wtorek, 22 czerwca 2021

Rozdział XXVII

Rozdział XXVII

Metamorfoza

Maciek i Kreska leżeli razem w łóżku, mocno do siebie przytuleni, nie mogąc jednak zasnąć. Nie, żeby coś im przeszkadzało, ale po prostu świadomość tego, w jakich strojach spali sprawiało, iż nie umieli skupić się na śnie. W końcu oboje leżeli w łóżku, mając na sobie jedynie majtki. Kreska, zgodnie z obietnicą, tylko tę część swojej garderoby nałożyła na siebie, przez co Maciek, ubrany także jedynie w bieliznę, miał możliwość obserwować jej piękne, kształtne ciało, od którego nie umiał oderwać wzroku. Szczególnie zachwycały go jej piersi, które w myślach porównywał do słodkich jabłuszek. Chciał móc je pocałować i pieścić, nie chciał jednak posuwać się za daleko. Dlatego po prostu przytulał jedynie do siebie swoją uroczą towarzyszkę, leżąc przy tym na wznak, jak zwykle leżeli ci wszyscy amanci na ekranie, gdy ze swoimi ukochanymi rozkoszowali się swoją bliskością w łóżku. Kreska z kolei leżała na boku, kładąc się wygodnie na jego torsie i dotykając go lekko. Nóżkę miała mocno przerzuconą przez jego biodra, rozkoszując się tą jakże dla niej cudowną bliskością. Dziewczyna czuła, jak serce jej bije mocno w piersi i to tak mocno, jakby miało z niej zaraz wyskoczyć. I nic dziwnego, w końcu to była dla niej nowość, tak leżeć z jakimś chłopakiem. Oczywiście spała już wcześniej z Maćkiem, ale miała wtedy zawsze na sobie koszulkę. Teraz zaś jej ciało zdobiły tylko majteczki, białe i koronkowe, podkreślające mocno jej urodę, przynajmniej w oczach Maćka, któremu również mocno serce biło w piersi.
- Wygodnie ci? - zapytał po chwili Maciek, patrząc z troską na Kreskę.
- Oczywiście. Bardzo przyjemnie. A tobie jak? - odpowiedziała mu słodkim tonem jego towarzyszka.
- Cudownie. Jeszcze nigdy tak nie spałem z dziewczyną.
- A spałeś w ogóle z jakąś dziewczyną?
Maciek parsknął śmiechem, gdy to usłyszał. Na filmach nieraz dziewczyny o to pytały swoich chłopaków. Nie wiedział jednak, po co to robiły. Jakaś głupia moda u dziewczyn panowała. Po co im właściwie to wiedzieć, ile miał dziewczyn przed nimi? I jaka będzie w tej sytuacji poprawna odpowiedź? Jeśli powie się im, że niewiele miało się przed nimi dziewczyn, to mogą nie uwierzyć albo uwierzą i uznają chłopaka za fajtłapę. A jeżeli było ich dużo, uznają go za babiarza i poczują się smutno. No i gdzie tu w tym jest choćby odrobina sensu? On jej nie widział.
Jakiej jednak on powinien dziewczynie, która teraz leży z nim w łóżku i do tego wygląda tak oszałamiająco i słodko zarazem, udzielić odpowiedzi na to dosyć krępujące pytanie? Chyba tylko całkowicie uczciwej. Dlatego spojrzał uważnie na Kreskę i odpowiedział:
- Przed tobą spałem tylko z jedną dziewczyną.
Kreska zmieszała się lekko, gdy to usłyszała. Podniosła delikatnie głowę w górę, przyjrzała mu się uważnie i spytała:
- Naprawdę? A z jaką?
- To była moja kuzynka, Paulina. Miałem wtedy trzynaście lat, a ona dziesięć. Została u nas na noc, ale nie mieliśmy wolnego łóżka, więc musiała spać ze mną. Oboje spaliśmy plecami do siebie, a ona się pół nocy wygłupiała i próbowała mnie straszyć i udawać, że widzi jakieś duchy. Nie wiem, skąd brała takie pomysły.
Kreska parsknęła śmiechem, rozbawiona tą opowieścią. Odetchnęła przy tym też z wyraźną ulgą, bo już pomyślała, że może Maciek miał inne dziewczyny przed nią. Znaczy podejrzewała, iż mógł z jakimiś się spotykać i chodzić sobie z nimi na randki, to wcale nie byłoby niczym niezwykłym. Ale z jakiegoś powodu czuła się dziwnie na myśl o tym, że on mógłby kiedyś z jakąś dziewczyną... Żeby robił z tą inną to, co robił teraz z nią... Z jakiegoś, nie do końca dla siebie zrozumiałego  powodu wolała być jego pierwszą. Z jakiego powodu? Nie umiała tego uzasadnić. Po prostu tego chciała.
- A, skoro to była kuzynka, to się nie liczy. Kuzynka to nie jest dziewczyna - rzekła po chwili Kreska i parsknęła śmiechem, gdy zorientowała się, jak głupio to zabrzmiało - Przepraszam, nie to miałam na myśli. Kuzynka to też dziewczyna, ale nie w takim sensie.
- Dobrze, Janeczko. Lepiej już powiedz wprost, o co chcesz mnie zapytać - odparł na to rozbawiony jej słowami Maciek.
- A o co twoim zdaniem chcę zapytać?
- Czy kochałem się już z jakąś dziewczyną.
Kreska zarumieniła się mocno na całej twarzy, zawstydzona na samą myśl o tym, że mogłaby zadać mu to pytanie. Zawstydziło ją też to, jak łatwo i bez żadnej trudności Maciek odgadł jej myśli.
- A kochałeś się? - zapytała nieśmiało po chwili, gdy odzyskała już odrobinę odwagi.
- Nie. Jeszcze z żadną. Czekałem na tę wyjątkową - odpowiedział jej chłopak.
Kreska uśmiechnęła się zadowolona. Usłyszała to, co miała nadzieję od niego usłyszeć.
- To dobrze. Bo wiesz... Ja też jeszcze nigdy... A obiecałam sobie, że zrobię to tylko z kimś, kogo pokocham i kto pokocha mnie. Że będę miała wtedy pewność, że mu na mnie zależy. Inaczej nie mogłabym zrobić.
- Wiesz co?
- Co takiego?
- Jesteś bardzo mądrą dziewczyną.
- A ty bardzo mądrym chłopakiem.
- Cieszę się, że tak uważasz.
- Nie mogę uważać inaczej. W końcu ci się podobam. Musisz więc mieć choć jedną szarą komórkę.
Maciek parsknął śmiechem i lekko połaskotał dziewczynę pod pachami.
- Robisz się dowcipna. To bardzo dobry znak.
- Naprawdę? - spytała słodkim tonem Kreska, chichocząc przy tym - A czemu uważasz to za dobry znak?
- Bo nabierasz w ten sposób śmiałości. A to przecież bardzo ważne w naszych relacjach, abyś była odważna.
Kreska popatrzyła na Maćka z uwagą, uśmiechając się do niej z miłością, po czym, w ramach tej słodkiej śmiałości, powoli się podniosła, przysunęła twarzą do twarzy chłopaka i powiedziała:
- Przy tobie łatwiej mi jest być odważną.
Po tych słowach, pocałowała go delikatnie w usta. Zadowolony Maciek oddał jej pocałunek, dotykając dłonią jej policzka i gładząc go z czułością. Kreska, przez której ciało przeszły słodkie dreszcze i iskierki rozkoszy, pogłębiła pocałunek, a potem Maciek przejął inicjatywę i bardzo delikatnie obrócił się tak, aby się na niej położyć w sposób wygodny dla ich obojga. Kreska pozwoliła mu na to, lekko go na siebie pociągając, kiedy zauważyła, co on robi. Już po chwili Maciek leżał na niej, całując ją bardzo namiętnie, a ona dotykała zachłannie jego ramion i głowy, z miłością oraz czułością oddając mu pocałunki. Maciek poczuł wówczas przepływ śmiałości i delikatnie zaczął dotykać jej ud, które ona ustawiła w taki sposób, aby mógł je swobodnie pieścić. Potem, aby nabrać powietrza, oderwać się od jej ust, po czym zachwycony zaczął składać pocałunki na jej ramionach, na piersiach oraz na brzuchu, rozkoszując się tą cudowną chwilą. Kreska pozwalała mu na to, mrucząc przy tym zadowolona i dotykając jego ramion. Kiedy jednak chciał zsunąć z niej majtki, przytrzymała je lekko i szepnęła:
- Nie... Nie teraz, proszę.
Maciek nieco zawiedziony, ale wciąż podniecony, położył się na niej i znowu czule pocałował jej usta.
- Proszę, zgódź się. Tak działasz na mnie.
- Wiem, ale jeszcze nie teraz. Mówiłam ci, jeszcze nie jestem gotowa.
- Ale pomyślałem, że może teraz jesteś.
- Na to jeszcze nie. Ale mogę dać ci całą resztę. Jeśli chcesz.
Maciek spojrzał na nią uważnie, a oczy zabłyszczały mu z pożądania.
- Całą resztę?
- Całą resztę - potwierdziła Kreska, uśmiechając się słodko - To będą takie słodkie ćwiczenia. Oboje przecież nie umiemy jeszcze w tej sprawie za wiele.
- Tak, masz rację. A powinniśmy umieć.
- A jeśli mamy umieć, musimy ćwiczyć.
- Racja. A więc poćwiczmy.
Kreska uśmiechnęła się delikatnie. Była szczęśliwa, że Maciek ją rozumie i nie naciska na nią w tej kwestii. Widziała po tym, iż chłopak ją szanuje, a to było przecież zawsze ważne uczucie, będące częścią niezbędną prawdziwej miłości. Co prawda, Maciek nie powiedział jej, że ją kocha, ale wyraźnie jej to okazywał. Teraz tylko musi powiedzieć, że ją kocha i być przy tym całkiem szczery, a zyska wraz z jej sercem również ten największy skarb. Póki jednak tego nie zrobi, nie może mu go ofiarować. Musi mieć pewność, że on ją kocha. Poza tym... Dzisiaj naprawdę się jeszcze nie czuła na siłach. Pozwoliła jednak na to, żeby pieścił całe jej ciało, aby wprowadził ją w tę cudowną sztukę prawdziwej miłości, oczywiście w sposób spokojny i bez pośpiechu. Bardzo chciała, aby był jej pierwszym, jednak też nie chciała się z tym spieszyć. A jego reakcja dowodziła, że chociaż płonie, nie był w stanie jej do niczego zmusić, co było wielkim plusem w jej oczach. Dlatego też bez wahania poddała mu się prawie całkowicie, poza w tej jednej sprawie, w której mu jeszcze nie mogła ulec. Miała nadzieję, że na pierwszy raz Maćkowi to wystarczy i nie zawiodła się. Maciek z wielką rozkoszą pieścił jej ciało, okrywał je pocałunkami, czule dotykał i pieścił, pokazując, jak bardzo mu się ona podoba. Potem ponownie się na niej położył i pocałował z rozkoszą jej usta, a następnie zaczął się bardzo delikatnie ocierać kroczem o jej krocze. Wywołało to ogromne podniecenie u Kreski, która objęła chłopaka za szyję i wygodnie rozłożyła nogi, zginając je lekko w kolanach, aby mu było wygodniej.
- Obejmij mnie nóżkami - wyszeptał zmysłowo na jej uszko Maciek.
Widział taką scenę w jednym filmie, na który poszedł kiedyś z Piotrem, gdy był jeszcze nieletni i mógł oglądać takie filmy z takimi scenami jedynie wówczas, kiedy towarzyszył mu ktoś dorosły. Zapamiętał ją sobie i bardzo chciał ją kiedyś zrealizować z tą ukochaną, kiedy przyjdzie na to czas. Czuł, że teraz jest na to pora i ucieszył się, że Kreska spełniła jego życzenie. Oplotła słodko swoimi zgrabnymi nóżkami jego biodra i poczuła, że tak jest o wiele przyjemniej ocierać się o siebie nawzajem. Poddawała się tej rozkoszy, poruszała lekko swoimi biodrami, aby dać większą przyjemność Maćkowi. Oboje więc ruszali się w rytmie tego słodkiego uczucia, które ich połączyło i robili to tak długo, aż ciało Kreski przeszedł jakiś ogromny dreszcz, niesamowicie przyjemny i o wiele większy niż te poprzednie. Jej palce dziko zacisnęły się wówczas na ramionach Maćka, oczy jej się zamknęły, co zwiększyło tylko doznania, po czym z jej ust wydobył się głuchy krzyk:
- Maciusiu... TAK!
Nie chciała krzyczeć, aby ktoś ich nie usłyszał, choć bardzo tego chciała. Ale i tak czuła się cudownie i po wszystkim opadła delikatnie na pościel, mrucząc przy tym zmysłowo i przyciągając do siebie Maćka.
- Dziękuję ci... Dziękuję... - wyszeptała.
- Za co, Janeczko? - spytał czule Maciek.
- Że mnie rozumiesz. Że nie naciskałeś. Że zadowoliłeś się tym, co mogłam ci dać - odpowiedziała mu delikatnie Kreska, dotykając jego twarzy - Nigdy nie było mi tak wspaniale. Ale Maciusiu...
- Tak, Janeczko?
- Naprawdę ty i Matylda nigdy...
Maciek parsknął śmiechem, kiedy to usłyszał. Popatrzył jej czule w oczy, po czym powiedział:
- Masz moje słowo. Nigdy, przenigdy nie byłem z nią tak, jak z tobą. Jesteś pierwszą dziewczyną, z którą przeżyłem coś takiego.
- Naprawdę?
- Bardzo naprawdę.
Kreska z radości pocałowała go ponownie, po czym położyli się oboje na boku, kontynuując pocałunek i dotykając się przy tym, aż poczuli zmęczenie i nie mogli już tego kontynuować, choć bardzo im się to podobało. Musieli pójść spać, więc Kreska wtuliła się mocno w silne i męskie ramiona swojego ukochanego, w których to ramionach marzyła, aby się znaleźć od pierwszej chwili, gdy tylko go zobaczyła. Wdychała zachłannie jego zapach, rozkoszowała się tym, jak cudowna w dotyku jest jego skóra i jak wspaniale się czuje, gdy może być z nim teraz.
Maciek też czuł się wspaniale. Kreska była cudowna. Nie sądził kiedyś, że ona może taka być. Przecież od początku ich znajomości zachowywała się wobec niego jak wobec kumpla, nazywała go „starym półgłówkiem”, przeklinała w jego obecności i była dość szorstka. Dopiero ta jedna chwila, gdy zobaczył ją zapłakaną po tym, jak jej dziadek dostał zawału, zmieniła ich relacje. Sprawiła, że zobaczył ją z zupełnie innej perspektywy, takiej miłej, dziewczęcej i wrażliwszej. Zobaczył w niej prawdziwą istotę płci pięknej i miał wielki żal do siebie, że nie dostrzegł jej wcześniej pod maską, którą na siebie nakładała, aby go zmylić. Od tamtej pory nie dał sobie wmówić, że Kreska jest szorstką i dziwną w obyciu kumpelą, a i ona przestała przed nim taką udawać. Teraz oboje zaczęli być ze sobą szczerzy, co oczywiście pomogło ich relacjom. I na pewno będzie dalej pomagać. Ich relacje uległy metamorfozie, podobnie jak sama Kreska, a właściwie Janina Krechowicz, gdyż przecież to nią była dla Maćka. Nie była już Kreską, czasami jeszcze w myślach ją tak nazywał, jednak od czasu, gdy poznał w niej wrażliwą i dobrą dziewczynę, mówił do niej „Janeczko” i tak też zwykle o niej myślał, jak o Jance, nie jak o Kresce. I chciał, aby już na zawsze nią pozostała, aby pozostała Janeczką, dziewczyną dobrą i wrażliwą, inteligentną oraz sympatyczną, która mówi do niego „Maciusiu”, a nie „Stary półgłówku”. O wiele milej było być Maciusiem aniżeli Półgłówkiem i to jeszcze starym. Można zatem tak powiedzieć, że nie tylko Kreska uległa metamorfozie w Jankę. Również on uległ metamorfozie z Półgłówka w Maciusia. A ich relacje uległy słodkiej metamorfozie ze zwykłego koleżeństwa w coś znacznie więcej. A wszystko dzięki jednej chwili, która wszystko zmieniła na lepsze.
Maciek i Kreska spali przytuleni do siebie w kilku pozach. Raz ona leżała z nim na łyżeczkę, innym razem przez sen okręciła się na bok i wtuliła się w niego przodem, potem na rano, gdy się na chwilę obudzili i lekko ścierpli, zmienili pozę do spania i powrócili do snu w taki sposób, że Maciek leżał na plecach, a Kreska słodko wtuliła się w jego bok. Tak spali aż do około ósmej rano. Wtedy to oboje już uznali, że dość długo spali i powinni powrócić do rzeczywistości. Trudno jest jednak to zrobić, gdy się leży z bliską sobie osobą prawie nago i możecie się oboje do siebie mocno tulić i rozkoszować wzajemną bliskością. Jednak nawet i to musi kiedyś się zakończyć, gdy zacznie się dzień, więc Kreska powoli wydostała się z objęć Maćka i pocałowała go czule w usta.
- Zrobię nam śniadanie. Zostaniesz?
- Oczywiście. Mam ci pomóc? - spytał czule chłopak.
- Nie, zostań. Jesteś w końcu gościem. Ja zrobię śniadanie.
Po tych słowach, dziewczyna założyła szlafrok i poszła do kuchni. Maciek więc ponownie się położył i usłyszał, jak jego sympatia słodko sobie podśpiewuje pod nosem jakąś piosenkę, prawdopodobnie Kory, do których to ostatnio posiadała ogromną słabość. Gdy posiłek był już gotowy, Kreska wróciła do pokoju, zrzuciła szlafrok i zwinnie wsunęła się pod kołdrę tuż obok chłopaka, całując go czule w policzek.
- Smacznego - powiedziała.
Oboje zaczęli jeść, wpatrując się w siebie zachwyceni. Rozkoszowali się tym, że mogą to robić swobodnie i bez krępacji, patrząc sobie przy tym w oczy, przez co kilka razy ubrudzili sobie podróbki i poplamili nieco pościel, jednak nie przejęli się tym specjalnie. Ostatecznie przecież takie rzeczy zdarzają się często zakochanym w sobie młodym ludziom.
Po wszystkim, Maciek i Kreska ubrali się i razem pozmywali naczynia, aby potem swobodnie pójść odwiedzić w szpitalu profesora Dmuchawca. Dziewczyna nie darowałaby sobie, gdyby poddając się miłości, zupełnie zapomniała o swoim dziadku, chociaż ten czuł się już dużo lepiej. Nie mogłaby zapomnieć o człowieku, który zajął się nią po śmierci jej rodziców, dlatego postanowiła sobie codziennie odwiedzać go w szpitalu, aż do chwili, kiedy wreszcie będzie mógł go opuścić. Bardzo też ją cieszyło, że Maciek nie zostawia ją z tym wszystkim samej i wraz z nią idzie odwiedzić dziadka w szpitalu. Widać było, że traktuje on jej problem tak samo poważnie, jak ona sama. To był dla niej kolejny pozytyw w jego osobie.
Wizyta w szpitalu była bardzo przyjemna, zwłaszcza, że przecież profesor już się czuł dużo lepiej i lekarze byli pewni, iż niedługo wyjdzie, to była kwestia tylko kilku dni, podczas których chcieli dokonać jeszcze paru niezbędnych badań, aby się upewnić, czy mogą go bezpiecznie i z czystym sumieniem wypuścić do domu. To wszystko sprawiało, że profesor był bardzo zadowolony, podobnie zresztą jak jego wnuczka i jej towarzysz, którzy bardzo się cieszyli z takiego obrotu spraw.
- Zobaczycie, niedługo powrócę do domu i znowu cała kamienica na ulicy Roosevelta 5 będzie musiała znosić moje humorki - żartował sobie Dmuchawiec.
- Oj, dziadku. Jestem pewna, że cała kamienica tylko o tym marzy - odparła na to Kreska.
- A jak już pan wróci, zrobimy małe przyjęcie na pana cześć - zaproponował Maciek - Jeżeli oczywiście tylko pan zechce.
- Maciusiu, nie wiem, czy to jest dobry pomysł. Dziadek przecież nie może się przemęczać - zauważyła z niepokojem Kreska.
Czesław Dmuchawiec był jednak innego zdania.
- Przeciwnie, to jest bardzo dobry pomysł. Bardzo chcę, żebyście zrobili jakąś małą bibkę, jak to nazywali w czasach mojej młodości, z okazji mojego powrotu.
- Ale dziadku, twoje serce...
- Wnusiu, mojemu sercu mi nie zaszkodzi, jeżeli popatrzę, jak się wszyscy dobrze bawicie w moim towarzystwie. Nikt mi przecież nie każe tańczyć z wami jakiś waszych dzikich tańców, zresztą i tak ich nie znam. Jedyny dziki taniec, jaki znam, to charleston, ale to było dawno temu, gdy go tańczyłem. Ja będę po prostu dobrze się bawił w waszym towarzystwie. Zresztą o tym wszystkim pomówimy, jak już wyjdę ze szpitala. Na razie jestem tutaj, a wy możecie swobodnie korzystać sobie z mojej nieobecności, bo nie wiem, jak długo się nią nacieszycie.
- Dziadku, proszę... - westchnęła Kreska i lekko spłonęła rumieńcem.
- Proszę was. Przecież nie urodziłem się wczoraj - zachichotał profesor - Wy jesteście młodzi, zakochani w sobie, macie całe mieszkanie dla siebie. Korzystajcie więc z tego, póki możecie. Potem będzie nieco trudniej, bo ja też tam będę.
Maciek i Kreska rozmawiali jeszcze przez chwilę z profesorem, potem zaś przyszła pielęgniarka, aby podać leki pacjentowi i oboje musieli już opuścić salę, ale obiecali, że przyjdą następnego dnia. Potem wrócili do domu, a kiedy tam się znaleźli, to pożegnali się i obiecali zobaczyć wieczorem. Wrócili następnie każde do swoich mieszkań, jednak nie dane im było spokojnie spędzić tego dnia, gdyż znowu ktoś miał wobec nich pewne plany.
Wszystko zaczęło się wtedy, gdy w mieszkaniu Ogorzałków zadzwonił nagle telefon. Piotr podszedł do stolika, na którym on się znajdował i odebrał go.
- Słucham? Piotr Ogorzałko.
- Cześć, Piotrusiu. Jak się miewasz? - odezwał się w słuchawce czyjś męski głos.
Piotr rozpoznał go bez trudu. Nie sprawiło mu to jednak przyjemności.
- Witaj, Eugeniuszu - powiedział ponuro.
- Witaj, Piotrusiu. Cieszę się, że cię zastałem - rzekł wesoło pan Jedwabiński - Miałem nadzieję, że odbierzesz. Dawno cię już nie widziałem, że o słyszeniu tu już nie wspomnę. Co u ciebie słychać, przyjacielu?
- Nic wielkiego. Pracy szukam. To ostatnio moje hobby, wiesz?
- Wiem, przykra sprawa. Gdybym mógł ci jakoś pomóc...
- Dziękuję, to nie jest konieczne - przerwał swemu rozmówcy z lekką irytacją w głosie Piotr - Czy to wszystko, czy masz jeszcze jakąś sprawę?
Eugeniusz Jedwabiński był wyraźnie zawiedziony całą tą sytuacją. Nie chciał jednak dać po sobie tego poznać, dlatego nie rozwijał tego tematu.
- Słuchaj, stary. Mam do ciebie pewną prośbę.
- Jaką? Znowu chodzi o Aurelię?
- Owszem. Mieliśmy z nią dzisiaj iść do opery na „Straszny dwór”, ale wiesz, znowu zaszły małe zmiany planu.
- Aha, rozumiem. Co tym razem? Polowanko czy bal dla elity socjalistycznej władzy ustawodawczej?
Eugeniusz Jedwabiński westchnął delikatnie. Piotr Ogorzałko wciąż miał mu za złe należenie do partii i zawieranie coraz bliższych relacji ze swoim szefem.
- To bez znaczenia - powiedział po chwili - Muszę tam się zjawić i to z Ewą. Nie możemy więc iść do opery z Aurelią. Moglibyście wy tam iść?
- Moglibyśmy, choć nie wiem, czy ja będę mógł. Kiedy to przedstawienie?
- Dzisiaj, o ósmej wieczorem.
- Jestem już na tę godzinę umówiony. Nie będę mógł pójść.
- Szkoda. A twój brat i ta jego koleżanka? Bardzo fajna dziewczyna, tak swoją drogą. Jak tam jej na nazwisko? Krechowiak?
- Krechowicz. Janina Krechowicz.
- Aha. Niech będzie i Krechowicz. Bardzo miła dziewczyna. I chyba bardzo lubi twojego brata.
- Sam to zauważyłem.
- To może oni by poszli z Aurelią?
- W sumie... To dobry pomysł. Tylko nie wiem, czy Janka się zgodzi.
- Zapytaj ją, a się dowiesz. Tak czy siak, my po siódmej wychodzimy. Weźcie więc wpadnijcie po Aurelię i po bilety do opery o siódmej wieczorem, zanim my będziemy musieli wyjść. Dobrze?
- W porządku, wpadniemy po nią. Ale osobiście uważam...
- Super, jesteś wielki. To trzymajcie się. Nie mogę dłużej gadać, bo mam dziś kilka spraw do załatwienia. Wpadnijcie więc po małą o siódmej. Trzymajcie się. Cześć i do zobaczenia.
Po tych słowach, Eugeniusz Jedwabiński odłożył słuchawkę, a Piotr załamany usłyszał tylko trzask i buczenie w telefonie, co oznaczało, że połączenie zostało już zakończone. Odłożył więc słuchawkę na aparat i powiedział:
- Dureń jeden. Myśli, że jestem niańką dla jego dziecka? Albo może, że mój brat i jego dziewczyna będą ją wychowywać za niego i jego żonę? Musze sobie z nim kiedyś o tym porozmawiać. Uwielbiam tę małą, ale dziecko muszą wychować rodzice, nie obcy ludzie.
Z miejsca przyszła mu myśl o tym, że rodzice jego i Maćka też nie byli pod względem wychowywania dzieci jakimś wielkim autorytetem. Ostatecznie jakoś więcej im w głowie było nawracanie świata na demokrację, aniżeli dbanie o obu swoich synów. Piotr nie podważał ich idei i tego, w co wierzą, ale mimo wszystko mogliby wykazać więcej inicjatywy, przynajmniej w kwestii Maćka, który jako ten młodszy bardziej potrzebował ich wsparcia. On sam był już dawno dorosły, a co za tym idzie, nie musiał mieć rodziców wychowujących go. Ale Maciek zasługiwał na to, aby posiadać zarówno ojca, jak też i matkę i to w domu, a nie w więzieniu, w którym jeszcze nie wolno było nikogo odwiedzać. Ale cóż... Widocznie zmiana świata na lepsze wymagała ofiar. Szkoda tylko, że często z osób nam najbliższych.
Po rozważeniu sobie tego wszystkiego w głowie, Piotr poszedł do Maćka, aby mu powiedzieć o tym, czego się właśnie dowiedział. Maciek oczywiście nie był wcale zachwycony z tego, że znowu Aurelia zostaje im podrzucona, podczas, gdy jej rodzice bawili się w najlepsze z elitą. Nie, żeby nie chciał się zajmować małą, ale to przecież nie oznaczało, żeby miał wykonywać za Jedwabińskich to, co było ich śmierdzącym obowiązkiem. Nie omieszkał tego powiedzieć Piotrowi, który się z nim całkowicie zgodził, potem jednak, uspokoiwszy się nieco, zadzwonił zaraz do Kreski, aby ją o tym poinformować.

3 komentarze:

  1. Subtelna scena lekko erotyczna. Ciała Maćka i Kreski powoli uczą się siebie.
    Zabawne są te pytania Kreski, ile Maciek miał dziewczyn, jakby przeszłość miała znaczenie. Prawdziwa miłość jest tu i teraz, a nie lista jego zauroczeń, może jeszcze z czasów przedszkola lub nawet żłobka.
    Nie dziwię się, że Piotr jest lekko wkurzony na Eugeniusza. Eugeniusz powinien zająć się w końcu własnym dzieckiem, a nie jeździć na polowania z ministrem Zawodnym. Obcy ludzie nie wychowają za Jedwabińskich dziecka.
    Czy nie zdają sobie sprawy, że robią dziecku krzywdę? Za kilka lat, gdy będą chcieli z dzieckiem porozmawiać, to dziecko nie będzie chciała ich znać, bo nie ma z nimi żadnych wspólnych wspomnień.
    Żal mi tej małej. Naprawdę żal mi słodkiej, małej Aurelki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ładny i przyjemny rozdział. Widać u Ciebie estetykę, tak subtelnie ukazujesz sceny erotyczne, jest w nich coś pięknego. Dodatkowo jeszcze ważny problem poruszony tu został - kwestia Aurelki. Mnie też żal tej dziewczynki. Zasłużyła na lepszych rodziców. Pisz dalej, jestem ciekawa, jak też dalej potoczą się losy bohaterów.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział bardzo ciekawy i rzeczywiście nieco niegrzeczny, zgodnie zresztą z zapowiedzią. Taki, jak lubię, czyli z delikatnym i subtelnym erotyzmem. :)
    Janka i Maciek spędzają ze sobą noc ale bynajmniej nie na śnie, leżą w swoich ramionach i rozmawiają ze sobą o miłości. Janka zastanawia się czy, Maciek kiedykolwiek był z jakąś dziewczyną tak blisko jak z nią, jednak Maciek wyprowadza ją z tego stwierdzenia, mówiąc, że ona jest jego pierwszą ukochaną. :) Potem dochodzi między nimi do słodkich pocałunków i pieszczot, jednak nie dochodzi do niczego ponadto, gdyż Kreska nie czuje się gotowa na ten krok, co Maciek doskonale rozumie i wspólnie "ćwiczą" przed aktem właściwym. Ćwiczą w sposób, który jest mi bardzo dobrze znany i podejrzewam, że Tobie chyba także. :) W każdym razie w ten sposób doprowadza ją do szczytowania, co ona wyraża też w dobrze znany nam obojgu sposób, a przynajmniej tak się domyślam, że i Ty go znasz :) Następnego dnia wybierają się oni oboje w odwiedziny do profesora Dmuchawca, który bardzo cieszy się na ich widok i nawet domaga się w żartach jakiejś małej imprezy na jego powrót. Coś mi mówi, że ją zrobią i że będzie ona naprawdę przyjemna. :)
    Niestety, całą sielankę burzy telefon od Eugeniusza Jedwabinskiego, który w mało uprzejmy sposób wymusza na Piotrze, by on i Maciek ponownie zaopiekowali się Aurelią, podczas, gdy on będzie wypełniał swoje obowiązki służbowe. Coś czuję, że ten człowiek sporo jeszcze namiesza... I to poważnie namiesza :)
    Niemniej jednak, rozdział bardzo mi się podobał i zdecydowanie osłodził mi dzisiejszą pracę na nocną zmianę. :) Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. :)

    OdpowiedzUsuń

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXVIII Coś się kończy, coś się zaczyna Przyjęcie trwało do dość późnej pory, a wszyscy bawili się na nim tak dobrze, jak powinni z...