Rozdział V
Niefortunny spacer
Niefortunny spacer
Następnego dnia, zgodnie ze wcześniejszym postanowieniem, Maciek wręcz punktualnie o godzinie 12:00 w południe zjawił się przed wejściem do domu na ulicy Roosevelta 5, gdzie też czekała na niego Matylda. Ubrana ona była w bardzo elegancką sukienkę rodem z Mediolanu i zgrabne szpilki. Przez ramię przerzuconą miała zieloną torebkę. Jej włosy były rozpuszczone i bardzo zgrabnie powiewały na wietrze, dodając dziewczynie w ten sposób wiele uroku, przynajmniej w oczach zakochanego Maćka, który poczuł się na jej widok jakiś dziwnie mały i biedny.
- Witaj, Maciusiu - powiedziała słodkim tonem Matylda - To co? Idziemy?
- Oczywiście, bardzo chętnie - odpowiedział jej chłopak i oczywiście zaraz użyczył jej swego ramienia.
Matylda jeszcze bardziej się rozpromieniła i przyjęła podane jej ramię, po czym bardzo zadowolona ruszyła z nim przed siebie.
- Co chcesz najpierw zobaczyć? - zapytał ją Maciek.
- Och, sama nie wiem. Najlepiej to, co sam lubisz zwiedzać - odpowiedziała mu bardzo dyplomatycznie Matylda.
Nie chciała podejmować decyzji za niego, poza tym, prawdę mówiąc, to nie chciała się wykazać swoim brakiem znajomości nazw własnych ulic oraz dzielnic miasta Poznania. Co prawda przebywała w nim już od jakiegoś czasu, ale jakoś nie umiała wciąż nauczyć się na pamięć nazw ulic, a wszystkie dzielnice miasta wciąż się jej wydawały takie same. Nie chciała tego ujawniać, aby nie wypaść źle w oczach Maćka, wobec którego miała bardzo konkretne już plany w głowie, dlatego też wolała, aby chłopak ją prowadził po mieście wedle własnego upodobania. I tak przecież, jeżeli już mamy być szczerzy, nie chodziło jej o zwiedzanie miasta, a jedynie o to, aby Maciek mógł z nią chodzić po nim i był w niej jeszcze bardziej zakochany. Na tym zależało jej szczególnie, choć sama oczywiście nie darzyła chłopaka żadnym poważniejszym uczuciem.
Matylda Stągiewka, co z żalem musimy przyznać, nie należała niestety do osób szczerych oraz uczciwych, które potrafią na poważnie brać uczucia zarówno swoje własne, jak i innych. Przejmowała się tylko i wyłącznie sobą, jak również wychodziła z założenia, że tylko ludzie piękni i bogaci są coś warci, a uroda oraz bogactwo to jedyna para, którą ona popierała i której kibicowała. Uczucia te, jak zresztą wszystkie uczucia tego świata, nie wzięły się znikąd. Gdy była dzieckiem, a jej rodzice nie zarabiali jeszcze zbyt wiele, zaś jedyną cieplejszą wobec niej osobą była jej babcia, lubiąca ją dokarmiać ponad miarę, Matylda nie uchodziła za wzór piękności i nic w tym dziwnego. Była pulchna i do tego w kilku miejscach swego uzębienia szczerbata. W niczym wówczas nie przypominała ona klasycznej piękności, którą była obecnie. Wskutek czego w szkole dokuczano jej i obrażano ją na każdym kroku, przy czym słowa typu „Gruba beka” oraz „Szczerba” były najlżejszymi ze wszystkim wtedy możliwych przezwisk. Potem jej rodzice wstąpili do partii, zaczęli sobie lepiej radzić i od razu przyszła poprawa zarówno bytu, jak i wyglądu Matyldy. Teraz była kimś, a co za tym idzie, teraz to ona rozdawała karty. Zamierzała zatem, bez najmniejszych nawet skrupułów, wykorzystać swoje atuty, czyli urodę oraz zdolności aktorskie, aby uwieść jak największą liczbę chłopców, rozkochiwać ich w sobie, aż zaczną jej oni jeść z ręki, po czym porzucić podle i bezceremonialnie, nie podając najmniejszych nawet ku temu powodów. To był jej odwet za wszystkie lata bycia nikim. A fakt, że w ramach tej zemsty obrywało się niewinnym osobom, nic jej nie obchodził. Bo czy ktoś kiedykolwiek pomyślał, co ona może czuć, będąc nikim w oczach ludzi? Niech zatem teraz inni to poczują. Nieważne, winni czy też niewinni. Wszyscy faceci musieli jej za to zapłacić, cały męski ród i wszystkie kobiety, którą staną po ich stronie. Niech sobie zapamiętają, że z Matyldą Stągiewką nie należy zadzierać.
Maciek oczywiście nie miał o tym wszystkim zielonego pojęcia i wychodząc z założenia, że skoro taka super dziewczyna traci swój cenny czas, aby chodzić z nim po mieście i rozmawiać, to musi jej bardzo na nim zależeć, czyż nie? A więc chodził z nią po Poznaniu, pokazywał najpiękniejsze jego zakamarki i ciekawie o nich opowiadał. Matylda jednak nie doceniała tych starań. Dla niej było to tylko stratą czasu. Ona chciała podziwiania jej osoby, a nie jakiś głupich zabytków. To przecież ona była największą atrakcją tego miejsca, a więc dlaczego ten głupek opowiada jej o czymś, co w ogóle jej nie interesuje?
- Jak pięknie o wszystkim opowiadasz. Masz do tego talent - rzekła Matylda.
Nie mówiła szczerze, ale robiła wszystko, aby Maciek myślał inaczej. Bardzo chciała, aby chłopak był zadowolony z jej towarzystwa i możliwości spędzenia z nią chociażby godziny. Dlatego wiedziała, że musi mu schlebiać, gdyż mężczyźni to uwielbiają. Na komplementy zawsze się złapią.
- Dziękuję, Matyldo. Jesteś słodka - powiedział Maciek.
Wtem zauważyli, że ktoś do nich podchodzi. To była Kreska, wyraźnie w najwyższym stopniu niezadowolona.
- Cześć, Kreska. Czy wszystko dobrze? - zapytał ją czule Maciek.
- Tak, oczywiście. A co by się niby miało mi stać? - odpowiedziała mu dość złośliwie dziewczyna.
Nie miała ochoty dyskutować z chłopakiem, a już zwłaszcza teraz, gdy był on z jej największą rywalką.
- W sumie, to nic. Tak tylko chciałem spytać - rzekł Maciek - Wyglądałaś na smutną.
- A więc już się spostrzegłeś? - zapytała z kpiną w głosie Kreska - To dobrze, bo już się bałam, że przez miłość oczy ci już całkowicie oślepły.
- Spokojnie, Maciek jest tak fajny, że nawet brak spostrzegawczości można mu wybaczyć - powiedziała Matylda.
Oj tak, ale innych wad nie można, pomyślała w duchu Kreska. Przykładowo tego, że pozwolił na to, aby taka idiotka zawróciła mu w głowie. A może on nie wie o tym, jaką Matylda jest idiotką? Warto mu to zatem uświadomić.
- Maciek, słuchaj, a czy mógłbyś mnie odwiedzić dzisiaj? Chciałabym, żebyś mi pomógł coś zrozumieć. Chodzi o sąd Parysa. To dla mnie bardzo ważne.
- Widać, że jesteś bardzo daleko w tyle za najnowszą modą - odezwała się na to Matylda - Paryż chwilowo nie jest królem sztuki. Teraz jest nim Mediolan, więc tam bym ci radziła szukać natchnienia.
Kreska parsknęła śmiechem. Tak jak przypuszczała, Matylda była naprawdę osobą ograniczoną i żadne modne ciuchy tego nie mogły zmienić. Maciek chyba również to dostrzegł, ale jego uczucia nie mijały tak po prostu, dlatego też rzekł do niej poważnie:
- Matyldo, może chcesz zobaczyć, jak mieszkam? Kreska, później do ciebie wpadnę, dobrze?
- Dobrze, nie ma sprawy. I nie ma pośpiechu - dodała Kreska i pozwoliła im odejść w swoją stronę.
Wracając do domu, Maciek poczuł się dziwnie, nie rozumiejąc w ogóle tego, czego właśnie był świadkiem. Dlaczego Kreska wyraźnie próbowała sprawdzić wiedzę Matyldy? Bo przecież wyraźnie chciała to zrobić, chłopak nie miał ku temu żadnych wątpliwości. I dlaczego jego ukochana nie wiedziała, czym był sąd Parysa i jak mogła go pomylić z Paryżem? Szybko jednak uznał, że najwidoczniej nikt nie ma obowiązku, aby wiedzieć cokolwiek o Parysie i mitologii greckiej i widocznie z tego przywileju braku takiej wiedzy Matylda korzystała. No cóż... Być może w innych kwestiach lepiej się sprawdzi.
Matylda z kolei była zdenerwowana. Dobrze wiedziała, że Kreska chciała w tamtej chwili sprawdzić jej wiedzę i najwidoczniej jej się to udało. Paskudna oraz biedna dziewucha. Ona na serio myśli, że z nią wygra? To się grubo myli.
Maciek powoli dotarł wraz z Matyldą do swojego mieszkania i zaprosił ją do środka. Panna Stągiewka poczuła się wówczas nad wyraz dziwnie. Dawno już nie widziała tak skromnie urządzonego lokum. W swojej cwanej głowie zdawała sobie sprawę z tego, że istnieją ludzie więcej lub mniej zamożni i ci drudzy rzadko mają możliwość się rozwinąć i wybić ponad stan. Jej się akurat udało, ale inni mogą mieć w tej kwestii trudniej. Ale to było dla niej nieistotne. Ważne, aby była zawsze górą, a plotki obcych były jej całkowicie obojętne. Przybyła tutaj z Maćkiem i to po to, aby dowieść swojej lojalności wobec chłopaka i potem móc z niej sobie korzystać na różne spokojny. Dlatego udawała, że mieszkanie jej się podoba, lecz zarazem szukała w głowie pretekstu, dla którego mogłaby opuścić to miejsce aż ociekające biedą, do której ona nie przywykła.
- Ładnie tu mieszkasz. Naprawdę ładnie - powiedziała Matylda - Ale wiesz, chodzi o to, że muszę już wracać. Obiecałaś w czymś pomóc mamie i dlatego też... Sam pewnie rozumiesz.
Maciek nie bardzo rozumiał, a dodatkowo wyczuwał w głosie swej wybranki coraz więcej fałszu. Z tego powodu zaczął mieć wątpliwości, co do tego, czy aby na pewno Matylda jest wobec niego szczera.
- Wiesz, jeżeli nie podoba ci się jak mieszkam, to możesz mi to powiedzieć - rzekł po chwili - Ja sam nie mogę powiedzieć, żeby było luksusowe, ale widzisz...
- Ależ nic się nie stało, wcale a wcale - odpowiedziała nieszczerze Matylda, aby ukryć swoje ograniczenie - Po prostu chodzi o to, że jestem już nieco naszym spacerem zmęczona i muszę odpocząć, a najlepiej odpoczywam w domu.
- Słusznie. Co racja, to racja - odpowiedział jej Maciek.
Wyszedł razem z nią na klatkę schodową i pożegnał dziewczynę, a kiedy to robił, to ścisnął delikatnie jej dłoń i zapytał:
- Odwiedzisz mnie jeszcze?
- Wolałbym, żebyś ty odwiedził mnie. Bo wiesz, niedługo są moje urodziny i bardzo bym chciała, abyś na nie wpadł - usłyszał w odpowiedzi.
Maciek poczuł się tak, jakby świat się przed nim otworzył. Zachwycony dość energicznie wyraził zgodzę, dziko kiwając przy tym głową i mówiąc:
- Oczywiście, z prawdziwą przyjemnością.
- Super. To jesteśmy umówieni, Maciusiu - powiedziała Matylda i delikatnie pogładziła dłonią jego policzek - Mam nadzieję, że kupisz mi jakiś prezent.
Te słowa zmroziły nieco Maćka. Nie spodziewał się, iż Matylda zechce go o to poprosić. Przecież nie był zamożny i ona dobrze o tym wiedziała. Mimo to bez najmniejszych ceregieli wyraziła takie życzenie.
- Wiesz, nie jestem zbyt bogaty i nie mam pewności, jak to będzie...
- Maciusiu, ale pomyśl tylko. Jak można przychodzić na czyjeś urodziny bez prezentu? To byłoby bardzo nietaktowne - stwierdziła Matylda, bezceremonialnie wchodząc Maćkowi w słowo.
- Tak, pewnie masz rację - chłopak spuścił wzrok w dół, aby nie widziała jego zażenowania - Postaram się coś załatwić, jeśli tylko starczy mi czasu.
- No i widzisz, Maciusiu? Dla chcącego nic trudnego - powiedziała Matylda zachwycona i pocałowała go czule w usta - To do zobaczenia. Powiem ci potem, jak to wszystko wygląda. Dobrze?
- Dobrze, oczywiście - zgodził się z nią Maciek.
Matylda uśmiechnęła się do niego słodko i powoli ruszyła po schodach na dół. Maciek już miał wejść do domu, kiedy nagle usłyszał dziki krzyk dziewczyny, a potem ostry płacz dziecka. Przerażony zbiegł po schodach na półpiętro i zobaczył siedzącą na podłodze Aurelię, która płakała oraz stojącą nad nią wyraźnie złą jak osa Matyldę.
- Co się tu stało? - zapytał zdumiony.
- Wpadła na mnie i się przewróciła - odpowiedziała mu Matylda.
- Ona zrobiła to specjalnie! - płakała dziko Aurelia, wskazując oskarżycielsko palcem na dziewczynę.
- To nieprawda! - krzyknęła ze złością Matylda.
- Nie krzycz na nią! - skarcił ją Maciek i uklęknął przed Aurelią, patrząc na nią z troską - Co ci się stało, maleńka? Bardzo cię boli?
- Boli - odpowiedziała smutno dziewczynka.
- Ona udaje, smarkula jedna! - powiedziała ze złością Matylda - Przecież nie może jej tak bardzo boleć!
- Już nie krzycz na nią, dobrze? - skarcił ją Maciek - Chodź, Aurelia. Chodź do mnie. Pomogę ci.
Aurelia wyciągnęła do niego rączki, dając mu jasno do zrozumienia, że chce, aby ją wziął na ręce. Maciek spełnił jej życzenie i przytulił mocno do siebie.
- Wybacz, Matylda. Muszę się nią zająć - rzekł Maciek.
To mówiąc odwrócił się plecami do dziewczyny, nie zobaczył więc czegoś, co mogłoby go naprawdę mocno zdziwić. Otóż ta oto zapłakana oraz słodka Aurelia, której głowa leżała wygodnie na jego ramieniu, gdy on odwrócił się plecami do Matyldy i nie widział jej, pokazała pannie Stągiewce język i to z czystą satysfakcją w oczach. Matylda była tym oburzona, jednak szok wywołany tym wydarzeniem sprawił, że nie była w stanie ani jednego słowa z siebie wydusić.
- Maleńka Aurelia. Już lepiej, kochanie? - zapytał czule Maciek, idąc na górę po schodach z dziewczynką.
- Teraz dużo lepiej - odpowiedziała mu Aurelia, tuląc się do niego zachłannie.
- To dobrze, bo się o ciebie bałem.
- Ja o ciebie też.
- Dlaczego, kochanie?
- Że cię zaczarowała ta czarownica.
- Jaka czarownica? Że niby Matylda?
- Tak.
- A czemu tak o niej mówisz?
- Bo jej nie lubię. Czemu ty ją lubisz?
Maciek nie odpowiedział na to pytanie. Im więcej o tym wszystkim myślał, tym bardziej czuł, że sam powinien sobie je zadać. W końcu, im dłużej przebywał z Matyldą, tym więcej jej wad dostrzegał. Ale nie chciał jeszcze jej przekreślać. Bo w końcu każdy ma swoje wady, a on nie może od niej oczekiwać, że będzie jakimś chodzącym ideałem. Ostatecznie nie na tym polega prawdziwa miłość.
Chłopak zabrał dziewczynkę do siebie i aby poprawić jej jakoś humor, podał jej trochę ciasteczek i szklankę mleka. Aurelia z chęcią się tym poczęstowała, po czym zaczęła się do niego słodko uśmiechać.
- Już cię nie boli? - zapytał czule i z troską Maciek.
- Już nie boli, przy tobie nie - odpowiedziała mu słodko Aurelia, patrząc na niego swoimi dużymi, niebieskimi oczami.
- To dobrze, bo już się martwiłem - rzekł z ulgą chłopak - Na pewno wszystko dobrze?
- Teraz już wszystko dobrze - odparła dziewczynka.
W myślach zaś dodała:
- Bo ta głupia Matylda już sobie poszła.
- Witaj, Maciusiu - powiedziała słodkim tonem Matylda - To co? Idziemy?
- Oczywiście, bardzo chętnie - odpowiedział jej chłopak i oczywiście zaraz użyczył jej swego ramienia.
Matylda jeszcze bardziej się rozpromieniła i przyjęła podane jej ramię, po czym bardzo zadowolona ruszyła z nim przed siebie.
- Co chcesz najpierw zobaczyć? - zapytał ją Maciek.
- Och, sama nie wiem. Najlepiej to, co sam lubisz zwiedzać - odpowiedziała mu bardzo dyplomatycznie Matylda.
Nie chciała podejmować decyzji za niego, poza tym, prawdę mówiąc, to nie chciała się wykazać swoim brakiem znajomości nazw własnych ulic oraz dzielnic miasta Poznania. Co prawda przebywała w nim już od jakiegoś czasu, ale jakoś nie umiała wciąż nauczyć się na pamięć nazw ulic, a wszystkie dzielnice miasta wciąż się jej wydawały takie same. Nie chciała tego ujawniać, aby nie wypaść źle w oczach Maćka, wobec którego miała bardzo konkretne już plany w głowie, dlatego też wolała, aby chłopak ją prowadził po mieście wedle własnego upodobania. I tak przecież, jeżeli już mamy być szczerzy, nie chodziło jej o zwiedzanie miasta, a jedynie o to, aby Maciek mógł z nią chodzić po nim i był w niej jeszcze bardziej zakochany. Na tym zależało jej szczególnie, choć sama oczywiście nie darzyła chłopaka żadnym poważniejszym uczuciem.
Matylda Stągiewka, co z żalem musimy przyznać, nie należała niestety do osób szczerych oraz uczciwych, które potrafią na poważnie brać uczucia zarówno swoje własne, jak i innych. Przejmowała się tylko i wyłącznie sobą, jak również wychodziła z założenia, że tylko ludzie piękni i bogaci są coś warci, a uroda oraz bogactwo to jedyna para, którą ona popierała i której kibicowała. Uczucia te, jak zresztą wszystkie uczucia tego świata, nie wzięły się znikąd. Gdy była dzieckiem, a jej rodzice nie zarabiali jeszcze zbyt wiele, zaś jedyną cieplejszą wobec niej osobą była jej babcia, lubiąca ją dokarmiać ponad miarę, Matylda nie uchodziła za wzór piękności i nic w tym dziwnego. Była pulchna i do tego w kilku miejscach swego uzębienia szczerbata. W niczym wówczas nie przypominała ona klasycznej piękności, którą była obecnie. Wskutek czego w szkole dokuczano jej i obrażano ją na każdym kroku, przy czym słowa typu „Gruba beka” oraz „Szczerba” były najlżejszymi ze wszystkim wtedy możliwych przezwisk. Potem jej rodzice wstąpili do partii, zaczęli sobie lepiej radzić i od razu przyszła poprawa zarówno bytu, jak i wyglądu Matyldy. Teraz była kimś, a co za tym idzie, teraz to ona rozdawała karty. Zamierzała zatem, bez najmniejszych nawet skrupułów, wykorzystać swoje atuty, czyli urodę oraz zdolności aktorskie, aby uwieść jak największą liczbę chłopców, rozkochiwać ich w sobie, aż zaczną jej oni jeść z ręki, po czym porzucić podle i bezceremonialnie, nie podając najmniejszych nawet ku temu powodów. To był jej odwet za wszystkie lata bycia nikim. A fakt, że w ramach tej zemsty obrywało się niewinnym osobom, nic jej nie obchodził. Bo czy ktoś kiedykolwiek pomyślał, co ona może czuć, będąc nikim w oczach ludzi? Niech zatem teraz inni to poczują. Nieważne, winni czy też niewinni. Wszyscy faceci musieli jej za to zapłacić, cały męski ród i wszystkie kobiety, którą staną po ich stronie. Niech sobie zapamiętają, że z Matyldą Stągiewką nie należy zadzierać.
Maciek oczywiście nie miał o tym wszystkim zielonego pojęcia i wychodząc z założenia, że skoro taka super dziewczyna traci swój cenny czas, aby chodzić z nim po mieście i rozmawiać, to musi jej bardzo na nim zależeć, czyż nie? A więc chodził z nią po Poznaniu, pokazywał najpiękniejsze jego zakamarki i ciekawie o nich opowiadał. Matylda jednak nie doceniała tych starań. Dla niej było to tylko stratą czasu. Ona chciała podziwiania jej osoby, a nie jakiś głupich zabytków. To przecież ona była największą atrakcją tego miejsca, a więc dlaczego ten głupek opowiada jej o czymś, co w ogóle jej nie interesuje?
- Jak pięknie o wszystkim opowiadasz. Masz do tego talent - rzekła Matylda.
Nie mówiła szczerze, ale robiła wszystko, aby Maciek myślał inaczej. Bardzo chciała, aby chłopak był zadowolony z jej towarzystwa i możliwości spędzenia z nią chociażby godziny. Dlatego wiedziała, że musi mu schlebiać, gdyż mężczyźni to uwielbiają. Na komplementy zawsze się złapią.
- Dziękuję, Matyldo. Jesteś słodka - powiedział Maciek.
Wtem zauważyli, że ktoś do nich podchodzi. To była Kreska, wyraźnie w najwyższym stopniu niezadowolona.
- Cześć, Kreska. Czy wszystko dobrze? - zapytał ją czule Maciek.
- Tak, oczywiście. A co by się niby miało mi stać? - odpowiedziała mu dość złośliwie dziewczyna.
Nie miała ochoty dyskutować z chłopakiem, a już zwłaszcza teraz, gdy był on z jej największą rywalką.
- W sumie, to nic. Tak tylko chciałem spytać - rzekł Maciek - Wyglądałaś na smutną.
- A więc już się spostrzegłeś? - zapytała z kpiną w głosie Kreska - To dobrze, bo już się bałam, że przez miłość oczy ci już całkowicie oślepły.
- Spokojnie, Maciek jest tak fajny, że nawet brak spostrzegawczości można mu wybaczyć - powiedziała Matylda.
Oj tak, ale innych wad nie można, pomyślała w duchu Kreska. Przykładowo tego, że pozwolił na to, aby taka idiotka zawróciła mu w głowie. A może on nie wie o tym, jaką Matylda jest idiotką? Warto mu to zatem uświadomić.
- Maciek, słuchaj, a czy mógłbyś mnie odwiedzić dzisiaj? Chciałabym, żebyś mi pomógł coś zrozumieć. Chodzi o sąd Parysa. To dla mnie bardzo ważne.
- Widać, że jesteś bardzo daleko w tyle za najnowszą modą - odezwała się na to Matylda - Paryż chwilowo nie jest królem sztuki. Teraz jest nim Mediolan, więc tam bym ci radziła szukać natchnienia.
Kreska parsknęła śmiechem. Tak jak przypuszczała, Matylda była naprawdę osobą ograniczoną i żadne modne ciuchy tego nie mogły zmienić. Maciek chyba również to dostrzegł, ale jego uczucia nie mijały tak po prostu, dlatego też rzekł do niej poważnie:
- Matyldo, może chcesz zobaczyć, jak mieszkam? Kreska, później do ciebie wpadnę, dobrze?
- Dobrze, nie ma sprawy. I nie ma pośpiechu - dodała Kreska i pozwoliła im odejść w swoją stronę.
Wracając do domu, Maciek poczuł się dziwnie, nie rozumiejąc w ogóle tego, czego właśnie był świadkiem. Dlaczego Kreska wyraźnie próbowała sprawdzić wiedzę Matyldy? Bo przecież wyraźnie chciała to zrobić, chłopak nie miał ku temu żadnych wątpliwości. I dlaczego jego ukochana nie wiedziała, czym był sąd Parysa i jak mogła go pomylić z Paryżem? Szybko jednak uznał, że najwidoczniej nikt nie ma obowiązku, aby wiedzieć cokolwiek o Parysie i mitologii greckiej i widocznie z tego przywileju braku takiej wiedzy Matylda korzystała. No cóż... Być może w innych kwestiach lepiej się sprawdzi.
Matylda z kolei była zdenerwowana. Dobrze wiedziała, że Kreska chciała w tamtej chwili sprawdzić jej wiedzę i najwidoczniej jej się to udało. Paskudna oraz biedna dziewucha. Ona na serio myśli, że z nią wygra? To się grubo myli.
Maciek powoli dotarł wraz z Matyldą do swojego mieszkania i zaprosił ją do środka. Panna Stągiewka poczuła się wówczas nad wyraz dziwnie. Dawno już nie widziała tak skromnie urządzonego lokum. W swojej cwanej głowie zdawała sobie sprawę z tego, że istnieją ludzie więcej lub mniej zamożni i ci drudzy rzadko mają możliwość się rozwinąć i wybić ponad stan. Jej się akurat udało, ale inni mogą mieć w tej kwestii trudniej. Ale to było dla niej nieistotne. Ważne, aby była zawsze górą, a plotki obcych były jej całkowicie obojętne. Przybyła tutaj z Maćkiem i to po to, aby dowieść swojej lojalności wobec chłopaka i potem móc z niej sobie korzystać na różne spokojny. Dlatego udawała, że mieszkanie jej się podoba, lecz zarazem szukała w głowie pretekstu, dla którego mogłaby opuścić to miejsce aż ociekające biedą, do której ona nie przywykła.
- Ładnie tu mieszkasz. Naprawdę ładnie - powiedziała Matylda - Ale wiesz, chodzi o to, że muszę już wracać. Obiecałaś w czymś pomóc mamie i dlatego też... Sam pewnie rozumiesz.
Maciek nie bardzo rozumiał, a dodatkowo wyczuwał w głosie swej wybranki coraz więcej fałszu. Z tego powodu zaczął mieć wątpliwości, co do tego, czy aby na pewno Matylda jest wobec niego szczera.
- Wiesz, jeżeli nie podoba ci się jak mieszkam, to możesz mi to powiedzieć - rzekł po chwili - Ja sam nie mogę powiedzieć, żeby było luksusowe, ale widzisz...
- Ależ nic się nie stało, wcale a wcale - odpowiedziała nieszczerze Matylda, aby ukryć swoje ograniczenie - Po prostu chodzi o to, że jestem już nieco naszym spacerem zmęczona i muszę odpocząć, a najlepiej odpoczywam w domu.
- Słusznie. Co racja, to racja - odpowiedział jej Maciek.
Wyszedł razem z nią na klatkę schodową i pożegnał dziewczynę, a kiedy to robił, to ścisnął delikatnie jej dłoń i zapytał:
- Odwiedzisz mnie jeszcze?
- Wolałbym, żebyś ty odwiedził mnie. Bo wiesz, niedługo są moje urodziny i bardzo bym chciała, abyś na nie wpadł - usłyszał w odpowiedzi.
Maciek poczuł się tak, jakby świat się przed nim otworzył. Zachwycony dość energicznie wyraził zgodzę, dziko kiwając przy tym głową i mówiąc:
- Oczywiście, z prawdziwą przyjemnością.
- Super. To jesteśmy umówieni, Maciusiu - powiedziała Matylda i delikatnie pogładziła dłonią jego policzek - Mam nadzieję, że kupisz mi jakiś prezent.
Te słowa zmroziły nieco Maćka. Nie spodziewał się, iż Matylda zechce go o to poprosić. Przecież nie był zamożny i ona dobrze o tym wiedziała. Mimo to bez najmniejszych ceregieli wyraziła takie życzenie.
- Wiesz, nie jestem zbyt bogaty i nie mam pewności, jak to będzie...
- Maciusiu, ale pomyśl tylko. Jak można przychodzić na czyjeś urodziny bez prezentu? To byłoby bardzo nietaktowne - stwierdziła Matylda, bezceremonialnie wchodząc Maćkowi w słowo.
- Tak, pewnie masz rację - chłopak spuścił wzrok w dół, aby nie widziała jego zażenowania - Postaram się coś załatwić, jeśli tylko starczy mi czasu.
- No i widzisz, Maciusiu? Dla chcącego nic trudnego - powiedziała Matylda zachwycona i pocałowała go czule w usta - To do zobaczenia. Powiem ci potem, jak to wszystko wygląda. Dobrze?
- Dobrze, oczywiście - zgodził się z nią Maciek.
Matylda uśmiechnęła się do niego słodko i powoli ruszyła po schodach na dół. Maciek już miał wejść do domu, kiedy nagle usłyszał dziki krzyk dziewczyny, a potem ostry płacz dziecka. Przerażony zbiegł po schodach na półpiętro i zobaczył siedzącą na podłodze Aurelię, która płakała oraz stojącą nad nią wyraźnie złą jak osa Matyldę.
- Co się tu stało? - zapytał zdumiony.
- Wpadła na mnie i się przewróciła - odpowiedziała mu Matylda.
- Ona zrobiła to specjalnie! - płakała dziko Aurelia, wskazując oskarżycielsko palcem na dziewczynę.
- To nieprawda! - krzyknęła ze złością Matylda.
- Nie krzycz na nią! - skarcił ją Maciek i uklęknął przed Aurelią, patrząc na nią z troską - Co ci się stało, maleńka? Bardzo cię boli?
- Boli - odpowiedziała smutno dziewczynka.
- Ona udaje, smarkula jedna! - powiedziała ze złością Matylda - Przecież nie może jej tak bardzo boleć!
- Już nie krzycz na nią, dobrze? - skarcił ją Maciek - Chodź, Aurelia. Chodź do mnie. Pomogę ci.
Aurelia wyciągnęła do niego rączki, dając mu jasno do zrozumienia, że chce, aby ją wziął na ręce. Maciek spełnił jej życzenie i przytulił mocno do siebie.
- Wybacz, Matylda. Muszę się nią zająć - rzekł Maciek.
To mówiąc odwrócił się plecami do dziewczyny, nie zobaczył więc czegoś, co mogłoby go naprawdę mocno zdziwić. Otóż ta oto zapłakana oraz słodka Aurelia, której głowa leżała wygodnie na jego ramieniu, gdy on odwrócił się plecami do Matyldy i nie widział jej, pokazała pannie Stągiewce język i to z czystą satysfakcją w oczach. Matylda była tym oburzona, jednak szok wywołany tym wydarzeniem sprawił, że nie była w stanie ani jednego słowa z siebie wydusić.
- Maleńka Aurelia. Już lepiej, kochanie? - zapytał czule Maciek, idąc na górę po schodach z dziewczynką.
- Teraz dużo lepiej - odpowiedziała mu Aurelia, tuląc się do niego zachłannie.
- To dobrze, bo się o ciebie bałem.
- Ja o ciebie też.
- Dlaczego, kochanie?
- Że cię zaczarowała ta czarownica.
- Jaka czarownica? Że niby Matylda?
- Tak.
- A czemu tak o niej mówisz?
- Bo jej nie lubię. Czemu ty ją lubisz?
Maciek nie odpowiedział na to pytanie. Im więcej o tym wszystkim myślał, tym bardziej czuł, że sam powinien sobie je zadać. W końcu, im dłużej przebywał z Matyldą, tym więcej jej wad dostrzegał. Ale nie chciał jeszcze jej przekreślać. Bo w końcu każdy ma swoje wady, a on nie może od niej oczekiwać, że będzie jakimś chodzącym ideałem. Ostatecznie nie na tym polega prawdziwa miłość.
Chłopak zabrał dziewczynkę do siebie i aby poprawić jej jakoś humor, podał jej trochę ciasteczek i szklankę mleka. Aurelia z chęcią się tym poczęstowała, po czym zaczęła się do niego słodko uśmiechać.
- Już cię nie boli? - zapytał czule i z troską Maciek.
- Już nie boli, przy tobie nie - odpowiedziała mu słodko Aurelia, patrząc na niego swoimi dużymi, niebieskimi oczami.
- To dobrze, bo już się martwiłem - rzekł z ulgą chłopak - Na pewno wszystko dobrze?
- Teraz już wszystko dobrze - odparła dziewczynka.
W myślach zaś dodała:
- Bo ta głupia Matylda już sobie poszła.
Maciek zaczął chyba dostrzegać, że Matylda jest ograniczoną, płytką i zapatrzoną w siebie pustą dziewuchą. Myśli tylko o ciuchach i zakupach i słabo umie ukryć to, że skromne mieszkanie jej się nie podoba. I zachowuję się wrednie wobec naszej uroczej Aurelii.
OdpowiedzUsuńMała też ma charakterek, skoro pokazała jej język. Uroczy, lekki klimat całej historii.
Naprawdę bardzo dobry rozdział. Tyle emocji, tyle uczuć. Masz naprawdę lekkie pióro i umiesz świetnie opisywać to wszystko. Czytanie tego jest dla mnie prawdziwą przyjemnością. Pisz dalej.
OdpowiedzUsuńCała historia coraz bardziej ciekawie się rozwija... Matylda umawia się z Maćkiem na spacer po Poznaniu, ale bynajmniej nie po to, by czerpać przyjemność ze zwiedzania miasta. Chodzi jej głównie o to, by zabawić się nieco uczuciem jakie Maciek do niej żywi. W przeszłości była prześladowana za swój wygląd, jednak dopiero, gdy jej rodzice zapisali się do partii i zaczęło im się lepiej powodzić, to i wygląd dziewczyny się zmienił. W tym momencie postanowiła się ona zemścić na wszystkich mężczyznach. Chce, żeby wszyscy poczuli, jak to jest być upokarzanym. Dlatego chce "zabawić" się uczuciami Maćka, rozkochać go w sobie, a potem rzucić bez żadnego powodu.
OdpowiedzUsuńCała sytuacja zaczyna przybierać nieco poważniejsze rysy, gdy para spotyka Kreskę. Dziewczyna wymijająco odpowiada na pytania Maćka o jej nastrój, jednocześnie prosi go, by wpadł do niej później i wytłumaczył o co chodzi z sądem Parysa. Tu wychodzi też na jaw ogromna ignorancja Matyldy, która Parysa stawia na równi z Paryżem. Jednak nie przeszkadza jej to patrzeć z wyższością na Kreskę i widać, że tak tanio skóry nie sprzeda, jeśli chodzi o Maćka. Uważa, że skoro ma kasę, to wolno jej dosłownie wszystko, także pomiatać ludźmi.
Widać w niej także obrzydzenie do skromnego urządzania mieszkania, które pokazuje się w momencie, gdy Maciek zaprasza ją do siebie. Niedługo po przyjściu do niego Matylda wymawia się i chce wymknąć się do domu. Jednocześnie zaprasza chłopaka na swoje urodziny, wymagając od niego przyniesienia jej prezentu, pomimo tego, iż wie, że Maciek nie jest osobą zamożną i nie na wszystko go stać. Liczy się dla niej jedynie materialny wymiar urodzin, a nie sam fakt, że odwiedzą ją przyjaciele i spędzi z nimi czas.
Na szczęście sytuację ratuje Aurelia, która "przypadkowo" wpada na Matyldę podczas, gdy ta próbuje wyjść z bloku. Dziewczynka natychmiast zwraca na siebie uwagę Maćka, który bierze ją na ręce i czyni Matyldzie wyrzuty i żąda, aby ta nie krzyczała na dziecko. Mała wykorzystuje ten fakt i gdy Maciek nie widzi, pokazuje Matyldzie język z największą satysfakcją. Gdy zostaje z Maćkiem sama, zadaje mu bardzo ważne pytanie: "Czemu ty ją lubisz?", co skłania trochę Maćka do myślenia na temat wad jego ukochanej. Powoli zaczyna dostrzegać, że dziewczyna nie jest ideałem, jednak zakochane serce nie pozwala mu dopuścić myśli, że Matylda mogłaby być naprawdę podłą osobą, nazywaną przez Aurelię "czarownicą".
Historia bardzo ciekawie się rozwija i przyjemnie się ją czyta i równie miło recenzuje. Czekam na kolejne rozdziały. Jestem bardzo ciekawa, jak to wszystko się dalej potoczy. :)