie wiedzieć, iż związki oparte wyłącznie na urodzie nie będą nigdy trwałe. Ponadto zawsze wyznawał inne wartości, takie jak dobry charakter i one jedynie miałyby dla niego znaczenie, nie zaś uroda. Oczywiście skłamałby mówiąc, że nie chciałby, aby jego przyszła ukochana nie była piękna, ale wiedział, że z piękną idiotką nie umiałby spędzić więcej czasu niż pięć minut. A takich idiotek w szkole widział nad wyraz wiele. Ostatnio porobiło się ich w społeczeństwie znacznie więcej, odkąd inteligencja zaczęła być szkodliwa dla państwa. Ostatecznie przecież panował już od prawie dwóch lat stan wojenny, ludzie inteligentni byli zazwyczaj zaangażowani w działalność konspiracyjną, z której to powodu wielu spotkało internowanie, jak nazywano zamykanie kogoś w miejscach odosobnienia z daleka od bliskich. Mając tego świadomość wielu ludzi wychowywało swoje dzieci na coraz większych idiotów, samemu też przy tym nieźle głupiejąc, aby tylko nikt przypadkiem nie posądził ich o bycie kimś więcej niż tylko przeciętnym zjadaczem chleba. Dlatego szkoła cierpiała ostatnio na plagę w postaci całej rzeszy słodkich idiotek, których rodzice, z obawy przed jakąkolwiek formą inwigilacji, albo robili z siebie pokazowo idiotów, albo też podlizywali się swoim partyjniackim szefom i zyskiwali za gładkie słówka awanse społeczne, albo też sami wstępowali do partii i dzięki temu poprawiali swój byt, odcinając się przy okazji od wszelkich zasad, również i tych moralnych. Maciek dobrze to wiedział i z tego też powodu sam nie popisywał się inteligencją. Nie, żeby błyszczał celowo głupotą. Co to, to nie. Był raczej małomówny i dość zamknięty w sobie, co skutecznie zniechęcało innych do poznawania go bliżej. Nie przeszkadzało mu to, gdyż samotność zapewniała mu bezpieczeństwo, jednak nieraz bolało go, że ludzie popadali w skrajności i bojąc się okazywać osobowość nieco większą przeciętną i inteligencję, świadomie robili z siebie idiotów, stopniowo się z nimi stając i robiąc ich ze swoich dzieci. Rzecz jasna, nie wszystkie osoby w szkole były takie, jednak ostatnimi czasy zrobił się tam prawdziwy wysyp idiotek. Piękne oraz zamożne dziewczyny (których rodzice albo od dawna byli w partii, albo dopiero co do niej wstąpili lub też w inny sposób podlizywali się władzom, zyskując w ten sposób lepsze stanowiska oraz pensje) chodziły po szkole niczym boginie, popisując się swoimi niezwykle modnymi strojami z zagranicy oraz wielkimi pustkami w głowie. Takie dziewczyny Maćka w ogóle nie interesowały, a paradoksalnie to ich najbardziej pociągała jego męska uroda, której on w sobie nie dostrzegał. Z kolei te, już bardziej przeciętnie ubrane, ładne oraz mądre dziewczyny nie były nim zainteresowane, gdyż widziały w nim mruka lub kogoś dziwnego, może nawet podejrzanego. A zatem błędne koło.
Ostatnie wydarzenia sprawiły, że Maciek nie miał wielu powodów do radości. Nie dość, że przez stan wojenny jego głupi rodzice, marzący o demokracji, która wszak i tak nigdy Polsce niczego dobrego nie przyniosła, zaangażowali się w jakąś głupią działalność polityczną i drukowali jakieś bibuły, przez co nie mieli dla niego i jego starszego brata Piotra za wiele czasu, to jeszcze potem ktoś na nich doniósł i zostali aresztowani, wraz z głównym drukarzem, niejakim Ignacym Borejko, który mieszkał w tej samej, co oni kamienicy, na ulicy Roosevelta 5 w Poznaniu. To dość mocno pogorszyło stan Maćka i nie tylko psychiczny, ale i społeczny. Ostatecznie przecież teraz stał się dzieckiem ludzi aresztowanych za antykomunistyczną, a wręcz antypolską działalność, więc wielu go traktowało jak trędowatego i omijało go szerokim łukiem, a zwłaszcza dzieci tych rodziców, którzy w obecnej chwili, zamiast klepać biedę oraz żyć z uczciwej pracy, jak zresztą przystało na człowieka, zwyczajnie w świecie robili majątek na współpracy z partią lub osobami z nią w jakiś sposób powiązanymi. Dzieci tych rodziców szczególnie patrzyły na niego z góry i nie chciały mu okazywać choćby najmniejszej sympatii. Dotyczyło to także dziewczyn, którym Maciek się podobał. Nawet one wolały podziwiać jego urodę skrycie, bez mówienia tego na głos.
Na szczęście, nie każdy był taki. Byli również i tacy ludzie, którzy okazywali mu z powodu sytuacji jego rodziców o wiele więcej sympatii niż kiedykolwiek przedtem. Chociażby Borejkowie, żona Ignacego i ich cztery córki: Gabriela, Ida, Natalia i Patrycja. To oto babskie królestwo szczególnie zaczęło wspierać na różne sposoby Maćka, który po aresztowaniu rodziców wylądował pod opieką starszego brata Piotra, też ponoć w coś tam kiedyś zaangażowanego, jednakże obecnie nie cierpiącego wszelkiej polityki świata, zarówno tej dobrej, jak i tej złej. Borejkowie okazywali obu braciom, a zwłaszcza Maćkowi, wiele sympatii, bo w końcu jechali na tym samym wózku. Jakby nie patrzeć, to głowa ich rodziny, ten oto babski władca, który umiał bujać w obłokach, ale spłodzić syna już nie (jak nieraz mówił złośliwie Piotr) wciągnął państwa Ogorzałków w te głupkowate gierki polityczne i wraz z nimi ponosił teraz za nie konsekwencje. Zatem zarówno Maciek i Piotr, jak i wszystkie Borejkówny, byli praktycznie w tej samej sytuacji i to dosłownie. Tyle w tym dobrego, że Maciek mieszkał tylko z Piotrem. Gdyby miał na głowie dom pełen bab, to chyba by zwariował i to pomimo tego, że te baby ostatecznie tylko zyskiwały na bliższym poznaniu. Zatem jakiś plus tej sytuacji był. Maciek dzielił mieszkanie tylko z Piotrem, pani Melania Borejko natomiast z czterema córkami, z których żadna nie zamierzała jeszcze iść na swoje, tylko wciąż sobie jakby nigdy nic siedziały na garnuszku mamusi, a do tego jeszcze najstarsza z nich wyszła za mąż i miała roczną córeczkę Różę, której ojciec, a mąż owej córki, był teraz Bóg wie gdzie. Podobno wyjechał do Australii, ale kto to tam wie, ile w tym wszystkim było prawdy? Piotr uważał, że Janusz Pyziak, bo tak ów delikwent się nazywał, po prostu wybył sobie za granicę, aby uwić gniazdko z kimś innym. Maciek jednak nie miał pojęcia, co powinien o tym sądzić. Faktem wszak było to, że żal mu było Gabrysi, ponieważ jej męża, choć nie znał go za dobrze, nigdy nie polubił. Zawsze sprawiał on na nim wrażenie fałszywego, a najlepszym tego dowodem było chyba to, że tak łatwo dostał pozwolenie na wyjazd z kraju. Ostatecznie wtedy granice zamknięto i nie puszczano byle kogo z Polski ani do Polski. Pyziak musiał mocno się przysłużyć partii, że tak po prostu go wypuszczono z tego naszego ukochanego, umiłowanego kraju. A może ceną tej usługi było sprzedanie teścia i jego wiernych wspólników w zbrodni, czyli rodziców Maćka i Piotra? Jeżeli tak, to lepiej niech nie wraca do kraju, bo inaczej jego rodzice i teść, kiedy już zostaną wypuszczeni na wolność, rozszarpią go na kawałki.
Tak, suma summarum, Borejkowie byli życzliwi Maćkowi i nie patrzyli na niego nieprzychylnie, choć u nich to mogło mieć charakter wyrzutów sumienia, ale Maciek czuł, że jest inaczej. Jednak nie tylko oni byli dla niego mili. Jeszcze jedną taką osobą była urocza pani Lewandowska, której jedyny syn Sławek kocha się w tej głupiej, chamskiej Idzie, która to wydaje się słodka i urocza, ale też pod byle pretekstem potrafi wywołać awanturę, a do tego ma też wybujałe aspiracje. Swoją drogą, dziwny jest ten Sławek. Kochać taką kretynkę. Ale cóż, ostatecznie są gusta i guściki. Choć chyba są jakieś granice, prawda? Maciek pamiętał, że swego czasu widział, jak Sławek próbował czule pocałować Idę w drzwiach ich kamienicy, ta natomiast najpierw chciała mu ulec, jednak widząc nadchodzące swoje koleżanki, szybko wepchnęła go do środka budynku i udawała, że nic się nie stało i z nikim przed chwilą nie rozmawiała. Gdyby jemu, Maćkowi, jakaś baba tak zrobiła, nie odezwałby się już do niej ani jednym słowem. Ale Sławek był już tak bezmyślnie zakochany, że trudno było mu przemówić do rozumu. Beznadziejny przypadek. Za to jego matka była niezwykle miłą i bardzo sympatyczną osobą. Zawsze chętnie przysyłała Piotrowi i jego starszemu bratu naleśniki czy inne łakocie, które sama szykowała, gdyż uważała, że młodzi mężczyźni powinno często osładzać sobie życie, bo i tak ono jest aż nadto gorzkie, aby jeść w nim tylko zdrowe, choć mało smaczne potrawy. Maciek niekiedy sobie żartował, że gdyby pani Lewandowska miała córkę, to pewnie chciałaby ją wyswatać jego starszemu bratu. Niestety, miała tylko swojego stukniętego synka. Ale podobno ma kilka siostrzenic, więc nigdy nic nie wiadomo. Nie od dziś mówią przecież, że przez żołądek do serca mężczyzny najłatwiejsza jest droga.
Zatem sąsiedzi z kamienicy byli raczej sympatycznymi ludźmi i zwykle byli oni mili do siebie nawzajem. W szkole zaś bywało różnie, ale też byli jedni mili, inni już nie, choć tych pierwszych było znacznie mniej niż tych drugich. Taki los. Podobno w nieszczęściu najlepiej się okazuje, kto jest ci przyjacielem, a kto jest ci wrogiem. Kto ci pomoże, a kto podłoży nogę. Najbardziej jednak przykre jest to, że budzisz się któregoś ranka i wszystko, w co wierzyłeś okazuje się być nic nie warte z powodu tego, jak zmieniła się sytuacja polityczna. Ci, którzy wydawali ci się być zawsze życzliwi, potrafią wówczas okazać się wyjątkowymi kanaliami, a wręcz największymi wrogami. To bardzo przykre, ale nad wyraz prawdziwe.
Jak zatem poradzić sobie w tym świecie ludzkich podłości? Piotr nie widział już żadnej nadziei na to, aby znaleźć choćby kaganek radosnego światła w czasach, które nadeszły. Ale to nic dziwnego, w końcu z powodów politycznych i swoich jakichś tam działań stracił pracę i z wilczym biletem wylądował wraz z Maćkiem w Poznaniu, w domu na ulicy Roosevelta 5, niedaleko dzielnicy zwanej Jeżycami. Dodatkowo jeszcze jego ukochana, w którą Piotr pokładał tak wielkie nadzieje, okazała się być konfidentką i to właśnie z jej powodu przełożeni dowiedzieli się o działaniach Piotra, który tylko z powodu tego, że wstawiło się za nim kilka osób mających wysokie stanowisko w pracy, nie skończył w więzieniu, tylko na wciąż trwającym bezrobociu. Załamany jednak starszy Ogorzałko zamknął się w sobie i pogrążył w pisaniu swoich własnych prac, gdyż zawsze miał on jakieś zacięcie pisarskie, ale nigdy nie miał możliwość wydać tego, co napisał. Pewnie z powodu braku koneksji i niechęci pisania pod dyktando partii lub jakiś kiepskich powieści dla pospólstwa, jak je określał. On chciał pisać wielkie dzieła, a to nie były czasy wielkich dzieł. Pisał je jednak ot tak, dla siebie i swojej przyjemności. A teraz miał na to dużo czasu, gdyż nie pracował, chociaż w weekendy udawało mu się złapać pracę na Jeżycach, którą załatwili mu znajomi. Zawsze był z tego jakiś zarobek, co w tamtych czasach było sprawą wręcz niebagatelną.
Mimo tych wyraźnych przejawów łaski ze strony losu, Piotr już nie widział wielkich nadziei na zapalenie się w jego życiu kaganka radości i nadziei, jak to określał, niezwykle oczytany w starych książkach, Maciek. Jego młodszy brat zaś widział i wiedział, jak ów kaganek się będzie nazywał. Miłość. Ale nie jakieś takie głupie zauroczenie, podczas którego wypisuje się na murze serduszka z imieniem swojej ukochanej osoby w środku. Nie, Maciek pragnął prawdziwej miłości. On chciał być szczerze zakochany w dziewczynie, która i jego szczerze pokocha. Miał nawet swój własny obraz takiej damy jego serca. Powinna być piękna, ale nie musi być piękna z wyglądu, lecz musi być piękna duchowo. Musi też być romantyczna, dobra, wrażliwa, pełna empatii i wspierająca w każdej sytuacji, aby i on mógł o nią dbać i pomagać wtedy, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba. No i powinna też kochać sztukę i być inteligentna, posiadać wiedzę, aby on i ona mogli ze sobą rozmawiać, najlepiej całymi godzinami na mnóstwo tematów. Taka istota byłaby najlepsza dla niego.
Kiedy tak o tym myślał, Maciek uznał, że chyba znalazł sobie taką idealną ukochaną. Nazywała się Matylda Stągiewka. Najbardziej uroczo się uśmiechająca dziewczyna w całej szkole. Od jakiegoś czasu Maciek czuł, jak serce mu mocniej przy niej bije, a to uczucie wzrosło w nim, kiedy tylko zobaczył, jak idzie ona do opery. A więc kochała sztukę. To był kolejny plus. Do tego była śliczna, chociaż doświadczenie w tych sprawach mówiło Maćkowi, że rzadko u kobiet uroda idzie w parze z wielką inteligencją oraz uduchowieniem. Bo kobieta jest jak tłumaczenie książki z języka obcego: jeżeli wierne, to nie jest piękne, a jeżeli piękne, to nie są wierne. Maciek jednak zawsze wierzył w to, że muszą istnieć wyjątki od tej reguły i być może ta oto Matylda jest jednym z nich. Bardzo chciał, aby tak było.
Z tych wszystkich rozmyślań Maćka wyrwało pukanie do drzwi. Wiedział, że nie są one zamknięte i mógł zawołać po prostu: „OTWARTE”, ale nie chciał być nieuprzejmy, zwłaszcza teraz, kiedy ogarnęły go duchowe przeżycia na temat swej przyszłości z wymarzoną ukochaną. Te uczucia za wiele dla niego znaczyły, aby miał je szargać prostym zachowaniem, dlatego odszedł od lustra, podszedł powoli do drzwi i otworzył je. W progu zobaczył Kreskę. Jak zwykle nic się nie zmieniła. Wysoka, szczupła i bardzo sympatyczna dziewczyna, niemalże osiemnastoletnia, o włosach barwy ciemnego drzewa, niebieskich oczach, z maleńkim oraz kształtnym nosem, różowych wargach i okularach o grubych ramkach nasadzonych mocno na tenże nos. Ubrana była w burą bluzkę, spódnicę uszytą z kolorowych łat, jakąś połataną kamizelkę, czarne rajstopy i brązowe buty. Pod pachą trzymała zeszyt. Jej twarz zdobił przyjazny uśmiech.
- Cześć, stary półgłówku - powiedziała życzliwie - Co tak długo kazałeś mi na siebie czekać? Medytujesz czy co?
Jej uroda była być może i prosta, ale też przyjemna dla oka. Niestety, język pozostawiał raczej wiele do życzenia. Mówiła jak chłopczyca, jakby próbowała być mu kumplem, a nie koleżanką z ławki i kimś, kogo Maciek chętnie by widział w roli duchowo bliskiej sobie osoby. Dlatego nigdy nie postrzegał jej jako ładnej dziewczyny, raczej przyjemnej i sympatycznej, ale nic poza tym. Brakowało jej tej duchowej otoczki, która by ją otaczała i która sprawiałaby, że chciałby z nią sobie rozmawiać na temat książek czy historii, tak uwielbianych przez Maćka. Nawet jej przezwisko było beznadziejne. Przezwisko, które to notabene sama sobie wybrała. Kreska. No, może beznadziejne nie było, ale mało duchowe. Tak naprawdę miała ona na imię Janina, choć jej dziadek i jedyny opiekun od śmierci rodziców, czyli słynny profesor Czesław Dmuchawiec, wielce szanowany przez całą kamienicę na ulicy Roosevelta 5, nazywał ją Janką. Na nazwisko miała zaś Krechowicz i to stąd pewnie pochodził jej przydomek: Kreska (zdaniem Maćka ładny, ale raczej dosyć pretensjonalny).
- Wybacz, zamyśliłem się i nie od razu usłyszałem, jak pukasz - odpowiedział przepraszającym tonem Maciek, wpuszczając ją do środka.
Kreska wkroczyła spokojnie do mieszkania i rozejrzała się po nim.
- Jednak łżą jak psy ci, co mówią, że kawalerowie bałaganią. Wy macie tutaj porządek jakby cała armia sprzątaczek u was pracowała - rzuciła po chwili.
- Widzisz, umiemy dbać o porządek. Piotr może nie jest pedantem, ale mimo wszystko lubi mieć porządek wokół siebie. Ja mam zresztą podobnie - odparł na to Maciek przyjaznym tonem.
- Nie gadaj. Serio? To dopiero - zachichotała Kreska, wyraźnie ubawiona tym stwierdzeniem - A mój dziadek to straszny bałaganiarz. A myślałby kto, że jak jest na emeryturze, to ma dużo czasu na dbanie o porządek.
- Może mu się po prostu już nie chce?
- Może. Słuchaj, z histą mi coś nie idzie. Mylą mi się już w głowie ci wszyscy cholerni królowie, którzy byli elekcyjni, a którzy nie. Może byś mi pomógł, żebym nie wyszła na idiotkę na lekcjach?
- Lekcjach? Przecież są wakacje. Nie musisz się uczyć.
- Ale ostatnio nie radziłam sobie najlepiej i wolę być obkuta na następny rok szkolny. Kapujesz, półgłówku?
- Tak, oczywiście. A więc siadaj i powiedz mi, z czym ci potrzeba pomocy.
Usiedli więc przy stoliku i zaczęli rozmawiać o historii. Maciek jednak przez chwilę odnosił wrażenie, że Kreska doskonale wie o tym, o czym oni rozmawiają i orientuje się w tematach, o których tu mowa, jeśli nawet nie równie dobrze, co on, to jedynie nieco mniej niż on. Szybko jednak odrzucił tę myśl. Bo w końcu, po co Kreska miałaby przychodzić do niego po dodatkowe lekcje, skoro wszystko sama doskonale wie z historii? To by było bez sensu.
Jakkolwiek by jednak nie było, Kreska z wielką uwagą słuchała opowieści Maćka o władcach Polski i ich losach i dokonaniach politycznych oraz nad wyraz dokładnych i uzasadnionych wyjaśnieniach, dlaczego ten król jest królem, czemu ten był tylko księciem, a czemu ten jest dziedzicznym władcą, a ten elekcyjnym. Maciek opowiadał naprawdę ciekawie i potrafił zainteresować słuchacza, nawet takiego, który w dużej mierze już opanował tę wiedzę i przychodził tu jedynie po to, aby posłuchać opowiadającego, choć opowiadający nie zdawał sobie z tego w ogóle sprawy.
Ostatnie wydarzenia sprawiły, że Maciek nie miał wielu powodów do radości. Nie dość, że przez stan wojenny jego głupi rodzice, marzący o demokracji, która wszak i tak nigdy Polsce niczego dobrego nie przyniosła, zaangażowali się w jakąś głupią działalność polityczną i drukowali jakieś bibuły, przez co nie mieli dla niego i jego starszego brata Piotra za wiele czasu, to jeszcze potem ktoś na nich doniósł i zostali aresztowani, wraz z głównym drukarzem, niejakim Ignacym Borejko, który mieszkał w tej samej, co oni kamienicy, na ulicy Roosevelta 5 w Poznaniu. To dość mocno pogorszyło stan Maćka i nie tylko psychiczny, ale i społeczny. Ostatecznie przecież teraz stał się dzieckiem ludzi aresztowanych za antykomunistyczną, a wręcz antypolską działalność, więc wielu go traktowało jak trędowatego i omijało go szerokim łukiem, a zwłaszcza dzieci tych rodziców, którzy w obecnej chwili, zamiast klepać biedę oraz żyć z uczciwej pracy, jak zresztą przystało na człowieka, zwyczajnie w świecie robili majątek na współpracy z partią lub osobami z nią w jakiś sposób powiązanymi. Dzieci tych rodziców szczególnie patrzyły na niego z góry i nie chciały mu okazywać choćby najmniejszej sympatii. Dotyczyło to także dziewczyn, którym Maciek się podobał. Nawet one wolały podziwiać jego urodę skrycie, bez mówienia tego na głos.
Na szczęście, nie każdy był taki. Byli również i tacy ludzie, którzy okazywali mu z powodu sytuacji jego rodziców o wiele więcej sympatii niż kiedykolwiek przedtem. Chociażby Borejkowie, żona Ignacego i ich cztery córki: Gabriela, Ida, Natalia i Patrycja. To oto babskie królestwo szczególnie zaczęło wspierać na różne sposoby Maćka, który po aresztowaniu rodziców wylądował pod opieką starszego brata Piotra, też ponoć w coś tam kiedyś zaangażowanego, jednakże obecnie nie cierpiącego wszelkiej polityki świata, zarówno tej dobrej, jak i tej złej. Borejkowie okazywali obu braciom, a zwłaszcza Maćkowi, wiele sympatii, bo w końcu jechali na tym samym wózku. Jakby nie patrzeć, to głowa ich rodziny, ten oto babski władca, który umiał bujać w obłokach, ale spłodzić syna już nie (jak nieraz mówił złośliwie Piotr) wciągnął państwa Ogorzałków w te głupkowate gierki polityczne i wraz z nimi ponosił teraz za nie konsekwencje. Zatem zarówno Maciek i Piotr, jak i wszystkie Borejkówny, byli praktycznie w tej samej sytuacji i to dosłownie. Tyle w tym dobrego, że Maciek mieszkał tylko z Piotrem. Gdyby miał na głowie dom pełen bab, to chyba by zwariował i to pomimo tego, że te baby ostatecznie tylko zyskiwały na bliższym poznaniu. Zatem jakiś plus tej sytuacji był. Maciek dzielił mieszkanie tylko z Piotrem, pani Melania Borejko natomiast z czterema córkami, z których żadna nie zamierzała jeszcze iść na swoje, tylko wciąż sobie jakby nigdy nic siedziały na garnuszku mamusi, a do tego jeszcze najstarsza z nich wyszła za mąż i miała roczną córeczkę Różę, której ojciec, a mąż owej córki, był teraz Bóg wie gdzie. Podobno wyjechał do Australii, ale kto to tam wie, ile w tym wszystkim było prawdy? Piotr uważał, że Janusz Pyziak, bo tak ów delikwent się nazywał, po prostu wybył sobie za granicę, aby uwić gniazdko z kimś innym. Maciek jednak nie miał pojęcia, co powinien o tym sądzić. Faktem wszak było to, że żal mu było Gabrysi, ponieważ jej męża, choć nie znał go za dobrze, nigdy nie polubił. Zawsze sprawiał on na nim wrażenie fałszywego, a najlepszym tego dowodem było chyba to, że tak łatwo dostał pozwolenie na wyjazd z kraju. Ostatecznie wtedy granice zamknięto i nie puszczano byle kogo z Polski ani do Polski. Pyziak musiał mocno się przysłużyć partii, że tak po prostu go wypuszczono z tego naszego ukochanego, umiłowanego kraju. A może ceną tej usługi było sprzedanie teścia i jego wiernych wspólników w zbrodni, czyli rodziców Maćka i Piotra? Jeżeli tak, to lepiej niech nie wraca do kraju, bo inaczej jego rodzice i teść, kiedy już zostaną wypuszczeni na wolność, rozszarpią go na kawałki.
Tak, suma summarum, Borejkowie byli życzliwi Maćkowi i nie patrzyli na niego nieprzychylnie, choć u nich to mogło mieć charakter wyrzutów sumienia, ale Maciek czuł, że jest inaczej. Jednak nie tylko oni byli dla niego mili. Jeszcze jedną taką osobą była urocza pani Lewandowska, której jedyny syn Sławek kocha się w tej głupiej, chamskiej Idzie, która to wydaje się słodka i urocza, ale też pod byle pretekstem potrafi wywołać awanturę, a do tego ma też wybujałe aspiracje. Swoją drogą, dziwny jest ten Sławek. Kochać taką kretynkę. Ale cóż, ostatecznie są gusta i guściki. Choć chyba są jakieś granice, prawda? Maciek pamiętał, że swego czasu widział, jak Sławek próbował czule pocałować Idę w drzwiach ich kamienicy, ta natomiast najpierw chciała mu ulec, jednak widząc nadchodzące swoje koleżanki, szybko wepchnęła go do środka budynku i udawała, że nic się nie stało i z nikim przed chwilą nie rozmawiała. Gdyby jemu, Maćkowi, jakaś baba tak zrobiła, nie odezwałby się już do niej ani jednym słowem. Ale Sławek był już tak bezmyślnie zakochany, że trudno było mu przemówić do rozumu. Beznadziejny przypadek. Za to jego matka była niezwykle miłą i bardzo sympatyczną osobą. Zawsze chętnie przysyłała Piotrowi i jego starszemu bratu naleśniki czy inne łakocie, które sama szykowała, gdyż uważała, że młodzi mężczyźni powinno często osładzać sobie życie, bo i tak ono jest aż nadto gorzkie, aby jeść w nim tylko zdrowe, choć mało smaczne potrawy. Maciek niekiedy sobie żartował, że gdyby pani Lewandowska miała córkę, to pewnie chciałaby ją wyswatać jego starszemu bratu. Niestety, miała tylko swojego stukniętego synka. Ale podobno ma kilka siostrzenic, więc nigdy nic nie wiadomo. Nie od dziś mówią przecież, że przez żołądek do serca mężczyzny najłatwiejsza jest droga.
Zatem sąsiedzi z kamienicy byli raczej sympatycznymi ludźmi i zwykle byli oni mili do siebie nawzajem. W szkole zaś bywało różnie, ale też byli jedni mili, inni już nie, choć tych pierwszych było znacznie mniej niż tych drugich. Taki los. Podobno w nieszczęściu najlepiej się okazuje, kto jest ci przyjacielem, a kto jest ci wrogiem. Kto ci pomoże, a kto podłoży nogę. Najbardziej jednak przykre jest to, że budzisz się któregoś ranka i wszystko, w co wierzyłeś okazuje się być nic nie warte z powodu tego, jak zmieniła się sytuacja polityczna. Ci, którzy wydawali ci się być zawsze życzliwi, potrafią wówczas okazać się wyjątkowymi kanaliami, a wręcz największymi wrogami. To bardzo przykre, ale nad wyraz prawdziwe.
Jak zatem poradzić sobie w tym świecie ludzkich podłości? Piotr nie widział już żadnej nadziei na to, aby znaleźć choćby kaganek radosnego światła w czasach, które nadeszły. Ale to nic dziwnego, w końcu z powodów politycznych i swoich jakichś tam działań stracił pracę i z wilczym biletem wylądował wraz z Maćkiem w Poznaniu, w domu na ulicy Roosevelta 5, niedaleko dzielnicy zwanej Jeżycami. Dodatkowo jeszcze jego ukochana, w którą Piotr pokładał tak wielkie nadzieje, okazała się być konfidentką i to właśnie z jej powodu przełożeni dowiedzieli się o działaniach Piotra, który tylko z powodu tego, że wstawiło się za nim kilka osób mających wysokie stanowisko w pracy, nie skończył w więzieniu, tylko na wciąż trwającym bezrobociu. Załamany jednak starszy Ogorzałko zamknął się w sobie i pogrążył w pisaniu swoich własnych prac, gdyż zawsze miał on jakieś zacięcie pisarskie, ale nigdy nie miał możliwość wydać tego, co napisał. Pewnie z powodu braku koneksji i niechęci pisania pod dyktando partii lub jakiś kiepskich powieści dla pospólstwa, jak je określał. On chciał pisać wielkie dzieła, a to nie były czasy wielkich dzieł. Pisał je jednak ot tak, dla siebie i swojej przyjemności. A teraz miał na to dużo czasu, gdyż nie pracował, chociaż w weekendy udawało mu się złapać pracę na Jeżycach, którą załatwili mu znajomi. Zawsze był z tego jakiś zarobek, co w tamtych czasach było sprawą wręcz niebagatelną.
Mimo tych wyraźnych przejawów łaski ze strony losu, Piotr już nie widział wielkich nadziei na zapalenie się w jego życiu kaganka radości i nadziei, jak to określał, niezwykle oczytany w starych książkach, Maciek. Jego młodszy brat zaś widział i wiedział, jak ów kaganek się będzie nazywał. Miłość. Ale nie jakieś takie głupie zauroczenie, podczas którego wypisuje się na murze serduszka z imieniem swojej ukochanej osoby w środku. Nie, Maciek pragnął prawdziwej miłości. On chciał być szczerze zakochany w dziewczynie, która i jego szczerze pokocha. Miał nawet swój własny obraz takiej damy jego serca. Powinna być piękna, ale nie musi być piękna z wyglądu, lecz musi być piękna duchowo. Musi też być romantyczna, dobra, wrażliwa, pełna empatii i wspierająca w każdej sytuacji, aby i on mógł o nią dbać i pomagać wtedy, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba. No i powinna też kochać sztukę i być inteligentna, posiadać wiedzę, aby on i ona mogli ze sobą rozmawiać, najlepiej całymi godzinami na mnóstwo tematów. Taka istota byłaby najlepsza dla niego.
Kiedy tak o tym myślał, Maciek uznał, że chyba znalazł sobie taką idealną ukochaną. Nazywała się Matylda Stągiewka. Najbardziej uroczo się uśmiechająca dziewczyna w całej szkole. Od jakiegoś czasu Maciek czuł, jak serce mu mocniej przy niej bije, a to uczucie wzrosło w nim, kiedy tylko zobaczył, jak idzie ona do opery. A więc kochała sztukę. To był kolejny plus. Do tego była śliczna, chociaż doświadczenie w tych sprawach mówiło Maćkowi, że rzadko u kobiet uroda idzie w parze z wielką inteligencją oraz uduchowieniem. Bo kobieta jest jak tłumaczenie książki z języka obcego: jeżeli wierne, to nie jest piękne, a jeżeli piękne, to nie są wierne. Maciek jednak zawsze wierzył w to, że muszą istnieć wyjątki od tej reguły i być może ta oto Matylda jest jednym z nich. Bardzo chciał, aby tak było.
Z tych wszystkich rozmyślań Maćka wyrwało pukanie do drzwi. Wiedział, że nie są one zamknięte i mógł zawołać po prostu: „OTWARTE”, ale nie chciał być nieuprzejmy, zwłaszcza teraz, kiedy ogarnęły go duchowe przeżycia na temat swej przyszłości z wymarzoną ukochaną. Te uczucia za wiele dla niego znaczyły, aby miał je szargać prostym zachowaniem, dlatego odszedł od lustra, podszedł powoli do drzwi i otworzył je. W progu zobaczył Kreskę. Jak zwykle nic się nie zmieniła. Wysoka, szczupła i bardzo sympatyczna dziewczyna, niemalże osiemnastoletnia, o włosach barwy ciemnego drzewa, niebieskich oczach, z maleńkim oraz kształtnym nosem, różowych wargach i okularach o grubych ramkach nasadzonych mocno na tenże nos. Ubrana była w burą bluzkę, spódnicę uszytą z kolorowych łat, jakąś połataną kamizelkę, czarne rajstopy i brązowe buty. Pod pachą trzymała zeszyt. Jej twarz zdobił przyjazny uśmiech.
- Cześć, stary półgłówku - powiedziała życzliwie - Co tak długo kazałeś mi na siebie czekać? Medytujesz czy co?
Jej uroda była być może i prosta, ale też przyjemna dla oka. Niestety, język pozostawiał raczej wiele do życzenia. Mówiła jak chłopczyca, jakby próbowała być mu kumplem, a nie koleżanką z ławki i kimś, kogo Maciek chętnie by widział w roli duchowo bliskiej sobie osoby. Dlatego nigdy nie postrzegał jej jako ładnej dziewczyny, raczej przyjemnej i sympatycznej, ale nic poza tym. Brakowało jej tej duchowej otoczki, która by ją otaczała i która sprawiałaby, że chciałby z nią sobie rozmawiać na temat książek czy historii, tak uwielbianych przez Maćka. Nawet jej przezwisko było beznadziejne. Przezwisko, które to notabene sama sobie wybrała. Kreska. No, może beznadziejne nie było, ale mało duchowe. Tak naprawdę miała ona na imię Janina, choć jej dziadek i jedyny opiekun od śmierci rodziców, czyli słynny profesor Czesław Dmuchawiec, wielce szanowany przez całą kamienicę na ulicy Roosevelta 5, nazywał ją Janką. Na nazwisko miała zaś Krechowicz i to stąd pewnie pochodził jej przydomek: Kreska (zdaniem Maćka ładny, ale raczej dosyć pretensjonalny).
- Wybacz, zamyśliłem się i nie od razu usłyszałem, jak pukasz - odpowiedział przepraszającym tonem Maciek, wpuszczając ją do środka.
Kreska wkroczyła spokojnie do mieszkania i rozejrzała się po nim.
- Jednak łżą jak psy ci, co mówią, że kawalerowie bałaganią. Wy macie tutaj porządek jakby cała armia sprzątaczek u was pracowała - rzuciła po chwili.
- Widzisz, umiemy dbać o porządek. Piotr może nie jest pedantem, ale mimo wszystko lubi mieć porządek wokół siebie. Ja mam zresztą podobnie - odparł na to Maciek przyjaznym tonem.
- Nie gadaj. Serio? To dopiero - zachichotała Kreska, wyraźnie ubawiona tym stwierdzeniem - A mój dziadek to straszny bałaganiarz. A myślałby kto, że jak jest na emeryturze, to ma dużo czasu na dbanie o porządek.
- Może mu się po prostu już nie chce?
- Może. Słuchaj, z histą mi coś nie idzie. Mylą mi się już w głowie ci wszyscy cholerni królowie, którzy byli elekcyjni, a którzy nie. Może byś mi pomógł, żebym nie wyszła na idiotkę na lekcjach?
- Lekcjach? Przecież są wakacje. Nie musisz się uczyć.
- Ale ostatnio nie radziłam sobie najlepiej i wolę być obkuta na następny rok szkolny. Kapujesz, półgłówku?
- Tak, oczywiście. A więc siadaj i powiedz mi, z czym ci potrzeba pomocy.
Usiedli więc przy stoliku i zaczęli rozmawiać o historii. Maciek jednak przez chwilę odnosił wrażenie, że Kreska doskonale wie o tym, o czym oni rozmawiają i orientuje się w tematach, o których tu mowa, jeśli nawet nie równie dobrze, co on, to jedynie nieco mniej niż on. Szybko jednak odrzucił tę myśl. Bo w końcu, po co Kreska miałaby przychodzić do niego po dodatkowe lekcje, skoro wszystko sama doskonale wie z historii? To by było bez sensu.
Jakkolwiek by jednak nie było, Kreska z wielką uwagą słuchała opowieści Maćka o władcach Polski i ich losach i dokonaniach politycznych oraz nad wyraz dokładnych i uzasadnionych wyjaśnieniach, dlaczego ten król jest królem, czemu ten był tylko księciem, a czemu ten jest dziedzicznym władcą, a ten elekcyjnym. Maciek opowiadał naprawdę ciekawie i potrafił zainteresować słuchacza, nawet takiego, który w dużej mierze już opanował tę wiedzę i przychodził tu jedynie po to, aby posłuchać opowiadającego, choć opowiadający nie zdawał sobie z tego w ogóle sprawy.
Ciekawe przedstawienie postaci.
OdpowiedzUsuńTroszkę dziwne zawsze wydawało mi się zachowanie Kreski, która mówi "stary półgłówku" do przystojnego chłopaka, który jej się podoba.
"Wysoka, szczupła i sympatyczna dziewczyna, niemalże osiemnastoletnia, o włosach barwy ciemnego drzewa, niebieskich oczach, z maleńkim i kształtnym nosem, różowych wargach i okularach o grubych ramkach nasadzonych mocno na nos". Jakoś inaczej sobie wyobrażałam Kreskę z książki, jako podobną do młodej i zmysłowej Izy Trojanowskiej. Ale w Twojej wizji może ona przecież wyglądać zupełnie inaczej. Plus za kreatywność.
Maciek daje się naiwnie nabierać na gierki Matyldy, która udaje uduchowioną, bo wie, że chłopcy takie lubią.
Ta ponura rzeczywistość stanu wojennego przypomina pod wieloma względami nasze czasy: tłumy lizusów i miernot, które karierę zawdzięczają jedynie partii.
Czekam na ciąg dalszy i pojawienie się małej Aurelii.
Ty to masz lekkie pióro! Już zupełnie o tym zapomniałam! Bardzo dobrze, lekko mi się czytało. Ciekawie też zapowiadają się postaci, a głównie Kreska którą od razu polubiłam. Ciekawa jestem bardzo też dalszego ciągu. Pozdrawiam i czekam niecierpliwie na dalszy ciąg.
OdpowiedzUsuńHistoria jest bardzo ciekawa. :) Zaciekawiła mnie postać Maćka Ogorzałki, w którym niejako dostrzegam podobieństwo do Ciebie - podobne jak Ty bardzo lubi książki i umie ciekawie opowiadać historie wszelakie :) Ten Piotr to chyba nawiązanie do pewnego Piotra o którym oboje dobrze wiemy, prawda? Ewidentnie ta postać mimo swojej poboczności nie wzbudza sympatii.
OdpowiedzUsuńMatylda Stągiewka to tak z mojej perspektywy jakby uosobienie Iwonki, prawda? Śliczna dziewczyna, która kocha kulturę i sztukę. Chociaż to tylko moje przypuszczenia, gdyż nie znam jej na tyle dobrze, więc mogę tylko zgadywać. :)
A Kreska to się chyba w Maćku podkochuje... No bo tak przychodzi i z nim rozmawia, słucha jego opowieści, chociaż doskonale zna się na historii. Widać, że szuka okazji by spędzać z nim jak najwięcej czasu. :) Niemniej jednak również wzbudziła moją sympatię już od samego początku, gdyż tak jak ja lubi historię. :)
Ogólnie rzecz biorąc, z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg opowieści. :)
Cieszę się, że rozdział Ci się podoba. A przy okazji doskonale poznałaś w postaci Maćka Ogorzałki mnie samego. Nadałem mu sporo własnych cech.
UsuńJeśli chodzi o Piotra, to cóż... Nie, nie nawiązuje on do dobrze nam obojgu znanej osoby. Bo przecież cała opowieść jest fanficiem oryginalnej powieści Małgorzaty Musierowicz "OPIUM W ROSOLE". I są tu oryginalne postacie, ale przerobione przeze mnie.
Nie, Matylda nie jest uosobieniem Iwonki. I taka pozytywna wydaje się tylko Maćkowi. Iwonką jest Kreska. Nie rzuciły Ci się w oczy okularki? xD Ale rzeczywiście, jest ona zakochana w Maćku. I widzę, że z miejsca ją polubiłaś. Liczę, że ta sympatia się utrzyma :)