wtorek, 25 maja 2021

Rozdział XV

Rozdział XV

Spieszmy się kochać

Profesor Dmuchawiec spojrzał z uśmiechem na swoją wnuczkę i stojące obok nich osoby, którymi byli Maciek i Aurelia. Westchnął wzruszony, choć przy okazji też nieco przygnębiony i powiedział:
- Cieszę się, że mnie odwiedzacie, ale nie chcę, żebyście marnowali na mnie swój cenny czas. Na pewno macie wiele znacznie ciekawszych zajęć.
- Zdziwisz się, dziadku, ale nie - odpowiedziała mu Kreska.
- No, to może nie ciekawszych, ale za to na pewno równie ciekawych i z całą pewnością bardziej zajmujących.
- Dziadku, po co nam to mówisz? Przecież my chcemy cię odwiedzać.
- Lubimy pana odwiedzać, panie profesorze - powiedział Maciek.
- I bardzo lubimy pana - dodała uroczym głosem Aurelia.
Uczony uśmiechnął się do całej trójki, czując się bardzo szczęśliwym. Tu, w jego pokoju w szpitalu, miał naprawdę uroczych gości, którzy ze szczerego serca i bez żadnego innego powodu, jak tylko z czystej i szczerej sympatii, odwiedzili go oraz próbują poprawić mu humor swoją obecnością. Czego mógłby chcieć więcej pacjent leżący w szpitalu po niedawnym zawale serca?
- Kochani, naprawdę doceniam wasze starania, ale wiem dobrze, że wszyscy wolelibyście spędzić ten czas w inny sposób, niż mnie tu niańczyć.
- Trochę pan przesadza. Niańczą pana pielęgniarki i lekarze. My tylko pana odwiedzamy - zauważył dowcipnie Maciek.
Dmuchawiec parsknął śmiechem, rozbawiony tą jakże logiczną odpowiedzią.
- Bystry jesteś, mój chłopcze. Z tak bystrym umysłem na pewno wiele w tym życiu osiągniesz.
- Dziękuję, panie profesorze. Pan też jest bardzo bystry i też wiele osiągnął.
- Nie przesadzaj. Co ja niby osiągnąłem?
- Jak to, co? Jestem pan uwielbianym przez wszystkich nauczycielem, a także świetnym dziadkiem dla Janki.
Profesor uśmiechnął się delikatnie, po czym wyraźnie posmutniał.
- To prawda, choć obecnie tylko to ostatnie mi zostało. Pracy nauczyciela już nie mam, jestem na emeryturze. Nie, żebym się nie cieszył z niej, ale widzicie... Komuś takiemu jak ja trudno jest usiedzieć w domu. Gdy byłem w waszym wieku, a może nawet trochę młodszy, biegałem z karabinem po Warszawie, bo zachciało się nam robić tam powstanie przeciwko Niemcom. Jakim cudem wtedy przeżyłem, tego do dzisiaj nie wiem. Po wojnie skończyłem studia, zostałem nauczycielem, jak zawsze tego chciałem i robiłem wszystko, żeby nie tylko przekazać uczniom swoją wiedzę, ale również, aby nauczyć ich, jak z tej wiedzy korzystać. To nie było łatwe, a do tego niesamowicie pracochłonne.
To mówiąc, spojrzał na Kreskę i z uśmiechem na twarzy, dodał:
- A w międzyczasie jeszcze poznałem twoją babcię, pokochaliśmy się, potem pobraliśmy, urodziła się twoja mama, a my porządnie namęczyliśmy się, aby jakoś wychować ją na porządnego człowieka. Jak więc pewnie widzicie, całe moje życie upłynęło na byciu aktywnym. Zawsze byłem w ruchu, zawsze coś robiłem. Trudno mi więc teraz tak po prostu zmienić swoje nawyki i przestawić się na spokojny tryb. To pewnie przez ten zawał. Fiksuję z nudów, a to źle działa na nerwy, a one źle działają na serce. I masz całość, koło się zamyka.
- Myślałam, dziadku, że uczyłeś polskiego, a nie matematyki - zażartowała sobie Kreska.
- I dobrze myślałaś, ale trochę matematyki liznąłem także - odpowiedział jej dowcipnie dziadek - Oczywiście nigdy nie była ona moją pasją i nigdy nie będzie, ale coś niecoś wiem o kołach. A zwłaszcza o tych tzw. błędnych kołach, w których wszystko zmierza do tego, abyś wpadł w pułapkę. Ja mam właśnie tak. Jestem w pułapce. W pułapce starości i jej owoców. Nie mogę już prowadzić tak aktywnego życia jak dawniej, ale ciągle mnie ciągnie do tego, aby wciąż być aktywnym. Ja po prostu nie umiem wieść spokojnego żywota emeryta.
- Jak literacko to zabrzmiało - powiedział wesoło Maciek.
- Wiem, efekt bycia polonistą - zaśmiał się profesor - Za dużo książek się w życiu naczytałem i teraz mi niekiedy odbija. Chwilami nie umiem inaczej mówić.
- Umiesz, dziadku. Umiesz, tylko za bardzo polubiłeś ten sposób mówienia - stwierdziła nieco złośliwie Kreska.
Dziadek popatrzył na nią i delikatnie złapał ją za rękę, ściskając ją czule.
- Tak, Janeczko. Masz rację. Za bardzo polubiłem ten sposób mówienia. I za bardzo polubiłem mój dotychczasowy tryb życia. Ale cóż... Nie mogę być wiecznie młodym człowiekiem. Jestem już dziadkiem i trzeba wreszcie zacząć zachowywać się jak na porządnego dziadka przystało.
- Przecież już się tak zachowujesz.
- Ale za dużo myślę o przeszłości. To u mnie mimowolne, lubię wracać do tych czasów, w których byłem piękny i młody. Bo teraz jestem tylko piękny.
Wszyscy parsknęli śmiechem, słysząc te słowa.
- Dla mnie jest pan bardzo piękny - odezwała się Aurelia, dotąd siedząca w milczeniu.
Dmuchawiec spojrzał na nią przyjaźnie i zapytał:
- Naprawdę tak uważasz, moje dziecko?
- Oczywiście. Bo jest pan dobry. A dobrzy ludzie są zawsze piękni, nawet jak są brzydcy na buzi.
- Czyli ja jestem brzydki na buzi, ale piękny na duszy?
- Nie, pan jest piękny wszędzie, także i na buzi.
Dmuchawiec uśmiechnął się wzruszony, a po jego policzku pociekła łza.
- Jesteś kochana, drogie dziecko. Ty też jesteś piękna wszędzie, a zwłaszcza w sercu. W nim masz najwięcej piękna.
Profesor z uwagą przyglądał się dziewczynce i jej rozpromienionej buzi, a na jego twarzy zagościł kolejny uśmiech, tym razem pełen niezwykłej nostalgii.
- Wiesz, maleńka... Bardzo mi kogoś przypominasz. Kogoś, kto był mi kiedyś bardzo bliski. Ten ktoś uśmiechał się bardzo podobnie, co ty. I miał w sobie tyle samo piękna i dobroci w sobie, co ty.
- I co się z tym kimś stało? - zapytała Aurelia.
Po policzku Dmuchawca spłynęła kolejna łza, a uśmiech powoli zszedł mu z twarzy, zastąpiony przez gorycz.
- Umarł. A właściwie umarła, bo to była dziewczyna.
Położył wygodnie głowę na poduszce i powiedział zamyślonym głosem:
- Wiecie... Zanim poznałem babcię Janeczki, znałem pewną dziewczynę. To była naprawdę wyjątkowa osoba. Moja koleżanka ze szkoły. Kochałem się w niej od najmłodszych lat, ale ona nigdy o tym się nie dowiedziała. Znaliśmy się jednak oboje jak łyse konie. Przed wojną chodziliśmy razem do szkoły, po lekcjach zaś spędzaliśmy ze sobą bardzo wiele czasu. Gdy widziałem ją z innymi chłopcami, szalałem w duchu z zazdrości i nienawidziłem każdego kolegi, który się do niej zbliżył. Chciałem, aby to mnie obdarzyła miłością, aby to ze mną była szczęśliwa. Ale nigdy jakoś nie umiałem się zdobyć na to, żeby jej powiedzieć tak ważną dla mnie rzecz. Byłem tchórzem i teraz to wiem. Właściwie, to wtedy chyba również to wiedziałem, ale jakoś nie umiałem sobie powiedzieć, jaki żałosny jestem.
Kreska chciała zaprotestować, ale Dmuchawiec uciszył ją ruchem ręki.
- Nawet nie zaprzeczaj, kochanie. Nie zaprzeczaj, bo taka jest prawda. Taka jest prawda. Byłem wtedy tchórzem i nie umiałem sobie tego powiedzieć. Tak, jak i nie umiałem powiedzieć jej, jak bardzo ją kocham. W efekcie czego oboje, ona i ja, zdaliśmy maturę i szykowaliśmy się do pójścia na studia. Oboje też chcieliśmy uczyć. A potem... A potem przyszła wojna i wszystko się skończyło. Cały świat stanął w ogniu. A nasz świat wywrócił się do góry nogami. Los nas oboje rzucił do stolicy Polski akurat wtedy, gdy miało być powstanie. Wszystkim wtedy paliły się głowy. Wszyscy spodziewaliśmy się szybkiego przyjścia naszej armii, która nas wyzwoli. Wielu mądrych i ważnych ludzi wmawiało nam, że to jest bardzo ważne, że to jest dla dobra Polski i że tak trzeba. Dzisiaj wiem, jakie to było głupie. Jacy my wtedy byliśmy głupi. Ulegliśmy namowom paru wariatów, którzy zamierzali naszym kosztem wywalczyć swoje chore ideały. Kazali nam oni ginąć za symbole. Symbol wolnej Polski. Symbol walczącej stolicy. Symbol walczącego ludu. Za ten symbol wielu z nas oddało życie. Nie mówię, że taka walka nie była potrzebna, ale teraz widzę, jak źle była ona poprowadzona. Jak źle została rozpoczęta i jak źle była kontynuowana. Grupka zwariowanych i głupich młokosów, wmanewrowana przez cynicznych przywódców, chciała wyzwolić nie jedno miasto, ale cały kraj. A za hasełko przewodnie mieliśmy ten stary polski slogan: „Jakoś to będzie”. No i rzeczywiście, jakoś to było. „Jakoś”. Niemcy wykończyli nas pojedynczo. Po kolei rozbijali nasze oddziały, zabijali jednego po drugim, niszczyli i rozwalali nam całe miasto. A ci, którzy popchnęli nas do tej walki, nie pomogli nam w żaden sposób.
- Może nie mogli? - zapytał Maciek, choć prawdę mówiąc, jakoś sam w to nie wierzył.
- Może nie mogli. A może nie zamierzali brać za nas odpowiedzialności po tym, jak zrobiliśmy swoje - odparł na to profesor Dmuchawiec zamyślonym tonem - Ale to teraz bez znaczenia. O wiele ważniejsze jest to, że w ostatnich dniach walk zginęła ona. Moja mała przyjaciółka. Oboje walczyliśmy w tym samym oddziale. I oboje ryzykowaliśmy swoim życiem. Z tym, że ona swoje straciła w walce. A ja swoje jakimś cudem zachowałem. Chociaż, czy to był rzeczywiście cud? Może i tak? Wtedy jednak tak tego wcale nie postrzegałem. Wtedy po prostu byłem wręcz zrozpaczony i nienawidziłem wszystkich i wszystkiego. Obwiniałem wszystkich, łącznie z Bogiem o to, co mnie spotkało. Dla mnie świat, wojna, powstanie... To wszystko się skończyło. Jak przeżyłem to powstanie? Sam już nie wiem. Uciekłem niedługo przed upadkiem miasta. Jakoś też przepłynąłem rzekę i ocalałem. Potem spotkałem naszych żołnierzy i z nimi powróciłem do miasta. Widziałem tam gruzy, szczątki domów, zniszczony świat, który kiedyś był dla nas tak ważny. Ale mnie wtedy nie interesowało to wszystko. Mnie wtedy interesowała tylko śmierć mojej ukochanej. Jakimś cudem odnalazłem jej ciało i zdołałem ją jakoś pochować poza miastem. W czasie poszukiwań znalazłem także jej pamiętnik. Wokół walało się mnóstwo książek, ale pośród nich był też ten jeden, bardzo wyjątkowy przedmiot. Pamiętnik mojej ukochanej. Spisywała go ona długo, także i na dzień przed swoją śmiercią. Przeczytałem go bardzo dokładnie. I wiecie, co w nim było, moi mili?
- Co takiego, dziadku? - zapytała Kreska, która była bardzo przejęta tym, co jej opowiadał Dmuchawiec.
- Pisało tam, że moja serdeczna przyjaciółka także mnie kochała. Przez cały ten czas. Dlatego tak garnęła się do mnie, dlatego tak szukała mojego towarzystwa i dlatego tak uwielbiała spędzać ze mną czas.
Dmuchawiec zaczął mocniej ronić łzy. Obrócił lekko głowę na bok, aby nikt nie widział, jak płacze i dodał:
- Rozumiecie to? Ona mnie również kochała. Przez cały ten czas. Ale niestety, była równie nieśmiała, co i ja. Nie umiała więc mi tego powiedzieć wprost. Ona po prostu... Po prostu była nieśmiała.
Powoli otarł łzy dłonią, spojrzał ponownie na dzieci i dodał:
- Najbardziej jednak dobił mnie ostatni wpis. Napisała go w dniu, w którym zginęła. Bała się, że zginiemy i nie zdąży tego zrobić, dlatego napisała, że co by się nie stało, wyzna mi miłości, a potem niech nawet pali się świat, jak śpiewał Mieciu Fogg. Niestety, kula trafiła ją, zanim zdążyła mi cokolwiek powiedzieć. Biedactwo umarło na moich rękach. A ja zostałem sam. Całkowicie sam. I to przez długi czas. I miałem długie lata za złe sobie, że nigdy nie wyznałem jej tego, co czuję.
- Dziadku, nie powinieneś się obwiniać. Nawet gdybyś wyznał jej miłość, to co by to zmieniło? - spytała Kreska, ściskając mocno dłoń dziadka.
- Może i nic, ale nie wiem. Już nigdy nie dowiem się, co by mogło wtedy się stać, a co nie. Zresztą... Gdybym jej wyznał miłość, prawdopodobnie i tak by ona zginęła w walce. Nasze wspólne szczęście i tak zostałoby przerwane. Przez wojnę, przez powstanie, przez to głupie podejście do patriotyzmu, które kazało nam iść do walki nawet wtedy, kiedy nie miało to najmniejszego sensu.
- To smutna bajka - powiedziała Aurelia.
Oczywiście nie wszystko ona zrozumiała z tej historii, ale dosyć dużo, żeby wiedzieć, iż profesor Dmuchawiec był bardzo nieszczęśliwy, jak był młody i że jego ukochana umarła, a jego to zabolało i sprawiało, że płakał i cierpiał i znowu płakał i znowu cierpiał. Krótko mówiąc, rozumiała z tej historii tyle, ile zrozumieć mogło każde dobre i wrażliwe dziecko, którym ona była.
- Tak, rzeczywiście. To smutna bajka - potwierdził Dmuchawiec - Życie jest zwykle smutną bajką.
- Tylko, że w bajkach zawsze zwycięża dobro - stwierdził Maciek.
- A może właśnie dlatego wiecie, że ta bajka wydarzyła się naprawdę, bo jest troszeczkę inna? - zapytał Dmuchawiec - Bo w niej dobro nie zwyciężyło nad złem i nie wiem, czy kiedykolwiek to zrobi.
- A nie może pan opowiedzieć innej bajki? - spytała Aurelia.
- Jakiej, maleńka?
- Takiej, w której pan ją poślubia i żyjecie długo i szczęśliwie? Wolałabym tę bajkę, a nie tą ponurą.
Dmuchawiec uśmiechnął się delikatnie, spoglądając na dziewczynkę czułym i pełnym dobroci wzrokiem, po czym dodał:
- Właściwie, to ta bajka ma takie zakończenie.
- Naprawdę? - spytała Aurelia.
- Tak, bo widzicie, poznałem potem babcię Janeczki. Moją przecudną, dobrą, kochaną Iwonkę. Pokochała mnie, dała mi siłę do życia i sprawiła, że znowu, choć nie od razu, byłem szczęśliwy. Nauczyłem się z jej pomocą znowu śmiać. I dzięki niej byłem znowu młody i beztroski. Potem pobraliśmy się i założyliśmy rodzinę.
- A więc ta bajka ma szczęśliwe zakończenie? - zapytał Maciek.
- A i owszem, ma szczęśliwe zakończenie - odpowiedział mu Dmuchawiec - Ale nie osiągnąłem go od razu. Na wszystko trzeba było czasu. Jednak tym razem nie ukrywałem już swoich uczuć. Nauczyłem się, że należy spieszyć się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą.
Po tych słowach profesor zachichotał delikatnie, potarł sobie lekko oczy lewą dłonią i powiedział:
- Widzicie, jaki ja jestem niereformowalny? Miałem nie myśleć o przeszłości i skupić się na chwili obecnej i cieszyć emeryturą, a mimo to ciągle tylko mówię o tym, jakie to były czasy mojej młodości. No i jak mam tu nie mieć zawału, jak się ciągle przejmuję tym, co było kiedyś i ciągle tylko myślę o tym, co było, zamiast tylko i wyłącznie myśleć o tym, co już minęło i nie wróci. Jestem beznadziejnym przypadkiem.
- Może właśnie sekret tkwi w tym, co pan powiedział. W tym, że na wszystko trzeba czasu - powiedział Maciek - Może musi pan mieć czas, aby zmienić swoje podejście do życia.
Dmuchawiec popatrzył na Maćka z uśmiechem i zachwytem jednocześnie.
- Bardzo mądry z ciebie chłopak. Tak, chyba masz rację. Na wszystko trzeba nam czasu. Twoja babcia, Janeczko, dobrze o tym wiedziała, kiedy mnie pokochała i pomagała mi wyjść z traumy po śmierci mojej ukochanej.
- Więc nie kochałeś nigdy babci? - zapytała Kreska, bardzo niespokojna tego, co może zaraz usłyszeć.
- Nie, kochanie. Przeciwnie, bardzo ją kochałem. Ale musiało minąć trochę czasu, zanim to się stało. Maciek ma rację, na wszystko potrzeba czasu. Każde z nas musi sobie dać czas na wszystko, zwłaszcza na miłość. Ale trzeba też mieć w sobie odwagę, aby mówić o miłości i walczyć o nią. Bo cierpliwością nie możecie zakrywać tchórzostwa. Znaczy ja nie mówię, że jesteście tchórzami, ale... Ale jeśli pojawia się w waszym życiu miłość, mówcie o niej śmiało i nie ukrywajcie tego przed osobą, którą kochacie. Wyznajcie jej miłość. Ale też nie oczekujcie, że od razu ona odwzajemni wasze uczucie. Dajcie jej czas, starajcie się, pokazujcie, jak bardzo dana osoba jest wam bliska. Jeśli ta osoba jeszcze was nie kocha, to wtedy z czasem może odwzajemnić wasze uczucie. Oczywiście jest ryzyko, że tego nie zrobi, ale takie ryzyko zawsze istnieje. Nie możecie jednak z tego powodu od razu się poddawać i nie podejmować żadnych działań, bo może się okazać, że to wasze poddanie się sprawiło, iż straciliście szansę na prawdziwą miłość. Tak jak ja, gdy byłem młody. Ja oczywiście potem znalazłem w końcu swoje szczęście u boku babci Janki, ale... Ale nie każdy dostaje potem drugą szansę. Dlatego proszę was, wy nie zmarnujcie nigdy swojej szansy. Róbcie wszystko na spokojnie, ale róbcie. Nie stójcie w miejscu, bo kiedyś może być za późno, aby ruszyć do przodu. Może być za późno, aby powiedzieć komuś, jak bardzo go kochacie.
- Dziadku, dlaczego nam to mówisz? - spytała Kreska, jednocześnie ostrożnie zerkając w kierunku Maćka.
Dmuchawiec uśmiechnął się delikatnie w sposób bardzo znaczący i rzekł:
- Myślę, że dobrze wiesz, dlaczego, wnusiu.
Chwilę później do sali weszła pielęgniarka, która poprosiła dzieci, aby wyszły z pokoju, bo pacjent musi odpocząć. Cała trójka pożegnała się z profesorem, po czym wyszła na korytarz, obiecując jednak, że jeszcze go odwiedzą. Zanim jednak wyszli, Kreska nagle coś sobie przypomniała i zapytała:
- Dziadku, jak ona miała na imię?
- Kto? - spytał Dmuchawiec.
- Ta dziewczyna, która zginęła w powstaniu.
Dmuchawiec uśmiechnął się do dziewczynki i powiedział:
- Joanna.
- Dziękuję, dziadku.
Dzieci wyszły z sali, pozwalając lekarzowi zbadać profesora. Potem jeszcze zaszli w odwiedziny do Natalii Borejko, która czuła się już dużo lepiej, bo kaszel już prawie jej minął, ryzyko zapalenia płuc zostało rozwiane i lekarze byli pewni tego, że już niedługo będzie mogła wyjść. Z tego powodu miała dobry humor i z radością przyjęła u siebie gości i spędziła z nimi kilka minut. Więcej jednak już nie zdążyła spędzić, ponieważ przyszedł Robert Rojek i widząc, jak wielką radość dla Natalki sprawiła jego wizyta, Kreska powiedziała Maćkowi i Aurelii, że powinni już iść i obiecując, że jeszcze odwiedzą dziewczynkę, wyszli z sali.
- Wiesz, trochę im zazdroszczę - powiedział Maciek do Kreski, gdy już stali przed drzwiami sali.
Kreska spojrzała na rozmawiających ze sobą wesoło Natalię i Roberta Rojka, po czym spytała:
- Im? A czego?
- Tego, jak łatwo im przyszło się ze sobą dogadać. Bez żadnych ceregieli, po prostu szczerze i wprost mówią sobie, co czują.
- Bo to są dzieciaki. Im zawsze wszystko idzie łatwiej.
- A czemu nam nie może iść łatwiej?
- Bo jesteśmy starsi i pewne rzeczy, które kiedyś były dla nas łatwe, już takie nie są. A już zwłaszcza mówienie komuś, że go kochamy.
- Ja nie mam z tym problemu - odezwała się nagle Aurelia - Ja was bardzo kocham i jak chcę wam to powiedzieć, to po prostu mówię.
- Bo ty jesteś dzieckiem. Tobie wolno mówić wprost o tym, że kogoś kochasz - powiedziała Kreska.
- A wam nie wolno?
- My jesteśmy starsi.
- I co z tego? Dlatego nie wolno mówić o tym, że kogoś kochacie?
Maciek i Kreska spojrzeli na siebie zdumieni, po czym lekko zmieszani, nie bardzo wiedząc, co mają powiedzieć. Aurelia zaś złapała ich oboje za ręce i rzekła uroczym głosem:
- To co? Idziemy?

3 komentarze:

  1. Nostalgiczny rozdział.
    Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą. Zostaną po nich buty i telefon głuchy.
    Zdziwiło mnie, że żona profesora, ta kobieta, która przywróciła mu radość życia, miała na imię Iwona. Bardzo ładne imię.
    Ta historia jest trochę podobna do wątku z "M jak miłość", gdzie pewien profesor, nauczyciel polskiego też stracił ukochaną w powstaniu warszawskim.
    Jego refleksję na temat powstania są dość gorzkie i pokrywają się z wieloma naszymi rozmowami, że to polskie "jakoś to będzie" często prowadzi do katastrofy.
    A patrząc na młodych, Dmuchawiec widzi samego siebie i to, jakich błędów nie popełniać.
    Aurelia ma sporo racji. Dlaczego Maciek i Kreska boją się wyznać sobie, co tak naprawdę czują?
    Malutka Aurelia jest przesłodka, po prostu kradnie każdą scenę w historii dla siebie.
    Oby Natalka poszła wkrótce po wyjściu ze szpitala na spacer z Robertem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo mnie wzruszył ten rozdział. Ma w sobie coś nostalgicznego i zarazem piękną naukę o tym, aby walczyć o miłość i spieszyć się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą. Za szybko. Piękne, czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kolejny bardzo mądry i pouczający niezmiernie rozdział. Maciek, Aurelia i Kreska spędzają czas u profesora Dmuchawca, który opowiada im historię swojej młodości. Okazuje się, że zanim poznał babcię Kreski, kochał się w pewnej dziewczynie, jednak nie umiał jej tego wyznać, pomimo tego, iż ona również szukała jego towarzystwa, gdyż jak się później okazało, też się w nim kochała. Niestety, nie zdołała mu wyznać swoich uczuć, gdyż zginęła w ostatnich dniach Powstania Warszawskiego, a profesor Dmuchawiec odnalazł jej ciało i pochował. Potem poznał babcię Kreski i ona pomogła mu stopniowo wyjść z traumy po śmierci ukochanej.
    Za pomocą tej historii profesor przekazuje młodym jeden morał - aby nie zwlekać z wyznaniem swoich uczuć, jeśli się kogoś bardzo kocha, bo nie wiadomo, co w przyszłości się zdarzy i jak potoczą się losy. Kreska początkowo nie wie, o co chodzi, ale profesor Dmuchawiec łatwo przekonuje ją, że ona doskonale wie. I my też wiemy, że to przecież chodzi o nią i o Maćka. Próbuje im przekazać, aby wyznali sobie uczucia i związali się ze sobą, zanim los spłata im jakiegoś podłego figla. :) Zwłaszcza, że po wyjściu ze szpitala nachodzi ich refleksja właśnie na ten temat i nawet Aurelia próbuje im powiedzieć, że bez względu na wiek należy wyznawać sobie miłość bez skrępowania, jeśli tylko szczerze się to czuje. :)
    I tym morałem bardzo mądrej dziewczynki można podsumować ten rozdział. Bardzo mi się on spodobał i czekam z prawdziwą radością na kolejny. :)

    OdpowiedzUsuń

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...